Po kolei... wszystko jest nie tak. W plecach okazało się że mam dwie przepukliny, a sportowe podejście do ultramaratonów muszę przekuć w nieco bardziej rekreacyjne sprawy. Neurolog zalecił zastrzyki, terapie farmakologiczną, oraz rehabilitację. Ostatnie jazdy jakie poczyniłem niestety dają znać. Plecy pobolewają ale już nie takie jak wcześniej. To dziwne uczucie, bo taki lekki ból ale w miejscu gdzie są te przepukliny. Jednym słowem - kolarska emerytura na razie. Nie odpuszczam całkiem roweru, ale w początku roku muszę troszkę zwolnić.
W związku z popapranym kręgosłupem, podjąłem decyzje o zmianie roweru na pełne zawieszenie. Chciałbym poegzystować jeszcze rowerowo, ale prognozy jeszcze nie są świetlane.
Nabyłem więc rower i wysprzedaje co mam aby upłynnić swoje zamrożone oszczędności. - Przedni amortyzator MANITOU MARKHOR ze skokiem 120 mm, - Tylny amortyzator MANITOU RADIUM EXPERT 120 mm, - napęd SRAM NX Eagle, jednoblatowy 1x12, 34-12x50 - Kaseta SRAM PG1230 - Koła SUN RINGLE Duroc 30 SRC Tubeless Ready, z osiami BOOST, w rozm. 15 mm z przodu i 12 mm z tyłu. Wewnętrzna szerokość obręczy: 30 mm.
Po okolicy w pięknym słońcu za to po wielkim błocie bo jechałem łąkami. Łączne błoto idealne na cerę, choć nie twarzy raczej, bo na dup....i plecach najwięcej miałem owego błotka;) No to przynajmniej tam cera będą idealna!
Plecy odpuściły, a ja nadal diagnozuje co było przyczyną kryzysu. Czekam na wyniki rezonansu, i mam do odwiedzenia wielu lekarzy jeszcze. Ogólnie udało się pozbierać do kupy i jak wiadomo, długo nie mogłem bez roweru wytrzymać.
DO pracy już w siodełku, potem dwa wyjazdy po 30 i 40 kilometrów. W sumie udało się nazbierać.
Leczenie bólu postępuje. Od kilku dni jak wiecie wyłączony z aktywności. Jestem na L4 i w sumie nie wiadomo co mi jest. Proces leczenia i diagnozowania w naszej służbie zdrowia wymaga eeee pieniędzy i cierpliwości. Bez ustrzelenia kilku pomcy świątecznych, SOR-u i prywatnej wizyty u Neurologa, trwałbym z bólem bez sensu. A tak moje cierpienie ma sens... Żadne cierpienie nie ma sensu, ale jest już szansa na rezonans (płatnie) a potem może ktoś mi wreszcie powie 0 gdzie ja u licha się znajduje w obecnej chwili. Bo efekty są takie, że mój atak korzonków trwa już tydzień i nie czuje super poprawy i nadal chodzę przygarbiony.
Kręgosłup to głupia sprawa. Obawiam się jakichś powikłań poważniejszych, ale w sumie ból nie pojawił się po "nagłym dźwignięciu" tylko zwyczajnie z rana wstałem i jest. Tu rodzi się nadzieja, która umiera ostatnia, że jak tylko mi rezonans zrobią to uda mi się zapisać na fizjoterapię i jakiś znachor mnie ponagina i zrobi mnie na nowo. Obecnie średnio. Chodzić chodzę, ale jak babinka pochylony, a wzdłóż kręgosłupa wyrastają mi dwie długie pręgi napiętych mięśni.
Jakie sa plusy? No jasne, że są plusy! Nie ma pogody na roweri do sezonu jest jeszcze trochę czasu, więc może uda się zebrać te zwłoki z podłogi i postawić je na nogi!
