Księgowy | strona 222 | Księgowy

Do pracy 112 - Wtorkowe ziuu || 10.48km

Wtorek, 8 lipca 2014 · Komcie(2)
Kategoria Do pracy!
Dzień tak upalny, że masakra. Do pracy jechałem po drodze zahaczając o pocztę i bank. W samej robocie nic się nie działo. Sprzedałem jeden rower pewnej sympatycznej parze i ogólnie snułem sie po pustawym salonie. Sezon się przetoczył i w sklepie sporo mniej roboty. 


Ogólnie nudnawo:D



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do pracy 111 - Upalny poniedziałek || 10.47km

Poniedziałek, 7 lipca 2014 · Komcie(0)
W poniedziałek rano na pocztę odebrać list polecony, było coś dla Agi ale pani tego nie znalazła. < w domu leży awizo czeka mnie więc druga wycieczka na pocztę >. 
W pracy spokój, troszkę pracowych obowiązków, składanie roweru jednego, potem wycena towarów na sklepie, kilka maili i ogólnie jakoś dzień przeleciał. Udało sie wyjść wcześniej z roboty. Wcześniej tzn za 15:P

Dzień leniwy przecedzał się przez palce. 


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Kryptonim WISŁA - Ultramaraton na Solo || 412.00km

Niedziela, 6 lipca 2014 · Komcie(8)
~ Gdzieś na trasie ~

Na termometrze od ładnych paru godzin utrzymywała się niezmiennie ta sama temperatura.  33 stopnie sprawiały, że powietrze było  ciężkie. Przestałem liczyć w głowie kilometry, godziny minuty. Mój świat z każdą chwila malał, kurczył się do tego jednego poruszającego się obiektu pode mną. Nie musiałem, skupiać się na prowadzeniu jednośladu, motoryka działa bez zarzutów, nogi miarowo pracowały jak tłoki w wielkim silniku diesla. Jedyne co musiałem zając to głowa... w uszach muzyka, z wolna przestałą mnie już napędzać. Czas na audiobooka. Teraz znów byłem tylko ja i moja kierownica [...]

~ Pożarty żywcem ~
Na moście północnym tłumy rowerzystów, rolkarzy i komarów, meszek i paskudztwa. Przerwa na kanapkę, to już ostatni posiłek z tych nie słodkich, jaki wiozę ze sobą. Nie idzie jeść w spokoju bo obłażą mnie owady. Rower oparty o barierkę, a ja spaceruje jak wartownik od lewej do prawej. Bułka, łosoś jajko i pomidorek. Normanie rozpływał bym się nad super smakiem, ale teraz pod koniec dnia, jakoś wyraźnie mi nie idzie. Zjadam zapijam piciem z bidonu i jadę dalej.

To będzie chyba już druga pętla. Odcinek do NDM mam z wiatrem. Ruch na drodze duży, ale do Łomianek nie zamierzam jechać szutrowym poboczem. Mijany MC donald tętni nadal życiem. Gwar dzieci rodzice zaparkowane auta... hmm ciekawe do której czynny, może nocką podjadę na jakiegoś burgera. Tymczasem przede mną długi prosty kawałek do mostu w NDM, tego dnia jeszcze nie ostatni. [...]

~ Śpiew pośród nocy ~
Weselnicy, zdawali się być już na etapie promili, który zbliżał ich do zakończenia zabawy. Mężczyźni w wykasanych koszulach dyskutowali zaciekle o czymś, a pięknie ubrane kobiety w nieomal nieskazitelnej i niezmienionej od początku wesela aparycji, starały się panów utrzymać w pionie. Niesforne osobniki stojąc na asfalcie kołysały się miarowo gestykulując rękami i wydając z siebie bliżej nieokreślone pohukiwania i chrząkania. W pewnym momencie rozległ się krzyk w moim kierunku i drogę zastąpił mi pijany pan w czerwonej koszuli. Wytrącony z rytmu zwolniłem.
- ty patrz to ten sam gość na rowerze.
- eeeeee sieeeemaaaaa!!! Gdzie jedziesz?
- przed siebie...
- ile już przejechałeś? Widziałem cię wieczorem tutaj.
- pewnie ze 200km
- ty ku@#wa jaki szatan!!! To zapier$# dalej. 
Bramka się rozstąpiła, a z wielu gardeł rozległy się krzyki. 
"DAWAJ DAWAJ DAWAJ CIŚNIESZ!!!!"
Włożyłem słuchawkę w ucho i uśmiechnąłem się pod nosem. Byłem tak zmęczony, że chyba ta sytuacja, nawet nie wzbudziła we mnie zdenerwowania. Środek nocy, pijana grupa weselników, a mi nawet tętno nie skoczyło. Wesoła gromadka. A gdybym tak stanął, to pewnie by mi jakiegoś ciasta przynieśli. Wracać? Niee chyba pojadę dalej. Biegi szczęknęły cicho a rower potoczył się dalej.

