Do decathlonu na zakupy. Tak moi mili - nie do BDC, tylko do decathlonu. Stać mnie tam kupować, pozatym mają duzy wybór i sporo tańsze dętki niż my:) Przed maratonami, przyda się ich zapas do szosówek. Agnieszce kupiliśmy też fajną kurteczkę na deszczyk lekki a ja nabyłem skarpetki. W sumie zakupy niewielkie, ale wyjazd w pięknym słońcu.
W drodze powrotnej wpadliśmy do Maca na Shake`a a potem z wiatrem do domu. Zastanawiające jest dla mnie jednak pewne zjawisko. O ścieżkach wszędzie jest głośno, rowerzyści o nie walczą i domagają się ich budowy, aby były asfaltowe itd. Co więc u licha robią na niej biegacze? Mają obok chodnik, równy z kosteczki - szarej, frezowanej. Dlaczego więc biegacze biegają ścieżkami rowerowymi? Wielce zaskoczeni i niechętnie ustępujący miejsca rowerzystom, biegną sobie (fakt po właściwej stronie - choć i to nie zawsze) i czują się jak u siebie. Mało tego, są zaskoczeni, jak się ich wyprzedza, notorycznie mają słuchawki w uszach, więc reakcja na wyprzedzanie ich (nie tylko na ścieżce rowerowej, ale czasem leśnej) jest paniczna i nieprzewidziana.
Ostatnio w lesie mijałem biegaczkę "klasyczną" - klasyczna biegaczka to super mini spodenki wciskające się w tyłek, różowe adidaski aż widać z daleka, białe słuchawki douszne i smartfon w ręku. Las ścieżka wielkie kałuże a ona truchcikiem sobie środeczkiem. Jadę zwalniam, mówie "przepraszam"... - cisza, "PRZEPRASZAM" - cisza. No to zaczynam ją wyprzedzać powoli po jej prawej stronie, bo biegła lewą. Gdy już się z nią zrównałe, ta jak oparzona z Jezusem na ustach odskakuje wprost w wielka kałuże i wpada aż po kostki. Mówie jej przepraszam, ale ona jest wielce oburzona!
Ze ścieżkami i biegaczami na niej jest podobnie. Jak jechałem sobie nocą po Warszawie widziałem biegaczy koło mostu Siekierkowskiego. Tam w stronę Ursynowa jest ścieżka a obok niej chodnik. Oba szerokie, oba puste i nie wiedzieć czemu rowerzyści jadący nocą - (była godzina około 21-22) - musieli podobnie jak ja omijać biegaczy biegnących po ścieżce.
I tak koło się zamyka, chcemy jeździć po ulicach, to budują nam śćiezki, chcemy z asfaltu walą nam z kostki, na ścieżce, skoro już musze z niej korzystać mam: pieszych, biegaczy, rolkarzy, mamy z wózkami (wiadomo że kółka od wózka lepiej toczą się po śćieżce!), jamniki, yorki, spaniele, kundle, butelki w formie całkowitej oraz rozbitej oraz wiele innych obiektów. Chce jechać na ulicy, mam zakazy, auta, dziury studzienki, korki.
Dlatego więc - ciągle poszukuje - jetem rowerzystą poszukującym:)
Po pracy do domu, szybkie kilka kanapek i skok na szosóweczkę. Aga pojechała do Mamy a ja nie mogłem się zmobilizować do jazdy 37km i powrotu pociągiem, pogoda była piękna, zdecydowaliśmy więc wspólnie, że zostanę a wyjadę po nią na pociąg.
Pętla standardowa została wykonana. Podziwiam trollking`a za te jego pięćdziesiątki, bo moja runda ma 38 około a i tak czuje się po niej zmordowany, jak sobie dam w palnik. Początek, to zawsze płaski odcinek na rozkręcenie się. Potem premie górskie x3 ( a może 4), potem znów płasko. W Janówku premia tunelowa, podjazd biorę z siodełka. I dalej nawrót. Oesy ciągną się przez kilkanaście kilometrów. Droga co kilka kilometrów zmienia kierunek po 30-40 stopni więc tu nie da się jechać rytmicznie, bo jak wieje, to co jakiś czas musisz zmieniać rytm!