Ratowałem tyłek serwisu, bo zabrakło nam magicznej foli do personalizacji. Oczywiście nie było komu jechać, wiec pojechałem ja. WYsiadęłm z SKM dwie stacje dalej i pojechałem do Decathlonu Okęcie. W sumie nic niespodziewanego, gdyby nie to, że od jakiegoś czasu bolą mnie plecy. Na rowerze mnie nie bolały bo pozycja pochylona, ale jak wróciłem do pracy to już nie było tak łatwo. Ból pleców to uczucie przysłowiowych korzonków, tylko od ponad dnia leczony domowymi sposobami - nie chciał przejść. W serwisie większość pracy na siedząco żeby nie przeciążać pleców, ale narty same się nie wydadzą. Tu jedna para, a tam pięć... I tak jakoś wegetowałem. w sumie chodząc po ścianach i po meblach serwisu.
Dzisiaj jest sobota, wczoraj musiałem UŻ wziąć aby jeden dzień wyleżeć plecy i liczyłem na to że mi przejdzie jak w końcu spędzę dzień w spokoju pod kołdrą. I wiecie co? Wuja tam! Nic a nic nie przeszło! Mało tego raczej miałem wrażenie, że jest gorzej. Wstawanie z łóżka trwające 15 minut. Ataki i skurcze w plecach pod którymi uginały mi się nogi. W sumie jedna wielka masakra. Decyzja zapadła, jak górotwór po kopalni węgla - czas udać się do specjalisty. Kierunek Świąteczna Pomoc Lekarska.
ŚPL - czekanie w kolejce to nasz narodowy sport, więc odczekałem. Pan doktor jakem wszedł, rzecze do mnie w te słowa: " to pan do mnie z tym przychodzi? Na SOR trzeba było jechać" Napisał receptę na leki i podpowiedział abym jechał na SOR bo tam mi przynajmniej rentgen zrobią i zobaczą do środka. Sam lekarz nawet mnie nie zbadał. Oparł się tylko na wywiadzie. "Gdzie pana boli - aha - i gdzie jeszcze" Ja rozumiem, że jest ten Koronny Wirus, ale nawet mnie nie dotknął.
SOR to inna bajka. Tam mnie chcieli. Przyjmował mnie ratownik medyczny, bo lekarz był na oddziale. Po pytał zlecił rtg i magiczne zaklęcie: "CZEKAMY". Rtg miałem około dwunastej. Na zastrzyk i opis czekałem do 15:30. Mało tego dostałem promocyjnie dwa zastrzyki w "mięsień dupny" - po sztuce na połówkę "Mięśnia". Efekt? Odleciałem, prawdopodobnie jakaś reakcja na lek, albo fakt, że od rana tylko na kawie i gryzie banana byłęm... kolejne pół godziny leżenia na kozetce i wracania z zaświatów. No i wreszcie epikryza wypisowa. "Prosz.... można iść".
OSTRA jazda... Skierowanka i badanka ale to już nie u nich... Bez sprzecznie najlepszy był radiolog - "Proszę pana nasz etap produkcyjny w społeczeństwie się już kończy, teraz przyjdzie kolor lastryko wybierać:)"
Postanowiłem nieco rozbić dwa tematy, bo okazało się, że na liczniku nazbierało się nieco więcej kilometrów niż wcześniej wpisałem w poprzednim wpisie, a zasolenie 120km jednego dnia może komuś zniszczyć życiorys. Dlatego też oddzielny wpis poczyniam. Czym chciałem się z wami dzisiaj podzielić?
Hmm w sumie to męczeństwem. Wczoraj tak mnie pogięło, że do pracy pojechałem na rowerze. Nie nie nie. Zaraz jak to rowerem i tak jeździsz. No tak ale nie moglem się wyprostować i na osiem godzin pojechałem na "terapię" do pracy. Okazało się że dobrze, bo inny kolega wziął L4 do końca tygodnia. Ja chodziłem jak Golumn albo Gandalf. Pochylony, ale znajdowałem sobie głównie pracę siedzącą, aby jakoś przetrwać te osiem godzin. Nie było to łatwe bo na serwisie ciągle trzeba się przemieszczać. Ale okazało się, że nawet ostrzenie łyżew można wykonywać na siedząco na wysokim stołku kręcono - barowym.
