Do pracy na rowerze - zaskakujące nie? No, ale jak to ja, nie napiszę tylko: DOM prac DOM , czy innego tego rodzaju wpisu. Pomarudzę wam tu ponarzekam i pożalę się... zawsze bowiem jest powód aby się pożalić...
Dziś pożalę się na SKM, która po zmianie rozkładu znów nie jest podstawiana tylko "przelotowa" z Wieliszewa. S9 stoi jak poprzednio moja s3 a ja stoję i marznę czekając na s3... Chyba zacznę ją atakować (S3) w Wieliszewie na peronie, coby sobie wsiadać na luzie bez stresu itp.
W pracy ciężko. Sporo roboty, dużo obowiązków i mało perspektyw. Nie chce mi się tu opisywać wszystkich goryczy jakich doznaje ostatnio. Niebawem poopowiadam, ale teraz, teraz nie chcę siać emocji negatywnych. Żyjmy świętami nowym rokiem, i róbmy tak jak chce "góra" udawajmy, że nic nie widzimy i pracujmy z uśmiechem czekając na lepsze jutro.
Powrót z pracy SKM potem z Agnieszką na zakupki i do domu.
Zadanie: Zrobić zakupy Cel: Posiadanie produktów do zrobienia czegoś do jedzenia i na święta. Cel poboczny: nabić kilka kilometrów. Cel osiągnięty - misja zakończona.
Faktycznie tak to wyglądało dziś. Aga szykuje pyszności przed świętami a ja skoczyłem jej troszkę produktów dowieźć, aby miała z czego te frykasy upichcić. Wybrałem drogę dookoła, aby nie pozostać całkowicie bez dystansu z dnia dzisiejszego. Samo te 13 tysięcy się nie wyjeździ.
Trasa w połowie terenowa a przez to błotnista i namoknięta od deszczu. Wał wydaje się "nasiąknięty" wilgocią a ścieżka na wale wiślanym daje uczucie jakby się jechało po miękkim dywanie. Najgorzej było w okolicach pałacu w Jablonnie. Tam odcinek po błocie zmielonym przez auta dodatkowo wypełnionym wodą i gruzem.
Tyle na dziś. Jutro znów do pracy. Mam nadzieje, że te tygodnie przedświąteczne będą lżejsze w robocie, bo sporo osób na urlopy idzie i wiadomo - święta się zbliżają itd. Już widzę oczami wyobraźni jak te moje "dewotki" ćwierkać będą o świętach i pewnie nasłucham się jakie to one zapracowane i jak nie lubią świąt albo jak uwielbiają ten klimat i jak to ich faceci do niczego się nie nadają itp.
Na zakupy i na bazarek z Agnieszką. Deszczowo i wilgotno na dworze. Nie przeszkadza to ludziom w tłumnej ilości na odwiedzanie sklepów i "bazaru". Chcieliśmy na bazarku kupić trochę rzeczy, ale ilość i nerwowość jaką wzbudzaliśmy z rowerami była straszna.
Popychani szturchani i tratowani. Nie byliśmy jednymi rowerzystami na rynku. Jednak my byliśmy młodzi bo przecież pana w kaszkieciku z wielka Ukrainą czy pań z wielkimi rydwanikami nikt nie szturchał. To one stanowiły taran. Nie dość, że babeczka najszczuplejsza nie jest to jedzie za nią szeroki dwukołowy rydwan wyładowany zakupami i "zachodzi" na skrętach. Baba się wciśnie a rydwan po nogach.
Na ulicy Piłsudskiego to już totalna głupawka. Ludzie parkują, wycofują, i mają w totalnym poważaniu to że jadą rowerzyści, lub aby włączać kierunkowskaz bo chcą skręcić. Jechanie chodnikami było tego dnia o wiele bezpieczniejsze - choć równie nie łatwe z powodu podobnej ilości ludzi pod kołami.
Dziś dzień miałem wolny od pracy. Po tym jak się w kadrach „dopatrzyli”, że mam jeszcze jeden dzień urlopu, musiałem go wykorzystać akurat teraz. Z jednej strony – dobrze, że się dopatrzyli, z drugiej zaś, nie mogę innego dnia, czy między świetami, bo inni już mają itd. Czyli jestem niezastąpiony i gdy innych nie będzie to ja będę musiał zapierd… no cóż dam radę i bez nich! HA!
Jak dzień wolny to i dzień rowerowy. Nieubłagalnie zbliża się koniec roku a obiecałem sobie te 13 tysięcy kilometrów zrobić i nie zawiodę was! No siebie też nie chcę zawieść. No to po kolei! Pojechałem z Agnieszką rano na zakupy. Zostałem nawet oddelegowany do zrobienia ich per person – i nabyłem drogą kupna wędlinę i serek. Po „mięsku” odwiedziliśmy sklep z pieczywem, a jeszcze potem ruszyłem na rundę po okolicy.
Jak mi się dziś gnało na tej szosie. Jak nigdy! Leciałem ciągle po 25-27km/h nawet na górkę w Dębę wjeżdżałem 21! Uparowałem się jak głupi w puchowej kurtce, ale czułem się tak fajnie zmęczony. Nie potrzebowałem mp3, nie potrzebowałem nic – po prostu oczyszczała mnie z trosk i zmartwień sama jazda! Bajecznie!
Czasem zastanawiam się czy my rowerzyści jesienno – zimowi, nie mamy w sobie czegoś z masochistów. Robimy sobie „krzywdę” – lub może lepiej, sprawiamy sobie ból, i mamy z tego frajdę. No bo kto to widział tak się „katować”, czy jechać w taką pogodę, robić coś wbrew sobie a najbardziej, robić coś wbrew ogólnie przyjętym zasadom normalności.
Dębe – Jachranka to był sprint. Przemknąłem tamtędy tyle razy, że ten kolejny potraktowałem bez uniesień. No jeśli nie liczyć zawrotnej prędkości. Z górki w Zegrzu zjechałem ulica. Z radością mknąłem w dół 1/3 pasa prawego tej dwupasmówki osiągając na zjeździe 41km/h. Od dawna nie jechałem na szosie tak szybko – toteż wrzuciłem na wyższy bieg i pomknąłem z blatu, więc było naprawdę szybko. Wiatr we włosach, wilgoć na okularach – ech szaleństwo, znów mi smakował rower. I pomyśleć, że są takie dni kiedy ta sama pogoda działa na mnie totalnie odwrotnie? Też tak macie? Takie amplitudy wahań nastrojów rowerowych jesienią i zimą?
Po pętelce, wpadłem do miasta. Tu już trzeba było uważać, na wszystko co się rusza. Odwiedziłem nowy lokal gastronomiczny – zwany inaczej barem mleczny pt: Gruba Kaśka. Jest on tuż koło Carefoura na ulicy Norwida. Mały lokal z pysznym codziennym żarciem. Pierogi, ziemniaczki, kotleciki i inne. Każdego dnia inne menu, więc nie ma opcji, że jedzenie jest po 20 razy rozmrażane i zleżałe. Do tego tanio! Za 5zł zjadłem pierogi z serem w ilości i wielkości jaka mnie zaspokoiło głodowo! Polecam gorąco!
W drodze wymiany pieniądz- jedzenie, nabyłem dwa zestawy obiadowe dla moich dziewczyn i zawiozłem im posiłek, co by w ten jakże pochmurny i mglisty dzień w pracy nie zmarły z głodu. Tu uwaga – za dwa zestawy na wynos (zupa + ciepłe danie z surówkami) zapłaciłem 21zł! Obie napasły się i jeszcze ja coś skubnąłem: a na deser zostałem poczęstowany tłuściutka oponką drożdżową. Drugi etap dzisiejszego pedałowania, to wizyta w Benkizerze koło Nowego Dworu Mazowieckiego i odebranie pewnej przesyłki. Najedzony i przepełniony upojeniem udałem się szybko w trasę. Jechało się zacnie, ale pękł mi zip od licznika, więc pod koniec już nie wiedziałem ile jadę. Musiałem zamotać – czujnik na kierownicy, aby ni wkręcił się w szprychy.
Wracałem już w pół-mroku podziwiająć wyścigi po śmierć, na trasie NDM – Jabłonna. To co ci debile wyczyniają tam na tych górkach to przechodzi ludzkie pojęcie. I dziwić się potem, że kończy się to tak: wypadek z listopada tego roku na tej trasie Nie wiem, czemu ludzie jak jadą, to muszą wyprzedzać. I pod górkę i z górki i na zakręcie, i wszędzie – czy to jakaś choroba? Że jak nie wyprzedzę to sraczki dostanę? No naprawdę… to, że mi tir drogę zajechał to nic, ja wyhamowałem i uciekłem, on po prostu uciekał na prawo, bo jakiś imbecyl ,bez widoczności zaczął manewr i szedł na czołowe z autem, które pojawiło się znikąd! Kierowca tira uratował komuś życie, mi dostarczył adrenaliny, ale nie byłem zły… po prostu zdałem sobie sprawę, że czasem ludzie proszą się o tragedię! Ostatnie kilometry już po ciemku z wielka lampką mrugającą na kierownicy. Waliłem im po oczach ile się dało, aby wiedzieli, że mają z diabłem do czynienia!
Efekt dzisiejszego pedałowania – zacny! Bardzo przyjemna jazda, z lekko gorzkawym posmakiem na samym końcu. Cóż – generalnie jednak na plus wyjazd i znów mam zapas kilometrowy na kolejne dni. Przynajmniej częściowy. Nie wiadomo kiedy to zima postanowi nam przypierd….
Rano dojazd w ciemnościach, moja tylna lampeczka wyczerpała się i mruga tak dyskretnie, jakoby nie mrugała. Na obwodnicy dostałem toteż, siarczyście klaksonem od kolegi z za kółka. Niepocieszony był moją obecnością o 6:15 na pustej dwupasmówce w stronę przeciwną do Warszawy. Całe szczeście, że te klaksony mają, bo akurat ziewałem, to pewnie był w obowiązku mnie dobudzić. Fakt adrenalina mi strzeliła, bo fachowo budzik zapodał, z za pleców i bez zmiany pasa tuż obok mojego roweru w tzw martwej strefie. Zbliżyłem się do rowu niebezpiecznie blisko, bo tam już ekranów nie było, toteż poza pobudką miałem też troszkę jazdy na krawędzi.
Dziękuje Kierowco!
Przed samą pracą jak dojeżdżam muszę wykonać niebezpieczny skręt w lewo do siedziby firmy. Początkowo robiłem to klasycznie - ręka w lewo, wolne (bardzo wolne) zjeżdżanie do środka i szybka modlitwa do bogów, aby ten trzeci wyprzedzający mnie kierowca jednak zaprzestał manewru zanim mnie potrąci. Wreszcie oczekiwanie na osi jezdni aby mnie z przeciwka puścili (poranny szczyt w okolicy magazynów) i ponowna modlitwa aby ci z tyłu zaspani jadący do pracy, dostrzegli, że stoje na środku drogi i czekam na skręt w lewo.
ostatnio jednak opracowałem - mniej śmiercionośną (tak mi się zdawało) metodę. Zaraz za skrętem do firmy (na którym muszę skręcić i stoję na ulicy) jest przystanek a przed nim pasy. Jadę wiec na przystanek i skręcam na kawałek chodnika i na pasy. Robię nawrót na chodniku i ustawiam się prostopadle na pasach by przejść na druga stronę. Oczekuje na przepuszczenie mnie przez sznurki aut jadących porannych korporacyjnych szczurów. Zaletą jest to, że ma pełną widoczność na oba kierunki aut jadących (wcześniej nie widziałem co było za mną).
Dziś po raz kolejny wykonuje manewr i czekam na pasach. Jadą, jadą, jadą, jadą, jadą... dwie minuty później znów jadą, nic nie zmienia się. Kiedy dosłownie przepuściłem prawie 50 aut drgnąłem lekko przyswajając się do pasów, aby kierowcom zasygnalizować, że jednak przepuszczenie jednego pieszo - rowerzysty, na pasach, nie opóźni ich dotarcia do pracy w znaczący sposób. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kierowca pierwszy zwalnia i (naprawdę bez wymuszenia) puszcza mnie dodatkowo dając mi znak światłami, że mogę iść. Ba on mnie nawet ręką zachęca do przejścia. No to idę idę, ale podkusiło mnie aby się w prawo spojrzeć. Pan w busie wiozącym coś na pace jedzie, jedzie, jedzie, a jechał z daleka, toteż widziałem jak jedzie i on widział mnie. Gdy więc doszedłem już do osi jezdni byłem prawie pewien, że to przelotowy był bus, bo tylko mi przeleciał przed kołem przednim (byłem już po drugiej stronie podwójnej ciągłej na pasach). Facet mnie widział, widział, że idę bo uciekał ode mnie prawie do krawężnika o który przytarł kołami gdy minął pasy. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że krawęźnik to tam ma z 15-20 cm. Na oko z 40km/h to miał gdy mnie "mijał" na przejściu, za pasami zahamował w sposób niejednostajny i zdecydowanie przyspieszony. Zdaje się, że nawet chciał ze mną rozmawiać, ale oddaliłem się dostojnie w kierunku firmy toteż odjechał - uprzednio oceniając stan swoich prawych felg w busie. Ciekawe o czym chciał rozmawiać? Hmm? O nowej geometrii jego busa transportera?
I co? gdybym sobie szedł do końca dziarsko - jako ten śmiały pieszy - pewnie, pisali by dziś coś na TVN Warszawa, że rowerzysta, że potrącony, że na pasach i że było pochmurno.
W pracy - co to się działo, to ciężko opisać. Dawali mi dziś tyle sprzecznych poleceń, że równie dobrze mógłbym dziś napisać, że niebawem będę specjalistą od wszystkiego. Ulubione powiedzenia szefostwa? "nie wiem jak ale ma to być zrobione"
Ulubiony dialog z klientem? "proszę mi podać adres mailowy" "www.firma kowalskiego.pl - niech pan wyślę na ten mail ofertę"
W środę, jak to w środę jesteśmy w trudnym położeniu, zmęczeni polową tygodnia i przygnębieni kolejna połówką do przepracowania. Dodajmy do tego zamieszanie w rpacy związane z - pracą, daje nam to obraz rozgardiaszu.
W dziale były mikołajki, od progu dewotki gdakały że trzeba prezenty kłaść, że trzeba "tam tam" stawiać i wszystkie ćwierkały podekscytowane jak nieboskie stworzenia. Mikołajki się odbyły, oczywiście w atmosferze "przecukrowanej u wymuskanej uprzejmości wszystkich dla wszystkich". Nie obyło sie, tez bez rytualnego chodzenia pomiędzy stanowiskami i słów: "co dostałaś/eś". W każda torbę trzeba było zajrzeć obejrzeć pomacać kto co dostał. A najlepsze było to, żeby od razu wyrazić sobie miedzy sobą, że ten temu to czy tamto fajne kupił. W ten sposob bez potrzeby wiedziałem kto komu co kupił i czy "im/jej/onej/owej" sie to podoba czy nie. W dobrym tonie było wyrazić oczywiście dobra opinię a tą niepochlebna wyrazić, miedzy sobą w tzw kuluarach. Na tyle mało dyskretne te kuluary, że wystarczylo udawać, że się rpacuje a już wiedziałem, że pani Monice podobało się coś, a za chwile jak koleżanka wyszła wiedziałem już, "ale tandetę jej kupili, a to srebro to pewnie tylko powłoczka, zetrze się. "
Tego dnia była też faza na wróżenie obrączką na sznurku płci dziecka... oczywiście podczas przerwy obiadowej całe stado "kurek" się zleciało i w gronie wzajemnej adoracji i roześmiania i uwielbienia, wróżyły sobie (a od koleżanki z innego działu w ciąży) zaczęły. Bo to przecież "działa". Na dowód wystarcza słowa wróżącej, że u niej jak wróżyła to każdemu się sprawdziło. No paranoja na kółkach, każda brała wynik wróżby tak do serca, jakby to było co najmniej "usg przyszłości". A żadna (poza wcześniej wspomnianą) nie jest w ciąży. No ale całe szczeście wie, już że pokoik musi na dziewczynkę lub chłopca szykować... co za ulga...
Za mało leadów, za mało, za mało, za mało, za wolno, za bardzo mało, za mało ... I tak można by rozprawiać o moim pozostałym dniu jaki mi mijał w akompaniamencie uszczypliwej przełożonej, której wyjątkowo się nudziło, po tym jak już obejrzała wszystkie prezenty i poznała płeć nienarodzonego dziedzica. Miała czas i nudząc się co jakiś czas czepiała się nas z kolega - siedzących najbliżej jej biurka.
W domu pyszne pierogi i szybko do łóżka spać, bo ilość wrażeń była przytłaczająca!
Nadrabiam wpisy, więc proszę o wyrozumiałość dotyczącą ich treści. Dołożę wszelkich starań, aby ich zawartość nie była lakoniczna, choć przyznam, że dawno takiego zrytego tygodnia nie miałem w pracy.
Już od rana dzień postanowił być dla mnie uszczypliwym. Zaczęło się od mrozu a potem było tylko "Weselej". Nocno-poranne wyjechanie przy -6 było, mimo chłodu dość orzeźwiające. W pociągu tłok jak dawno nie było i standardowe problemy przy wysiadaniu... Podróż umilała mi para dwojga ludzi piorąca swoje brudy na siedzeniu obok mnie. nie krzyczeli głośno, ale na tyle donośnie rozmawiali, że pewnie pół pociągu ( a przynajmniej ta część bez słuchawek w uszach) słyszała, że: "on z jakimiś dziwkami chodzi na siłownie" "a ona mu regularnie telefon przegląda"
W pracy było ciężko. Nie mogłem rytmu złapać, a agresja jaką wzbudzali we mnie klienci i niechęć do uprzykrzania się ludziom przez telefon, była dziś wyjątkowo wysoka. Efektem była niska nota "leadów" jakie przekazuje codziennie do innych sprzedawców i bardzo niski poziom zadowolenia personelu przełożonego.
Wyszedłem z pracy z watą w głowie... mózg z waty i sił brak. Poddałem się i wróciłem pociągiem. A zamiast grzecznie jechać do domu i jechać później drugi raz z po Agnieszkę, poczekałem u niej - drzemiąc na zapleczu i czytając gazetkę z empiku - do 19ej
Po długich leniwych 9 dniach odpoczywania i rowerowa ni wróciłem do pracy. Dojazd poranny nie zapowiadał się wesoło, bo poprzedniego dnia wieczorem śnieżyca a w nocy przeszła w deszcz. Nie wiadomo było więc do końca jak ułoży się poranek i w sumie na 80% stawiałem na rower, ale w razie ewentualnej ulewy porannej, miałem zdecydować się na autobus. Los mi sprzyjał, bo rano była tylko delikatna mżawka i można była jechać. Źle się wstawało, mimo, że budziłem się kilka razy w nocy i spałem bardzo niespokojnie. Podświadomie bałem się zaspać, kiedy jednak budzik zadzwonił potrzeba było kilku drzemek aby mnie obudzić. Udało się i pojechałem. W oczy bardzo rzuciło się to, że noc zrobiła znów krok na przód. W SKM o poranku nadal ciemnica i utrzymuje się az do trasy przed Choszczówką, gdzie zaczyna szarzeć i rozjaśnia się. To smutne, bo miałem wrażenie, że już ciemniej nie będzie, a tu zaskoczenie. O ile jednak przyjemniej będzie obserwować później jak dnia przybywa! Ha ;D Szkoda tylko, że to dej zwyżki jeszcze kilka miesięcy. W pracy sporo zaległości, musiałem odgrzebać się z niepozałatwianych spraw, i musiałem nadrobic zaległości w tym co się wydarzyło w firmie aby móc pracować normalnie. Oczywiście szał świąteczny już się zaczął i nie objawia się on tylko w szczycie paczkowym tylko w zachowaniu samiczek w moim otoczeniu. Dewotki gdaczą i drapią pazurkami co jakiś czas jakaś coś przyniesie bo coś kupiła dla „swojego” zwanego często również „starym”. Dla dzieci to już kupują co się da, jednocześnie utrzymując – że te dzieci takie rozpuszczone wszystko mają. Nie przeszkadza to jednak w zakupie kolejnej gry dla 8 latka itp…
Po pracy wystrzelam szybko. Już 16:05 mam odpięty rower i jestem chętny na jazdę. Jedzie się z wiatrem i przyjemnie, mimo, że cała ulica stoi. Jako, że Agnieszka ma do 19ej dziś, postanawiam się posnuć po Warszawie i przeprawiam się rpzez Wisłę. Ląduje na trasie WZ i starym mieście. Jedzie się zacnie bo ciągle sporo powyżej 20km/h. Przez Starówkę przetaczam się do il Powązkowskiej gdzie ścinam łukiem do dzielnicy Bemowo. Mijam swoje dawne rejony pracy koło ALior-Banku na Reymonta i jadę do Conrada do Młocin. Tam już ścieżkami rowerowymi przeprawiam się przez most Północny i dalej przez opłotki Tarchomina docieram do Jabłonny. Dzisiejsze pedałowanie dało w sumie 28km powrotu do domu a z porannym dojazdem prawie 38,78 czyli piękna liczba, jak na plan dobicia do 13 tysięcy w tym roku. Liczba rośnie a i ilośc km do zrobienia, maleje. Jestem dobrej myśli, choć wszystko w dużym stopniu zależy od pogody!
No i zaraz jadę po Agnieszkę więc kolejne 10km wpadnie :D
Ostatni dzień urlopu. Ostatni dzień i jak zwykle był piękny od rana. Jak na złość, kiedy miałem wolne pogoda postanowiła z Ksawerym pójść w tan a jak kończy mi się wolne to się robi ładnie. No i co? Oczywiście nie mogłem pozostawić tej zniewagi pogodzie i postanowiłem ją wykorzystać. Brzmi dwuznacznie, ale było bardzo prozaicznie – poszedłem na rower. Plany na ten dzień zakładały jazdę na północne Mazowsze do Rodziny po mięsko. Zima i okres przedświąteczny to czas radości dawania prezentów ubierania choinek i… umierania świnek. Barbarzyńsko łomocze się je i ukatrupia aby Księgowy mógł mieć schabowego. Nie jestem jakimś sadystą, ale wegetarianinem też nie potrafię być. Próbowałem raz, przez… jeden weekend;) Nie da się i już! Wracając do sedna sprawy, po tym jak moje oczy przyzwyczaiły się do światła, wstałem na nogi i wraz z Agnieszką zjedliśmy śniadanko. Od rana słoneczny dzień ładował mnie jak jakaś bateria. Czułem eksplozję endorfin i dawno nie odczuwalną radość z tego, że ruszę się z domu. Pierwszy odcinek poprowadził nas do Chotomowa, wyszliśmy znów troszkę za późno i ledwo udało nam się zdążyć na KM do Studzianek. Xavier jeszcze się zapodział gdzieś i dmuchał nam w dzióbek. Dojazd jednak udał się i ledwie wdrapaliśmy się na peron i dążyliśmy 27 razy zrobić wdech i wydech – gdy przyjechał pociąg. Na miejscu pyszny obiad u Teściowej. Po obiedzie zabrałem do dwóch sakw mięso i ruszyłem w to słoneczne popołudnie z wiatrem do domu. Droga przez wioski była pusta i sucha a lekko zmarznięty śnieg po bokach drogi przesypywał się gdzieniegdzie. W słońcu miejsca, gdzie nawiało śniegu dzień wcześniej lekko zamarzały. Po minięciu Studzianek sytuacja się zmieniła. Za wsią Krogule zaczął się koszmar! Tak oblodzonej drogi, dawno nie „ujeżdżałem”. Na takim odcinku opony z kolcami naprawdę by miały co robić. Jako przykład – pożyczę zdjęcie od Ola oraz od wujka google. Asfalt wyglądał dokładnie tak jak na tym zdjęciu kolegi droga leśna. W ciągu prawie 7,5 kilometra jechałem z duszą na ramieniu.
Testowałem techniki jazdy po lodzie najróżniejsze. Pierwszy etap lodowiska, stanowiła droga z koleinami. W słońcu dnia spływająca woda wypełniła koleiny i z radością zamarzła. Ten odcinek jechałem 17km/h z przekonaniem, że warstwa lodu jest bardzo cienka (jak opłatek) i nie stanowi zagrożenia. Zagrożeniem nie była, jak się okazało, jednak woda zmarznięta w koleinach, a same koleiny. Ich brzegi wygładzone przez słońce i topniejącą ciecz stały się jak rynny. Za nic nie dało się z nich wyjechać. Jedna z prób opuszczenia szlaku wytyczonego przez te śmiercionośne tory – nieomal zakończyła się przyziemieniem.
Drugi rodzaj lodu jaki spotykałem był to lód, całkowity. Cała powierzchnia drogi pokryta była śniegiem zmienionym w lód. Był biały pod spodem i brudny a na wierzchu pieknie wyszkliła się warstwa szklanki. Tu jechałem już 12km/h i czasem po „trawniku” nie dało bowiem rady nawet podeprzeć się tu nogą o „asfalt?”. Największym zagrożeniem tego odcinka, poza oczywiście lodem, były auta, których kierowcy totalnie nie potrafili zrozumieć tego, że jadę środkiem pasa nie dlatego, że lubię, tylko, że im bliżej na bok to większa szklanka. Nie obeszło się bez klaksonu i wyprzedzania na gazetę. Podziwiam ich lekkomyślność, bo dla mnie na takiej drodze jazda 40km/h byłaby już brawurą, a oni spokojnie po 60-70 mnie mijali.
Kilka momentów wystrzału adrenaliny miałem, kiedy podczas zmiany nawierzchni lodu pod kołami nie czułem przez chwile dokładnej trakcji kół i tył zaczynał uciekać. Ratowało mnie chyba jednak to, że rower był równomiernie i dość dobrze obładowany. Jego toru jazdy, siła bezwładności nie zmieniała tak szybko z równoległego na poprzeczny. Nie potwierdzono tego zjawiska naukowo, więc nie próbujcie jechać po lodzie 17km/h z załadowanymi sakwami, z przekonaniem, że wami nie trzepnie o ziemie – no chyba , że macie kolcowane opony. Mi się udało, ale czemu? Pff? Nie wiem.
Z radością opuściłem lodowe piekło i wjechałem na drogę do Dębego. A dalej już poturlałem się suchym kołem do Legionowa, a dalej do domu do Jabłonny.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.