Na koniec wróciłem szybko do domu chwila przerwy i po Agnieszkę do pociągu.
Do pracy w sobotę, jak w każdą sobotę, jak zawsze na rowerze, niezmiennie tak od kilku miesięcy. Chyba zapomniałem już co to jest wolna sobota. W deszczu jechałem, ulewnym dodam! W pracy pustki, po poprzednim zwariowanym dniu dziś niewiele się działo. Poza tym, że z niewyjaśnionych przyczyn, na ręe mam siniaka giganta. Wczoraj bolał mnie nadgarstek a dziś siniol jak ta lala. Taki soczysty czerwony:D To dobrze, że mam siniaka, bo to dodaje wiarygodności serwisantowi - brudne ręce też mieć trzeba, bo wtedy widać, że pracuje.
Ludu w sklepie mało, chyba ani jednego roweru nie sprzedaliśmy - co zaś się tyczy siedzenia to swoje odsiedzieć trzeba było - niestety. I tak było nas dwóch mniej niż zwykle. Po co więc za każdym razem jest pełny skład? Nie można co której soboty wolnej zrobić? Nie rozumiem tego, ale no ok... pieniądz najważniejszy.
Matko co za dzień wredny i ponury. Nie dość, że od rana powódź w kraju, to jeszcze ulewa z nieba a ja do rpacy. Nie żeby Islandia mnie nie przygotowała do takiej jazdy, ale nie ukrywam, że nieco odwykłem. Po śniadaniu długo zbierałem się do wyjazdu. W końcu obzuty w przeciwdeszczowe spodnie kurtkę czerwoną kaptur i czapkę z daszkiem - ruszyłem do roboty. Miotało deszczem a w lesie wiatr strącał na mnie całe wiadra wody z liści. Było w tym jednak coś niesamowitego. Ludzie w autach, skuleni a ja na rowerze. Wiało w twarz, ale nie tak jak na wyspie. Jechałem uśmiechając się do siebie i mając w duszy wszystko dookoła.
W pracy przebrałem się w suche i założyłem suche buty. No i zacząłem dłubać, pogoda jednak była tak deprymująca, że po 3 godzinach rpacy energia mi odeszła. Zacząłem ziewać, zacząłem się znuć a robota nie paliła mi się w dłoniach. Normalnie dzień niemocy.
Dziś w sklepie ciekawe zjawisko. Pod sklep podjechało porsche. Mniej więcej takie; Z niego wysiadł pewien pan, jak dało się odczuć bogaty i dosyć bufoniasty. Wszedł do sklepu i powiedział, że on przyszedł w sprawie roweru, który ma tu na niego czekać. Kolega "M" zapytał o jaki rower chodzi, bo on nie wie. Na to pan wielce się obruszył i zaraz wyjął telefon i zadzwonił do "naszego szefa" informując go o tym, że tu nikt nic nie wie itd.
W dobie całej sytuacji, pojawia się jeszcze szczupły i wysoki pan w garniturze - z rozmowy wywnioskowałem, że to współpracownik tego z porsche. I tak z każdą chwila zbierało się coraz więcej ludzi, wokół pana z porsche. Pan z tego srebrnego pojazdu mianowicie przyjechał po rower - o czym wspomniał na samym początku. Rower wartości około 15 tysięcy. Szosówka na mega wypasie firmy BH. Imć z szybkiego auta, był niski, lekko łysiejący z przetłuszczonymi siwymi włosami po bokach na dodatek z lekkim (no może nie lekkim) brzuszkiem. Nie miał pojęcia o rowerach nic pozatym, że mają koła i padały.
Jak go przygotowywali do szosy i sprawdzali wysokość siodła i innych elementów to cyrk kręcił się wesoło: "a jak tu się te zębatki zmienia?" "musisz wcisnąć na klamkomanetkach" "w czym? A to? - nie ale to przecież hamulce są..." "musisz tak w bok dać tam pod klamką masz takie coś" " a te pedały to do tego te boty muszę jeszcze mieć zapinane nie?" "tak buty ci dobierzemy zaraz" - godzinę później - "ale te buty to tak na stałe przypinam? Jak to odpiąć - nie chcę chyba takich - wole klasyczne pedały" "nie no spokojnie przyzwyczaisz się, musisz troszkę pojeździć" " A tej kierownicy to nie da się wyżej tak z 10 cm dać Taki strasznie wyciągnięty jestem..." "Nie no wiesz, to rower szosowy tu się ma taką pozycje..."
Facet dobrał do roweru - bidony, dętki całą masę pierdół z najwyższej półki, jakieś spodenki kolarskie i temu podobne bajery. Nie miał pojęcia z czym to się je, nie wiedział co do czego, ale jak posiadacz porsche zafundował sobie rower za 15 koła. Po prostu takie rzeczy to w filmach się ogląda! Niewiedza tego kolesia na temat roweru tej klasy jego właściwości i potrzeb jakie ma, była porażająca.
Reszta dnia to składanie rowerów dla bardzo ważnych klientów za kilka ładnych tysięcy i pomiędzy robienie serwisów tych co jeszcze zostały do zrobienia. I tak dzień przetrwałem... w domu wpadłem taki zmęczony, jakbym nie wiem co zrobił ciężkiego. Może to pogoda, może to ogólnie niskie ciśnienie? A może nerwowa atmosfera w pracy panująca od kilku dni.
Nie urywa siedzenia, ten dystans, ale pojechałem do pracy szosą, bo chciałem dopompować sobie koła, za nic nie idzie napompować szosy moja starą pompką. Musze zainwestować w coś dobrego/taniego sprawdzonego.
W pracy nie duzo roboty, ale sporo klopotów z serwisami. Najpierw robiłem jeden rower i wystąpił problem ze wszystkim do czego się dotknąłem. Czasem tak jest - siadasz do prostego przeglądu i im dalej w las tym ciemniej. Patrzysz "fajny rower" ładny, nawet nie mocno brudny, myślisz w glowie, że mógłbyś nazwać go markowym a tu co? Jak koń pod górę. Robisz linki smarowanie, pancerze stoją dęba, trzeba wymienić kilka odcinków, linka się rozdwaja a fajka od v-ków w środku zarosła. Wymieniam. Biorę się za support, szeleści - zdejmuje korbę, hallowtech stoi dęba. No to telefoin do klienta, że wymieniamy - zgoda odgórna. Super można dalej pracować. Szukanie supportu do Truvativa, ten nie pasuje bo to klasyczne HTII inna średnica osi, no to hop do hurtowni - super mają suppoerty takie - biorę 4 i zanosze na sklep na "zapas". Wracam z supportem, zadowolony, że już skończę pracę. Przyszedł pan bo mu dętka poszła. No to odkładam support i zmieniam dętkę. Dętka zmieniona wracam po support i idę wymieniać! Support stawia opór, wykręcam stary okolo 20-30 minut, na różne sposoby, nowy wkręcam, coś nie działa korba kreci się z oporem, trudno, znów wykręcam! Zmienaim ustawienia podkładek, zakładam korbę, znów nie dobrze, znów odkręcam, znów zakładam w końcu po godzinie, poddaje się i konsultuje z kolegą. Kolega nie może podejść - pracuje nad importem przy kompie - jego "zaraz tam przyjdę" odwleka się o godziny. Zrozumiałe bo serwis ogarnia, ale tylko z doskoku. "X" na zwolnieniu - ponoć to coś poważniejszego i pewnie ze 2 tygodnie go nie będzie. Ja sam na serwisie - a przecież wszystkiego nie umiem. Suport nie działa jak trzeba ale biorę sie za przerzutki, okazuje się, że hak krzywy. Szukam zamiennika, nie ma, szukam w hurtowni nie ma - decyzja zapada, prostuje hak. Delikatnie z chirurgiczną precyzją aby nie pękł. Udaje się połownicznie, czuje, że mięknie więc nie naciskam na hak bardziej. Zakładam go na rower, znów próba regulacji, zakresowe śruby teraz nie pasują - znów krecenie i regulowanie. W końcu udało się, ustawione! Czas zabrać się za hamulce, okazuje się, że koło bije jak głupie. No to centrujemy - nie umiem, więc proszę kolegę, tego co to ma zajrzeć do supportu - "zaraz przyjdzie". No to zaczynam sam. Szprychy luźne, za luźne dwa nyple ręcznie wkręcam palcami. Inne stoją dęba, jak zaczarowane, nie dają sie ruszyć, jeden nypel pęknięty, inny zciachany. Poddaje się, i biorę się za inną pracę.
