Po pracy - szatańsko w lesie, pomiędzy chmurami

Sobota, 10 maja 2014 · Komentarze(1)
Kategoria Pojeżdżawki
Drugi etap, ujeżdżania zimówki. WPadłem do lasu, zrobić kilka fotek roweru i pojeździć sobie w terenie rekreacyjnie. W lesie spotykam parę na mtb i wspólnie jedziemy się przejechać po śladzie mazowi z legionowa. Jest dynamicznie fajnie i zjawiskowo. Mimo, że na sztywniaku i mimo, że z sakwą i bagażnikiem, udaje mi się trzymać koła a nawet pewne odcinki prowadzić. To nie jest jazda typowo wyścigowa, ale dość dynamiczna. 
CO jakiś czas stawaliśmy aby ustalić trasę dalszego przejazdu i dalej w las!

Kilka fotek z dziś. 

Rower po modyfikacji i wymianie napędu - jeszcze czysty:D




W tym miejscu jeszcze zachwycałem się przyrodą siadałem wśród konwalii i robiłem zdjęcia:)

Jak się nie ma pewności jaką pozycje obrać na rowerze, a dodatkowo brakuje podkąłdek pod mostek, warto wyposażyć się w dwa mostki:) Bike-fitting full service. Nie zdecydowałem jeszcze jak nisko przyciąć sterówkę.


Spotkani znajomi na MTB. Ona i On:)


Tymczasem w okolicy zabudowań na drogę wyszły nam kozy.



Dalsza częśc po rozłączeniu się w dwójką cyklistów także wiodła lasami. Jechało się super, dynamicznie a rower dostał zdjęcie w szacie lekko już ubłoconej.


Wyjazd fajny, zwiewny i ciepły. Czyżby w końcu robiła się dobra pogoda do jazdy?

Tym wyjazdem udowodniłem, że nie tylko treningi, ale także wycieczki umiem:)

Do pracy 73 - Walka o Wolne

Sobota, 10 maja 2014 · Komentarze(0)
Po wczorajszym przeobrażeniu śnieżnika dziś znów zapragnąłem jechać na nim do pracy. Pojechałem sobie więc małą pętelkę po lasach, aby poczuć jak ów maszyna śmiga w terenie. Jeszcze sie przyzwyczajam do grubszych przeszkód i sposobu ich pokonywania, ale jest naprawdę pysznie. 

W pracy jak to w pracy sobota - zapiernicz, choć kontrolowany. Postanowiłem, nieśmiało zapytać o wolną sobotę za dwa tygodnie. Jejku ile ja się nasłuchałem? Że jestem niepoważny, że albo praca albo wolne i tego typu teksty. Cóż poczać, wedle pracodawcy mam być dawcą siebie all the time. 

Cóż coś wymyślę, generalnie wielkiego "D" nie było i pytałem mniejszego "R" więc decyzje pewnie podejmie główny dowodzący. 

Po pracy rowerkiem do domu na obiadek:D

Do pracy 72 - Feniks z popiołów!

Sobota, 10 maja 2014 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Dzień piątkowy, dzień w którym mam na 14 tą do pracy. Dziś miałem jednak misję i musiałem być rano w robocie, mianowicie postanowiłem naprawić wreszcie Śnieżnika, zmieniłem mu napęd, bo poprzedni nie nadał się do jazdy. Skakał łańcuch na każdym biegu i jechało sie tragicznie a do 20km/h rozpędzałem się bardzo długo bo popychanie pedałów musiało byc tak delikatne, jakbym po lodzie stąpał.

Podczas napraw wyszło wiele zmian, i w dobie reperacji, śnieżnik dostał sztywny widelec. Zdecydowałem się wyrzucić amortyzator, bo był przy koronie nadpęknięty. Troszkę mnie to zaskoczyło i zasmuciło. W sumie jednak zimą nie ma sensu posiadać amora, bo i tak się nie ugina. W ten oto sposób, zmieniłem również manetki z kombinowanych 3x6 na 3x7. Od znajomego kupiłem używane w dobrym stanie. Nie specjalnie odczuwam po pierwszej jeździe, różnicę tego jednego biegu, ale na pewno płynność pracy nowych manetek jest lepsza niż tej "Sis-owej" szóstki, która zmieniała biegi jak automat, jak chciała;)

Swoją drogą, jadąc wczoraj zimówką na grubych oponach, poczułem taką mega frajdę, jechałem lasem i cieszyłem się jak nie wiem, że jadę lasem, na grubych kapciach po szuterku. Jest twardziej bez amora, ale to nic. Im prostrzy rower na zimę tym mniej się popsuje. 

Zdjęcia narazie nie mam, ale mam nadzieje, zrobie up-date niebawem. 

Do pracy 71 - Prowadząc peleton.

Czwartek, 8 maja 2014 · Komentarze(4)
Od wczoraj wysuwam się na czoło peletonu, po pierwszych dniach lekko chaotycznych  dziś praca się ustabilizowała. Nie czuje się specem od serwisu, ale dziś czułem, że robię to co trzeba, po kolei w porządku, bez chaosu skoncentrowany na to co trzeba zrobić. Nikt mi nie zlecał czegoś innego po drodze, nikt mi nie dawał jakichś dodatkowych rzeczy do zrobienia, a ja mogłem "ciupać" dalej. 

Dzień przeleciał więc w atmosferze pracy, ale w poczuciu, że jestem już liczącym się serwisantem, że mimo nieobecności "X" sprawdzam się na serwisie. Poczułem się silniejszy, poczułem że wiem co robię, że panuje nad tym co robię. Dostrzegłem również, że jednak mam smykałkę do tego, nie mówię tu o wyuczonych rzeczach, takich jak rozkuwanie łańcucha, czy umiejętność zdejmowania korby. Czasem na serwisie, przychodzi rozwiązywać, tak kuriozalne wydawałoby się problemy, że trzeba działać jak chirurg - trzeba podejmować decyzje, wymyślać rozwiązania nietypowe, a jednocześnie trwałe. Praca ta, naprawdę do złudzenia przypomina operacje na żywym organizmie. Otwierając pacjenta, zakładamy, że w środku będzie to wszystko poukładane anatomicznie, mamy zaplanowany schemat postępowania. Gdy jednak dochodzi do samej naprawy, okazuje się, że nie wszystko co zakładał nasz schemat da się wprowadzić w życie. Czasem na pozór łatwa naprawa przeradza się w walkę z czasem i aktywuje moje umiejętności i pomysłowość. 

Jak rozebrać, połamaną manetkę, tak, aby wymienić linkę. Jak poradzić sobie z przypadkami, krzywych haków, pekniętych kółeczek, jak wybrnąć z impasu, kiedy zwykły przegląd za 60zł, przeradza się w wielką operację, gdzie wszystko po drodze, czego się nei dotknę, się sypie, albo już sie posypało. 

"proszę pana, oddałem rower do naprawy, tam tylko były przerzutki do wyregulowania, czemu więc musiał pan wymieniać, to, tamto i owanto. Wydawało mi się, że tam reszta działa poprawnie"

Tłumaczę więc na spokojnie, wyjaśniam i uspokajam. Najczęściej to trafia do odbiorcy, ale  czasem są ludzie, którym ciężko zrozumieć, że naprawiając im rower chcę dla nich dobrze, a nie staram się tylko zarobić. 

"15zł! A co pan tu takiego zrobił, że to kosztuje 15zł? Miał pan tylko wymienić dętkę! To za to powietrze płacę, co pan tam napompował? jeszcze drugie 15 za dętke - chyba pan troszkę przerzedził z tym liczeniem"
" proszę, pana zdjęcie koła, gdy posiada pan ten rodzaj piasty biegowej nie jest proste, musiałem podjąć wiele dodatkowych czynności aby owo kolo wyjać, i zmienić dętkę"
"Dętka to dętka, czyli co raz pan liczy sobie 5zł-10zł a raz 15? Kpina jakaś"
"Jeśli uważa pan, że to za drogo proszę mi powiedzieć, czy posiada pan w domu zestaw kluczy i umiejętności, aby dętkę samodzielnie wymienić i potem tak założyć koło, aby panu przerzutki działały? Wymiana takiej dętki nie trwa 5 minut, jak w zwykłym kole roweru górskiego, czas i moja praca kosztują"

"Czas? Przecież pan nie ma płacone od godziny wczoraj oddałem rower. Pewnie prowizje od serwisu macie, dlatego pan tak liczy, ale dobrze niech zbiednieje - proszę - 30zł"
"zapraszam do kasy tam sie rozliczymy"
"Jak to do kasy, przecież na serwisie się rozliczam! Nie będę nigdzie chodził"
" Dobrze w takim razie ja przyjmę pieniądze"
" DO widzenia - 30zł za dętkę i wymianę jakaś abstrakcja chyba - dodaje sobie pod nosem klient"

