Kolejny z seri nocny rower. Po odespaniu kibicowania i zjedzeniu pysznej kolacji znów nocny rower. Zimne noce już są. Brr grrrr... podziwiam BBT-wców, że potrafią tak ciągle jechać dzień-noc... przez dwie doby.
Kolejny z serii nocny rower - tym razem z Agnieszką i ekipą Turistas. Z BS znacie tu KESa. Po przeprowadzce o 19ej ruszyliśmy na trasę do Żyrardowa. Najpierw spotkaliśmy się z grupą Turistas w Pizzeri w Lesznie a po smakowitej kolacji udaliśmy się na wycieczkę do punktu kontrolnego w Żyrardowie. Tam pomagaliśmy obsłudze punktu w prowadzeniu wyścigu, rozmawialiśmy ze śmiałkami wyścigu a nawet udało nam się spotkać kilku znajomych - słynny i bardzo sympatyczny WAXMUND był w dobrym stanie gdy dotarł na pit-stop. Dopieszczony przez nas makaronem i herbatami z cukrem wypoczął i się zregenerował a potem pognał dalej na trasę aby zmierzyć się z trudami trasy.
Wróciliśmy już oddzielnie - bo czekaliśmy jeszcze na Wilka. Niestety w momencie gdy czekaliśmy, miał awarię koła i musiał wyskoczyć na chwilkę do Warszawy. Gdy dotarliśmy do domu po wypadzie nocnym okazało się, że już wrócił na trasę.
My sami zdecydowaliśmy się wracać pociągiem, bo zaczęło padać. Wyjazd sympatyczny i bardzo fajne towarzystwo! Mam nadzieje, że z Turistasami powtórzymy taką eskapadę!
W pracy w sobotę - kiłą mogiła. Na początku nic się nie działo, więc udało się śledzić zawodników BB-t startujących na maratonie Bałtyk Bieszczady. Niestety chętnych do komputera, w ten jakże ciekawy i pasjonujący dzień, było sporo i nie mogłem siedzieć tak w nieskończoność. W końcu pojawili się też klienci. A wraz z klientami ich dzieci. Chyba jeszcze moja percepcja się nie przestawiła na dzieci, bo wpadła hałaśliwa rodzinka. Dwójka młodocianych wyrażająca swoje chęci językiem piszczenia oznajmiała wszystkim, a w szczególności rodzicom, czgo oni chcą, lub co bardziej dosadnie, czego nie chcą!
Pisk krzyk i błoga ignorancja rodziców. Przecież dzieciom trzeba rowerek kupić, to nic, że jedno piszczy piszczałkami wszystkich rowerków dziecięcych, drugie tupie, a trzecie kopie i wierzga, gdy mama chce posadzić go na siodełko roweru.
Udało się w końcu przetrwać i po 14ej wyszedłem do domu - nie bylo czasu na odpoczynek. Przeprowadzka czekała na nas od dawna, dzięki uprzejmości jednego z ludków z DPD udało się przenieść z Jabłonny. Tymczasowo wróciliśmy z Agą do moich rodziców na os Piaski, na wyspy wyprowadzamy się dopiero za dwa miesiące. Wtedy to będzie migracja - nowe mieszkanko już za niecałe dwa miesiące.
Kolejna nocna eskapada. Jestem u progu przeprowadzki, tyle spraw na głowie i do tego jeszcze brak jakiejkolwiek kondycji po antybiotyku. Noc była długa, trudna, chlodna a jazda niekończąca się. Skończyłem gdzieś około 3-4 rano. Ledwie siedzę, ale przyjemność z nocnych odcinków jest mega!
Kolejny dzień do pracy. Standardowa trasa. Wczorajszy nocny rower dał mi nieco w kość. Pff jechało się dość ciężko. Dziś też wybieram się na małą rundkę po zmroku!
Po weekendzie czułem się fatalnie. Głowa bolała mnie przeraźliwie od samego ranka. Kawa i kanapki jakoś wepchnąłem w czeluści swego wnętrza, ale nie było to to co zawsze. Do pracy wybrałem zimówkę, bo tak! Bo chciałem z dala od aut jechać. Jechałem sobie lasem wolno i dostojnie. Niestety czułem sie tak zmęczony jakbym nie spał w nocy. Hmm hej przecież ja nie spałem w nocy! Do 4 ej w nocy kręciłem się na łóżku.. Wcześniej w niedziele w ciągu dnia padłem po obiedzie na trzy godziny drzemki i to pewnie było powodem tego mojego niespania. Efekt był taki, że mimo iż sumarycznie miałem wyrobioną normę snu to głowę miałem ciężką jkabym zarwał nockę.
Las minął i dojechałem do pracy. Od rana podenerwowany na wszystkich i wszystko. Telefon mnie wkurzał, Świeżak mnie wkurzał. Szef... cóż ignorowanie pomagało zewnętrznie, ale wewnętrznie - rany! Grrr. Trwałem więc w ciągu dnia czując się tak fatalnie, że szok.
Pod koniec miałem wrażenie, że mój świat skurczył się tylko do obwodu mojej głowy i pierścienia narastającego bólu wokół niej. Po pracy rundka do rodziców i chwile oddechu - pogadałem nieco i już na granicy zmroku i dnia pojechałem spowrotem do domu.
Wieczór to głowa w poduszce i szybko opadające powieki... - sleeping is dumb!
Jak sprawić by sobota była fajniejsza? Pojechać z żoną do pracy a potem... o tym za chwilę. Najpierw pompowanie kół Agnieszki w firmie. Moja kupiona za straszne pieniądze pompka szosowa nadaje się tylko do dmuchania balonów... Zły jestem bo to jakaś żenua. Nie ma dobrej pompki szosowej? Moja wydawała się bajecznie fajna, a obecnie pod pompowanie Agnieszki kół skończyło się raczej upuszczeniem jej powietrza niż wciśnięciem czegoś do dętek.
Po pracy wsiadłwszy na rower pojechalm sobie na spotkanie żony. Miałem jechać do rodzinki na północ standardową trasą, ale zdecydowałem się pognać przez Zegrze i Jachrankę. Nie szła mi jazda od Jachranki, dopiero po minięciu Dębe jakoś tam się turlałem. Mój napęd w szosie woła o pomoc. Czuje się jakby 10-15% energii tracił na przemielanie zużytego łańcucha. Nie skacze on jeszcze na trybach, ale to nie jest taka jazda jak przy nowym...
Słońce dziś pięknie grzało a jednocześnie nie czuło się upału. Miłe połączenie ciepła i chłodu - zwłaszcza w lasach.
Po Obiadku u teściowej droga powrotna do domu. Szło nieco bardziej opornie bo pod wiatr, ale generalnie jechało się spoko. Zauważam, niestety z przykrością, że coraz szybciej robi się ciemno!;(
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.