Księgowy | strona 247 | Księgowy

Męczennik na rowerze - Czyli pożegnanie Ksawerego || 77.87km

Sobota, 7 grudnia 2013 · Komcie(0)
Kategoria Pojeżdżawki

trasa

Na wycieczkę ruszam rano. Wstawanie nie jest łatwe, ale w końcu, dzięki motywacji Agusi, idzie mi i staje na nogi. Ubieramy się i ruszamy do miasta. Plan? Nie ma planu mam odprowadzić ją do pracy i pojechać po wędlinę.
Po nocnych opadach śniegu i wczorajszej gołoledzi w okolicach lasu pozostała biało-szklana rozjeżdżona i przymarznięta warstwa lodu i śniegu. Przy wyjeździe na ulicę Kwiatową z lasu, łapie a łuku lekki poślizg i cudem omijam wielką kałużę. No czysta profeska z tym driftem na lodzie nie położyło mnie jeszcze tej zimy ( do czasu) ;)

W mieście – makabra na ścieżkach lód i resztki śniegu. Odprowadzam Agnieszkę do pracy i ruszam na miasto kupić wędlinę. Nie ma ludzi jeszcze na dzielnicy, więc się kręci przyjemnie a Piłsudskiego wyjątkowo pusta jak na Sobotę. Po zakupach w planie mam pedałowanie ścieżkami Legionowa przejeżdżam jednak przez przejazd i ulicą Kolejową mknę z wiatrem na Wieliszew. Jadę jak nigdy. Lekkie odlodzenia pojawiają się gdzieniegdzie, ale bagatelizuje to bo prędkość nie spada poniżej 25-27km/h więc jak to się mówi „jakoś przelecę przez to”. Dopóki jadę na wprost nie ma problemu. Na odcinku koło oś Piaski wpadam na ścieżkę i to mój kardynalny błąd. Na jednym z ciasnych oesów tego dziwnego tworu z kostki, tuż za przejazdem kolejowym bocznicy, wpadam w poślizg i ląduje na trawniku. Robie to równie profesjonalnie co świnia w zaprzęgu i z głośnym łoskotem wypadam z trasy.

Jedna kobieta co to szła gdzieś z przeciwka podchodzi i wyjmuje telefon. Myślę sobie, będzie mi zdjęcia robić? Podnoszę się z ziemi a ona do mnie.

- niech pan nie wstaje!
- co u licha? Niemcy? Czołgi? – myślę w duchu i gramole się na nogi podnosząc rower.
- powiedziałam żeby pan się nie ruszał. – ripostuje kobieta zdecydowanym tonem nie znoszącym sprzeciwu. Przez moment nawet poczułem się winny i nawet chciałem znów kłaść się na ziemi, ale nurtowała mnie taka jej złość.
- Spokojnie nic mi nie jest – cedzę „badając jej intencje”.
- Na pewno? - odpowiada stanowczo, niczym nauczycielka sprawdzająca czy zwolnienie z WF to nie fałszywka - Bo jak pan potrzebuje pomocy to ja po pogotowie zadzwonię, mógł sobie pan coś zrobić
- E tam troszkę za szybko w zakręt wszedłem - odpowiadam w sumie zgodnie z prawdą. Nie mam jednak pewności co do stanu zdrowia, bo nic nie boli ale grzmotnąłem mocno. Przez chwile mnie nawet zatkało i powietrza nabrać nie mogłem.

Nie jest uspokojona moimi słowami i patrzy na mnie uważnie. Nie zrażony upadkiem otrzepuje dziarsko do końca i sam sprawdzam, czy nic nie rozwaliłem sobie, ani Śnieżnikowi. Efekt? Nic się nie stało… Polacy nic się nie stało! No to ruszam dalej. Na ścieżce do Wieliszewa adrenalinę postanawiam przełożyć w prędkość. Na tym odcinku osiągam bowiem nawet 35km/h. Jest mi ciepło i przyjemnie, choć momenty „oesów” mam teraz na uwadze w szczególności. Na odcinku od Wieliszewa do Ronda w Zegrzu droga rowerowa jest oblodzona i zaśnieżona. Od mokradełm wyraźnie w nocy biła wilgoć, która osadziła się na ziemi. Leży tez sporo gałązek po wichurze. Jedna większą leżącą w poprzek drogi odkładam na bok.

Do Nieporętu znów z wiatrem i znów ekspresowo. Nie wiedzieć kiedy prześlizguje się do Ryni. Tam porzucam piękny asfalt i skręcam na ”wioski”. Poza sezonem nie jest tam tak pięknie, wyludnione osiedla działkowe i puste przystanie rybackie sprawiają wrażenie opuszczonego miasta. Las śpi, nie ma śpiewu ptaków a rybaków wygnał mroźny wiatr z nad wałów rzecznych.

