W poszukiwaniach weny codziennej gdzieś udało mi się wykrzesać iskierkę. Pojechałem sobie wczoraj znów do pracy z lekkością słonia;) Ciągle pod wiatr miałem. To jakaś niesprawiedliwość społeczna chyba. Nie dość, że na grubszych oponach, to jeszcze pod wiatr... i co? Adaś z niedoczasem wyjechał i gnał jak wariat... jakby mi sektor na maratonie odchodził...
W pracy jestem o czasie, ale tak się przeorałem pod ten wiatr, że klękajcie narody.
W pracy spokój cisza. Robiłęm jeden rower i "delektowałem się tym" cały dzień. Ogólnie w pracy się mega uspokoiło, i mozna posprzatać, poukładać graty. Wszystko zaczyna mieć swoje miejsce. A dzieci kupują nowe zeszyty do szkół. Lato odchodzi, a nadchodzi przedjesień. Ciepła sucha... będzie się jeździło! Oj będzie!
- poproszę oponę - jaką - 28 cali - terenowa czy zwykła... - chciałbym, aby opona miała po środku taki pasek z litej gumy, nieprzerwany żadnym bieżnikiem - czyli slick - pokazuje klientowi dwie opony. - no nie, bo widzi pan ona ma tu takie takie o... - no to może taka - pokazuje inną - nie no widzi pan, te też nie taka, bo ona ma tu o takie... - nie bardzo rozumiem pana wyszukane żądania, wszystkie te opony są slick, gładkie więc różnicy pan w bieżniku nie odczuje... Co pan za różnice w nich dostrzega. - Mam taki kaprys, aby ten bieżnik był taki jaki chce. - Ale pan widział taką oponę? Może pan zna model, firmę... nie każda firma co robi opony ma te same bieżniki. - no ja się nie znam, niech mi pan taką zamówi. - Jak mam panu zamówić oponę która nie istnieje... - to pan jest specjalistą...
Klient, przez 40 minut przegrzebywał opony, nieomal badał ich skład gumy wzrokiem, prawie je wąchał i w końcu żadna mu nie pasowała. Żadna nie była tą jedną jedyną wybraną;)
Ech...:)
Takie bliźniaczo, podobne rowerki trafiły do nas na serwis dziś.
W czasie suszy szosa sucha... A gdy pada to mokra...
Dziś postanowiłem do pracy rowerem się wybrać, tylko zapomniałem, że jest coś takiego jak deszcz, który "pada" a nie tylko taki, który "zapowiadają, że będzie padał". W sumie wyszło na to że piętnaście minut przed końcem mojego czasu pracy, zaczęło padać i tak już sobie padało i padało aż dojechałem do domu, cały mokry!
Fajnie, że pokropiło bo susza taka. Niech się drzewka napiją i rzeczki niech łykną... przyjdzie jeszcze pogoda. Jeden deszcz powodzi nie czyni:)
Po sobotnim handlowaniu wraz z żonka wybraliśmy się na basen. Chciałbym teraz mając auto, regularniej uczęszczać na basenik. Mam nadzieje, że zimą będzie to fajny dodatek do aktywności na trenażerku.
Wielu z was pyta co z moim rowerowaniem. Otóż, nie jest tak źle, po prostu zbieram siły, przewartościowuje sobie pewne sprawy i obecnie mam przerwę od "ciągłego roweru". Mamy z Agnieszką plan na jesieni jeszcze wyskoczyć na kilka dni gdzieś w Polskę, ale zobaczymy kiedy i gdzie to się odbędzie.
Obecnie upały odpuściły, a ja znów mogę odetchnąć pełną piersią;)
Pojechałem sobie dziś do pracy przez las. Miałem w zamiarze sprawdzić pewną drogę "na skróty" do Nieporętu.
MATKO-BOSKO-KOCHANOO!
Dawno się tak nie umeczyłem. Przełożenie 2x1 i co jakis czas 300-400m z buta. Wydma za wydmą. Piasek drobny, nieomal jak maka, nie taki klasyczny ziarenkowy. Typowy wydmowy - pylasty. Zakurzyłem się, najadłem piasku, ale w końcu udało mi się do celu dotrzeć.
Nareszcie upały odeszły. Sucho nadal w lasach, ale noce już znośne i wreszcie znów mogę egzystować. Wysypiam się, jem pełne śniadania, nawet znów zacząłem pić kawę porannie. Księgowy zdaje się budzić z upalnego snu... Tym razem na terenowo-przełajowo.