YOO SHALL NOT PASS
Ilość leków p. bólowych jakie brałem była duża, a w sumie nie wiele pomagało, bo moja pozycja nadal była "przyziemna". Brakowało mi tylko laski aby być prawdziwym Gandalfem. Generalnie spraw w serwisie jest dużo do ogarnięcia i ciągle się ich nawarstwia. Jak zajmowałem się personalizacją.
Dawno tu nie zaglądałem, ale i wiele miałem na głowie. Troszkę wam poopowiadam. W weekend odbywała się kolejna edycja Legionowskiej Katorgi. Była przełomowa bo dodałem opcję dla biegaczy z dystansem 12 kilometrów. Od początku istnienia imprezy planowałem, aby był bieg,a le mi się nie udało tego zrealizować. W tym roku wreszcie skrzyknąłem kilka osób do pomocy i ruszyłem z tematem biegowym. Jakie efekty? Wysoka frekwencja - pewnie też ze względu na pogodę - 700 zł dla domu dziecka.
Atmosfera była bajkowa, a pogoda wiosenna. Jednym słowem pełen sukces i nowa siłą napędowa do produkcji kolejnych imprez. Ci co już coś wiedzą o moich wydarzeniach, wiedzą również, że ruszam z Szosową Włóczęgą która jest maratonem turystyczno szosowym w Kwietniu.
CO ile i jak jeszcze w mojej głowie się wykluje to się okarze! Na pewno pomysłów mam wiele na te i inne niedziele!
Myślałem aby w nowym roku zrobić dłuższą trasę. Nie bardzo wiedziałem czy pogoda pozwoli. Nad Polskę nadszedł jakiś front. Wiało i padało. Nawet ostrzeżenia meteo się pojawiały, że oblodzenia i takie tam straszydła dla automobilków. Ja wypatrywałem lepszej pogody bo pochmurne dni z deszczem padającym poziomo średnio mi się widziały na kompana długich jazd. Taks ię wydarzyło, że D miałom wolne i miała podobne odczucia jak ja. Czyli chciało jej się na rower, ale pogoda nie pasiła. \ W sumie do samego końca nie wiedziałem czy i gdzie pojadę i czy pojadę sam czy z kimś. Wreszcie pogoda się wyklarowała i udało się wypatrzyć okno pogodowe dla niedzielę, gdzie miało nie padać i nawet nadawali słońce. Wiatr jednak pozostał i temperatura około -1 do 0 stopni. Szybkie kliki na messenger i dwuosbowa ekipa stawiła się o 9:30 pod Pałacem w Jabłonnie. Kierunek Kampinos - szlakiem zielonym do Roztoki. Następnie nawrót i czerwonym do Łomianek. Później już przez Czosnów do Nowego Dworu Mazowieckiego i resztę tranzytem do domu. W sumie traska wyszła dość soczysta. I mimo, że pogoda słoneczna to było dość chłodno. Nie dało się za wiele odpoczywać, bo człowiek szybko tracił ciepło. Zmuszeni byliśmy więc do zapier... jechania bez większych i dłuższych przerw. Kampinos pełen ludzi. Całą masa spacerujących z kijkami, sporo rowerzystów i ludzi z psami. Jednym słowem Warszawa wybrałą się na spacering w tym dniu.
Dwa dojazdy do pracy po nowym roku oczywiście tak fascynująće jak cegła, więc dodaje zbiorczo, gdy mam coś do powiedzenia. A mianowicie - ruszyłem "SKOPyta" z przygotowaniami do Legionowskiej Katorgi Zima 2020. W tym roku dodaje opcje biegową na zimowej edycji i mam nawet już pierwsze osoby chętne do biegu.
Ale po torach... to znaczy jak kto woli - po KOLEI!
19 stycznia 2020
Biuro Zawodów -
Rav Serwis Krasińskiego 23c
3 trasy:
Trasa XL
44 kilometry
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.