Pędzę z wiatrem do Zaubic a dalej do Kuligowa, gdzie przelatuje na pełnym gazie. W Józefowie skręcam na Radzymin. Wiatr się zmienia i jedzie się gorzej - dmucha z boku i czasem w twarz. Jest opcja popędzenia na Łochów i Tłuszcz, ale przypominam sobie, że Agnieszka do 13 ej pracuje więc nie chce aby sama w domu siedziała. Decyduje się za Radzyminem zrobić nawrót.

Niestety od momentu wjechania do miasta jedzie się źle. Dmucha, wieje, a brak otaczających lasów sprawia, że prędkość niejednokrotnie spada do 12km/h. 12-15km/h takie prędkości ukręcam jeszcze w mieście, dopiero od Beniaminowa w lasach jakoś nabieram drugiego oddechu i wchodzę na 17.

Powrót się dłuży, i ciągnie jak guma… jeszcze 20km… jeszcze 15… jej dopiero do Białobrzegów dojeżdżam. Wmuszam w siebie kolejne obroty korbą. Nie mam mp3 bo nie planowałem takiej trasy. Nie mam jedzenia i picia, bo nie planowałem takiej trasy… nie mam sił bo... nie planowałem takiej trasy. I tak oto cała nieplanowość obraca się przeciwko mnie. Kusi mnie MC Donald w Nieporęcie, ale czas goni. Chcę jeszcze do domu dojechać i zjeść coś zanim po Age pojadę.
Mijam więc z bólem ten Fast Food mamiony jego zapachami frytury, i toczę się w silnym wietrze do Zegrza. 10km/h 12km/h, rany jak dmucha. Mijam plażę, znów mam obraz ilości kilometrów przed oczami. Orkan w mieście i lesie a na otwartej przestrzeni to inna bajka. Szarpie mną jak jakimś kagankiem na wietrze. Od Zalewu podmuchy są naprawdę silne a mijające auta wcale nie ułatwiają utrzymania równowagi. Ktoś powie: „Z Nieporętu to miałeś rzut beretem”, jasne! Tak się mówi z ciepłego siedzenia przed komputerem patrząc na niebieski ślad na mapie. Ja jednak miałem dużo więcej niż te kilkanaście kilometrów do domu.

Wtaczam się na ścieżkę w Wieliszewie, ten sam wiatr co mnie pchał nią jak rakieta, teraz sprawia, że go nienawidzę. Kiedy w porywach stawia mnie do 8km/h, staje i zbieram siły. Stoję tak a wiatr wieje. Auta raz na jakiś czas mnie mijają, a ja stoję. Ludzi dookoła brak, rowerów brak, tylko ja stoję sobie na ścieżce. Wreszcie wsiadam znów i pedałuje – jest poprawa 11-12km/h. Szaleństwo i demon prędkości – Kuźwa;/

Do legionowa wjeżdżam ścieżką, na oesie gdzie leżałem nie ma śladu po lodzie. Bo ja wiem? Wywiało go? Termometr na liczniku wskazuje 0.5 na plusie. Może temperatura i silny wiatr naprawde wysuszyły lód, zanim wróciłem do domu?
Do domu? Chciałbym, przede mną jeszcze całe miasto do przejechania. Przez os. Piaski tocze się nieomal jak kandydat na prezydenta w USA, dostojnie i na tyle wolno aby każdy mógł mi pomahać. Mam wrażenie, że gdyby ktoś szedł obok, tarasowałbym mu drogę na tym chodniku. Ulicą nawet nie jadę, bo pęd mijających mnie aut, trochę miota, pyzatym, nagłe zatrzymanie się na ulicy, może być źle odebrane przez „przyjaznych” kierowców.
Premia Górska – Wiadukt.

Wtaczam się 5km/h a podjazd wydaje się jak jakaś przełęcz w górach. Nie patrzę przed siebie a to nei dobrze, bo w ostatniej chwili dostrzegam jadącego z przeciwka Emeryta. Gna jak szatan na składaku w dół wiaduktu i z wiatrem. Mijamy się na centymetry a mi adrenalina dodaje kopa.

Do domu wtaczam się zadowolony i zmęczony. Po zdjęciu kurtki siadam na podłodze i opieram się o ciepły grzejnik. Popijając herbatę z sokiem malonowym dochodzę do siebie. To była naprawdę trudna, trasa… Znów wyszło nieprzygotowanie i lekkomyślność. Nie ma tego złego… nie utknąłem w lesie, ale dawno się tak nie umordowałem na tak niewielkim dystansie.


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Dodatki z Księgowej Chatki - Czyli mikołajkowe kręcenie || 18.00km

Piątek, 6 grudnia 2013 · Komcie(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Dwu dniowe nieuzupełnianie. Wczoraj pojechałem po Age do pracy a dziś jeszcze dokręciłem z nią na zakupy. W sumie zebrało się troszkę kilometrów, co skrupulatnie dodaje, aby nie było luk. Wszak do 13 tysięcy coraz bliżej. Szkoda, że pogoda do tej 13 tki nie pozwala mi dobić bez przeszkód...

Za oknem zawieja, jutro się gdzieś przejadę, mam nadzieje, że nie będzie mocno ślisko. Dziś bowiem na ulicach przeokropna gołoledź.


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Walka z Orkanem || 37.68km

Czwartek, 5 grudnia 2013 · Komcie(4)
Kategoria Pojeżdżawki
Jak zwykle ambitne plany rozbiły się o rzeczywistość. Zaplanowałem sobie trasę po Kampinosie, jednak zapomniałem wziąć poprawkę na wiatr, z jakim musiałbym się zmagać zanim do owego Kampinosu dojadę.

Nie mogę przebic sie ostatnio przez pewna baerierę psychiczną. COś się we mnie zablokowało. Nie chodzi tu o samą chęć do jazdy, raczej o zadawanie sobie bólu. To ta siła, która pozwala nam jechać dalej nawet gdy jest ciężko, pozwala przełamywać się wewnętrznie i imo odległego celu przeć naprzód.

Orkan zbliża sie nad Polskę a dziś dal mi po gębie tak, że ledwo Most Północny przekroczyłem. Mógłbym się tak tłumaczyć jeszcze długo, ale wytłumaczenia nie ma... urlop jest, a melodii do jazdy nie było dziś wiele.
Zawróciłem wiec lasami i terenami, których za bardzo nie znam. Udało się pobuszować w zaciszu lasu, gdzie nie wiało. Zrobiłem kilka fotek i wróciłem do domu. Jedno dziś mi sprawiało przyjemność, taplanie się w błocie;) Im większe błoto tym chętniej jechałem po nim rowerem.


Głównym terenem po jakim się szlajałem były lasy okolic Wólki Węglowej.


Przejechałem po tym, choć serce waliło... kładka lekko się bujała.


Mokradła śpia snem zimowym




Jazda ścieżką widoczną tylko na GPS... w lesie no cóż, nie znalazłem jej za bardzo.


Dopiero kawałek dalej spośród liści coś zaczęło się wyłaniać.


Pozostałości wczorajszego śniegu.




Memoriał z kamieni... ciekawe, że jeszcze nikt tych głazów nie pozabierał. W naszym kraju to normalka, że coś niszczy się dla zabawy.






Budynek nad samym wałem wiślanym. Nie wiem jakie jest jego zadanie, jednak wygląda klimatycznie wąska wieżyczka i firanki w oknach. mam wrażenie, że urocze miejsce do mieszkania. Tylko pewnie komarów dużo latem.




Zabawy przed lustrami Kauflandu na Modlińskiej.


Pani na drugim planie wygląda jak jakaś śmierć albo dementor z Harrego Pottera.

Wynik jazdy, nie jest zły, coć liczyłem na jakieś 60km dziś. No cóż, trzeba sie cieszyć i z tych co były, nie padało w sumie, a wyjazd jakiś tam się odbył... marudzę co?


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Czołgowe Wojska Sprzymierzonych Cyklistów! - Trasa z przymrożeniem oka! || 45.23km

Środa, 4 grudnia 2013 · Komcie(1)
Kategoria Pojeżdżawki
W domu zastaje ciepło. Z radością siadam do ciepłego grzejnika i wstawiam wodę na herbatę. Bossko. Nawet teraz pisząc to muskam delikatnie stopami ciepły grzejnik. A więc, ogrzałem się i zjadłem warzywka z patelni. Kiedy godzinę później ubierałem się ponownie na rower, miałem nowe pokłady energii.

Trasa zaznaczona tak z grubsza.

Na rowerze zimowym z założenia ma się jechać źle? CIężko? A mi jakby ktoś dodał baterii w tyłek. Taką frajdę nieopisaną sprawiała mi dziś jazda w lesie po szutrze, błocie i chrupanie przez zamarznięte kałuże, że aż sam byłem zdziwiony.


Ciemno szaro i ponuro, jednak bez aut, bez uważania na barany... chillowałem po maxie na tych scieżkach.


Jedzie pociąg z daleka...


Czołg...Accent to najnowsze osiągnięcie inzynierii terenowej. Posiada 6 biegów a na uwage zasluguje innowacyjne rozwiązanie - brak wstecznego!! Te grube opony ulane sa z arabskiej gumy zeskrobanej z ławek w miejscach publicznych i wzmocnione nitka kevlarową. Bagażnik z hartowanej stali powleczony maskującą powłoką rdzy zapewnia udźwig ciężarów przekraczających możliwości normalnego człowieka. Dwa czarne zbiorniki na amunicję znajdujące się po bokach kierownicy zapewniają użytkownikowi, nieprzerwaną aktywność przez wiele godzin i pozwalają na zbilansowanie diety bogatej w cukry oraz mogą być wykorzystywane przez piechotę do chowania tam zapasowych skarpetek na niskie temperatury.


Jeden z odcinków ścieżek rowerowych, które lubie w tym kraju.


Przez bezdroża i zamarznięte kałuże...


Sprawdzałem, czy Most Północny po kłopotach z odpadającym asfaltem, nie zaczyna czasem rdzewieć za szybko.


Bacznej obserwacji poddałem równiez wały wiślane.


Urokliwa aleja sprawiała, że czułem się jak w zaczarowanym ogrodzie.


Jadę jadę wałem, a tu co? Jakiś pacan dom postawił, musi był to jakiś ważny polityk bo nawet wał się go nie ima i go ominęli:)


Słońce zachodziło powoli i majestatycznie przecedzając sie przez wolne od listowia konary drzew. Para z ust leciała tak samo dynamicznie jak leciała na łeb temperatura powietrza.


Regionalne stacje badania stabilności umysłowej polaków w regionie donosiły o drastycznych wzrostach głupoty i bezmyślności, wśród osób, które tego poranka nie nosiły czapek. Ten pan w ciężkim stanie, został zamknięty w samochodzie w celu natychmiastowego ogrzania. Jego stan był ciężki... Lekarze mówią, że przestał odróżniać prawą stronę od lewej i myliła mu się droga z chodnikiem.


Z nastaniem nocy na ulicach zrobiło sie niebezpiecznie. Z ukrycia wyszły drapieżniki, gotwe atakować rowerzystów na ściezkach.


Szukałem schronienia pod mostem, ale nie padało, więc przestałem szukać... i pojechałem dalej.


Prace archeologiczne w poszukiwaniu nowego dworca trwają. Media zagraniczne donoszą o sukcesach w tej kwestii. Kierowcy doceniają nowe rozwiązania komunikacyjne. Tłumnie postanowili je przetestować!


Ulicę tę, nazwali jacyś mądrzy ludzie imieniem Marszałka. Jeszcze inny jakiś uczony kazał owemu marszałkowi podpisywać się "Piłsudski" a nie jak Bóg każe "PiłsuCki". I teraz nie dość, że nazwisko to i nazwa ulicy z błędem. To tak jakby napisać: szukałem telefonu rano po omadsku.


Choinka już jest, śnieg zamówiony już pada, sól drogowa gotowa, czas mój drogi łańcuchu abyś szykował się na świeże pokłady rdzy! Co się odwlecze to zardzewieje.

Dziękuje za wspólnie spędzony wpis...
[napisy końcowe]


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Łosie na szosie || 45.08km

Środa, 4 grudnia 2013 · Komcie(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Początek dnia miałem kiepski. Z zaplanowanej trasy na wschód znów nie wyszło nic. tym razem zawinił budzik, albo ja. Nie wiem jak przez sen zamiast włączyć drzemkę wyłączyłem budzik i odpłynąłem dalej. Może budzik zwyczajnie nie zadzwonił? To możliwe? Nie wiem. Wstałem rano a za oknem znów nijak - zły na siebie, że nie pojechałem. Niby słońce gdzieś przecierało się przez tą mglę na niebie, ale krystalicznie czystego błękitu nad głową ze świecą szukać...

Odprowadziłem Agnieszkę do pracy i odebrałem paczkę z paczkomatu. Później wyruszyłem w trasę. Jakoś bez przekonania jechałem, jednak audiobook spełniał swoje zadanie i pozwalał mi "nie wrócić" do domu przed czasem. Pojechałem sobie na pętle:
Legionowo-Dębę-Jachranka-Zegrze-Wieliszew.

Kilka fotek:




Na trasie do Dębego wychodzi prawdziwe słońce.


Zalew Zegrzyński

Trasa z Jachranki była z wiatrem, zdjęcie cyknąłem dopiero pod jej koniec... 26-30km/h nie schodziło z licznika.


Szronowe Graffiti:)


Dzisiejsza świeża sprawa. Wokół w lasach bagna i mokradła, poranny szron widac jeszcze na bokach. Komuś na zakręcie jak to się mówi: "nie wydało". Szczęściarz minął latarnie o centymetry. Niestety "zapomniał" posprzątać. Na ścieżce lezały reflektoru resztki, kawałki zderzaka troszkę pomiętoszonego plastiku i oczywiście znaki. Słupek w poprzek ścieżki i oderwany znak informujący o przejściu dla pieszych.

Do domu ścieżka rowerową wracam pod wiatr. Niestety przeszywa jak pierun i kurczę się w sobie jak jakiś skorupiak. Kurtka puchowa ma już chyba 3 sezon i straciła swoje właściwości. Jedna bluza pod spód to zdecydowanie za mało. Wymarzłem się za wsze czasy, zanim dojechałem do domu... Niemniej jednak 45 kilometrów się zawieruszyło!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Refleksje || 0.00km

Wtorek, 3 grudnia 2013 · Komcie(2)
Dzień pod znakiem regeneracji w domu i suszenia upranych ciuszków. Dziś zima daje coś od siebie. Rano przymrozek, za to piękna pogoda. Zaskakująco dobrze się czuje po wczorajszym i wyciągnąłem wnioski z tej lekcji. Za mało jadłem wczoraj i za późno ruszyliśmy na trasę. O 10 z Olsztyna to było naprawdę za późno. Gdybyśmy wystartowali o tej powiedzmy 8 czy 9 to czasu by nam wystarczyło a nawet dnia pewnie.

Nie ma jednak tego złego. Kolejny dystans pokonany a i Agnieszka przeżyła super przygodę. Urlopuje jednak jeszcze kilka dni i napewno nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Na jutro znów coś planuje... a co? A zobaczycie. - tylko gdzie ja podziałem zimowe buty?:D


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Olsztyn - dawno oczekiwana trasa || 152.08km

Poniedziałek, 2 grudnia 2013 · Komcie(7)
Uwielbiam te chwile. Momenty, gdy po całym dniu pedałowania zmęczenie już zdążyłem zmyć pod prysznicem, gdy siadam do komputera z ciężką od wrażeń głową i z lekko mrowiejącymi ze zmęczenia mięśniami nóg rozpoczynam opisywanie tego co się wydarzyło. Codzienne pisanie o tym jak to jechałem do czy z pracy jest swego rodzaju ciekawym zabiegiem bloggerskim, pozwala mi bowiem na dzielenie się z wami codziennością i tworzenie więzi z czytelnikami. Czym bowiem jest nasze rowerowe życie jak nie codziennością. Od większych wyjazdów do kolejnych wyzwań mija bowiem troszkę czasu więc codzienność to ciekawe uzupełnienie wizji nas samych na bikestatsie.

Dziś jednak nie będę pisał o codzienności nie będę pisał o poniedziałkowym szczycie, opiszę wam krótka przygodę jaką przeżyłem na trasie Olsztyn – Ciechanów w pewien słoneczny poniedziałek wraz z Agnieszką.

Od planów roznosiło nasze Glowy ich wersje były tak różne, że aż ciężko to sobie wyobrazić. Pierwszym pomysłem było jechanie na 3 – dniówkę po Polsce z minimum bagażu tylko szosami z noclegami u ludzi i przemierzenie kilku województw. Drugi pomysł po fiasko poprzedniego, zakładał jazdę z wiatrem silnym w kierunku Terespola. Znów pomysł jednak rozbił się o pogodę, która od soboty usilnie dawała nam do zrozumienia, że „nie pojedziemy”. W sobotę padało w niedzielę mżyło, a w poniedziałek? No w poniedziałek cały kraj rozpowiadał o wyżu, który idzie i ma być słonecznie choć mroźno.

Wybraliśmy kierunek północny z powodu południowego wiatru. Ktoś spyta, że przecież południe Polski jest równie ciekawe. Po rozważeniu za i przeciw zdecydowaliśmy się, że przejazd przez zapchaną stolicę w poniedziałek w godzinach szczytu, jakoś nam nie leży.

Pociąg jechał miarowo a na niebie piękne słońce i błękit. Radowała nas ta perspektywa. W ciepłym przedziale rozmarza laliśmy się nad pięknem trasy jaka nas czeka.

Wysiadając w Olsztynie wystartowaliśmy z lekkimi problemami. Mój GPS jakoś nie mógł się odnaleźć a mapy się zawieszały. Udało się jednak z wielkim trudem przekonać go do współpracy.

Miasto zaskakuje dobrze rozwiniętą infrastrukturą rowerową. Dużo ścieżek z asfaltu i cała masa dobrze skomunikowanych szlaków. Szkoda tylko, że jak w całym kraju kuleje ich oznakowanie i myślenie nieszablonowe. Jako, że jestem „nowy” w nowym miejscu, nie wiem, dlaczego jest zakaz jazdy rowerem na wprost, bo nie ma oznakowania, że ścieżka która skręca w lewo, zaraz będzie biegła po „lewej” stronie dwupasmówki. A przecież w naszym kraju jeszcze nie ma ścieżek jednokierunkowych po każdej ze stron ulicy. To nie Sztokholm. Jadę więc na zakazie, bo musze jechać prosto – tam potrzebuje się dostać i jakie jest moje zdziwienie kiedy okazuje się, że ścieżka nawet dobra asfaltowa była tylko po lewej? No ale nic w przyrodzie nie ginie. Ścieżka na następnym skrzyżowaniu powrotem wraca na „prawo”. Wiele by mówić… wiele prawić, przejechałem, już wiem czego i gdzie mniej więcej szukać.

Pogoda w Olsztynie gdy ruszamy
Z Miasta wyjeżdżamy Aleją Generała Władysława Sikorskiego. W przedziwny sposób z dwupasmówki za dużym skrzyżowaniem droga kurczy się nagle do zwykłej drogi i wpada w las. Tam zaczyna się bajka. Piękny asfalt, równiutki i mało uczęszczany. Droga wije się pośród wielkich świerków i to wspina to opada w dół malowniczymi zjazdami. Naprawdę urokliwa trasa, aż żal, że człowiek nie miał okazji jechać tam jesienią lub latem kiedy las pięknie zielenieje. Jedziemy dość niemrawo. Po wyjeździe z miasta nie możemy się wkręcić na długodystansowe obroty. Jest kilka poprawek ubioru i kilka poprawek sprzętu u Agi w szosie. Ja też mam drobne regulacje, ponieważ na tym wyjeździe testuje zarówno bagażnik sztychowy, torbę i do tego jeszcze nowy kokpit szosowy.

Mimo wolno wpadających kilometrów i kilku postojów na poprawki i ustawienia droga zachwyca swoją malowniczością. Jadę oczarowany jej pięknem. Wrócę tam na pewno! Kiedy wydaje się, że wszystko już widzieliśmy. Wpadamy na polane, gdzie znajduje się mała miejscowość a w niej chroniona prawnie aleja z drzewami w skrajni. Tak uroczego miejsca nie widziałem!

Na niebie nie ma słońca, nie ma ani kawałka błękitu a podczas gdy my zachwycamy się lasem, zaczyna prószyć śnieg. Padają bardzo Male i drobniutkie ziarenka, i nie osadza się za wiele, jednak taka śniegowa chmura wisi nad nami przez wiele godzin.
Do Jedwabna dojeżdżamy troszkę zmęczeni rollercosterem w lasach. Dalszy odcinek nie miał być wcale o wiele lżejszy. Kilka kilometrów za miastem, psuje się droga a znak „uszkodzenia w nawierzchni przez 8 kilometrów” nie wróży sielanki. Już myślałem, że wyśmieje tych co mówili o „słynnych mazurskich drogach”.


Niestety, nawierzchnia pogarsza się i wali po nadgarstkach ostro. Dziura na dziurze a droga wąska jakby jednokierunkowa była. Wielkie ciężarówki z drewnem z lasu wcale nie pomagają. Do Wielbarka docieramy zmęczeni i wytrzęsieni za wszystkie czasy.


Niespodziewanie powstaje problem. Okazuje się, że sielanka za Olsztynem i piekło przed Wielbarkiem sprawiły, że gdzieś podziała nam się godzina zapasu. Do pociągu mamy 3h a do przejechania nadal prawie 65km z czego w nogach już jest 80 prawie. Gdy dodamy do tego porę, zapowiadającą zapadający zmrok, wychodzi nam równanie z wielką niewiadomą.

Agnieszka przejmuje prowadzenie i wskakujemy na 25km/h jedzie się ciężko a temperatura już sprada w dół. Dzieki silnemu zastrzykowi ukrytych sił Agi przejeżdżamy odcinek do Chorzeli dość sprawnie. Udaje się nadrobić z pół godziny. Zbliża się jednak zmrok i przymusowe staje się przybranie światełek. W Kamizelkach jedziemy już od ponad 30km, bo szarobura pogoda ( a zapowiadali słoneczko) sprawia, że lepiej nas widać. Jedziemy więc w duecie. Ja przejmuje prowadzenie i zakładam lampkę przednią – nazwijmy ją „drogową”, Agnieszka jedzie z tyłu ubrana w dobrą i intensywną mrugaczkę czerwoną. W tak zbudowanym pociągu, ruszamy w mrok.

Zanim jednak słońce zaszło, front pochmurny postanowił się rozstąpić i przygotować nam festiwal świateł. Słońce czerwieni się i przeplata z różem i żółcią. Tworzy się tęcza kolorów. Od góry jest ciemna linia frontu, tuż pod nią róż przechodząca w czerwień a po bokach postrzępione skrawki żółtej poświaty. Całości dopełnia ciemna linia horyzontu.

Szybko jednak spada na nas mrok. Robi się ciemno a wioski „świecą” ciemnością. Tam nawet latarni nie ma. Mnie dopada kryzys a temperatura waha się w okolicy 1 Stopina. Para leci z ust a szary wycinek drogi przed kołami nie daje się oderwać. Jadę skupiony w nim i zmuszam się aby jechać dalej. Jest mi źle, zmęczenie bierze górę. Agnieszką postanawia mnie zmienić i prowadzi kawałek. Droga jest na tyle pusta że jedziemy na „zakładkę” trochę gadamy, ale nie wiele się klei ta rozmowa.

Jakimiś nieznanymi mocami docieram do Gruduska a kryzys się rozwiewa powoli. Pomaga przerwa na kanapkę i picie. Przed nami ostatni odcinek. Prawie 20 kilometrów do Ciechanowa. Ta perspektywa wcale nie pomaga. Jest ciemno, chłodno, a nie ukrywam, że nogi czułem już znacznie. Jedziemy a droga znów jak na złość faluje. To w górę to w dół. Auta oślepiają długimi światłami za nic mając sobie rowerzystów. Świecę im lampką i mrugam, zasłaniając ją ręką. Czasem pomaga i zmieniają, jednka w wielu przypadkach niestety na długich jadą do końca, czyli do momentu minięcia z nami. Wrażenie jest straszne. Przez kilka sekund nie widać nic, zanim oczy przyzwyczaja się do ciemności i blasku Lamki na asfalcie.

Wreszcie Ciechanów i ostatnia prosta na Dworzec PKP. Pociąg uciekł nam zaledwie 20 minut. Na szczęście jest kolejny za… 1h:15`. Kupujemy bilety i wegetujemy na poczekalni. Temperatura w srodku nie taka zła, 12 stopni, za to towarzystwo? Czemu w naszym kraju zawsze znajdzie się jakiś ześwirowany pijak co to śpiewa gada sam do siebie i wyzywa wszystkich dookoła. Przez cały czas oczekiwania słuchałem jego bełkotu, pijackiej wersji „pierwszej brygady” i wykładów z historii o wojskach z „się… się… sząt…. Fartego roku” i o tym, że wy „skur… syny nie wiecie kim był ktoś tam. Swój wykład kierował do wszystkich na „Sali” czyli darł się w hali dworca co jakiś czas umilając sobie spacerem po hali. Żenada… z radością wsiadłem do ciepłego KM z Działdowa do Warszawy.


Do domu wracamy oboje zmęczeni, jednak był to fajny wypad. Mimo, nie najlepszej pogody spełniłem Obietnicę, że zabiorę Agnieszke kiedyś do Olsztyna i udało się wspólnie wyskoczyć na szosy, czyli w końcowym rozrachunku jest 2-1 dla nas. Pogoda przegrała!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do Galerii || 28.13km

Niedziela, 1 grudnia 2013 · Komcie(2)
Dziś mieliśmy w planie jechać na Siedlce i ku Terespolowi. Wyszło inaczej ze względu na pogodę. Zdecydowaliśmy się więc rozprawić się z zakupami świątecznymi wcześniej, zanim ludzie tłumnie zawitają do galerii i każdy weekend będzie tam batalią. Niestety pech chciał, że była niedziela a jak wiemy w soboty i niedziele najwięcej ludzi jest w sklepach. Nie dało rady tego przełożyć, bo jak nie dziś to kiedy? No więc wsiedliśmy na rowery i wyposażeni w duże sakwy Crosso udaliśmy się do Arkadii. Nie było lekko. Wiatr był dziś zachodni co sprawiało, że większość trasy do stolicy jechaliśmy z silnym bocznym lub morde-windem. Dodatkowe atrakcje czekały koło mostu Grota. Zapomniałem, że dewastują most i wpakowaliśmy się na plac budowy. Ominęliśmy co się dało boczkiem. Owo omijanie wpakowało nas zaś w błoto-gruzo-trawiaste bagno. O ile ciężki sprzęt przejedzie, to rower pięknie się w tej brei kopał a koła ślizgały na podmokłych koleinach od maszyn.

"Adaś, my to zawsze jak do ludzi jedziemy musimy się upierd..." - Skwitowała Agnieszka roześmiana, pokonując na 1x1 błoto i rzucając dookoła spod swoich kół kawałkami gliny i wymielonej trawy.

Rowery spięte grubym łańcuchem spoczęły w parkingu podziemnym strzeżonym. Na ciekawą informację zasługuje fakt, że tuż obok budki strażnika w bliskim sąsiedztwie stojaków postawiono stent serwisowy. Jest tam pompka klucze i wszystko co potrzeba do naprawy zmiany koła i napompowania go. Jest też szansa, że przy czujnym oku nic tu nie zginie i nie zostanie zniszczone.

W sklepie szybkie zakupy świąteczne. Zasada prosta - nie wydziwiamy. Temu komplet "zapaszek i żel" i temu... kolor inny, pudełko inne, inna firma. Bez zbędnego wymyślania komu co. Największy problem jest z dziećmi, młoda chrześnica sobie zażyczyła jakąś grę na PS3 a ja się nie znam na tym za ludowe chiny...

Koniec zakupów przypieczętowujemy fast foodem i seansem kinowym. Wybraliśmy się na 2 cześć Igrzysk Śmierci. Strasznie mi się podobało, przeczytałem książki (audiobooki) dwa razy i chyba jeszcze raz przelecę trzecią część aby znów wczuć się w klimat kontynuacji tej trylogii.

Powrót rowerami do KM i od Legionowa do Jabłonny.


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Chcica na rower! || 3.00km

Sobota, 30 listopada 2013 · Komcie(0)
Kategoria Pojeżdżawki
No to dobrze myślicie! Pokonał nas dziś i pokonał nas jutro. Planów mieliśmy więcej na te kilka dni, ale wyszło jak zwykle po inszemu. Dziś wizyta w sklepie trzyliterowym rymującym się z " Łan - Kenobi", miałem przede wszystkim kupić taśmę izolacyjną i co? Kupiłem całkiem co innego a taśmy nie.... tylko ja tak umiem chyba.

Bagażnik zapakowany, sakwa także i co? Pogoda kopie w tyłek. Zaplanowany długi dystans do Terespola jutro się wykokosił... Z powodu? No własnie pogody. Szosówką bez błotników w deszczu 140 kilometrów to nie uśmiecha nam sie jechać. O ile ja mam bagażnik sztycowy więc relatywnie mniej w plecy zmoknę to Aga nie ma nic, więc pióropusz wody byłby pewnie na kilka metrów.

Nie poddałem się i na przeciągu tego wolnego tygodnia jaki się zapowiada napewno pojadę gdzieś dalej. W planach mamy coś na Poniedziałek (bo Aga ma też wolne) co to będzie to jeszcze nie wiemy, jedno pewne, ROWERY!!! Tak nam się chce rowerów że szok! To niepoprawna chcica długodystansowa. I to wyobraźcie sobie nie tylko moja. Agnieszka naciska i wkurza się tak samo albo i bardziej, że nasze plany biorą w łeb.

Jacyś chętnie na długi dystans powiedzmy gdzieś w tygodniu? Chętnie pokaturlam się gdzieś aby wrócić pociągiem, i chętnie przejadę się na trasie dłuższej niż 100km.


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do pracy 33 - Finish... walka o każdy oddech || 21.46km

Piątek, 29 listopada 2013 · Komcie(0)
Kategoria Do pracy!
Piątek był tak niesamowicie trudny jak nigdy. Dużo pracy, dużo nerwówki i ogólnie wiele niedopowiedzeń. Jedni mówią tak inni inaczej, ciężko połapać się kogo słuchać.

Bardzo nabuzowany wychodzę w ten piątek z pracy i nie będę opowiadał wam szerokiej litanii dlaczego tak było, bo zwyczajnie nie chcę do tego wracać. Prawda jest taka, że mam teraz 9 dni wolnego i zamierzam to wykorzystać na naładowanie akumulatorów wewnętrznych oraz poprawienie stanu mojego krótkowzrocznego licznika dystansów;)


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew