Dziś pomimo mglistego poranka, udałem się na, codzienną do-pracową pętle. Wybór był z założenia dobry, choć wykonanie i stan w jakim byłem jak dotarłem na miejsce, pozostawia wiele do życzenia. Zacznijmy więc od początku.
Rano budzik o 7 zadzwonił więc podniosłem się i zacząłem ogarniać. Kawa śniadanie szybki skok w wirtualna rzeczywistość internetu. Za oknem mgła jak mleko. W niedziel rano było też mgliście, a później się rozpogodziło, więc pomyślałem, że na mgłę nie mam co zwracać uwagi bo się rozejdzie bardzo szybko.
Na rower wsiadam prawie równo o ósmej godzinie. Szok poranka jest taki, że jest naprawdę zimno. Na ulicach jeszcze szron a przy światłach ślisko. Szosowe opony ślizgają się na ulicy. Jedziemy - co tam! Do Chotomowa było ok, jakoś te 23km/h jechałem. Było chłodno, ale nie mocno zimno. Mimo prawie zerowej temperatury. Za Chotomowem po minięciu Dąbrowy Chotomowskiej, temperatura zaczęła spadać i zrobiło się -1,5. Im dalej za miasto tym więcej mgieł i przeszywającego zimna. Prędkośc spada do 21km/h. Do rondek w Skrzeszwie jadę dość wolno i asykuracyjnie, mgła gęsta osadza mi się na okularach a z kasku kapie woda z mgły. Generalnie jechało się źle, nie wiele widziałem przez okulary, a bez nich oczy szczypały od mrozu.
Dojechałem jakoś do pracy ale nie było lekko.
W pracy sporo roboty w sumie już po przebraniu się od 9:45 zacząłem coś tam grzebać przy rowerach. Cały dzień zleciał na ziewaniu, gdy tylko na chwilę usiadłem. Po prostu wychodziło zmęczenie z Niedzieli i dzisiejsza poranna jazda.
Wreszcie koniec dnia i powrót. Na jednokierunkowej wzdłóż Warszawskiej, jadąc pod prąd spotykam się z policją;P Oczywiście zjechałem im na bok aby mogli mnie minąć i potem w pierwszą w Lewo odbijam, co by im nie dawać powodów do rozmów w chłodny wieczór. Nie gonili mnie, nic nie chcieli, po jechali sobie a ja sobie.
W domu padłem do wyra po kolacji i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
Dzisiejszy dzień z Agnieszką spędziliśmy na szosowo. Długo zbierałem się, aby pojechać na jakąś dłuższą trasę w celu sprawdzenia swojego stanu kondycyjnego w tym roku. W piątek Aga zadzwoniła i zaproponowała mi dwa warianty tras. Wypadło na rundę Kampinoską. Od kilku dni zapowiadali na weekend pogodę, która nie pozostawiała złudzeń jak spędzimy ten czas. W sobotę pracowałem, ale niedziela - niedziela będzie dla nas. Nie wiele jeździłem ostatnio i obawiałem się nieco długości trasy i tego jak oboje z Agnieszką poradzimy sobie z wyzwaniem.
Niedziela pobudka 7:30 i niespełna godzinę później już staliśmy ubrani gotowi do wyjazdu. Mgła jaka okalała okolice była gęsta jak mleko. Na termometrze lekko ponad 1,5 stopnia a słońca a ni widu ani słychu. Ruszamy w nicość, ale szybko pojawia się słońce. Jeszcze zanim docieramy do Mostu Północnego świeci z nieba i na termometrze pojawia się najpierw 4 a potem nawet 5 stopni.
Przedmieścia pokonujemy jakoś bez melodii. Prędkość nie chce się układać jak należy, lub tak jakbyśmy się tego spodziewali po rowerach szosowych. W końcu jednak wyjeżdżamy na trasę do Leszna i wreszcie łapiemy przyzwoity rytm. Cała jazda dookoła Kampinosu to lekkie 25km/h i rozmowy. Dawno nie czułem takiej przyjemności z pedałowania. Droga Leszno - Sochaczew, dawniej dziurawa teraz jest wyremontowana i leci się bajecznie. Im godzina późniejsza, tym na ulicach więcej ludzi, spacerowiczów i Świeżaków. Rowerzyści pojawiają się w tempie logarytmicznym na ulicach.
Na odcinku za Sochaczewem nieopodal wioski Tułowice, spotykamy maksymalnego luzaka. W zamszowym serdaku jadąc na swoim rowerze w stylu MTB krąży po całej jezdni. Jedzie bez trzymanki i wozi go po ulicy aż na przeciwległy pas. Gdy go wyprzedzamy czuje się w obowiązku utrzymać za nami. Prędkość jednak 25km/h dla jego 24 calowych kół jest za wysoka i odpuszcza po krótkiej chwili. Za Leoncinem, kryzys czujemy zmęczenie, ale kryzys na szosie to 23km/h. Lubie ten widok, czuje jak jedzie mi się źle a tu takie wskazanie prędkościomierza. Na swojej Francy pewnie bym jechał 17 albo mniej. Szosówką to całkiem inna bajka.