Ludzie czasem nie rozumieją, że ja naprawdę wolę zmienić 4 dętki, klasycznie, niż przez 20 minut szarpać się z holendrem jakimś miejskim, gdzie jest hamulec torpedo, piasta biegowa, gigantyczna masa smaru na zębatce i roztrzepane końcówki linek, które kaleczą palce. Dla nich to po prostu zdjąć koło wymienić dętkę i napompować i to ma kosztować 5 zł!
Nie zamierzam nikogo uświadamiać, ale praca na serwisie nauczyła mnie, że trzeba cenić swoja pracę. Często robię przysługi klientom i naprawdę wymieniam dętkę klasyczną, od ręki, mimo, że inne serwisy czekają. Robię tak choć to nie jest w dobrym tonie - bo "praca czeka" "X" woli takie rzeczy przyjmować i robić na drugi dzień. Po co zawalać serwis, po co ustawiać 5 rowerów z wymianą dętki. 

I tak oto dylematy serwisowe, pojawiają się co dzień. Psują krew, a czasem przynoszą miłe reakcje ludzi i ich wdzięczność. 

Do pracy 70 - Sam na polu walki.

Środa, 7 maja 2014 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Dzień głównie związany z dojazdem do pracy. Rano mieliśmy wizytę pewnej pani, a potem szybko do pracy. 

W pracy, okazało się, że"X" wykorkował na dobre i nie będzie go dziś. No cóż, trzeba to jakoś przełknąć, mając w pamięci, że jego obecność stabilizuje moją pracę, tylko częściowo, bo tak naprawdę on nie robi serwisów. Trzaskałem więc przeglądy, regulowałem przerzutki, robiłem smarowania i dłubałem swoje. Biedny "M" potrzebował mojej pomocy na sklepie, ale nie mogłem wygospodarować chwili czasu, bo ciągle było coś do roboty. Nie jestem zimnym draniem i nie potrafię odmawiać, jak ktoś mnie o coś prosi...

Powrót do domu po wielkiej ulewie, udało się jednak nie zmoknąć, choć jeszcze kropiło jak wracałem. 

Do pracy 69 - Niby nic a jednak coś

Wtorek, 6 maja 2014 · Komentarze(1)
Kategoria Do pracy!
Dzień dziś zacząłem od badań lekarskich u lekarza medycyny pracy. Trzeba je było zrobić bo wreszcie mam umowę lepszą i potrzeba doń lekarza. Niestety, za długo to zajęło w pojęciu szefostwa i troszkę mnie ponaglali abym już wracał do pracy. Nie zrobiłem wszystkich badań, i nie wiem kiedy zrobię... Musze jeszcze raz iść z wynikami do doktorki, coś wykombinuje - może mnie puszczą;P

W pracy nie wiele roboty, ale jak zawsze z niewielkiej ilości roboty się zaplątałem w jakiś ślepy zaułek. "X" zdychał dziś jakieś choróbsko go brało, a ja robiłem serwisy na jutro. I co to zmienia? Nic, bo i tak ja wszystkie serwisy robię ja przyjmuje rowery do serwisu, ja je wydaje klientom, ja tłumaczę i wszystko robię ja. "x" zajmuje się centrowaniem kół czasem zrobi bezdętkowe koła, czasem coś tam przełoży z koła do koła, czasem zajrzy w jakąś piastę, ale ilość kół do serwisu nie mamy aż tylu, aby to zajmowało cały dzień.

W ciągu dnia więc nie narobiłem się, za to pod jego koniec zrobił się lekki meksyk z naprawami i sporo mam jutro do zrobienia. 

Jak pomyślę, że "X" pójdzie na zwolnienie, bo się rozłoży, to nie wiem co to będzie.... 

Dzień ma się ku końcowi, napój zdrowotny z kiwi i banana i do łóżka spać i odpoczywać.

Do pracy 68 - Nowe spojrzeNIE

Poniedziałek, 5 maja 2014 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Do pracy po majówce idzie (jedzie) się dość osobliwie. Może by i tak było w moim przypadku - jednak ja tej majówki nie poczułem za bardzo. Dobrym akcentem było przynajmniej ostatnie 170 km Działdowo.