W pracy? W pracy ciekawa przeróbka roweru 26 cali (level A8) na 28 cali.... Jest na styk - jest goood;)
Kolejny z serii wyjazd do pracy rowerem przy użyciu tego samego roweru, jednak w specyfikacji przełajowej. Kolejna już podróż przez " ruchome piaski" w okolicach Nieporętu. Ostatnio czerpie sporo frajdy z jazdy lasami. Mimo, że tego dnia dwa razy zostałem pokryty warstwą "leczniczego kuchu". Pierwsze minęła mnie terenówka, próbująca chyba pobić rekord prędkości na tych piaszczystych wydmach. Druga była jednostka straży pożarnej na sygnałach. Oba pojazdy zostawiały za sobą tuman pyłu w powietrzu taki, że miało się wrażenie, jakby była mgła.
Bardzo przyjemny wyjazd. Mimo, że zakurzony wróciłem do domu jak młynarz, jednak zdecydowanie odpoczywa się w lesie;)
Dziś pojechałem do pracy rowerem. Ha jak to miło móc sobie wybrać dzień kiedy "chcę" jechać, a nie być w niewolniczym kieracie codzienności dojazdów. Po poczytaniu przełajowych wyczynów Cyklisty w Warszawie i ja założyłem przełajowe oponki i najbliższe wyjazdy planowane są właśnie w takim medium.
Z rana dość przyjemnie chłodno, choć wiatr w twarz łoił jak nie wiem. Kurzyło piaskiem spod kół a muszki ginęły na moich okularach jedna po drugiej.
Co przyniesie poniedziałek? Nie wiem:) Zobaczymy... Druga cześć wpisu po południu ;]
W poszukiwaniu oddechu od upałów, wybraliśmy się z Agnieszka na wycieczkę w okolice Siedlec. Plan był pojeździć po mniej znanych terenach i odwiedzić podsiedleckie wioski. Wszystko od samego początku szło jak po gruzie. Najpierw zaspaliśmy na poranny pociąg. Kiedy się obudziłem, wystrzeliłem jak z procy. Agnieszka stała w kuchni i szykowała śniadanie: - co... co.... jak... która godzina? - a co ty taki pobudzony Adaś... - a pociąg? - spokojnie. Zaspaliśmy ale zaraz jest kolejny...
Drugie podejście okazało się skuteczne. Wycieczka doszła do skutku. Upały i silny wiatr skutecznie nas stopowały na trasie. Jak się później okazało w tym samym momencie nad Wielkopolska przechodziły burze i gradobicia. Jaka ta pogoda jest zmienna i dziwna. Podczas wyjazdu miałem okazje wiele rzeczy sobie przemyśleć. W związku z ostatnimi moimi podrygami szosowymi. Doszedłem do wniosku, że jednak zdecydowanie lepiej pasuje mi zwykła turystyka, klasyczne wyjazdy, bez spinki niż ciśnięcie na kole. Trudno będę jechał dłużej, będę jechał wolniej, ale przynajmniej zobaczę coś dookoła. No właśnie, choćby takiego łosia, ale tylko pół. Bo jak jechaliśmy dziś, Agnieszka widziała całego, a ja tylko jego wielki zadek co się już do lasu chował... Rany jakie te łosie wielkie!!! No kawał mięska;) Nie ma to jak szosowe opony i bruk... a do tego upał 37 stopni i wiatr w twarz... się odpoczuywa
Odpoczynek od roweru trwa, upały wolno odpuszczają i myślę, że niebawem moja aktywność powróci na bloga z większą siłą. Dobra regeneracja zarówno psychiczna jak i fizyczna jest bardzo wskazana. A z rowerami jak pokazuje praktyka, nadal jestem w jednej druzynie;)
W końcu udało się zmotywować i wybrać na jakiś nocny rower. temperatura zaskakująca, bo przez cały nocny wyjazd towarzyszyło mi wskazanie 27 stopni. Trasa bez uniesień. Legionowo Janówek powrót przez Chotomów i Legionowo przystanek. Pierwszy z serii przełomowych wyjazdów, które mam nadzieje przełamią passę niemocy mojej.
Na trasie cisza spokój, od Nowego Dworu spotykam kilku szosowców którzy wracają z wieczornych treningów. Na ulicy z refleksem myszoskoczka omijam Jeża samobójce, który postanawia w te upalne noce popełnić sepuku:)
Ogólnie wyjazd bardzo na plus, skończyłem około 22.45 i wiecie co? Nawet nie bolało. Można:) Może gdzieś tam wraca moja witalność i energia życiowa;)
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.