Długi weekend. Remont w pigułce.

Niedziela, 9 listopada 2014 · Komentarze(2)
Nie wiele wam powiem. Po prostu się narobiłem. Malowanie i meblowanie. Nareszcie odzyskałem swoje miejsce w mieszkaniu.


Pierwszy kolor w przedpokoju. Łososiowo...

Znajdź dziesięć różnic różniących obrazki:)


Wyzwanie na ten weekend...


Blok zaraz po zbudowaniu pracuje. Mieszkańcy tego mieszkania przed nami, zrobili remont pewnie zaraz jak się wprowadzali, więc ślady pękających ścian widać było bardzo na ścianach. Trzeba było więc wykuć pęknięcia śrubokrętem i je zaszpachlować. 


Kładziemy pierwszy kolor na przygotowaną i prze-gipsowaną ścianę. 


Rzut oka w drugą stronę. 




Gotowi do położenia drugiego koloru. Będzie to ciemny szary. Nada on pomieszczeniu takiej wykwintności, a jednocześnie poprawi efekt trójwymiarowości dużego pokoju. 


Przy oknie kolor ciemny, pojawi się również wąskim paskiem na pionowym wypuście po lewej stronie. 


Pokój po malowaniu i myciu podłóg. Naroża czekają na wykończenie, ale ze względu na jasny kolor kładzony tego dnia, nie oklejamy taśmą. Wykończenie czeka do niedzieli. 


Efekt końcowy biura. Oczywiście, jeszcze masa układanie przede mną i organizowania od nowa miejsc dla przedmiotów, ale w końcu mam "swój kącik".

Sypialnia, to był pokój 12 latki. Kolor chyba ten sam co w pokoju dużym... Dokładna obserwacja mieszkania przyniosła wrażenie, że ludzie smaku nie mieli, albo oszczędzali na czym się dało.


Purpuro-fioleto-róż wkład młodej gniewnej, wyraźnie nadał temu pomieszczeniu "klasy".




Wzburzone fale...


Sypialnia po malowaniu. 


Rzut oka na okno. 


Meble w pokoju będą białe. 


Toaletka mojej żony. Wreszcie w mieszkaniu zrobi się więcej miejsca na parapecie;)
Dywanik czerwony nie pasuje, ale nie mamy innego, więc na razie czerwień zostaje.

W poniedziałek dojdzie trenażer i będzie już komplet w mieszkaniu:D


Do pracy 185 - Piątek

Piątek, 7 listopada 2014 · Komentarze(0)
Pogoda za oknem jaka była każdy chyba widział. Ja tego dnia zmusiłem się tylko dod ojazdu do pracy i nic więcej. Za oknami dżdżyście i deszczyście. Pracy było mało, ale zająłem się serwisami. Miła odmiana od nudzenia się na sklepie, gdy momentami przez wiele godzin nie ma klienta a ich liczbę w ciągu dnia można czasem policzyć na palcach jednej ręki. Zrobiłem kilka przeglądów, złożyłem jeden rower i ogarnąłem kilka drobnych spraw w Shannonie. Między innymi oczyściłem sobie obręcze z piasku i kurzu specjalnym disc cleanerem do tarcz. Teraz hamulce to brzytwa. 

Po robocie do chałupki na długo wyczekiwany weekend. To chyba pierwszy od nie pamiętam kiedy wolny weekend dla mnie. Nie liczę tu święta 1 ego, czy urlopu. Chodzi o taki przyznany dzień wolny w sobotę!

Czas na odpoczynek... he he - chyba śnie. Czeka mnie malowanie, zakupy i składanie mebli:) Wykańczanie mieszkania trwa. 

Do pracy 184 - Tshwartek.

Piątek, 7 listopada 2014 · Komentarze(4)
Od rana mieliśmy mierzenie pokoju pod szafę. Był pan i zbierał informację co chcemy mieć zbudowane. Może jeszcze w tym miesiącu uda się dom doprowadzić do ładu. W planach jeszcze malowanie dużego pokoju i zakupy w ikea. 

Wczoraj zamówiłem wreszcie trenażer. Długo wahałem się nad różnymi opcjami, ale nie chciałem wydawać kupy kasy na jeździdło, więc zdecydowałem się na najprostrzy model z decathlonu. 

Jeśli chodzi o moje potrzeby to powinien spełnić wymagania. Już nie mogę się doczekać, kiedy sobie wsiądę na rowerek i popedałuje patrząc w słoneczne podjazdy w alpach. Pogoda za oknem robi się byle jaka, a czasu na wieczorne wycieczki jakoś mało. 

W pracy "A" wpadał na kolejne genialne pomysły. I próbował swoich sił ze mną. Niestety z marnym skutkiem, bo mnie urobić w idiotycznych decyzjach jest trudno. Spełniałem się również jako sprzedawca i w końcu udało się sprzedać trzy rowery po moich wcześniejszych rozmowach z klientami. Efekt, powiedziałbym wielce zadowalający biorąc pod uwagę to co za oknem.

Już jutro piątek i pierwsza od niepamiętam-kiedy wolna sobota;) YEAH!

Do pracy 183 - Środek tygodnia

Czwartek, 6 listopada 2014 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Nareszcie środa. Dni ciągną się jeden po drugim tak ślamazarnie, że czasem ciężko to wytrzymać. Wiem wiem, narzekam bo w pracy nie ma co robić - idiotyzm. Niestety spędzanie całego dnia na szukaniu zajęć, które choć troszkę w oczach innych wyglądać będą na super potrzebne i wartościowe, nie jest łatwe. 

Tego dnia znalazłem czas na majsterkowanie w serwisie. Mailem za zadanie wymienić korby z jednego roweru na drugi, jedne bowiem były 170 tki a drugie 175-tki, tym sposobem troszkę czasu przeleciało na wieszaniu się na kluczach. Jednym słowem, coś się działo. 

Po pracy montowałem szafkę, tzn w sumie budowałem ją od zera z płyt pilśniowych. Wyszła zacnie. Jeszcze tylko wprawić drzwiczki i będzie czysta profeska;)

Rowerowo ubogo, choć pogoda powala na kolana!

Do pracy 182 - Słoneczny poranek.

Środa, 5 listopada 2014 · Komentarze(3)
Do pracy znów w słoneczny poranek. Najpierw jednak do meblowej hurtowni po odbiór płyt na półki. Cześć płyt zabrała Agnieszka do sakwy, a ja dostałem w "spadku" ścinkę. Ścinka, to płyta wąska i szeroka na jakieś 1,2 metra. Jechałem więc z nią na kierownicy. Płyta była położona w poprzek jak takie wielkie skrzydło. Nie było możliwości mnie wyprzedzić na ulicy jednokierunkowej i auta grzecznie jechały za nami. Czasem przydał by się w codziennym życiu taki dystanser na ulicach:D

W pracy mieliśmy szkolenie z hurtowni. Poznawaliśmy nowe bieżniki na 2015, nowe modele opon i zaznajamialiśmy się z dokładną ofertą części. O ile wiem, co to korby i jak się je montuje, o tyle budowa i poszczególne części piasty torpedo to już była zagadka. 
"sprzęgła, cięgna, wałki i kliny". Niby taka piasta od lat jest na rynku, każdy miał hamulec w pedałach, jednak nie sądziłem, że jej budowa jest taka skomplikowana. 

Po szkoleniu znów na sklep. Znów nic się nie działo, znów robiliśmy przeniesienia i remanenty. Główny remanent zacznie się od przyszłego tygodnia i wtedy będzie meksyk, albo schudnę kilka kilo, albo wrzodów dostanę... Nawet nie chcę myśleć ile rzeczy poginęło za czasów gdy pracował tam "świeżak". Może nie tyle poginęło, co na przykład wyparowało, bo zapomniał ich wbić na paragon.

Dzień zakończył się dość szybko, bo szkolenie poranne zabrało dwie godziny z naszej pracy. Udało mi się tego dnia zagospodarować czas i umyć podogę na salonie. Jak nie ma co robić to choć tym się zajmę. 

Noc ciepła, pod wiadukt jechało sie lekko - forma wraca?

Do pracy 181 - Poniedziałek

Poniedziałek, 3 listopada 2014 · Komentarze(0)
Najpierw rano po mieście. Generalnie pogoda była wyjątkowo łaskawa, słonce i ciepło powyżej 8 stopni. Pokręciłem się tu i ówdzie i lekko przegrzany pojechałem do pracy.
Poniedziałkowa narada w pracy. Czyli sporo i nic zarazem. Takie posiedzenie i podsumowanie nadchodzącego tygodnia. Po naradzie zaczęliśmy pracować. Znów masa przeniesień towarów, znów sprawdzanie faktur. Zanim się remanenty zaczną to chyba będziemy mistrzami w rozpoznawaniu produktów i zliczaniu ich ze stanów na sklepie. Troszkę przypomina mi się moja dawna praca na studiach na inwentaryzacji. Tam też całymi nocami liczyliśmy i liczyliśmy... do upadłego.

Po pracy zabrałem się z "P" do Warszawy. Odprowadziłem go tym samym kawałek do domu. Jazda była w dobrym tempie i mimo, że niedawno ledwo pedałowałem te 30 km/h  siedząc na kole, udało się utrzymać.  Nie tyle mięśnie nie dawały rady co pompa powietrza - czyli płuca. Nie mogłem złapać tętna. Starałem się wyciszać oddech zmniejszając kadencję i pedałując bardziej twardo, ale to nie pomagało tak jakbym chciał i końcówkę już musieliśmy jechać wolniej (27km/h). 

Za ratuszem zrobiłem kawałek w kierunku Wisły i wracałem już przez osiedla. Po powrocie do domu, czułem się spoko. Takie miłe zmęczenie połączone z lekkim niedosytem, że tak mało tego nocnego roweru było:D

Teraz relaks w mieszkanku i jutro znów kolejny dzień!

Grobing i mobing

Sobota, 1 listopada 2014 · Komentarze(5)
Święto pierwszego listopada... hmm klasyka...

Rano z Agnieszką ogarnialiśmy mieszkanie, zagipsowałem dziury w sypialni pozostałe po kołkach. Rany nie sądziłem, że półkę można wieszać na 10cm kołku!!! Co ja się naszarpałem z tymi draniami z plastiku... udało się w końcu je powyciągać i praca posunęła się naprzód. Po gipsowaniu i zjedzeniu śniadania, ubraliśmy się i pojechaliśmy na dworzec pkp - czas na grobbing.

Pociąg przyjechał o czasie a przez okna w drzwiach widać tłum cisnący się do szyb. Ledwie się drzwi rozsunęły przeciskać zaczeły się różne osoby, gdy zrobiło się luźniej zacząłem wprowadzać rower do wagonu. Nagle jakaś ręka łapie mnie za koło i pcha do tyłu. Patrze na kobietę, blond włosy "loreal paris" twarz jakaś 60tka i kurteczka a'la "jadę na cmentarz". Mało tego, owa persona kiwa nerwowo głową z paniką na twarzy i rzecze do mnie w te słowa:
- nie, nie... tu nie.
- ale co nie?
- nie zmieści się pan tu, oj oj oj, pan mnie brudzi, niech pan się wycofa z tym rowerem!!!
- spokojnie droga pani, jeszcze nawet pani nie dotknąłem. Poradzimy sobie.
- tu nie ma miejsca, nie nie nie proszę wyjść.
- Spokojnie, niech się pani nie denerwuje tak, to pani dłużej pożyje...

Wszedłem do pociągu, mało tego wagon rowerowy w KM był tuż po lewej za wejściem. W wagonie pusto i w pociągu też pusto, bo sporo osób w Legionowie wysiadło. To znaczy ludzie siedzieli na krzesełkach ale przejścia wolne. Paniusia blond oczywiście z koleżanką w przejściu stała z siatami i tarasowała przejście. Wstawiliśmy rowery, a ja w kolejce ustawiłem się po bilety. Przez kolejne trzy stacje próbowałem je kupić, ale nowe osoby zamiast stawać na końcu kolejki szły od razu do konduktora, bo ten był tuż obok drzwi. Bez stresu patrzyłem jak ludzie sapali, i denerwowali się jak inni się im przed nos wpychali. Czasem to był nieomal beszczel... pięć ludzi przede mną, a pan starszy podchodzi prosto z drzwi i widząc kolejkę mówi: "to co kierowniku? teraz ja?". 