~ Zapach wody ~

Powietrze stało się wilgotne. Zbliżam się do Mostu...czuć już Wisłę. Jeszcze tylko łuk, jeszcze tylko kilkaset metrów. Ciemność, nie widać nic. Tafla jest niewidoczna. Czuje tylko bryzę wilgoci i owady. Całą ich chmara rozbija się o moje okulary i wpada do kasku. Kurcze, czemu mój kask nie ma siateczki . Skręcam na Nowy Dwór Mazowiecki, znów nurkuje w ciemność, a rower przyspiesza na zjeździe. Światła w NDM przelatuje na autopilocie. One były włączone? Nie wiem, chyba nie... nie pamiętam. Rejestruje obrazy z opóźnieniem, aby potem na spokojnie analizować je wśród ciemności. W uszach miarowy głos lektora wprawia mnie w taki letarg, że przez chwile, obawiam się o swoją senność. 

Wpatrując się w plamę jasnego światła skanuje oczami nawierzchnie. Jadę nieomal środkiem pasa bo ruch znikomy. Czujność nie może spaść poniżej normy. Po lewej stronie las, na tak pustej drodze, pewnie częstymi gośćmi są zwierzęta. Nie widzę nic, ale to wcale nie jest pewnik, czy czegoś tam nie ma. Wyobraźnia płata mi figle. Momentami widzę nawet dzika idącego już na ulicę, a potem okazuje się, że to tylko cień mijanego krzaka, oświetlanego przez lampę. Adam musisz się skoncentrować, uwolnij głowę! Myśl o czymś innym, a nie o dzikach...

~ Oszukany wschód ~
Wschód słońca był do kitu, ani śladu słońca. Tylko mgła chmurki i niebo z ciemnego zrobiło się jasne. Zasłaniały domy, wszystko było nie tak. Teraz przynajmniej lżej dla głowy będzie, bo lampka poszła w odstawkę i można w pełni podziwiać okolicę. Co tu podziwiać? Kolejny raz jadę tą samą pętlę. Wybór tej trasy w sumie był przypadkowy, ale na długi dystans hen w świat nie miałem ochoty. W planach pojawiało się wiele tras, w tym jedna bezpośrednio nad samo morze. W ostatniej chwili zdecydowałem się jednak na pętle i w sumie nie wiem czemu. Może natchnął mnie Radlin w którym nie wziąłem udziału, może zwyczajnie potrzeba zapasów i uzupełniania płynów? Efekt wydaje się bardzo pozytywny. Co jakiś czas mogę wpaść do domu, zmienić ubranie, wziąć prysznic napić się kawy czy coś zjeść... Obawiałem sie o motywację i siłę do wyruszenia z punktu kontrolnego, ale tu nie ma problemu. No i co jakiś czas dopisuje tu w BS fragmenty relacji. 

Na ulicach pierwsze auta, ich szum zmienia fonie krajobrazu dookoła. Od jakiegoś dłuższego czasu jadę bez mp3. Bolą uszy od słuchawek, trzeba dać odpocząć bębenkom. Trzypasmówka dla mnie. Most Północny tym razem jadę ulicą. Nie ma rewelacji, przed i za mostem ekrany a Wisły nie widać, bo po prawej jest jeszcze jeden most tramwajowy. Cóż obejdę się smakiem, najwyżej  kolejną pętlę zrobię tu po ścieżce.
Po weselnikach ani śladu. Sala bankietowa zamknięta, światła wygaszone, jedynie, balony zamocowane do wejścia przypominają o hucznym przyjęciu, które się właśnie zakończyło.  Trasa mija spokojnie, wiatr w plecy, jeszcze dość chłodno dookoła ale czuć już, że dzień będzie upalny. Chłodno to znaczy jest ponad 21 stopni. 

~ Piekło ~
Wyruszam z mieszkania po kolejnym punkcie kontrolnym i jestem zdumiony. W mieszkaniu byłem niecałe 45 minut, aby wypić herbaę i uzupełnić bidony, a gdy wracam na trasę na dworze panuje upał. Zamglone wcześniej niebo, przez które słońce ledwo sie przecedzało, teraz jest pełne błękitu a obłoczki tylko miejscami błądzą po tym bezkresie. Jadę jak w piekarniku, żar leje się z nieba i póki pedałuje to jest znośnie, jednak gdy tylko muszę stanąć, na przykład na światłach, upał wciska mnie w asfalt. Czy to zmęczenie, a może ten dzień naprawdę będzie cieplejszy? Ile to ja już mam? 400 za mną... czas na śniadanie. KFC Wita.

~ Finisz ~

Nie było famfarów, nie było balonów ani też hostess w mini z kwiatami. Była za to średniej urody pani w restauracji na trzy litery. Zamówiłem sobie Twistera i frytki i usiadłem w klimatyzowanej restauracji. Zjadłem odpocząłem i wróciłem do domu.

Efekt? No cóż całkiem zacny biorąc pod uwagę jazdy po pętlach. A jak to było? Podzieliłem to na trzy etapy, poniżej załączam mapki.













Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do pracy 110 - Wielki powrót || 85.00km

Piątek, 4 lipca 2014 · Komcie(0)
Dziś w końcu wsiadłem na rower, po wczorajszym smarkaniu i pociąganiu nosem postanowiłem dziś ruszyć się z domu. Mam na 14tą a więć odprowadziłęm Agnieszkę do rodzinki na północ napiłem się herbaty i wróciłem. Wróciłem nieco okrężną drogą i wyszedł zacny dystans. Teraz wpadłem do rodziców aby się ogarnąć i pojechać do pracy. Sama jazda? Hmm rano mimo 20 stopni, było mi dość chłodno i cdiężko się jechało nos jeszcze przeciekał a w gardle coś drapało, potem wyszło słońce i dało czadu. 

Wracając jechałem już na krótki rękaw, ale pod silny wiatr. Na liczniku 35 stopni, czyli odczuwalne jakieś 30 pewnie. Ogólnie nie było wcale tak źle, biorąc pod uwagę, że jechałem pod dość silny wiatr to piekarnika nie było. Szosa, po ostatnich wojażach domaga się serwisu, przydałoby się jej centrowanie kół, nowe klocki hamulcowe.

W pracy troszkę roboty było, generalnie ludzie poczuli długi weekend i szaleją... potem gdy fala przeszła, uspokoiło się i znów była cisza i spokój. 


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Wyprawa Dzień 4 - Powrót || 12.25km

Środa, 2 lipca 2014 · Komcie(1)
Ostatnie godziny przed odjazdem to lenistwo w łóżku, pyszne śniadanie i smarkanie... poranek niestety jest gorszy niż wieczór. Mam katar a pół nocy coś mi w gardle zalegało. Grr, nie mam siły troszkę boli mnie głowa ale z radością opuszczam nocleg i w ten słoneczny dzień jadę zwiedzać Szklarską. Kręcimy się to tu to tam, ale wiele do oglądania poza straganami nie ma. Mała przerwa na Kawę i Gofra i powrót na dworzec PKP. Rany jakie oni tam mają podjazdy. Gdybym tam mieszkał to jazda po mazowszu naprawdę wydałaby mi się nudna. 

W pociągu spędzimy kolejne wiele godzin a do domu dotrzemy już nocą. Zmęczeni, ale szczęśliwi. 


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Wyprawa Dzień 3 || 157.00km

Wtorek, 1 lipca 2014 · Komcie(0)
Zapraszam do zdjęć. Tu tylko one oddadzą co widzieliśmy.












Ten odcinek tymi lasami był super! Bajka!!!
















Zgorzelec po Niemieckiej stronie.






To tylko rzut oka na prawo, nie jechaliśmy tym szutrem, choć byłby to najkrótszy odcinek do Szklarskiej, niestety mając szosy, nie zdecydowaliśmy się na to wyzwanie. 

Tego dnia pod sam koniec, gdy zaszło słońce, było ledwie 10 stopni. Zjazdy w górach są bardzo wychładzające, momentami nie czułem palców a wiatr przeszywał mnie na wskroś. Efekt? Zawiało mnie i już wieczorem miałem problemy z gardłem i katar. Nie zdecydowaliśmy się więc na zostanie dnia dłużej w tej okolicy i po zwiedzeniu miasta (dzień później) wsiedliśmy w pociąg nie o 20:00 tylko ten poranny. 

Jakby nie patrzeć wyjazd naprawdę fajny i zrealizowany nieomal w pełni! Dla tycyh którzy chcą zobaczyć ciut więcej fotek poniżej
Pełna Galeria Zdjęć





Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Wyprawa dzień 2 || 165.58km

Poniedziałek, 30 czerwca 2014 · Komcie(0)
Wstawanie z łóżka Szlo mi dość opornie, nie było lekko. Jednak 172km to sporo więcej niż zaplanowaliśmy. Mam jedynie nadzieje, że zakładane 155km dziennie uda się realizować już bez nadwyżek. Sama wysoka cyfra kilometrów mi nie przeszkadza, ale jakby nie patrzeć to zapowiadają się trzy takie duże cyfry w najbliższe dni, toteż mam na uwadze, aby trzeciego dnia w górach starczyło nam sił i zapału na pokonywanie podjazdów.

Dzień drugi okazuje się pod względem pogodowym nieco łaskawszy niż jego poprzednik. Ma to swoje spore plusy ale i minusy. Plusem jest to, że jest zwyczajniej fajniej jechać, czasem słońce wyjdzie i ogólnie „och” i „ach”, minusem jest to, że jak czegoś nie mamy na sobie to musi to gdzieś jechać, a w sakwach jest ubogo z miejscem na ubrania. Co jakiś czas więc na bagażnikach Troszkami gumowymi przypięte lądują kurtki i bluzy. Agnieszka śmieje się nawet, że jak wielbłąd wyglądam z tą „styrtą” na bagażniku.



Dzień mija zwiewnie. Droga jest bardziej urozmaicona i o wiele ciekawsza. Częściej pojawiają się miasteczka, jakieś zakrety, jakieś lasy i zagajniki. No i jak wspomniałem częściej pojawia się slońce.
Pierwszym większym miastem jakie zwiedzamy z siodełka jest Franfurt. Nie zagłębiamy się w każdy zakamarek tylko dostojnie przejeżdżamy przez centrum zaczepiając o MC Donalda. Poprzedniego dnia wygraliśmy w jakimś losowaniu bon na napój to wpadamy aby go wykorzystać. Znów relaks, do tego zrobione wcześniej o poranku kanapki.



Miasto dość spore a dzień powszedni, więc ludzie kręcą się tu i tam. Jako, że odpoczywanie w dużych miastach nie idzie nam za dobrze, decydujemy się opuścić je dość szybko. Przejeżdżamy się jeszcze po małej wyspie Frankfurtu zwanej Zigenwerder. Ładny park, czysto, szutrowa ścieżka nienagannie równa i ani papierka na ziemi.

Za miastem wracamy znów na nudnawy odcinek po wałach i z wiatrem w plecy gnamy nim dość żwawo tylko co jakiś czas zatrzymując się na zdjęcie. Droga ciągnie się i wije, a kilometrów nie ubywa, patrząc na uciekający czas i mając w pamięci poprzednie 172 kilometry nauczeni doświadczeniem, decydujemy się ostatni odcinek pokonać po Polskiej stronie. W Gubinie przekraczamy granicę.

Tego dnia mimo wielo odcinków słońca, na niebie kłębią się chmury typowo burzowe. Czasem zahaczamy o nie tylko kawałkiem i łapie nas mała mżawka, a czasem obserwujemy z oddali strugi szarego deszczu padającego nad miastami. Pogoda jednak nie jest łaskawa do samego końca. Tuż przed noclegiem po tym jak przejeżdżamy na stronę polską, dopada nas chmura i pada rzęsisty deszcz.

Nie ma gdzie się schować więc stajemy pod w miarę najgęstszym drzewem liściastym i przebrani w przeciwdeszczowe ubrania, stoimy na baczność czekając na poprawę. Szczęśliwie, deszcz pada tylko 20 minut i wstrzelamy się w okno pogodowe aby jechać dalej.

Podczas Polskiego odcinka mamy chwile zwątpienia. Czas się kurczy bardzo szybko i robi się późno. Po tym jak kierujemy się na miejscowość Nabłoto pod kołami pojawia się bruk. Nie bardzo jest jak to objechać, bez nakładania 30-50km. W lesie mało miejsca na szosowe opony, a mokry piasek, powoduje że grzęźniemy. Nie ma rady trzeba zaryzykować. Odcinek szczęśliwie okazuje się być w przeważającej większości asfaltowy. Co przyjmujemy z radością.

Tego dnia, nieomal na sam koniec, mamy ostatnie starcie z rzeczywistością Polski. W Tuplicach dopadamy jeszcze jedyny otwarty sklep w miasteczku. Jest to coś pokroju małego mini marketu nazywa się Stokrotka – czy jakoś tak.
- Dzień dobry poproszę wędlinę jakąś dobrą aby na kanapki była
- Ale chyba nie pokroić?
- No pokroić… - Agnieszka jest zdezorientowana pytaniem.
- No ale już jest 21, zaraz zamykamy.
- Aha to dziękuje… - i wyszła
Była godzina 20:45.


Tym dziwnym akcentem kończymy dzień numer dwa. Jest późne chłodne popołudnie a na naszych licznikach 165km.






Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Wyprawa Dzień 1 || 172.00km

Niedziela, 29 czerwca 2014 · Komcie(2)
Poranek budzi nas deszczem. Po pysznym śniadaniu w przemiłym towarzystwie czekamy z niecierpliwością aż przestanie padać. Wszak to oczywista prawda, ze gdy nie pada a zacznie pięć minut od domu to złapało nas „w trasie” nie zaś „wyszliśmy na rower w deszczu”. My własnie tego dnia wychodzimy z tego samego założenia i gdy tylko pojawia się okno „nie-deszczowe” ruszamy z domu.
Memorek wyprowadza nas bocznymi drogami z miasta i dzięki jego pomocy bez problemowo kierujemy się na obrany wczesniej za cel – rowerowy szlak wzdłuż Odry. Po drodze oczywiście łapie nas najpierw lekki deszczyk, potem deszcz, a na końcu ulewa, taka, że gdy stajemy na stacji benzynowej przed granicą, kapie mi z kasku, rękawów a z butów pieni się i wylewa woda. Bossko – rzekłbym. Biorąc pod uwagę, że mamy zaplanowane 150 kilometrów taka pogoda, nie nastraja optymistycznie.


Nasze sakwy nie mają tej samej wodoodporności co crosso. Więc stosujemy półśrodki.

Chwilę czekamy na stacji, i deszcz przestaje padać, a chmura się przerzedza, na tyle, że nastraja większą dozą optymizmu i można jechać dalej. Kilka kilometrów dalej żegnamy się z Memorkiem i ruszamy już sami we dwoje, na naszą długodystansową wyprawę.


Od pierwszych kilometrów zaskakuje nas doskonałe oznakowanie szlaku. Droga rowerowa jest świetnie poprowadzona bardzo malowniczymi okolicami. Pierwsze kilka kilometrów to lasy, pagórki, podjazdy i pod kołami kostka.

Nie jest to zwykła kostka! To Super Niemiecka kostka. Po deszczu okazuje się być bardzo śliska, ułożona jest tak idealnie płasko, że nie czuć nierówności. Na jednym z zakrętów, gdzie widać mapę zwalniamy aby się zatrzymać. Aga wpada w lekki poślizg, a ja sunę bokiem zaraz za nią. Jest troszkę adrenaliny, ale ślizgiem i z gracją docieramy pod punkt info. Takich miejsc informacyjnych będzie sporo po drodze. Mapa, informacje o regionie, o ptaszkach, o dalszym szlaku i o tym co nas czeka. Gdzie możemy pojechać co zwiedzić itd.

.
Dalej szlak wiedzie nadrzecznymi miastami. Spotykamy tam całą masą rowerzystów. Zaskakujące jest to, ze w przeważającej większości to ludzie w starszym wieku (65 lat wzwyż) a do tego obładowani sakwami jakby jechali na wyprawę miesięczną. Spotykamy także „klasyczne” wycieczki grupowe bez sakw. Jedno jest charakterystyczne, ilość rowerzystów na tym odcinku jest spora. Widać, że Niemcy korzystają z tej rowerostrady bardzo chętnie. Na początku pozdrawiamy nieomal wszystkich dźwięcznym i głębokkim „hallu”, ale z czasem to „hallu-owanie” się nam nudzi i kiwamy tylko Glowami lub odpowiadamy uśmiechami na pozdrowienia rowerzystów z naprzeciwka.


Nie ma co ukrywać jednak, że poza perfekcyjną ścieżka rowerową zdarzają się odcinki nudne jak flaki z olejem, droga w sam raz na jakiś maraton nocny, długodystansowy, czy co jeszcze innego, ale krajoznawczo to ile można się gapić na rzekę, trawę i łąkę?

O przepraszam, czasem zdarzają się jakieś stateczki.

Co rzuca się w oczy podczas przejazdu ścieżką nadodrzańską, jest cała masa miejsc do obserwowania ptaków. Są to nie tylko samotnie i ambony, ale czasem także specjalnie zbudowane budynki z odsuwanymi okienkami do patrzenia. W środku bez problemu można pewnie przenocować nie mając namiotu.

Suszę stopy na postojacj, bo są w butach nadal wilgotne, a więc każda pora jest dobra aby dostarczyć im troszkę powietrza. Po znajomości powiem wam, że piekielnie mi wtedy zimno było.

Największym bohaterem tego wyjazdu była oczywiście moja ukochana żona. Aga chyba w krwi ma jazde na szosie, bo nie odstawała na trasie a ni o pół koła. Dzielnie znosiła trudy wyprawy i odległości jakie pokonywaliśmy.

W okolicy Odry spotykaliśmy całe pola wiatraków. Przy tak płaskich terenach zbierały zapewne całą masą energi z wiatru. To przykre, że u nas po postawieniu czterech wiatraków pod Nasielskiem rozpoczęły się protesty przeciw elektrowni wiatrowej, do której dołączył się również sam sołtys okolicznej wsi. Prąd za darmo z nieba a tu jeszcze ludzie to oprotestowują. Wielokrotnie na tej wyprawie, docierał do mnie ta gorzka myśl, że do zachodniej Europy jeszcze nam daleko.

Przez chwilę wrócę jeszcze do pakowania ultralight. Na tą wyprawe próbowaliśmy zmieścić się z ciuchami w bardzo małej objętości. Niestety okazalo się to bardzo utrudnione, ponieważ pogodę zapowiadali deszczową i grubsze kurtki sporo miejsca nam zajmowały. Na klapki zabrakło więc miejsca. Rozwiązaliśmy więc problem w ten sposób, że ja wiozłem jeden a Agnieszka drugi.




Prawie jak Noe.

Pod koniec dnia dystans zaczynał dawać o sobie znać. Rowery szosowe najczęściej przy naszym udziale toczą się sporo ponad 20km/h, gdy ta prędkość zaczyna zniżać się poniżej dwudziestki, oznacza to kryzys popołudniowy. Duży w tym udział miał sam szlak wzdłuż Odry. Ścieżka nie prowadziła bowiem w linii prostej a wiła się lokalnie i z zakładanego dystansu 155 km wyszło nam w sumie tych kilometrów aż 172 kilometry. Z radością powitaliśmy więc pokój do spania i ciepły prysznic.





Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew