| Dystans całkowity: | 13050.11 km (w terenie 1010.40 km; 7.74%) |
| Czas w ruchu: | 263:55 |
| Średnia prędkość: | 19.27 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 46.60 km/h |
| Suma podjazdów: | 1062 m |
| Suma kalorii: | 4329 kcal |
| Liczba aktywności: | 315 |
| Średnio na aktywność: | 41.43 km i 2h 26m |
| Więcej statystyk |
z Uśmiechem bo w serwisie oznajmili, że muszę bembenek wymienić;( ale co tam bezpieczeństwo na wyprawie lipcowej najważniejsze;)
a tu coś na uśmiech i dla was:D
Kiedy tak siadam sobie i zaglądam na portale opisujące życie rowerzystów lub nawiązujące do ich cyklicznego życia, dochodzę do wniosku, że wielka różnorodność jest w nas. Jako te muchy, gzy i inne robactwo różnimy się między sobą rojąc się, bzycząc przeraźliwie w każdej społecznej dziedzinie życia. My, stworzenia zwane, przez ogół społeczeństwa - rowerzystami.
Poczuwam się do bycia owym stworzeniem, niejako wyobcowanym z kategorii zwykłych ludzi. Czuje się na swój sposób inny oryginalny i zrowerowany.
Zaskakujące jest, że nawet tak mała komórka społeczna jaką są rowerzyści, ma w sobie podziałów równie wiele, co tablica Mendelejewa. Czyż my nie jesteśmy jako te cząstki rowerowe swobodnie krażące?
Kilka lat temu gdy zaczynałem swoja przygodę z jednośladem czułem się totalnie inaczej. Byłem przekonany o jednorodności pośród cyklistów czułem się ogniwem silnej i jednorodnej masy.Czy się myliłem? Nie wiem, to chyba podobna sytuacja jak z owym układem okresowym, to że nie odkryto jakiegoś pierwiastka nie oznacza, że on nie istnieje. Podziały istniały, tylko widać nie zakiełkowały w mej głowie. Z każdym rokiem zdawałem sobie sprawę jak wielka różnorodność w nas drzemie. I nagle owy pan kowalski z koszyczkiem na ścieżce przede mną telepiący się 12km/h nie jest tożsamy z kumplem/ziomalem/koleszką cyklistą a staje się "inna jednostką cykliczną". Jak w atomie są neurony neutrony i mają różna masę tak i u nas w świecie rowerowym wirujemy każdy po swojemu. Z biologicznego i genetycznego punktu widzenia jest to dobre jednak w społecznym ujęciu czuje się niejednokrotnie całkiem pogubiony.
Jak więc trwać w tej rowerowej różnorodności i zarazem pozostać jednością ogółu cyklistów? Wszak mówią o nas w telewizji rowerzyści. To cholernie odpowiedzialnie brzmi i tak strasznie dumnie, aż chce się wypiąć pierś i pokazać wielkie[center] R[/center] !! Nikt nie różni nas na "koszyczki" "dziunie" "lansy" i "bujako-skrzypaki" albo "ludzi bez smaru"
Czy to, że taki podział istnieje to samo zło? Wewnętrzne zepsucie jednostki cyklicznej, ogółu? Czy może naturalna selekcja dążąca do podziału i ewolucji? Swoją droga az strach pomyśleć co by było gdyby co poniektóre odłamy naszej "skołowanej rasy" obrały własny rozwojowy kierunek:D
Jadąc rowerem czuje się więc jak organizm, stworzenie niczym „jednostka cykliczna”. Trybie w wielkim roju, jednak poprzez swoje upodobanie, nie jestem jedną z wielu standardowych pszczółek i moja interakcja z innymi nierowerowymi zdaje się być niejednokrotnie utrudniona. Znacie to na pewno z autopsji.
Pomijając wszelkie prawa i zasady ruchu drogowego, jako owy organizm jesteśmy poddani prawu dżungli jakie panuje wokół. Ktoś kiedyś napisał „Miasto to betonowa dżungla” i w zupełności zgadzam się z owym myślicielem.
Próbujemy zasiać w owej dżungli swoje kwiatki. Piekielnie zdecydowani chcemy posadzić srebrne „zębatki” czy malusieńkie „szpryszki superlajty”. Inni usilnie sadzą nam na drodze "łańcuchy zardzewki" czy "piskliwe heble" z rodzaju "uważaj jak jedziesz" a jeszcze inni obsiewają pola "koszyczkami" i "ostrymi kołami". Wszystkie te uprawy jednak w gąszczu masywnych pni Opli, Fordów, Mocherów, Matek z dziećmi i Strażników miejskich czy Wysokich jak Sekwoja krawężników. Każdy walczy o przetrwanie i wygrywa ten kto wykaże najlepsze przystosowanie do zmiennych warunków środowiskowych.
Czuje się osaczony do tego stopnia, że gdy jest okazja biorę swój „nawóz” i ruszam za miasto. Tak nawóz to przewrotne słowo, ale i odpowiednie. Nawozić jadę swoje interesy i potrzeby w oddali betonowej dżungli. W miejsca gdzie wiatr lepiej pachnie a słońce prześwieca mnie na wskroś. gdzie nie wyskoczy mi nikt z rabatką "piszczących przełożeń" i nie będe musial uważać na "zebry" pod kołami... I wioząc ze sobą masę cyklicznej energii rozkwitam na nowo inny choć wciąż ten sam.
Cudne to uczucie znamy doskonale, kiedy wszystko mamy nie w dupie a w pedale...
Dobrze, że nawozu mamy jeszcze pod dostatkiem i że są miejsca, gdzie można spokojnie uprawiać swoją rolę…
pozdrawiam Felietonowo-Rowerowo
Hej ludziska z Mazowsza, zróbmy zlot…. I co? No 3 osoby się zjawiły:D Luxus nie jest, ale na początek może być. Kwatera Atomowego Dowodzenia zwiedzona i surowe podwaliny pod kolejne rowerowe spotkania zostały poczynione;) nie wiele będę opowiadał zdjęcia mówia wszystko;D
Na truskawki Marsz aby żwawo!!!!! popołudniowy rower popołudniowe słońce popołudniowe zmęczenie i... pyszne truskaweczki:D
O trasie do-Agnieszki-do-pracy pisałem ostatnio. Dziś urozmaicilem sobie ją, podróżując do obi (zakup Sadolinu) oraz wioząc ów, a także nabytą takoż samo drabinkę(70cm) do kwiatów przez centrum miasta;D
było zacnie, gdyby nie te święte krowy co łażą po nowej asfaltowej ścieżce rowerowej... Ja te pindy porozjeżdżam kiedyś!!!! Idzie taka fafunia z druga fafunią i z fafciem który spinając swoje "muły" a`la mada-faka, jedzie na rowerze "na stojaka" obok nich. Oczywiście poruszają sie, jak przystało na prawdziwą manifę ŚRODKIEM...
spier... na ulicę z takim wożeniem się!!! Żeby to jeszcze jechalo rowerami a ten łepek obok nic nawet hamulców nie miał w tym trzeszczoskrzypie!!!!! TFU!!!
no to ja się pytam - on wyszedł na rower czy na dupy???
wybraliśmy się z Agusią w weekend na moją działeczkę... Była fajna jazda bo z wiatrem a na miejscu odpoczynek pierwsza klasa, szkoda , że ekipa jaka miała z nami jechać się niezdecydowała;D

zajebisty kolor zajebisty lans;D

jeden z moich rowerowytch projektów, niestety ojciec potrzebował tej kierownicy więc rower znów ma zwykłą;D choć design był czadowy:D

a tu Ukraina - oryginalna mega wypasiona maszyna!! Kiedyś zrobie z niej trekinga pierwsza klasa!

na koniec ognisko i gadanie do nocy... brakowało tylko większej ilości rowerowych wariatów.
Wyjazd z natury "bezpciowy". COś w stylu: zawieść, przewieść, przejechać się i tak byle tylko... Choć kupienie nowego siodełka żelowego zdaje się być tym "Czymś" co mnie pchnęło:)
Czy siodełko upaja swą miękkością? hmm okaże się za jakiś czas jak sie moje gnaciki przyswoją do nowej sofy:D
poprzednie jakoś mnie już uwierało... zresztą od początku swego bytu zdawało się być nadto usportowione. To tak jakby jeździć ferrari, niby fura fajna niby taka tam wypaśna a jednak 8h w głębokich kubełkowych siedzeniach jakoś do komfortu nie należy... Nie mam ferrari więc mogę się mylić, no ale mniej więcej o to w tym chodzi. A człowiek próżny jest i dąży do ideału:) Kto wie może nowe żel-siedzisko mnie do owego ideału przybliży?
No tak czy inaczej kręciłem sie to tu to tam po nowych raczej jeszcze nie znanych dobrze terenach "okołonasielskowych"
Jest jeszcze coś w moim napędzie co nie daje mi spokoju, coś tam nie gra i nie tyka jak trzeba. Ostatnio okazało się, że to spinka, ale mam wrażenie że to tym razem nie to. Lekarz Księgowy wyleczy wybada. A może z kilometrami samo się ułozy? Hmm zobaczymy, sezon się zaczyna będzie okazja aby się ułozyło:)
Jeszcze przede mną 6km do domu z moją Agnieszką a pod koniec tygodnia wyprawa;)