Trzeba zrobić przekładkę opon bezdętkowych w rowerze wyścigowym. Zdejmuje je z obręczy wylewam mleko zakładam nowe, zalewam mlekiem pompuje - zawór zapchany, znów muszę mleko zlać do buteleczki i przepchać wentyl. Udaje się. Zakładam zalewam mlekiem i dmucham. Nie uszczelnia - układam oponę i znów - znów nic. Zmiana techniki - wykręcam końcówkę wentyla i robię strzał przez pusty wentyl. Opona reaguje, uszczelnia się i bryzgla mleczkiem. Jest biało, pieni się ale działa. Zakładam wentyl i znów pompuje - udało się.
Koła zrobione. Czas uwolnić jedna oporną piastę, z wolnobiegu, piasta się kruszy, w ruch idzie imadło piasta się ukręca na ośce. No to piłuje ośkę znów w imadło i odkręcam wolnoobieg. Przez kolejne 30 minut staram się wyjąć szprychy z otworów - koło przepleść musi kolega od "supportu centrowania". Po drodze zmieniam jeszcze kilka dętek, szukam nietypowego haka do orbei i zbieram litanie od klienta przez telefon. Po tym jak wycisnał mnie jak cytrynę ostatkiem sił - pozdrawiam go i życzę mu miłego dnia. Usłyszałem szereg ciekawych zdań na temat naszej niekompetencji i tego co my powinniśmy a nie robimy.
Koniec dnia to spadek sił, robię jeszcze kilka rowerów i wyceniam, metkuje, sprawdzam w systemie, przenoszę wykładam sprzątam serwis, znów wymieniam dętkę i tak się kręci... Kolega mnie na końcówce ratuje troszkę i pomaga w serwisie. Nie udaje się wycentrować koła, bo nyple pozapiekane, support ożywa, a koło ma mi przepleść jutro.
Wychodzę z pracy na szybko, bo już wszyscy ubrani "a co ja tam jeszcze robie". Ja? Zbieram narzędzia aby nie leżały gdzie popadnie, zbieram śmieci z podłogi, gaszę światła zamykam drzwi, wyłączam 4 listwy przeciprzepięciowe i ubieram się(na jednej nodze) na drugiej skaczę aby zamknąć magazyn i na koniec bięgnę z rowerem do drzwi a kolega zazbraja alarm;) Uff jestem na zewnątrz - dzień zakończony, czy zabrałem telefon? Hmm a portfel? Nie pamiętam, sprawdzam - jest! Telefon też. Dobra - czas do domu!
Nocny rower po Warszawie dla oczyszczenia głowy.Jazda zajęła mi od 21 z hakiem do 00:31. Było przyjemnie, było czasem z wiatrem a w planie była pełna pętla śródwarszawska. Nie udało się ze względu na pogodę, bo zaczęło padać w okolicy 23 i musiałem sie ewakuować szybciej do domu. Deszcz towarzyszył mi od trasy wału Międzyszyńskiego aż do Mostu Północnego. potem pogoda się ogarnęła i do Jabłonny wróciłem już bez deszczu końcówkę. Przejazd dość szybki mimo za niskiego ciśnienia w tylnym kole. Generalnie było naprawdę fajnie a stolica nocą i jej szerokie opuszczone ulice - niesamowite.
W pracy sporo roboty. Generalnie nie mogłem się zabrać do robienia, bo ciągle coś. Najpierw wycenianianie na sklepie, bo kumplowi obiecałem pomóc z wycena błotników, potem jak już zabrałem się za serwis to szło jak kkrew z nosa. Kilka dużych przeglądów, i jedna zmiana napędu. Wycinanie linek pancerzy hamulce nowe - a do tego "przerywniki". Weź zrób ten rower, weź tu wyreguluj. Nie powinienem narzekać, bo to kumpel i dobrze mi się z nim pracuje, ale lepiej aby zrobił to świeżak. Świeżak (Mirosław lat 40) jednak jak reguluje rowery wyjęte z pudeł to klękacie narody. Ostatnio przerzutka była tak rozregulowana, że szok - wszystkimi śrubkami chyba kręcił. Klient wrócił po 3 dniach od zakupu bo rower był niewyregulowany - wstyd! Poprawiłem to i zajęło mi to czas, bo doprowadzić do ładu to co było tam zrobione, to nieomal jak zamontować nowa przerzutkę...
Ogólnie w pracy dość napięta atmosfera, Wyszła niemial rozmowa z tym zdarzeniem z wczoraj i wczesnym wyjściem. Świeżak uważa, że to my powinniśmy go poinformować, wcześniej że klient odbierze rowery a nie przed 19tą! Przecież "M" napewno to wiedział. Troszkę podyskutowaliśmy i ogólnie koleś wogle uważa że to nasza wina, bo przez nas spóźniłby się na pociąg i że można by było to wcześniej zrobić.
Końcówka dnia - konkluzja szefa, powinniśmy mieć więcej szacunku dla starszych - znaczy się świeżaka, bo ma 40 lat... Zachowuje się jak wariat, chodzi po sklepie w portkach kolarskich albo szortach. Rękawki zsuwają mu się do polowy rąk, a nogawki opadają na kostki i wyglada jak jakiś idiota. Nie jak sprzedawca.
Kolejny wyjazd do pracy na śniezniku. Nadal mega frajda z jazdy na nim. Rano spotkanie w mieszkaniu z pewną osobą a potem już czasu starczyło tylko na dojazd do pracy. Szkoda, bo maraton coraz bliżej, a ja nie mam kiedy pojeździć aby nogi popracowały. No cóż niestety praca i sprzedaż mieszkania i jeszcze wolne na rower i długie dystanse, nie można mieć wszystkiego.
W robocie pracy dużo:) Rower z poprzedniego postu znalazł swojego właściciela, a państwo byli zadowoleni efektem prac. Na sklepie nie było dziś "M" bo miał na 14-tą, "X" na chorobowym i do tego Świeżak z nami taki jeden pracuje i tego oszołoma trzeba było pilnować. I tak wszystko na mojej głowie. Rób na sklepie bo kolega nie może teraz bo maila pisze. Składaj rowery pomiędzy obsługiwaniem klientów, do tego wyceń to tamto - owanto i jeszcze zrób wymianę ośki w piaście, napraw bembenek, zrób 5 przeglądów a do tego na bieżąco obsługuj klientów, co to tylko "na chwilę" wpadli.
Moim zwycięzcą był chłopak, który skuwał w domu łańcuch kombinerkami. Kupił u nas łańcuch, bo potrzebował - jak go spytałem, czy mu założyć, to powiedział, że nie ma roweru i że poradzi sobie sam. To było jakiś czas temu - zapamiętałem go dobrze. Dziś wpadł do serwisu, bo coś mu się stało z łańcuchem. Nie powiedział jednak, że o łańcuch chodzi, tylko przyszedł aby mu tylne koło dopompować. Niby przypadkiem, odkryłem rozkute ogniwko łańcucha, które uniemożliwiało pedałowanie. Chłopaczek stwierdził, że to musiało się przed chwila stać, bo jak on jechał to nic nie było. Cud mniemany! Pompując tylne koło wysadziłem ogniwko w łańcuchu! Ma się tą moc!!!
No to kazałem mu spinkę kupić i założyłem. Z uwagą śledził moje poczynania suwakiem po czym rozbrajająco szczerze stwierdził. "Ja kombinerkami połączyłem ten łańcuch". No to gratuluje - chciało by się rzec, bo jak widać efekt potrwał tylko chwilę. Upaćkałem się w smarze a chłopak tylko - "dziękuje" i już go nie było. Nawet nie wiem kiedy odjechał, bo chciałem wytrzeć ręce ze smaru w szmatkę i powiedzieć mu ile za usługę, ale uciekł. Generalnie nie biorę pieniędzy za takie drobnostki, ale koleżka był jakiś mega bezczelny i potwierdziła to jego szybka "ucieczka".
Była też pani z wymianą dętki i oponą która eksplodowała. Zmieniłem dętkę, napompowałem powietrze i mając koło na kolanach jakieś 30cm od twarzy, zakręcałem wentyl. I jak nie jebutnie to aż mi w uszach zadzwoniło. Palce to myślałem, że mi poparzyło, jakbym z otwartej dłoni dostał w środek ręki. Rozerwało dętkę i oponę - nie wiem co było przyczyną, opona stara jak kapeć, a dętka nowa, być może jakaś wadliwa. generalnie było wybitnie...jeszcze jak naciskam na opuszki palców to mnie bolą tak jakby "od kości".
Na koniec dnia świeżak stwierdził, że on tego roweru dla klienta nie zrobi bo ma pociąg i musi lecieć. I poszedł przed siódmą. Bo następny to on ma pociąg za godzinę... A w sklepie ludu aż czarno kolejka i trzy rowery do zrobienia... SZOK. Jutro pewnie będzie o tym rozmowa, bo przeszedł samego siebie tym zachowaniem!
Kolejny wyjazd na śnieżniku. W pracy nie było dużo roboty, ale robiłem przekładkę ramy z roweru za 300 zł supermarketowego na ramę średniej klasy. Roboty co niemiara, bo im dalej w las tym ciemniej. Do ramy najpierw nie pasował widelec, potem stery, potem jeszcze inne ciekawe przedmioty. Klamki hamulców nie pasowały, bo nowa rama nie była do hamulców canti, więc zamontowałem mu tanie v-break, nie pasowała sztyca siodłowa inna średnica, zamontowałem nową sztycę nowy zacisk ( poprzedni zacisk był w ramie), Mostka nie dało się przełożyć, bo nowy widelec mam stery 1,1/8 a więc musi być ahead. I tak w sumie od 12 do wieczora. Co chwila ktoś wpadał z czymś, tu jakaś dętka, tu jakaś inna sprawa i tak rower i jego przekładka zajęła mi cały dzień.
Zmiana wyszła zacnie, rower działa więc chyba udało się osiągnąć efekt;) Lubie takie przemiany! Rower w sumie prezentuje się wcale nieźle.
Koleny etap ujeżdżania zimówki, najpierw spotkanie ze znajomymi na rowerach i potem wspólna jazda po okolicznych lasach z hucznym finałem na Wieliszewskiej Trasie Crossow`ej. Było fajnie troszkę sie zmęczyć;) Miejsca na fotki nie było. Dobrze odczułem ten wyjazd;D
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.