Generalnie, pracy nie było dużo, serwisów mało a i nawet kilka rowerów złożyłem, dzień snuł się spokojnie i bez stresu. Zrobiłem sobie rower i nasmarowałem stery. Potem odpucowałem ramę z brudu, który systematycznie się na niej zbiera. Kiedy już całkiem nie miałem co robić, zrobiłem dwa serwisy zaplanowane na następny dzień a potem pomagałem troszkę wśród ludu kupującego dobierając rowery dla pań i panów. Nawet była u nas policja aby kupić rower dla córki. Dobrze się zaprezentowaliśmy więc na wyjściu uścisk dłoni władzy i info, że jakby coś to żebyśmy się na kontroli przypomnieli, że my to my :D

W sumie nie wiele więcej się działo, więc szybko się zebraliśmy i już 19:20 byłem w domu! Rekordowo;)

Działdowo - Jabłonna

Niedziela, 4 maja 2014 · Komentarze(4)

Wyjazd dzisiejszy zrodził się znowu na spontanie. Po wczorajszych mega opadach deszczu, dziś nie padało. Mało tego wieczorne ustalenia co do wiatru pokazywały, że ma wiać z północy. Jak więc zmontować coś na szybko mając na uwadze wiatr? Do planowania wyjazdów zatrudniam ostatnio Agnieszkę, ma świeże spojrzenie na temat i pozwala mi poczuć sie na wycieczkach, jakbym odkrywal trasę dopiero w trakcie jej przejeżdżania. Mam ostatnio deficyt samozadowolenia z planowanych wycieczek. 

Tu strzał był w dziesiątkę - KM do Działdowa, i po 10:00 start na północy, szeroki łuk przez kilka fajnych powiatów i powrót zarazem klasycznie a jednak troszkę mało ujeżdżanymi trasami. Smaczna perspektywa stanęła więc przed nami, gdy wstaliśmy rano na pociąg. 

KM przyjechała planowo i mimo, że do ostatniej chwili nie wiadomo bylo na jaki peron wjedzie, to udało sie załadować. W środku sporo osób z Żerania robotników. Im dalej na północ, tym mniej osób w składzie. W Działdowie jesteśmy planowo i wysiadamy po dziesiątej z minutami. Na trasę ruszamy w pięknym słońcu i prawie bezchmurnym niebie. Dalej na trasie słońce i chmury w akompaniamencie wiatru, będą grały różne skomplikowane symfonie. 

Początkowy etap trasy, to wioski na południowy zachód od Działdowa. Wiatr na tym odcinku mieliśmy głównie w prawy bok i mimo, że boczny, nie ułatwiał jazdy. Było dość chłodno, a słońce na dłuższe chwile zachodziło za coraz bardziej pochmurnym niebem. Na termometrze około 10-11 stopni a gdy pojawiały się promienie, to nawet 15. Wiatr jednak przeszywał i odczuwało się sporo mniej niż to co wskazywał pomiar. 

Na sporych odcinkach odsłoniętych dmuchało konkretnie, i docenialiśmy, że zdecydowaliśmy się na taki kierunek przejazdu. Gdyby przyszło by nam pokonywać jakiś inny ślad przez Polskę, ale pod wiatr, to na tym dystansie byłoby krucho. 

Najtrudniejszy okazał się łukowaty, objazd Żuromina. Agnieszka zaplanowała, że nie będziemy wjeżdżać do tego miasta i że miniemy go mniejszymi asfaltami. Wszystko byłoby spoko, ale na tym odcinku wiele razy konkretnie się do wiatru dziobem ustawialiśmy, i mimo, że ostatnio jestem "bardzo" aerodynamiczny, to jednak ciężko szło.

Za Olszewem w miejscowości o uroczej nazwie "Chamsk" trafiamy na odpust. Na środku głównej ulicy w wiosce, nieopodal kościoła pełno straganów i tłum ludzi. Z daleka byłem przekonany, że to miasteczko jakiegoś maratonu biegowego czy coś. Z bliska, zdecydowanie nie był to maraton, no chyba, że "PROJECT RUNWAY" bo ilość wystrojonych kobiet jaką tam widzieliśmy przeszła nasze oczekiwania. Nawet Aga się momentami dziwiła, że delikwentkom nie marzną - ekhm pośladki. Konkurs na najkrótszą i najbardziej obcisłą spódniczkę chyba był trudny do rozstrzygnięcia przez jury, które w męskiej postaci stało w garniturach popalając fajki. Dzieci strzelały z kapiszonów, panie się lansowały a my wpadliśmy kupić kilka obwarzanków i pognaliśmy dalej. 


