Zimą nie jeździ się na dystans, tylko na czas.
To zdanie znajomego bardzo mi przypadło do gustu. W sumie,
dyskusja toczyła się w kontekście, czy efektywniej iść na 1h na szosę czy na
MTB. Wyszło, że moja stara zimóweczka lepiej się „opłaca”. W sumie w
odniesieniu do pokonywania dystansów nie idzie lekko bo 20-22 to max co
wycisnę, ale w nogi idzie lepiej. I ta sama godzinka to więcej wysiłku na rowerze.
Cała ta dywagacja związana jest z moim dzisiejszym dojazdem do
pracy. Udało mi się wyrwać na rower, mimo, że dzień rozpocząłem takim humorem,
że mógłbym co najmniej za jakiegoś terrorystę robić. Wszystko na nie, wszystko
be, wszystko złe! No i targowisko z rana jakie zafundowała mi żona dopełniło
gorączki.

Udało mi się tylko wypić kawę porannie i musiałem wyjść z
domu, bo jakaś niewidzialna siła chandry buzowała we mnie tak mocno, że lepiej
było ładunek zdetonować na dworze. Potwierdziła się tu kolejna prawidłowość
rowerowa, że 2 kółka to jednak najlepszy detonator. To tu energia potencjalna
nerwów zamienia się w kinetyczną AVS… może tak powinna brzmieć kolejna zasada
dynamiki:
Ciało wk-wione, puszczone w ruch będzie zapierd… aż zużyje
całą energię frustracji i nerwów.
No i wyszła całkiem przyjemna i konkretna jazda. Nie ma co
pomstować, na dystans bo 30km wpadło a i 1,5h pedałowania wyszło. Naprawdę
chciałbym aby była energia do zrobienia tras z przed kilku lat. Do robienia
tras po 150km jesiennych pluch i zawiei… sporo tego było dawniej. Przyznaje,
zmieniłem podejście. Przestałem lubić zimno i pluchę, mniej mam iskry aby w
taki dzień wyjść na dwór. Może związane jest to z tym, że najzwyczajniej w świecie
codziennie pracuje, a wtedy nie pracowałem i miałem mnóstwo czasu na tworzenie
takich tras i chęci energii było więcej. Nie narzekam na swoją pracę, ale na
pewno część z sił witalnych zabiera. Zwłaszcza jak za oknem szarówka. Na brak moich
wyjazdów w lato nie macie co narzekać, - chyba;)
Dystans całoroczny również chyba wychodzi całkiem w normie,
jeszcze poniżej 10 tysięcy nie zszedłem. Co zaś się tyczy mojej rowerowej
egzystencji, to stałem się zwolennikiem jazdy jakościowej a nie ilościowej. Ok
zaraz zarzuci mi się tu, że robienie 500 km czy 300 km ma w sobie tyle jakości co
Chińskie zabawki z plastiku. Chodzi mi bardziej o fakt, jeżdżenia. Sporo rzeczy
sobie udowodniłem i chyba nie muszę drugi raz. Wiem jak to jest jechać przy
-22stopniach, wiem jak to jest jechać nocą itp. Może po prostu nie wszystko co sobie udowodniłem w 100% mi podpasowało:D

Ktoś kto od ośmiu lat robi tyle kilometrów co ja do tej
pory, na pewno musi się liczyć z przepalaniem pewnych podzespołów. To jak z
żywym organizmem, Pewne komórki obumierają, wyeksploatowane, zastępują je nowe,
inne, funkcjonujące inaczej. Dopóki ilość nowych komórek nie powoduje
obumierania tkanki, to nie powinno być powodu do niepokoju.
Moja tkanka jedynie traci na jędrności zimą lekko się
obkurcza i zbiera siły aby na wiosnę znów rozprężyć się w pełnym słońcu.
Mam nadzieje, że przyjmiecie mnie, bardziej nowego zdystansowanego
od hardkoru na granicy zdrowego rozsądku. Na pewno jeszcze nie raz was
zaskoczę, na pewno jeszcze nie raz poddam pod dyskusję swoje możliwości. Mam
kilka asów w zanadrzu na rok 2016 i wszystko co się dzieje tej jesieni i zimy
będzie miało swój realny wydźwięk w nowym roku. Pojawią się jeszcze bardziej
drastyczne zmiany i tego nie da się uniknąć. Mało tego, te zmiany są dobre –
lepsze, zdrowsze… a jeśli przyniosą mi tyle samo fanu, co poprzednie moje „ja”
to czemu by nie spróbować lekkiego postmodernizmu.
pozdrawiam wszystich zawiedziony czytelników