Po powrocie z pracy w sobotę, nie wiele kontaktowałem. Tłumy i tornada jakie się przetoczyły przez sklep dosadnie mnie wykończyły. Miałem siłę tylko, na chwilę zabawy z synem na podłodze, a gdy JAn wybrał SEN ja wybrałem się razem z nim w objęcia morfeusza. Efekt? No efekt taki, że padłem na pysk i spałem z młodym. Sobota, więc była mało efektywna rowerowo.
Niedziela zaplanowana była na rundę z Piotrem. MIało być, rano przed ustawką jeszcze jakieś kręcenie, aby dystans wyszedł mi większy, ale godzina 8:30 była jak dla mnie wystarczająco wczesna i nie wiele brakowało a zaspałbym na jazdę.
Tego dnia słońce było, ale wiało też znakomicie. Ba wiało hiper znakomicie! Szkoda, że w twarz. Efekt był taki, że jak pojechaliśmy to plan legł w gruzach. Planowane były zmiany co 5 kilometrów i jazda powyżej 30 km/h... No wyszło tak, że po 3 kilometrach przed oczami miałem pieski, kotki i japońskie znaki i nie dało rady jechać na czubie dłużej niż 3 kilometry. Ustaliliśmy więc, aby zmieniać się na czole co 3 kilometry. Wiatr wykorzystał nasze słabości, i wiał z zawiścią jak Kaczyński z mównicy na Miesięcznicy!
Do Nowego Dworu Mazowieckiego średnia wyszła coś pod 25 km/h. Umordowaliśmy się jak stado świń w surdutach! Na sam koniec, gdy już myślałem, że do postoju blisko - Piotr zobaczył wiadukt kolejowy i rzucił: "Dawaj górską premie, do odcięcia!" i Poszliśmy ramię w ramię! Na szczycie wiaduktu, widziałem już cały alfabet chiński i znalem podstawy mandaryńskiego! Płuca bolały, ale nogi tylko zapiekły! W dół z wiaduktu pojechaliśmy do Żabki i zrobiliśmy popas.
Po przerwie ruszamy już z wiatrem i prędkości oscylują pod 35-37 km/h W sumie finał w Maku w Legionowie...
Komentarze (1)
Walka o średnią - podoba mi się ten kierunek motywacji do jazdy :)
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.