To nie tak do końca było, że słońce nie świeciło. Bywały odcinki słoneczne, ale silny wiatr szybko zmieniał slajdy, i ledwie nacieszyliśmy się grzałką, ten włączał chłodzenie. Stąd przez cały wyjazd jechałem w soft shellu i czapce na uszy. 

Za Chamskiem wyjeżdżamy na główną trasę i mkniemy nią do kolejnej przelotówki. Niestety nieco się gubimy, bo nasz ślad GPS prowadzi nas w piaszczystą dróżkę w las i musimy improwizować. Udaje się wyłapać, fajne leśne "świeżo-unijne" asfalty, które przypominają jednokierunkowe ulice wśród pól w Austrii. Droga faluje, góra dół skręca przez sosnowe pagórki wydmowe i wije się pośród pól.



Przerwa na jedzenie jest konieczna, leci się fajnie, ale organizm się domaga swego. Podczas posiłków udaje się także zrobić kilka foteczek, oczywiście jak człek najedzony, to wesoły. 

Kolejny etap to odcinek z wiatrem do Dzierzążni. Na krajówce, do Drobina lecimy ponad 35km/h, wiatr pomaga a mi brakuje przełożeń. Zaskoczony jestem tym zjawiskiem, bo jeszcze niedawno na pierwszej nocnej 200 tce czułem, że chyba nie ogarnę wszystkich przełożeń. Tu jadąc z wiatrem i dobrze dokręcając czuje że 3x8 to już mało. Może noga i łyda robią się  stalowe i za rok znów wróce do korby 52? Nie wiem - na wietrznych odcinkach "nie w plecy" jechałem na sporo niższych przełożeniach. 

Od Dzierzążni - psuje się asfalt i jedziemy po odcinkach dziurawych i łatanych. Wczuwałm się w wizję Maratonu Podróżnika, kiedy to na najgorsze drogi trafimy nocą na Roztoczu. Będzie ciekawie i strasznie. Jazda po takich wygwizdanych asfaltach, to jakaś makabra, za nic nie mogę się tam usadzić na siodle, a ciągłe zygzakowanie sprawia, że prędkość spada.

Można taką technikę szosowej jazdy po dziurach lub pomiędzy dziurami - wyćwiczyć? Nie żebym miał arystokratyczny tyłek, ale no powiedzmy, że ramiona i barki to mocno odczuwają. Po przejechaniu 250 km na MP, dziurawa droga może znacząco podciąć morale. 
Tu całe szczęście dziurawe asfalty przeplatały się z tymi lepszymi a w efekcie zmieniły się na tylko te lepsze. 

Przez Złotopolice docieramy do Zakroczymia. Tam po pokonaniu miasta i premii górskiej znów ustawiamy się z Wiatrem. Szybko przelatujemy Twierdzę Modlin i sprintersko gnamy przez Nowy Dwór Mazowiecki. Ostatni odcinek do samego domu to walka z uciekającym czasem, planowaliśmy dotrzeć do celu przed 18 tą i dosłownie 17:59 staliśmy na  światłach przy obwodnicy, koło naszego bloku. Można powiedzieć więc, że plan zrealizowany.  

Zaskakująca jest dla mnie na pewno średnia, bo nie sądziłem, że z Agnieszka taki przelot będzie miał takie prędkości. Mimo, kryzysu na trasie poradziła sobie świetnie i to był jej najdłuższy dystans w tym roku.  Wyrabia się kondycyjnie dziewuszka! Ha dumny jestem z niej przeogromnie, bo w tym roku chce się zmierzyć z 300km na Maratonie Podróżnika i patrząc na jej postępy - jestem o ten dystans spokojny. 

Co zaś do mojej kondycji? W sumie nie wiem, czuje się spoko, na pewno sporo lepiej i agresywniej używam mięśni na rowerze. Nie popycham go tylko aby jechał, ale po prostu pedałuje a podjazdów "nie odpuszczam" robię je z siodełka, starając się nie wstawać. Czuje, że mam więcej mocy pod górkami, i to jest zauważalne, Nie zwaniam do 19-20 jak to było na początku sezonu, tylko niejednokrotnie pokonuje pagórki po 25-28km/h, nawet te wydające się dość strome. Nowodworskie Górki w lesie dawno przestały być dla mnie problemem i mijam je bez zdwajania wysiłku. Po prostu, muszę mocniej przycisnąć;]

Dębę pewnie jeszcze by mnie troszkę zmachało, ale i z takimi podjazdami niebawem będę sobie radził. Sezon jeszcze w powijakach, więc na dopracowanie detali formy mam jeszcze czas i start na Kaszebe Runda, który pokaże mi jak stoję z formą na tle innych. 


