Ostatnie dni słońca i względnej pogodowości. Front od Trolkinga leci do nas. DO pracy na rowerze, choć w początkowej fazie wstawania, nie wiedziałem czy pojadę jednośladem. Obudziłem się lekko umordowany i z ciężkimi nogami. Zdecydowałem o wyjeździe do pracy, dopiero jakąś godzinę przed wyjśćiem.
Pogoda była dynamiczna. Wiatr wiał z taką siłą, że jechałem pochylony chyba 45 stopni, a auta z naprzeciwka pchały przed sobą kulę powietrza, która uderzała jak fala tsunami gdy je mijałem. Zaletą było to, że z rana wiatr rozwiewał niepokojące chmury.
Noga lekko umęczona, ale jakoś się jechało. W pracy odczuwałem jednak już lekkie przemęczenie. Tu kucnąć, tam coś podnieść i tak pod koniec dnia euforia związana z jazdą rowerem do domu lekko przygasła. Udało się jednak wstrzelić w pogodowe okno i wróciłem tylko w towarzystwie wiatru.
Bywa tak, że nic nie idzie jak trzeba. Z dziećmi to tak właśnie jest. Budzisz się rano, a w zasadzie budzi Cię syn i już wiesz, że coś jest nie tak. Płacz, marudzenie, znowu płacz, znowu marudzenie, grymaszenie przy jedzeniu, znowu marudzenie i tak aż do samego złapania za klamkę.
W duchu świadomości - miałem nadzieję wyjść tego dnia wcześniej, bo pogoda zapowiadała się ładna. Chciałem przepedałować nogi po niedzieli z Piotrem i dokręcić sobie na lajcie jakąś traskę z rana. No cóż Janek miał inne plany i wybieranie się o poranku było, lekko mówiąc, przeciągnięte. Udało się jednak wyekspediować w domu rodzinkę i gdy już żona była zaprzęgnięta z młodym do rydwanu, mogłem w spokoju pojechać na rundę. Ranek mimo, że słoneczny zawiewał chłodem. Zapowiadali jednak dynamiczny wzrost temperatury i nie pomylili się. Szybko się pogoda stabilizowała i w ciągu pół godziny wskoczyło dobre 3-4 stopnie na licznik Celsjusza. Nogi o dziwo nie były mocno skatowane po niedzieli, a pogoda wyraźnie nastrajała do jazdy. Dobrze mi szło i przed pracą wrzuciłem na licznik 23 km aby łącznie z dojazdem po pracy do domu dobić do 37 - Zacnie! Moi mili!
Po długiej przerwie odpaliłem Cherry bo SHannon ma opony 32c a Cheryy 23c... taka inwersja rowerowa. Umówiłem się z Piotrem na nieedzielne pedałowanie, ale do końca nie wiedzieliśmy czy i gdzie pojedziemy, bo pogoda była taka - byle jaka. Niby pochmurno, zimno i zanosiło się na deszcze. Meteo uparcie twierdziło, że w rejonie ma nie padać, ale... wiosną to nic nie wiadomo.
Umówiliśmy sie o 9 przy Macu w Nieporęcie i ruszyliśmy na trasę. WIało momentami dośc mocno a igiełki zimna przeszywały mnie na wskroś. Im dalej, tym bardziej robiło się ciepło. nie na zewnątrz, a pod ubraniem. Jazda była dośc dynamiczna i szybko mój organizm wypoziomował sie z temperaturą otoczenia.
Rozmawialiśmy o wszystkim, trochę o korpo, trochę o pracy i snuliśmy plany na ultramaratony na 2017. O ile nas żony puszczą:P
Powrót pogoda nam zafundowała królewski - padało! Naszła chmura i puścił się z nieba deszcz. Kap[ało dośc intensywnie jakieś 15-20 minut, a potem znów wróciła pogoda - NIJAKA.
W sumie mocna trasa, sporo pod wiatr, sporo w zimnie. Generalnie bardzo udany wyjazd, bo sam bym się nie zmotywował do takich "interwałów" pod wiatr:D
Do pracy pojechałem z nastawieniem, że będzie tłum. Okazało się, że nie było wcale tak źle. Co nie umniejsza faktu "sobotowośći" tego dnia, bo i handel był żwawy i lud się kręcił.
Ale od początku...
