Od początku tego roku, nastawiałem się na wielkie
wydarzenie, które już rok wcześniej zaowocowało fajnymi przygodami. Maraton
podróżnika, powstał niedawno, a jego popularność i klimat, stały się tak bardzo
dla mnie odpowiednie, że postanowiłem wystartować po raz kolejny.
Ten maraton, to głównie ludzie. Nie jest to jednak grupa
wycieniowanych ultralajtowców, robiących strefy, idących po zmianach.
Tegoroczna edycja pokazała prawdziwy charakter maratonowo-podróżniczej
tułaczki.
Historia kołem się
toczy.
Ciężko opisać przygotowania do samego startu. Zmiana pracy,
bardzo mi pomogła odciążyć głowę od problemów, jednak zmiana ilości obowiązków
i odległość sprawiły, że na „rower na luzie” miałem mnało czasu. Dzień w dzień
jednak pedałowałem do pracy. Od Lutego nieomal codziennie, bez znaczących
przerw jeździłem po prawie 30km dziennie. Wolno szybko średnio? Trudno powiedzieć
jak. Moje dojazdy do pracy przeżywały okresy wzlotów i upadków. Wiosennie szło
dobrze, później w maju/czerwcu złapał mnie kryzys aż wreszcie tuż przed
maratonem udało mi się wyleczyć niemoc i wrócić „na koła”.
Pierwszym sprawdzianem przed maratonem była Kaszubska
wyprawka długodystansowa w kwietniu. Nie ukończyłem jej i to dało mi bardzo
dużo do myślenia. Wniosków nasuwało się wiele i bardzo poważnie rozważałem
opcje wycofania się ze startu w czerwcu. Przede wszystkim ostre ścianki na
Kaszubach, pokazały, że góry to zdecydowanie nie moja mocna strona, poza tym,
same dojazdy nie poprawiały mojej kondycji na tyle by móc trzasnąć sobie 300km
ot tak. Trzeba było przemodelować przygotowania.
Niestety, udało mi się w sumie dwa razy zorganizować wspólne
jeżdżenie na podjazdy w celach typowo treningowych. Nie wiem na ile to pomogło,
zdecydowanie jednak to nie był mój styl. Treningi, „robienie” górek na siłę to
nie jest to co lubię. Pomysł więc upadł, i w sumie tyle było z „treningów”.
Od Kaszubskiej wyprawki, moim największym przejazdem było
105 kilometrów z Agnieszką w czerwcu. Jak więc udalo się to wszystko upchnąć w
ciało i dać temu siłę by przejechać te 4000m przewyższeń?
Czysty umysł… lekka
głowa
Sposób, udało się znaleźć przypadkowo. Wpakowałem sobie do Glowy,
że to nie maraton, nie rywalizacja, a wyjazd towarzyski, tylko na 300km. Obliczenia pokazały, że średnia potrzebna do
przejechania nie jest ekstremalna i w moim zasięgu. Zasadę numer jeden udało
się więc wprowadzić w życie – Pusta, czysta głowa. Przestałem się zamartwiać,
„jak to będzie”, „czy dam radę” i „jej jakie to są wysokie góry”. Po prostu
wsiadłem i pojechałem.
Lider.
Liderem grupy zostałem w sumie z nominacji niż z wyboru, ale
powiem wam, że to było miłe. Dawało to poczucie zaufania jakim mnie obdarzono
(plus do morale) i przyjemnie połechtało ego. Bycie liderem sprowadzało się do
przeprowadzenia grupy osób przez Kraków. Dalej za Wieliczką odbywał się start
ostry.
Moim zdaniem takie rozwiązanie w tych warunkach wypadło
idealnie. Przede wszystkim w wielkim mieście, grupy jechały sprawnie, wspólnie
i nie blokowały połowy miasta. Nikt nie zostawał na światłach, nie musiał potem
na wariata doganiać grupy. Dodatkowo początek, pozwolił na dobre rozgrzanie się
przed górkami i rozruszanie nóg.
Po zebraniu wszystkich formalności jako grupa czwarta
ruszamy 8:09. Jedziemy wolno, trzymając się razem. W Krakowie troszkę mi
elektrony dwa się wyrywają na przód, ale suma summarum udaje się przejechać bez
większych scen przez miasto. Decyduje na drogach dwupasmowych ustawić grupkę
dwójkami, by zajmować cały jeden pas, przynosi to założony efekt, bo auta nas
wyprzedzają sąsiednim. Nikt nie trąbi,
nikt się nie denerwuje… Tylko raz pewna obywatelka, prosi nas przez szybę na
światłach abyśmy zjechali na ścieżkę rowerową. Bez ceregieli nie korzystamy z
podpowiedzi:)
Start ostry...
Na punkcie zbornym doganiamy grupę numer 3 i życząc im
wszystkiego dobrego, odprawiamy ich na 500. Sami ogarniamy się w cieniu i
korzystająć z chwili wytchnienia, reorganizujemy. Słońce przez cały czas pali
żarem z nieba. Dojazd na start ostry już kosztowało nas wiele sił. Na niebie
nie ma ani jednej chmurki, a wiatru nie czuć.
Gdy tylko dociera grupa piąta, zarządzam komunikat do
startu. Nie chcę za długo się kitrasić i przeczekiwać. Moja rola jako lidera
się skończyła. Od tej chwili każdy jest samoistną cząsteczką która decyduje do
jakiego atomu się przyłączy. Czuje się niezmęczony, więc idąc za ciosem ruszam.
Razem ze mną startuje kilka osób. Rusza Żubr, Tater i Hans. Inni widząc, że
zdeklasowany lider rusza, także się szybko zbierają i nie mija kilka kilometrów
jak znów jedziemy wspólnie. Nie jest to już ta sama zorganizowana 13 osobowa stawka,
ale uzbierałem stadko 5-6 osób, które później mieszając się sporadycznie z innymi, jechało równo prawie do końca.
Opis trasy, byłby bardzo nudny, gdybym co chwila opisywał
wam, że „tu zaczynał się podjazd”. Role lidera w grupie przejął Tater i Żubr.
Obeznani z górami i okolicami, podpowiadali nam czego możemy się spodziewać na
jakim odcinku. Mój spisany cue sheet zamocowany do ramy, nie był bardzo
precyzyjny:
„ostra i ciężka” „mała ostra hopa” „długa ciężka raczej
płaska”
Chłopaki dawali nam sporo więcej info o podjazdach i ich
stopniu trudności, co w znaczący sposób pozwoliło na uniknięcie niespodzianek
typu : nie mam wody. Czasem miałem im za złe, że tak dobrze znają te rejony, bo
wolałbym aby w kwesti stromizny się mylili choć raz… - niestety. Ich strzały
zawsze były celne.
Moja obserwacja z trasy była taka, że najtrudniejsze było
pierwsze 100-120 kilometrów. To zarówno dla dystansu 300 jak i 500 była chwila
prawdy. Albo ktoś pokonał upał i znalazł na niego metodę, albo wycofywał się. U
mnie było podobnie. Żar lał się z nieba a ja z każdym kilometrem czułem się
gorzej. Stawanie w cieniu, nie pomagalo tak jak bym tego chciał. Piłem
hektolitry płynów, ale nie dawały one ukojenia. Kupowane zimne z sklepach
momentalnie w bidonach robiły się jak zupa. Piło się je więc, z musu, niż w
poszukiwaniu ulgi dla kapcia jaki panował w ustach.
Kryzys cieplny pojawił się na ściance w Rdzawce(a w zasadzie tuż przed nią). Tam,
zanim jeszcze zaczął się konkretny podjazd, miałem chwilę zwątpienia i naprawdę
rozważałem wycofanie się. Glowa pulsowała od żaru, twarz piekła od slońca, od
soli, od wysuszenia. Ręce i uda, tak rozgrzane, że po prostu zdjął bym skórę…
sposób znalazłem dzięki pomocy kolegi, który powiedział, abym założył hustę na
lewą stronę. To zaizolowało mi głowę od słońca, bo husta od lewej była jasna,
biała. Gdy dodatkowo zmoczyłem hustę, ulga dla głowy była przeogromna.
Zmoczenie ramion i ud, i stóp… to był strzał w dziesiątkę.
Sposobem na upał było regularne co jakiś czas picie, i
schładzanie ciała w cieniu poprzez polewanie wodą. Brałem wodę z źródełek w
ściankach gór, z cieków melioracyjnych…
po prostu gdy czułem, że znów mi gorzej, stawałem w cieniu łapałem oddech i
polewałem przegrzane mięśnie i ubrania wodą.
Rdzawkę jadę… ale w końcu muszę zejść. Za mało biegów na 20%
ściankę a do tego jej kulminacja była na otwartej przestrzeni więc, w pełnym
słońcu. Udało się jednak dotrzeć na szczyt i zaliczyć PK 1 (16:05)
Na punkcie zbiera się grupka Księgowego i dojeżdżają
strzępki grupy piątej. Jem, chłodzę się, gadam i szukam sposobu na atakujące
skurcze. Dobrze robi mi zjedzenie kilku kanapek i kapiel w kranówie w wc stacji
benzynowej. Pociesza myśl, że to już 16 i , że „zaraz zrobi się chłodniej”. Co
prawda rzeczywiście wolno spada temperatura, ale już nie 41 na słońcu a solidne
36, więc jest progres.
Z PK1 wyjeżdżamy już strzępkami. Ja z Kahą i żubrem, ruszam
zaraz po Tatrze i jego mikro ekipie. W składzie trzy-osobowym jedziemy sporą
część pozostałej trasy. Kasia, naprawdę świetnie daje sobie radę i reprezentując
ligę kobiet na dystansie 300, trzaska każdy podjazd bez zsiadania z roweru!
Na Podjazd w Krowiarkach wjeżdżam z Żubrem. Kasia zostaje w
tyle. Jedzie mi się na tyle dobrze, że odłączam się od Żubra i atakuję grupę
Tatra. Udaje mi się dotrzeć na szczyt bardzo sprawnie. Tater, nawet żartuje, że
do tej pory oszukiwałem ze swoją formą. Fakt jest jednak faktem. Długie mozolne
podjazdy idą mi zdecydowanie lepiej niż sztywne 20% ścianki.
Na przełączy Krowiarki, dołącza do nas Żubr, który był za
nami. W akompaniamęcie całej masy owadów, puszczamy się zjazdem w dół do Zawoi.
Droga początkowo dobra, szybko zmienia się w dziurawkę i trzeba mocno uważać,
aby nie wrąbać się w dziurę jakąś. Na podstawie ilości łat można by tam
przeprowadzić geochronologie asfaltu i przeprowadzić badania nad erozyjnością podłoża
asfaltowego:)
W Zawoi jemy pierogi. Popas dobrze robi bo zaczyna się
zmierzch i przed nami jazda nocna. Jest sporo chłodniej niż za dnia, ale i tak
ponad 17 stopni. Przez całą noc niezmiennie pociłem się na podjazdach i marzlem
na zjazdach. Trudno powiedzieć co było lepsze. Z pierogów ruszam za grupą i
szybko złączam się z Żubrem i Kahą. Po małych perturbacjach na podjeździe
zostajemy tylko z żubrem i długi zjazd w dół do Makowa Podhalańskiego jedziemy
we dwóch. Noc w pełni, sobotnie imprezy trwają a my jedziemy i nie ma końca tej
jeździe. W Makowie spotykamy Tatra i jego podgrupę. Zamieniamy kilka słów na
rynku po czym, ruszają na podjazd. My z Żubrem jeszcze chwilkę siedzimy, ale w
końcu postanawiamy też jechać dalej, bo rynek wypełniają rozbawione i
rozkrzyczane typki. Na siodełku bezpieczniej.
Na podjeździe na „Golgotę” tuż za Makowem, Żubr mi odjeżdża.
A w zasadzie to ja czuje spadek mocy. Najpierw troszkę idę, a w końcu się
zatrzymuje. Mam kłopoty z żołądkiem. Kryzys leczę podczas gdy kolega wspina się
dalej. (spotkam go dopiero na mecie)
W oczekiwaniu na poprawę sytuacji dojeżdża do mnie Kaha. Od
tej pory jadąc we dwoje tułamy się razem. Spędzam noc w towarzystwie co pozwala
przetrwać trudności z poranka, no i jet po prostu fajnie z kimś pogadać o
marnościach świata.
Na jednym z postojów na kanapkę, chyba 35km przed metą,
dojeżdża do nas Goofy. Od tej pory trzyosobowa grupa napiera dalej.
Metę osiągamy we trójkę o 4:45.
Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:
Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew