Do pracy klasycznie a nie na wznak. Wskok po bułki na miasto. Wiosennie dookoła. Oby dłużej takiej nie-śnieżnej pogody. Gdybym tylko czas miał na dłuższe trasy... ale cóż.
Poniedziałek dniem zmian. Praca spokojna, praca zrównoważona. Weekend był słaby... dowiedziałem się o śmierci mojego 14 letniego pieska - ukochanej SABY. Bidulka się męczyła strasznie na koniec i musieliśmy ją uśpić. Odeszła w czwartek a w sobotę się dowiedziałem.
W poniedziałek byłem więc troszkę "wycofany" sporo rozmyślałem, sporo analizowałem, ustalenia z niedzieli rozmowy i pewne sprawy jakie się ostatnio pojawiły w naszej rodzinie. Dzień więc troszkę wewnętrznie z samym sobą. "X"standardowo pra(nie)cuje. Sprawdza jakieś lampeczki i robi bałagan. Ja co rano po nim sprzątam, dla spokoju ducha i w celu - nienarażania się "dużemu D", który jak wpadnie to powie "czemu u WAS bałagan musicie posprzątać". No to ja rano sprzątam tak ogólnie układam rzeczy w kuwetkach aby na wieczór znów było rozpierdzielone.
Na luzie jednak i bez spiny, mimo tylu spraw na głowie sytuacja z "X"się normuje .
Do Decathlonu, wybraliśmy się w celu rozeznania. Niestety sezon tam jeszcze nie rozpoczęty i z samych zakupów przywieźliśmy niewiele. Odwiedziliśmy IKEA. Kilka drobnych zakupów i Hot - Dogi. Szybki powrót do domu - obiadek i znów załatwiać sprawy. Odwiedziny u Babci Cioci, Rodziców i powrót.
Zwariowana sobota. Pracy od groma, ludzie zwalili się po 12:00 i tłumnie oblegali sklep do 14ej. "X" przyszedł 10:30 a wyszedł 13:50. Po prostu wyszedł, ludzie na sklepie, pełno rowerów do zrobienia, bo kupują ludzie, trzeba je przygotować, montowanie fotelików itp, a on sobie po prostu wyszedł. Ja z "M" wyszliśmy ze sklepu 14:35.
"M" dzień wcześniej miał operację nogi, ale przyszedł do pracy i pracował mimo bólu i ciągnących szwów. Tak się pracuje! ganiałem go aby odpoczywał i nie chodził za wiele, ale nie dało się. "X" siedział na zapleczu serwisowym i na sklepie widziałem go może ze 2 razy na cały dzień, a podczas gdy ja wpadałem coś napompować, gadał przez telefon, albo siedział w "necie na tablecie".
Wariactwo:)
Po pracy prosto do domu, na pyszny obiad do Agnieszki.
Do pracy pojechałem klasycznie. Nic nadzwyczajnego, bo znówmiałem problem z rannym zorganizowaniem się na tyle, aby pojechać rundkę dookoła. W pracy sporo roboty i lekki galimatias, bo jeden kolega miał zabieg i na sklepie nie było nikogo. Miałem nadzieje, że ja pójdę na sklep a "x"zostanie na serwisie, i poczuje jak to jest samemu, ale "Pan Duże D" zarządził odwrotnie. Ku mojemu zaskoczeniu. Oczywiście "X" totalnie omijał sklep jak mógł. Chował się gdzieś, nie podchodził do klientów a jak wystawiał paragon to wolał mnie bo nie umiał tego zrobić. W efekcie to ja wielokrotnie bylem na sklepie rozmawiałem z klientami, pomagałem i serwis stał. Przez całydzień robiłem jedne rower, bo "X" nie dawał rady na sklepie a "pan duże D" ciągle wymagał aby ktoś podszedł do klientów, w nieby sposób wskazując mnie. Oczywiście w intonacji "dlaczego ja nie podchodzę do klientów". Widocznie zapomniał, że mam serwis do zrobienia.
Dzień kulawy szarpane tempo pracy i efektywność niska. Niebawem może podzielą nam obowiązki i będę apelował za tym, aby robić rowery składane z pudełek i wspierał sklep w sprzedaży.
Do domu pojechałem dookoła. Mała pętelka, ale dobra na poukładanie myśli.
Kolejny dzień w pracy. Jako, że temat z "X" się rozwija w dzisiejszym wpisie będzie i o tym. Opowiem też troszkę o składaniu rowerów i o serwisie a także na koniec dodam coś na temat wieczornego wracania przez miasto.
Poranek po raz kolejny przetłoczył mnie sennością. Znów śniło mi się jakiś pokręcone dziwactwo, ale to raczej nie jest przyczyna mojego nie wyspania. Niewątpliwie odczuwam 9h pracy dziennie + każdą sobotę od 3 tygodni. Organizm przyzwyczaja się powoli i nie zostaje mi wiele sił na egzystencję wieczorną. Najczęściej wracam do domu szybko sprawdzam neta i już około 20:30 jestem w wyrku. A rano i tak czuje się niewyspany. Praca jest ciekawa, nie narzekam, stosunki się miedzy pracownicze ułożą jednak organizm odbiera swoje.
Do roboty pojechałem dziś przez las, spędziłem max czasu przy kompie popijając kawę, pisząc wpis z poprzedniego dnia i nabierając sił. Być może gdy poranki beda ciepłe i słonecznie znów powrócę do ty tras po 27km, jednak teraz po prostu po kilku takich dojazdach, zrobieniu kilkunastu rowerów i 9h na nogach nie czuje się za dobrze. Odstawiłem więc na jakiś - cieplejszy/lepszy czas - dojazdy.
W pracy poranek zaczął się niewinnie. Po wczorajszych utarczkach postanowiłem dziś pogadać z "Dużym D" głównym przełożonym wszystkich w firmie. MIała być to rozmowa spokojna wyjaśniająca sprawy uszeregowująca pewne nieścisłości. Zanim jednak udało mi się złapać "Duże D" posprzątałem bałagan po "X" jaki zostawił poukładałem kuwetki z narzędziami, sprzątnąłem walające się klucze i całą mase jakiś szlifierek i temu podobnych rupieci, jakże potrzebnych na każdym kroku regulacji rowerów... Pomyślałem, posprzątam i zobacze jak będzie.
Rozmowa z "Dużym D" doszła do skutku. Jej przebieg był generalnie dla mnie potwierdzeniem pewnego podejrzenia co do układów w firmie. Podczas rozmowy wspomniałem o tym, że od trzech dni po poprzedniej utarczce z "X" przeniosłem swoje stanowisko pracy z dala od obszaru serwisowego "właściwego" i wstępuje tam tylko czasami po jakiś klucz. Opowiedziałem o tym, że swoje narzędzia zbieram do pudełka kartonowego i mam tam dosłownie 6 kluczy + scyzoryk imbusowy. Niestety opinia "Dużego D" była odmienna od mojej.Dowiedziałem, się, że "X" to jedyna osoba w tej firmie trzymająca porządek i, że zanim przyszedłem było tam czysto i, że powinniśmy obaj pracować nad porządkiem w serwisie i że "X-owi" nie można zarzucić nieporządku bo on w tej firmie zawsze miał wszystko poukładane. Dowiedziałem sie też, gdzie moje miejscie i że powinienem słuchać "X" bo on jest szefem serwisu. W dalszej części rozmowy opowiedziałęm o swoich wątpliwościach dotyczących ilości robionych roweró. Bez pardonu powiedziałem, że 95% serwisu robię ja, rowery składam ja a X miga się od pracy i ciągle go nie ma. Na to odpowiedź była już inna. "D" stwierdził, że spotkamy się za kilka dni zrobimy zebranie dotyczące podziału pracy i podzielimy zadania. Poparł moje zdanie, że jedna osoba nie może być serwisantem, składać rowerów i jeszcze pomagać na sklepie na wezwanie kolegi z salonu. Wszystkie te czynności spełniam ja, bo "X" cóż, jemu jakoś zawsze nie po drodze. Wyszedłem ze spotkania chyląc głowę i obiecując pracę nad współpracą z X. Dowiedziałęm się, że jest bardzo zadowolony z moich umiejętności i pracowitości i że będziemy pracować nad płynnością obowiązków w firmie,
Wyszedłem z przeświadczeniem gdzie moje miejsce i że (jak zresztą wspomniała Kot - w komentarzu) "X" ma tu swoje miejsce i choćby zrobił dużą pokaźną kupę na środku serwisu i tak, będzie uważany za człowieka, który ma posegregowane rzeczy. Przyszłość jest jednak z goła inna. Bo tło całej sprawy wygląda ciekawie. Poprzedni serwisant "Pan duże P" po wielu miesiącach, czy nawet latach pracy w firmie poróżniwszy sie w kwestiach z "dużym D" został zwolniony na jesieni - około Listopada, lub grudnia. "Pan duże P" był człowiekiem serwisowo zdolnym, obeznanym i pracowitym, rola "X" sprowadziaąl się tylko do bycia "X-em" - czyli robienia czegoś tam nikt nie wie czego. System więc sezonowy w szczycie sprzedarzy i serwisów, działał niezachwiany, ponieważ "Pan duże P" pracował i robił to z pasją.
Problem będzie jak sami widzicie, narastał bo przed "X" szykuje sie pierwszy duzy sezon, gdzie trzeba będzie serwis robić. Ja sam fizycznie nie ogarnę rowerów składanych na sklep, i tych serwisowanych. Dodatkowo dużo udzielam się na salonie, pomagam w sprzedarzy a najbliższe dni przejdę całkowicie na salon, bo kolega ma zwolnienie mieć - nawet przez Tydzień! "X" zostanie sam na serwisie i zobaczymy jak poradzi sobie z nawałem pracy i obowiązków. Gdzie wtedy zmieści czas na telefony, siedzenie w necie przez smartfona i 5 papierosów na godzinę.
Dzień jednak nie skończył się po rozmowie. Pracy było sporo a w dodatku, "Duży D" miał jeszcze jedną rozmowę z kolegą z salonu, który również na dziś zaplanował pewnego rodzaju wylewanie żali. Poruszył wiele kwestii jakie go bolały w tym poruszył i moją. W rozmowie pojawił się wątek, że przez nawał pracy na serwisie nie mam czasu pomagać w składaniu rowerów i wyraził opinię, że przydałbym się mu do pomocy na sklepie, bo dobrze radzę sobie ze sprzedażą a do tego potrzeba osoby która będzie skąłdała rowery i podrasowywała do jazdy te sprzedane. Z opowieści kolegi dotyczacej przebiegu rozmowy dowiedziałem się też, że "Duży D" poważnie ma zająć się organizacja pracy na serwisie i ma podzielić obowiązki pomiedzy "X" i mnie. Idzie więc ku lepszemu.
Efekty rozmów będa widoczne za jakiś czas. Jednak "Duży D" zacząłe przyglądać się "X" pracy i wreszcie reakcja była. Widocznie czara goryczy się przelała. "X" dostał burę i był wielokrotnie sprawdzany, w odniesieniu do jakiegoś drogiego roweru, jaki robił od 4 dni. Przekładka ramy z Hard-taila na Fulla zaskończyła się klapą z fajerwerkami. Rower do odbioru przekładany był wielokrotnie, a w rezutlacie pracy zniszczono obręcz bardzo drogą. Obręcz wygięta uszkodziła oponę, która wybuchła przez noc. Przy okazji zakładania bardzo ciasnej szosowej opony zniszczono kilka dętek przez TZW przyszczypanie. Generalnie zapowiada się, że sprawa będzie miała większy oddźwięk, bo klient był bardzo niezadowolony i zgłosił sprawę do samego "Duże D".
Praca, każdy z nas prędziej czyy później będzie ją miał, każdy ma w swojej pracy korporacyjne żarty, swoich "x-ów" i swoich "Dużych D". Posadawianie się w firmie i znajdowanie swojego miejsca, to nie tylko praca siłowa, to także strategia, jak na polu bitwy. To odpowiednie przesunięcia wojsk i czasem wycofania się z zajmowanych obszarów. Jaką strategię przyjmiemy, to tylko i wyłącznie nasza tajemnica. Ważne aby efekt rozgrywki był na nasza korzyść!
Z pracy wracałem dookoła, aby sobie poukładać w głowie strategie na kolejne dni.
Dzień w pracy przebiegał dziś dość burzliwie. Miałem kolejną wymianę zdań z "X" poszło tym razem o to, że przy naszym przełożonym zwróciłem mu uwagę, że to, że giną jakieś rzeczy, są gubione, a odnajdują się po kilku miesiącach to wina jego bałaganu, który tak usilnie każe mi sprzątać. Po ostatniej wymianie zdań wyniosłem się z obszaru serwisowego poza zasięg burdelu, który to ja miałem sprzątać. Teraz od dwóch dni pracuje z dala a szef stwierdził "musimy to posprzątać" i miał na myśli obszar iX-a. Powiedziałem więc, że to nie mój bałagan i że od dwóch dni nie robie tam na serwisie nic a swoje narzedzia mam w kartonowym pudełku, co by nie musieć chodzić przez ten teren "zagłady".
Efekt? "X" poczuł się dotknięty do zywego i jak sobie przełożóny poszedł wywiązała się kolejna sprzeczka. "kolego, ty chyba się zapominasz - rzecze X- To nie twoja sprawa co ja mam tam na układane, i nie będziesz mi uwagi zwracał przy szefie "Ja tylko powiedziałem jak jest, że robisz bałagan i że to ty powinieneś go sprzątać" " G... cię obchodzi ten bałagan zajmij się swoimi sprawami" "Ja tylko powiedziałem jak jest" "Żebym ja ci nie powiedział czasem jak jest" "No to powiedz, może się czegoś ciekawego dowiem - bo narazie nic nie wiem"
Rozmowa zakończyła się po tym jak opuściłem sobie serwis krokiem spokojnym w poszukiwaniu dętki do serwisowanego roweru. Nie toczyła sie dalej, ale "X" trochę był obrażony. Nie potrwało to jednak długo bo jeszcze tego samego wieczoru poprosił mnie żebym mu pomógł dokończyć rower, który mu szef kazał pilnie zrobić, bo dwa tygodnie leży i nie zrobiony. Oczywiście Ku-wił na wsze strony bo jak się robota w rękach pali, to nawet założenie pancerzy, czy założenie spinki na łańcuch jest trudne.
Ja robie swoje, bałagan jest u "X", ale i tak szef zwrócił mi uwagę, że "inaczej się umawialiśmy i że nbie jest posprzątane". I zwrócił się do mnie. Niestety muszę zmienić front, bo chyba za bardzo się angażuje w rewolucje. Po prostu będę robił to co każą, nie zmienie X-a nie sprawie, że go zwolnią, czy ochrzanią bo to jeden z braci szefa, więc rodzina. Niestety ten brat to taka, jak to się mówi zakała rodziny. Prosty chłopek, bumelant i troszkę żyjący w swoim świecie.
Od dziś przyjmuje zasadę: " szczytny cel pracy to gotówka a nie miłość i zrozumienie". Postaram się w najbliższych dniach wbić to sobie w głowę i bez mrugnięcia okiem wykonywać polecenia. Martwi mnie jednak to, że "X" naprawdę się obija, i gdy przyjdzie sezon, to będzie ciasno z robotą... Obecnie bowiem, większość rowerów (4/5) serwisuje ja. A zaplatanie koła przez 4 godziny i kilka przerw na fajka, czy kawę, czy WC czy jeszcze masze innych rzeczy to u X-a normalność.
Pięknie dziś było wieczorem. Uspokajałem się na szosie, mknąc do domu. Chcę przeczekać jeszcze jakiś czas i pojadę na 300, planowałem to na niedzielę, ale pogoda ma się popsuć, więc muszę to odłożyć. Może w sobotę uda się coś tak to 60 ciu wykręcić, zobaczymy. Dzień coraz dłuższy a ja już trzeci tydzień pracy kończę. Jak z bicza strzelił. Nie powala dystans jaki mam przejechany, ale pierwsze 130 zaliczone, teraz pasowało byc conajmniej 200, ale chciałbym z Poznania od Trolkinga skoczyć. Pomyślimy!
Do pracy trasą standardową przez miasto. Ostatnio poranne przymrozki i nawał w pracy sprawiają, że nie mam chęci jechać rano przez "dookoła" tylko jadę szybko przez co mogę poświęcić czas na wpis na blogu, czy odebranie awizo z poczty.
Nareszcie przysłali mi pita no i jakieś wypociny z Kolei Mazowieckich na temat zgłaszanej przez nas reklamacji, mam 14 dni aby dosłać im jakieś potwierdzone przez pracownika KM dokumenty, lub oryginały dokumentów potwierdzające "zasadność reklamacji".
W pracy bylem wcześniej, ale robić bylo co, troszkę znów nieporozumień z "X" kilka wymiany zdań i chyba się po raz kolejny przekonał z kim ma do czynienia.
Dziś pomimo mglistego poranka, udałem się na, codzienną do-pracową pętle. Wybór był z założenia dobry, choć wykonanie i stan w jakim byłem jak dotarłem na miejsce, pozostawia wiele do życzenia. Zacznijmy więc od początku.
Rano budzik o 7 zadzwonił więc podniosłem się i zacząłem ogarniać. Kawa śniadanie szybki skok w wirtualna rzeczywistość internetu. Za oknem mgła jak mleko. W niedziel rano było też mgliście, a później się rozpogodziło, więc pomyślałem, że na mgłę nie mam co zwracać uwagi bo się rozejdzie bardzo szybko.
Na rower wsiadam prawie równo o ósmej godzinie. Szok poranka jest taki, że jest naprawdę zimno. Na ulicach jeszcze szron a przy światłach ślisko. Szosowe opony ślizgają się na ulicy. Jedziemy - co tam! Do Chotomowa było ok, jakoś te 23km/h jechałem. Było chłodno, ale nie mocno zimno. Mimo prawie zerowej temperatury. Za Chotomowem po minięciu Dąbrowy Chotomowskiej, temperatura zaczęła spadać i zrobiło się -1,5. Im dalej za miasto tym więcej mgieł i przeszywającego zimna. Prędkośc spada do 21km/h. Do rondek w Skrzeszwie jadę dość wolno i asykuracyjnie, mgła gęsta osadza mi się na okularach a z kasku kapie woda z mgły. Generalnie jechało się źle, nie wiele widziałem przez okulary, a bez nich oczy szczypały od mrozu.
Dojechałem jakoś do pracy ale nie było lekko.
W pracy sporo roboty w sumie już po przebraniu się od 9:45 zacząłem coś tam grzebać przy rowerach. Cały dzień zleciał na ziewaniu, gdy tylko na chwilę usiadłem. Po prostu wychodziło zmęczenie z Niedzieli i dzisiejsza poranna jazda.
Wreszcie koniec dnia i powrót. Na jednokierunkowej wzdłóż Warszawskiej, jadąc pod prąd spotykam się z policją;P Oczywiście zjechałem im na bok aby mogli mnie minąć i potem w pierwszą w Lewo odbijam, co by im nie dawać powodów do rozmów w chłodny wieczór. Nie gonili mnie, nic nie chcieli, po jechali sobie a ja sobie.
W domu padłem do wyra po kolacji i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
Dzisiejszy dzień z Agnieszką spędziliśmy na szosowo. Długo zbierałem się, aby pojechać na jakąś dłuższą trasę w celu sprawdzenia swojego stanu kondycyjnego w tym roku. W piątek Aga zadzwoniła i zaproponowała mi dwa warianty tras. Wypadło na rundę Kampinoską. Od kilku dni zapowiadali na weekend pogodę, która nie pozostawiała złudzeń jak spędzimy ten czas. W sobotę pracowałem, ale niedziela - niedziela będzie dla nas. Nie wiele jeździłem ostatnio i obawiałem się nieco długości trasy i tego jak oboje z Agnieszką poradzimy sobie z wyzwaniem.
Niedziela pobudka 7:30 i niespełna godzinę później już staliśmy ubrani gotowi do wyjazdu. Mgła jaka okalała okolice była gęsta jak mleko. Na termometrze lekko ponad 1,5 stopnia a słońca a ni widu ani słychu. Ruszamy w nicość, ale szybko pojawia się słońce. Jeszcze zanim docieramy do Mostu Północnego świeci z nieba i na termometrze pojawia się najpierw 4 a potem nawet 5 stopni.
Przedmieścia pokonujemy jakoś bez melodii. Prędkość nie chce się układać jak należy, lub tak jakbyśmy się tego spodziewali po rowerach szosowych. W końcu jednak wyjeżdżamy na trasę do Leszna i wreszcie łapiemy przyzwoity rytm. Cała jazda dookoła Kampinosu to lekkie 25km/h i rozmowy. Dawno nie czułem takiej przyjemności z pedałowania. Droga Leszno - Sochaczew, dawniej dziurawa teraz jest wyremontowana i leci się bajecznie. Im godzina późniejsza, tym na ulicach więcej ludzi, spacerowiczów i Świeżaków. Rowerzyści pojawiają się w tempie logarytmicznym na ulicach.
Na odcinku za Sochaczewem nieopodal wioski Tułowice, spotykamy maksymalnego luzaka. W zamszowym serdaku jadąc na swoim rowerze w stylu MTB krąży po całej jezdni. Jedzie bez trzymanki i wozi go po ulicy aż na przeciwległy pas. Gdy go wyprzedzamy czuje się w obowiązku utrzymać za nami. Prędkość jednak 25km/h dla jego 24 calowych kół jest za wysoka i odpuszcza po krótkiej chwili. Za Leoncinem, kryzys czujemy zmęczenie, ale kryzys na szosie to 23km/h. Lubie ten widok, czuje jak jedzie mi się źle a tu takie wskazanie prędkościomierza. Na swojej Francy pewnie bym jechał 17 albo mniej. Szosówką to całkiem inna bajka.
Od Nowego Dworu Mazowieckiego wstępuje w nas demon prędkości i nareszcie mamy wiatr w plecy. Prędkośći sięgają 28-30km na godzinę a ilość rowerzystów przekracza nasze najśmielsze oczekiwania. Są wszędzie, starzy młodzi, duzi, mali. Na rowerach MTB i na szosach. Pogoń za jednym z takich Świeżaków, zajmuje nam czas do samego domu. Majaczy nam żółta żarówiasta kurtka w oddali, ale niestety nie możemy go dogonić. Pewnie to szosowiec jakiś mknął przed nami. Nie zmienia faktu, że super się bawiliśmy goniąc go jak jakąś ucieczkę z peletonu.
Całość trasy - bardzo sympatyczna, dystans odpowiedni na pierwszą szosową inaugurację sezonu. Wystarczająco się zmęczyłem, a jednocześnie nie zakatowałem w trupa. Stan na dzień dzisiejszy mojej formy oceniam jako zadowalający. Może w dystansach tego nie widać, ale czuje się (ja) to w nogach.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.