Dojazd był w słońcu, zaś w temperaturze sporo poniżej oczekiwanej. Było rano chyba 7 lub 8 stopni. Obskoczyłem na szybko rossmana i odwiedziłem ubezpieczenia. Potem kurs dom, wymiana zakupów na obiad do pracy i wio! Zimno było z początku, ale jak się rozruszałem, szło już wytrzymać, a animuszu dodawało piękne słońce.
W pracy zaczęło się niemrawo. Kawa, lekkie przepalenie w kominku, bo w głębi sklepu czuć było chłód - noce nadal zimne, a sklep słabo izolowany od zimna. Po kawie przyszła pora na codzienność. Klienci nieśmiało wkraczali do środka i początkowo nie było za wiele pracy. Całość dnia jednak przypieczętował - przynajmniej dla mnie - przypadek pewnego syna...
Państwo wkroczyli coś około 12. Ona - żona, On - ociec, ona - córka... a syn gdzie? Syna nie ma. Córa małą z 2 latka, mama przymierzała ją do rowerka biegowego. Pan ojciec zdecydowanie był przeciwny, bo "ona nadal za mała na takie dziwactwa". Nie o tym jednak chce wam opowiadać. Chodzi o to, że pan był w tygodniu sam i miał w zamyśle nabyć dla syna rower na kołach 24 lub 26 cali( syn 10 lat). Doszliśmy w czasie tych wizyt do wniosku, że dobrze będzie przyjechać z synem aby przymierzył się do ram i wybrał sobie rower. Niestety - syn miał dziś trudny dzień i kolokwialnie mówiąc, strzelił focha. 10 latek, to chyba za wcześnie na dojrzewanie i burzę hormonów. No tak czy siak syna nie było. - A gdzie główny zainteresowany? - pytam, bo poznałem pana ojca wcześniej już. - No nie ma, to znaczy jest... - A gdzie? - Obraził się.... nie chce wyjść z samochodu - Nie chce wyjść? - Matka patrzy na ojca i dziwi się. Idź do niego i go przyprowadź - No nie chce iść. Obraził się... - Dobrze to ja pójdę. - mama znika a ojciec próbuje okiełznać dwulatkę. Jest ryk bo ona chce na rowerek, a tata jej mówi, że jest jeszcze za mała. Mija jakieś 15 minut, wraca matka. - I co? - Tata wypatruje syna, którego nie ma. - Nic... uparł się i siedzi w samochodzie! - Może pan by poszedł z nim porozmawiać? - Słucham? - No może pan go namówi, żeby przyszedł. - E ja mam iść namawiać państwa syna, aby przyszedł do sklepu? - dosłownie mnie zamurowało - No na nas się obraził - Pan wybaczy, ale sprawy wychowawcze zostawię państwu. -
Po dyskusji naradzają się, a ja wracam do swoich obowiązków. Rodzice na zmianę chodzą i namawiają jaśnie księcia. Wreszcie po jakichś 30 minutach pojawia się naburmuszony 10 latek i rozopoczyna się sprzedawanie. Nawet udaje się wyjść na dwór i pojeździć, choć chłopak za każdym razem jak staje to wykrzywia się i płacze, że on już ma rower. - Ale tamten za mały już synek - rzecze ojciec - Ja lubię tamten - Ten fajniejszy synuś... - Nie fajniejszy
Efekt prawie 40 minut dyskusji z synem namawiania jest taki, że rower kupiony wreszcie, a syn znów poszedł do auta siedzieć.
Nowa era? Idzie wielki kataklizm? Ktoś po podmieniał dzieci?
Jakbym ja takie fochy stroił to nikt by mnie nie pytał. Za rękę do domu i koniec zakupów. Boże co za czasy! Trzeba łaskawie prosić 10 latka, aby przyszedł obejrzeć rower.
Wiosna już była, jesień chyba też a ostatnio zawitała do nas znów zima. Dzień deszczu, wiatru i grado-śniegu. Ja zaś na rowerze, bo samochód z warsztatu "się odbiera" i odebrać nie może. Na rowerze w czerwonej jesiennej kurtce jechałem za to nóżki osłoniłem cienkimi spodniami i okazało się, że były one zdecydowanie zbyt cienkie, bo skostniały mi pęciny jak ta lala!