Po wyjściu z pociągu udaliśmy się na cmentarz. Msza trwała 1,5 h. Masa ludzi stała i wiele osób gadało. Z głośników powieszonych na drzewach skrzeczał chór męskich 65 latków i gdzieś tam jeszcze ksiądz nawijał. Czuło się "podniosłą atmosferę... plotkowania" Ludzie rozmawiali, półgebkiem a inni całymgębkiem - jeszcze inni normalnie wchodzili i wychodzili olewając msze [farciarze]. My z Agnieszką łamaliśmy ludziom stereotypy, narażaliśmy się na setki spojrzeń i szepty! Nie, nie jesteśmy trędowaci, czy upośledzeni - po prostu przyjechaliśmy na cmentarz na rowerach w rowerowych ciuchach, ja w czerwonej kurtce, a Aga w niebieskiej. Pośród czerni, i brązów, idąc przez wybrukowane aleje cmentarze, zwracaliśmy uwagę i to na pewno. No bo jak to - z rowerem, na msze! W takim stroju!!! Szok! Mało tego - pogardę ludzkich spojrzeń dopełniał mój strój - CZAPKA SZATANA

Nie popełniłem w tym roku błędów z lat ubiegłych, kiedy to przez prawie godzinę na mrozie stałem z gołą głową. Dziś miałem plan być zdrowy i nie chorować po pierwszym listopada. Kobiety w beretach, inne w kapeluszach a ja mam marznąć? Tradycja tradycją, ale może troszkę zdrowego rozsądku! Nie zdejmę - tak będę stał!

Po cmentarzu i pokonaniu korka aut opuszczających nekropolię, udajemy się z Agnieszką na kotleciki do Mamy. Do tego buraczki z papryką - mniam. Psiaki mnie oblegają gdy tylko na dwór wychodzę na dwór. Wygłaskałem je za wszystkie czasy. 
Pociąg do domu, jest o czasie i o dziwo jest pusty. Większość ludzi zdecydowała się chyba jechać do domów jutro. My spieszymy się do domu bo malowanie czeka. Kładzenie drugiej warstwy koloru to już tylko kosmetyka. Malowanie idzie sprawnie, Aga oblatuje pędzelkiem górę i dół, a ja wałkiem całe ściany. Jutro wprowadzamy się na nowo - do sypialni. Tym samy ilość gratów w dużym pokoju się zmniejszy.

Na rowerze? Hmm bajkowo się jeździ... oby więcej! 

Przeprowadzka

Piątek, 31 października 2014 · Komentarze(1)
Obecnie leżę na materacu na ziemi, wczoraj spałem na podłodze, więc i tak jest super. Od rana od około 5 rano, nie śpię. Nie dlatego, że tak się nie mogę doczekać, tylko dlatego, że spanie na podłodze to niezła męczarnia. No ale wróćmy do sedna. No więc nie śpię od rana, potem cały dzień ładuje i wyładowuje nasz wspólny majątek. 

Obecnie jestem po malowaniu sufitu, a potem malowaniu ścian... Nasza nowa sypialnia - schnie jutro po grobbingu druga warstwa i odcięcie przy suficie. 

Jest super fajnie, choć nie mam siły już i łapie mnie senność. Odpoczywam

{edit}

Poprzedni właściciele mieszkali tu przez chyba 4-5 lat - zadzwoniłem i pytam jak skręcić grzejniki na "0" bo wszystkie pokrętła blokują się w położeniu na wartości "2" - "nie ich nie można skręcić one są ciągle na dwójkę, same regulują ciepło". No to spoko - myślę - ale grzeją jak oszalałe na tej dwójce. W końcu poszukałem w necie i okazało się, że jest gdzieś tam taka blokada. U mnie w poprzednim mieszkaniu ta blokada była na wierzchu tu schowana byla w głębi termostatu. Bałem się, że zdemontwanie termostatu będzie wiązało się z wypływem wody z grzejnika, ale wyczytałem, że nie:D Później już tylko wyjęcie jednego "bolczyka" i można skręcić grzejniki na "0" w pomieszczeniu gdzie nie chcemy aby grzały - jaka oszczędność! Nie kumam jak przez 5 lat można nie było drążyć tego tematu! 

Mi rozwiązanie zagadki zajęło hmm 15 minut?:D



Jestę hardkorę;)

Do pracy 180 - Trening mroźno poranny II

Środa, 29 października 2014 · Komentarze(2)
Kategoria Do pracy!
Kolejny poranny wyjazd na odbudowanei sił po operacji. Dziś rower na 29tkach prowadził się osobliwie. Żal było go brać na szosy, ale w terenie nie miałem czasu jeździć. Grube opony spisują się ok, choć wrażenie mam że 29-ery to straszne "kloce". Ogólnie rozpędzić te wielkie koła to nie lada wyczyn. Może i trzymają później prędkość, jednak to nie to samo co w 26tkach. W terenie spoko, kawałek jechałem dziurawym szutrem, nawet przyjemnie porównuje sie nierówności. Dziś wrócę do swoich przełajowych oponek. Test 29era przebiegł pomyślnie, więc gdy kiedyś zapragniemy z Agnieszką pojechać gdzieś w teren to przełajówka Shannon może być też ostrym góralem. 

Co do treningu. Było mroźno, w porywach 4,5 stopnia na słońcu. Jechało się ciężej, ze względu na grube opony, więc raz musiałem się zatrzymać na poboczu, bo się zagotowałem i całkiem zaparowałem. Dzisiejszą trasę zrobiłem od drugiej strony i do Wieliszewa wjechałem od strony torów kolejowych. To rozwiązanie sprawiło, że odcinek porannej jazdy był z premia górską, bo takie ułożenie trasy jest pod górkę od samych torów nieomal do Cmentarza w Wieliszewie. 

Pod koniec trasy wpadłem na chwilkę na terenową ścieżkę i zrzuciłem z blatu. Krótko pohasałem sobie po kamieniach żwirku i dołach. 

W domu odpoczywam i czekam na godzinę "0"

Do pracy 179 - Trening mroźno-poranny

Wtorek, 28 października 2014 · Komentarze(1)
Piękna pogoda za oknem to sprawka przymrozków które ostatnio się u nas zadomowiły. Korzystam więc z energi słońca i mimo iż nie grzeje staram się rano wybierać na rower. Wczoraj udało się raz, dziś drugi. O ile wczorajszy wyjazd był leniwy i po mieście, dziś pojechałem nieco bardziej zdecyddowanie. Nie myślcie, że katuje się nie wiadomo jak na tych wycieczkach. Stawiam nieśmiałe pierwsze kroki i odbudowuje elastyczność mięśni. 

Podczas jazdy, przez pierwsze kilometry moja prawa (chora) noga zawsze jest taka niepokorna. Troszkę zaspana, nieumalowana i w proszku... to ją popędzam i po około 4 kilometrach maszeruje już dziarsko, choć wyraźnie słabiej. Jazda nie jest szybka, staram się te 20km/h utrzymywać. Po prostu chcę osiągnać jakąś tam bazę i poczuć, że 14 kilometrów to nie jest dla mnie jakiś męczacy dystans. Obecnie niestety mi się to nie udaje. Końcówka pętli to długi podjazd pod górę do mojego bloku. Taki słabo nachylony i ciągnący się przez prawie kilometr. Dobicie na koniec pętelki - murowane.

Wróciłem więc nieco zmęczony. Ubrania na kaloryfer ogarnianko i zaraz ruszam do pracy. Wieczorem pojawi się w tym wpisie pewnie jeszcze notka o tym co działo się w robocie. Kolejne 9 godzin w 15 stopniach? Hmm co mi dzień przyniesie?

Praca dziś wlokła się jak flaki z olejem. "A" wymyślał kolejne zadania od samego rana. Było 5 po dziesiątej, a on wyskoczył z tekstem, czy "ja już mam plan na dziś co będę robił". Był tak podekscytowany, tym że jest w pracy i że znów będzie mógł coś robić, że naprawdę chyba zacznę mu zazdrościć entuzjazmu. Przekręciłem się przez godzinę, aby zacząć pracę o 11 ej i mieć 8 godzinny czas realnie. Wypiłem herbatkę, powyceniałm rowery, potem troszkę pokręciłem na nowo rozstawionym na salonie trzenażerku a potem jakoś tam wpadłem w rytm pracy. Klientów było w sklepie tyle co kot napłakał, więc trzeba było się "zająć sobą".

Zamontowałem więc sobie testowo, używane opony z 29era... i co? Hmm oceńcie sami:D




Jest szosówką, jest przełajówką i jest 29-erem! Szok:D