Od Nowego Dworu Mazowieckiego wstępuje w nas demon prędkości i nareszcie mamy wiatr w plecy. Prędkośći sięgają 28-30km na godzinę a ilość rowerzystów przekracza nasze najśmielsze oczekiwania. Są wszędzie, starzy młodzi, duzi, mali. Na rowerach MTB i na szosach. Pogoń za jednym z takich Świeżaków, zajmuje nam czas do samego domu. Majaczy nam żółta żarówiasta kurtka w oddali, ale niestety nie możemy go dogonić. Pewnie to szosowiec jakiś mknął przed nami. Nie zmienia faktu, że super się bawiliśmy goniąc go jak jakąś ucieczkę z peletonu.
Całość trasy - bardzo sympatyczna, dystans odpowiedni na pierwszą szosową inaugurację sezonu. Wystarczająco się zmęczyłem, a jednocześnie nie zakatowałem w trupa. Stan na dzień dzisiejszy mojej formy oceniam jako zadowalający. Może w dystansach tego nie widać, ale czuje się (ja) to w nogach.
Do pracy po raz kolejny. Coś więcej o samej pracy? Cóż, było dziś co robić - jak wiadomo sobota to dzień handlowy i wpakowało się do sklepu sporo ludzi. W sobotę nie zajmujemy się serwisem, tylko sprzedajemy, przygotowujemy rowery do sprzedaży i rozmawiamy z klientami, rozwiewając ich wątpliwości.
Kilka rozmów przeprowadziłem z przyjezdnymi. Sporo z nich było wielce rad z moich rad;D Jest spora szansa, że wrócą, nawet kobieta z łodzi co to szuka miejskiego roweru i chce wydać 2 tysiące.
W serwisie szał ciał. Obskakiwany przez trójkę wrzeszczących dzieciaków. Szykowałem im rowery, podczas gdy matka siedziała w biurze i załatwiała raty. Byłem niańką potrójną, dowódcą wojska i "panem mechanikiem". " a auta pan umie naprawiać?" " a co pan dokręca?" " a teraz mój będzie robiony?" "nie teraz mój" "wcale, że niee" "a co to jest to?" " a prawda, że mój rower jest najlepszy z tych trzech?" [...]
Pytania padały jak z karabinu, jedno po drugim, jak na przesłuchaniu. Musiałem dzieciaki dosłownie odpędzać, aby im rower na głowe ze statywu nie spadł i żeby rąk w szprychy nie włożyłuy jak regulowałem przerzutki. Kiedy w ukropie robiłem 3 rowery na raz, wycierając poplamione białe błotniki, dokręcając nóżkę, pompując koła, regulując przerzutki, dokręcając brakujący odblask... wróciła ich mama i nie dostała kredytu. I poszli sobie a ja dodałem kolejne 3 rowery "zrobione" do listy;)
Działo się tak w tym tygodniu, że jeszcze wczoraj miałem wrażenie, że to środa. To, że mi praca ucieka dzień po dniu onzacza, że pracuje za dużo, czy oznacza, że mi frajde robota sprawia? Jedno jest pewne 6x9h to sporo cotydzień i to się czuje. Dobrze, że wdrażam plan jazdy dookoła przed pracą. Będa efekty długodystansowe.
Rano o ósmej start z domu, pętla do Chotomowa i dwa razy podjazd pod wiadukt - w założeniu, dla treningu. Potem jazda do miasta. Z ronda w Chotomowie po dziurawej jak ser drodze do Sobieskiego kilka rundek po bocznych ulicach i atak na miasto. Tam orange od 9 czynny miejscu gdzie dawny telepunkt. Oczywiście nie mogą mi zarejestrować numeru, muszę iść do orange, który jest czynny w godzinach jakie mi zdecydowanie nie pasują.
Po niezałatwieniu sprawy na mieście szybka rundka do ronda przed Wieliszewem i powrót główną do Legionowa do pracy. Była 9:35 więć na spokojnie się przebrałem wypiłem herbatę i pracuje.
W niedziele planujemy z AGnieszką dłuższą trasę, zastanawiamy siuę nad dwoma wariantami dokoła Zalewu (bardziej może się skłaniamy) i dookoła Kampinosu - Zbieram chętnych. Kes ogarnij turistas`a może pojadą z nami - no i ty i Przemek też. Więcej info niebawem, bo temat powstał dziś.
To były plany na niedziele, a na sobotę też coś wykombinujemy. Jakieś prpozycje, na lekką trasę "po 14ej?"
Do pracy przez miasto. Musiałem sprawę w przychodni załątwić, oczywiście ledwo się wyrobiłem, bo wszedłem do gabinetu prawie 20 minut po swoim wyznaczonym terminie. Najważniejsze jednak, że lekarka miła i fajnie się gadało. W drodze przez Miasto spotykam, Przemka trąbił na mnie, ale leciałem szybko do roboty więc tylko rękę podniosłem.
Chyba zalegam z jednym wpisem, ale w kieracie pracy od 10-19 troszkę mi czasem dnia brakuje. W rpacy sporo roboty, silna wymiana pogądów z współpracownikiem "X" i ustalanie swojego miejsca w szeregu. Nie będzie "X" pluł nam w twarz i nami się wysługiwał. Pod koniec dnia obiekt, nawet spokorniał i poczęstował mnie ciastem i krówką. Czyli wymiana zdań nie wpłyneła na zablokowanie relacji pomiędzy nami. Może jedynie nieco je, uszeregowała.
Składałem rowery, odkręcałem zapieczone supporty regulowałem przerzutki i pompowałem koła. Dzień wesoły nie był, ale po porannym podniesieniu ciśnienia zleciał całkiem znośnie.
Powrót w ciemnościach nocy. Chłód i wilgoć oraz dym z kominów. Wielko-miejska noc...;)
Udało się wreszcie wybrać na jakiś poranny - przedpracowy rower. Zabrałem Krossa i pognałem na pętelką. Ciężko było, bo pochmurno i mgliście a do tego 3 stopnie. Niby to zimno niby ciepło i nie wiedziałem jak się ubrać w rezultacie jechałem w samym softshellu i bluzie pod spodem. Jazda była konkretna prędkośćiowo bo przez 2większość czasu utrzymywałem 25km/h. Jutro niestety nie mogę jechać rano, ale jak czas będzie pozował, będę się starał o takie poranne pętle. Przyjemnie i zwiewnie a do tego szosowo.
To wpis zadedykowany dla Kesa, któy dziwi się jak mogę j4eździć w domu...
Może jak dzień się wydłuży zorganizujemy sobie też takie powroty z pracy do 20 na rowerze 1h powrotu przez Skrzeszew i dookoła - chłopaki co wy na to? Przemek, Kes? Samemu ciężko się zebrać na trasę a Przemo w tamtym roku ładnie wieczorami traski robił. Jak coś polecam się na takie wieczorne pedałowania. Może uda się i Agnieszkę namówić i zorganizujemy taki cykl wieczornych tras do pogaduch.
Przełamanie pewnego impasu dziś nastąpiło. Przede wszystkim pogoda była taka ładna, że zamiast zimówki zdecydowałem się pojechać na Krosie. Po drugie, pojechałem lekko dookoła. Za późno wyszedłem, toteż to moje dookoła wyszło jak widać na danych z wyjazdu. Nie jest to super osiągnięcie, ale pierwszy krok do porannego dłuższego dojeżdżania. Mam przynajmniej taka nadzieję.
W pracy sporo roboty, naprawiłem zepsutą dętkę w rowerze ze zintegrowanymi biegami z tyłu i zabudowaną całą komora łańcucha. 45 minut walczyłem z ciasnymi przesmykami pomiędzy kołem, linka od przerzutki i ramą. W końcu udało się i odnotowałem sukces. Złożyłem tego dnia również około 5 rowerów i zrobiłem całą masę przydatnych rzeczy w sklepie określanych jako "praca logistyczna". Efekt dnia dzisiejszego był taki, że pod koniec ledwo chodziłem bo plecy mi doskwierały.
Mam nadzieje, że niebawem przełamie kryzys i naprawdę pojadę dookoła do pracy. Obecnie przymiarki do tego, nazwijmy to, procederu - trwają;)
Do pracy klasycznie i krótko. Mimo aury za oknem nie mogę zmotywować się aby pojechać do pracy dookoła. Może jeszcze przyjdzie czas na to. Pluje sobie w brodę, bo pogoda zachwyca!!!
Nie chciało nam się od rana ruszać, ale zupa się ugotowała, a my nie wiedzieliśmy co robić z nudów. Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na dawno odkładane zakupy. Efekt? Przyjemna wycieczka podczas w sumie bardzo pogodnego dnia. Nie świeciło słońce cały czas, ale chmury były wysoko a jechało sie zacnie.
Do factory i spowrotem przez Oczyszczalnie Czajka. W lasach zatrzęsienie "zasysającego" błota. Rower czyściłem w serwisie w sobotę i chyba tyle zostało co nic, z tego mojego czyszczenia;P
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.