W sklepie praca i dostawy. "K" robi serwisy, a ja ogarniam sprawy sklepowe. Tu odpowiadam również na wpis Katany. Polityka o której mówisz, niestety się nie sprawdziła. Mamy za dużo klientów, za mało są obowiązkowi. I sprawa wygląda tak, że jak umawialiśmy się z panem/ panią na przyprowadzenie roweru na poniedziałek "RANO" to rower przywozili albo po 12, albo dzwonili, że nie mogą i przywiozą jutro - dla nich to oczywiste że jeden dzień nie zrobi nam różnicy. I się straszny bałagan robił. My staliśmy z robotą i zaczynaliśmy robić coś innego. Potem były pretensje, że jak to! On przecież był zapisany, a że rower wstawił nie po 10 tylko po 13 to nic "przecież to godzinka max 2 roboty".
Nasza polityka kolejkowa się sprawdza o tyle dobrze, że jak mamy luźniejszy czas. To K robi pełne serwisy, a ja nadganiam te mniejsze i kolejka się szybko zmniejsza. A pamiętać trzeba też, że jest nas dwóch i jedna osoba obsługuje klientów.
Generalnie sprawa dość otwarta. Czasem jednego, czy dwóch klientów wpisujemy na termin, że przywiozą rower tego i tego dnia, ale to rzadkość. Wszystko łatwo się mówi, jak się ma mały sklep klientów na serwis mniej. U nas zaś są tabuny takie z okolic, że czasem ciężko wyczuć, czy uda się jeden rower zrobić w ciągu dnia czy dwa. I jak tu zapisać klienta na dzień, gdy okaże się, że tego dnia w sklepie będzie tłum?
Powrót z pracy udany, bo po zmiennej fali deszczu i słońca udało mi się utrafić w okno pogodowe i wrócić suchym do domu.
Janek zbudził nas jak to ma w zwyczaju, dość wcześnie. Cały dom był już na nogach dobre kilka minut po szóstej. Jako, że teraz już widno to człowiek szybko się pozbierał z łóżka i ogarnął. Śniadanie i... w drogę. Ranek chłodny, ale słoneczny. Temperatura szybko wzrastała i jechało się przyjemnie. Nawet specjalnie nie brakowało mi mp3 w uchu. Słuchałem wiosny i delektowałem się porannym śpiewem ptaków.
Zrobiłem sobie dzień mocniejszej jazdy i nie odpuszczałęm nawet gdy było pod górkę czyt pod wiatr. Zaskakująco dobrze mi się pedałowało, więc dokręciłem jeszcze... i jeszcze...
W sumie przed pracą było 40km! Szybka kawa i do pracy.
Rower za rowerem, klient za klientem. Serwisów mamy do świąt wielkanocnych i nie przyjmujemy już kolejnych, bo nie ma jak przejść przez sklep. Jakieś tam interwencyjne naprawy staramy się robić w miarę szybko, ale doba w serwisie na wiosne powinna mieć 48 h i tylko 2h nocy.
Po południu do domu wróciłem krótszą trasą bo szłą nawałnica. WIało i kurzyło jakby się tornado miało poderwać. Dosłownie po przekroczeniu progu klatki w bloku, lunęło za moimi plecami z niebios;)
Kurs Autem do Nowego Dworu Mazowieckiego i powrót rowerem prosto do sklepu. Generalnie wiało dość mocno i jazda była cokolwiek średnio przyjemna. 1/2 w dolnym chwycie baranka.
Noga podaje, a silniejsze naciśnięcie na korby powoduje tylko przyjemne swędzenie aby dać z siebie jeszcze więcej. Wiosna jednak motywuje do działania.
Ze sklepowych spraw to terminy na serwisy mamy już na po świętach... czyli tego no - wiosna panie sierżancie;)
Resztę dnia pakowaliśmy paczkę dla Morsa. Wielka Paka czeka niebawem zabierze ją kurier, a ja już myśle co następnego podesłać koledze w potrzebie. NIesamowite jest to że w jednej chwili można stracić dorobek życia. Zrobię wszystko aby tę stratę jakoś uzupełnić, choć tym co mogę!
Dzisiejszy dzień - niedziela - to dzień odpoczynku i relaksu z synem. Odpoczywałem i pedałowałem z młodym i żoną po lesie. Jasiek poznawał pociągi i bawił się z tatą. Małoletni dobija już 10 kilo i niebawem osiągnie wiek 9 miesięcy. Pędrak z niego nieziemski! Po wycieczce do lasu, zajałem się troszkę swoimi "głupotkami". Tak na to mówi zona. Taka to pasjaq i nie pasja. Dłubanie, szycie przerabianie czegoś i tworzenie czegoś nowego.
Ostatnio jakoś kilka miesiecy temu przerobiłem lampę Kross Flash z 1w dioda na lampę zasilaną ogniwem 18650. Dziś zrobiłem up-date i połączyłem szeregowo drugą lampę i dodałem drugie ogniwo. Udało się to zrobić tak, że jedna i druga lampa działa niezależnie od siebie i mogę włączać albo jedna albo drugą albo obie na raz.
Ogniwa odzyskałem ze swojej dawnej baterii laptopa. W sumie z elektroniką nie mam nic do czynienia, ale tu dolutowałem kabelek tu do plusa, tu do minusa i mamy takiego pokraka. 2x1W
Swoją drogą lutowanie jest trudne, dużo trudniejsze od parzenia palców cyną i topnikiem - tę technikę opanowałem do perfekcji:)
- światło stałe + oświetlenie ostrzegawcze - lampka świeci do 26 godzin ( u mnie na dwóch ogniwach powinno do 50h dać radę) - światło stałe w trybie oszczędnym + oświetlenie ostrzegawcze do 45 godzin (2x18650 to jakieś 80h?) - tryb migania + oświetlenie ostrzegawcze do 30 godzin (pewnie jakoś pod 60h świecenia)
Połączenie jest szeregowe więc jedna lampa drugiej nie zabiera napięcia a obie świecą tak samo mocno. Działają także jak włoże tylko jedno ogniwo do koszyka. Może uda się jakoś wieczorny test wykonać to wam zademonstruje jak to świeci.
Kolejny wpis łączony. Mam nadzieje, że uda mi się to wam wynagrodzić jakąś bardziej rozbudowaną treścią. Wszak kilometry to nie wszystko. Od razu usprawiedliwiam się - każdy winny się usprawiedliwia! Moje dni ostatnio wyglądają tak: dom - praca - jeszcze więcej pracy - powrót z pracy - dokrętka po pracy - dom - spać:) Sezon w pełni, a lawina serwisów powoduje, że jak zasiadam do pierwszego, po porannej kawie gdzieś 10:30 tak kończę 18:00 i przez godzinę ogarniam resztę spraw sklepowych, by o 19 wyjść do domu po 9h pracy. Jak jest w miarę ciepło i w miarę widno, i jak jestem w miarę NIE-ZMĘCZONY to jadę dookoła do domu czyli "dokrętka".
W pracy poza papraniem się w smarach można poznać sporo ludzkich problemów, porozmawiać z klientami o Haluksach, i o śmierci ich ulubionego pupila. Czasem dowiadujemy się też o niedawno przebytej operacji, o operacjach innych z rodziny. Zanim klient upora się ze swoimi problemami i kupi to co mu potrzeba - odsłania swoje najskrytsze problemy. Czasem czuje się jak ksiądz, który wysłuchuje grzechów. Ludzie niejednokrotnie strasznie rozwlekają się w swoich problemach.
W pracy po za opcją Księdza mam wgraną także opcję niańki. Nie jestem już laikiem w kwestii dzieci, ale przekrój wiekowy latorośli, jaką muszę ogarniać, jest prze-szeroki. Rodzice skupieni na podejmowaniu decyzji, często zapominają o tym, że dzieci też są, lub choć to, że trzeba przynajmniej je pilnować. Wymyślam im zabawy, zadania, ostrzegam przed wywracaniem rowerów, odciągam od miejsc niebezpiecznych. O ile gdy wybieram rower dla dziecka to jest łatwiejsze, bo latorośl skupia się na rowerze, to gdy rodzice kupują dla siebie - dzieciaki się nudzą po prostu. "tato kiedy już idziemy - tyle tych owerów już oglądałeś - chodźmy do domu!" Po pracy dokrętki. Tak zwane dookoła przez byle gdzie. Nie zawsze jest chęć ale czerwiec coraz bliżej i nogi trzeba ruszać. WIecozry już coraz cieplejsze i coraz dłużej jest widno, więc przyjemnie się wraca w zachodzącym słońcu. Do domu dojeżdżam już gdy całkiem ściemnieje.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.