Godzinka pedałowania i pogawędki na forum co i dlaczego jest dla nas niezdrowe;)
Doszliśmy do wniosku, że: * brzuszki - szkodzą na kręgosłup * bieganie - niszczy kolana * za długie siedzenie - źle wpływa na kręgosłup * za długie stanie - niewskazane, obciąża cały szkielet.
Generalnie wskazana różnorodność.
Co mamy powiedzieć my - uczestnicy ultra-maratonów gdzie przez ponad dobę pedałujemy - mało różnorodne jak dla mnie;D
Wiecie sami jak to jest. Najpierw wszyscy mają sraczkę, a potem to szybko mija... mimo, że nie chodzi tu o problemy z żołądkiem, okres świąteczny niejednokrotnie i te potrafi powodować. Chodzi o to, że przed świętami wszyscy są zabiegani, w przygotowaniach. wszystko dookoła szaleje. Czasem w tym całym zabieganiu tracimy kontakt z rzeczywistością. Ludzie zamiast mili dla siebie chodzą podenerwowani, bo "tu trzeba kupić, tam trzeba zdążyć i te kolejki, i ta pani tak się wlecze, a to wszystko takie drogie".
Od kilku lat jakoś trudno mi wczuć sie w atmosferę świąt. W całym tym załatwianiu, przestałem widzieć uroczy okres. Chyba bardziej wolę okres po nowym roku, gdy nadal jest zima, dzień dłuższy, a mroźno i słonecznie na zewnątrz.
Ogólnie w święta rowerowaliśmy co nieco. Wiele wyjazdów było cokolwiek trudnych. W Wigilię jechaliśmy pod tak silny wiatr i deszcz, że poczułem się jak na Islandii. Tam takie coś to była prawie norma. Tutaj, zwłaszcza w grudniu to nieco spory ewenement. Mimo, że bywało po 10 stopni wiatr dawał poczucie, że "0" jest blisko.
Z Wigili w pierwszy dzień świąt wracaliśmy, jak "szatany" niesione wiatrem. Mimo, że wiało i ciemno, to do pociągu dojechaliśmy naprawdę żwawo. W Legionowie pustki na drogach takie, jakby miasto emigrowało w całości.
Zaskoczeniem okazał się drugi dzień świąt. Mróz przyszedł i śnieg. Wybraliśmy się do rodziców na obiad, odwiedzając oczywiście lasy i śnieżne ścieżynki. W mieście lód i pozamarzane rozbryzgi wody. Na ścieżce rowerowej do Chotomowa jakiś traktor odgarnął śnieg, jednak od słońca pojawiła się woda i szybko zamarzła. Droga rowerowa zamieniła się w lodowisko, i łatwiej czasem było jechać po trawie niż po lodzie.
Ciężki okres zimowy czas zacząć. O ile jak słońce i mrozek to bajka, to jeśli będzie więcej deszczu jak ostatnimi czasy, gdy padało, to będzie bida;)
Zaskakujące, podczas dzisiejszej jazdy nie patrzyłem na dystans tylko na średnią... Pedałowałem a chłopakami na ósmym etapie tour de france i starałem się trzymać rytm. Efekt? Przejechałem identyczny dystans, jak poprzednio. Znów 12:58km w pół godziny.
Nie było lekko. Do przejażdżki dodałem 10 brzuszków przed i 10 po.
Poranne kursowanie po mieście w deszczu to była tylko rozgrzewka.
Zmiana siły na poziom piąty. Pierwsza jazda na nowym obciążeniu miała symulować długi podjazd. Było co prawda ciężko, jednak nie aż tak jak sądziłem. Ze środkowego blatu szybko przeszedłem na przysłowiową trójkę i momentami dokręcałem na 3 x 8. Pojeżdżę w tym tygodniu na takim oporze, a potem się zobaczy.
Pogoda za oknem iście surfingowa. Jak tak będzie padało cały tydzień to będzie można surfować po osiedlach w kałużach od deszczu. Najbliższy tydzień to zapowiadane opady non stop - niemal przez całe święta.
Na dwór w taką pogodę wychodzimy tylko jak naprawdę potrzeba. Jednak okazało się, że zakupy, mimo szeroko rozpowszechnionej opinii, się same nie zrobią to trzeba było się wybrać po nie. Oczywiście rower do tego procederu jest idealny.
Na bazarku tłumy, ale nie spodziewałem się jakichś pustek skoro do Wigilii dni można już na palcach u jednej nogi policzyć. Czemu nie u ręki? Bo w rękach każdy ma po dwie siaty z zakupami. My w rękach mieliśmy pusto, bo sakwy na bagażniku są nie od parady.
Początek zakupowego szaleństwa w sumie nie był taki zły, gdy tylko wiało. Gdy zaś zaczęło do tego kropić to zrobiło się już nie fajnie. Deszcz dostał sztucznej inteligencji i popychany wiatrem wiedział gdzie upaść, aby wtargnąć jak najgłębiej. W drodze powrotnej mimo, że maiłem okulary to wpadały mi krople do oczu a momentami nawet czułem, że cisną się do nosa.
Powrót przez rowerowe ścieżki miejskie to ciekawe doświadczenie. Zresztą sami wiecie... święta wolne od chodników?
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.