Tyle na dziś:)


Zbiorczo z majówki i do pracy;)

Sobota, 3 maja 2014 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Generalnie na majówce, miało być słonecznie i fajnie i wszystko miało być:D Wyszło jak zawsze. Padało, było zimno i takie tam ceregiele. W Czwartek po wycieczce szosowej i zmianie roweru na france, pojechaliśmy do znajomych na grilla do Serocka. Tam balowaliśmy do trzeciej. Było śpiewanie i tańcowanie i był wielki pies co się ślinił na kaszanki widok.

Po przespanej nocy, wstajemy w Piątek przed ósmą i ruszamy do Jabłonny. Nasze zaskoczenie jest przeogromne bo na liczniku termometr pokazuje 4,5 stopnia. Nie mamy rękawiczek i czapki pod kask. Aga ma opaskę z buffa więc nie cierpi, jak ja. Szybki postój i z t-shirta robię sobie czapkę na uszy, na to ląduje kask i możemy jechać. Gnamy z wiatrem, więc mimo dosiadania zimówek, jedziemy ciągle 24-25km/h. 

W domu jesteśmy wcześnie, jakoś około 8:30 mamy już ciepłą herbatę. Niestety zakręcili nam ciepłą wodę jacyś dresiarze w bloku. Tzn zakręcili gaz, a przez to wyłączył się piec i nie ma w czym się umyć. Przepisy BHP mówią, że dostęp do zaworu gazu musi być więc jako skrzynka jest na zewnątrz, to łepki czasem nudząc się zakręcają zawór. Troszkę psuje nam to humor, bo zmarzłem okrutnie i marzyłem o ciepłym prysznicu. 

Do 14 nie ruszam się z domu i dopiero przed 14 tą podbijam do pracy. W pracy luz i mało serwisów, ale zmęczony jestem grillem i troszkę wymęczony. Tułam się do końca dnia i z radością opuszczam przybytek finansowania. Pada, jest zimno ( a to nowość) miasto puste, aut co najmniej połowa mniej a ja sunę sennie ulicami. Mijam pod prąd jadąc ulicą jednokierunkową, patrol policji. Radiowóz wbija na chińczyka i nie zwraca na mnie uwagi. Jadę dalej. W domu jestem o normalnej porze. 

Wieczorem pada, i pada cały następny dzień. Sobota w deszczu mija, leżę stoję, jem, odpoczywam. Czyste lenistwo. Gramy w gry na tablecie, Robimy kolejne Lelewele i karmimy naszego POW. 

Dzień ciągnie się w nieskończoność w akompaniamencie kropel rozbijających się o blaszany parapet.  Późnym popołudniem deszcz odchodzi i wychodzi słońce. Widać poprawę i ruszam do rodziców zmienić rower na szosę. 

Pachnie wilgocią, pachnie schnącym asfaltem, pachnie wiosną... Nie pada. Radośnie przyciskam pedały i mimo, że jedzie się sporo wolniej niż białasem, to czuję frajdę z pedałowania. 

Mix a nawet re-mix wyjazdów dodaje jako głównie wyjazd szosowy, w sumie zimówką zrobiłem pewnie połowę, ale... co tam:D

Majóweczka - pierwszy dzień

Czwartek, 1 maja 2014 · Komentarze(0)
Wyjazd z Agnieszką na majówkowa wycieczkę. 


Szosówkami przelecieliśmy sobie po okolicy, nie byłoby tu nic nadzwyczajnego, gdyby nie spore odcinki terenowe jakie pojawiały się na trasie. Był przejazd przez las, błota, piaski i drogi wysypane cegłami. Nie zabrakło jednak expresowych przelotów po 30km/h na idealnych asfaltach. Nad Zalewem Zegrzyńskim - wielki bazar, auta jadą od stolicy walą sznureczkiem i nie ma ich końca. 

Majówka rozpoczyna się przebojem - uruchomiłem france i ostatnie 5km właśnie na Francy. Te "cienkie" slicki 1,5 cala wydają się takie gruuube;) Rower zdaje się być tak długi, w porównaniu z szosą. Inna pozycja inna geometria, wszystko inne, ale sporo mi ten rowerek przecież towarzyszył, więc nie zapomniałem jak go ujarzmić.