Cukier na drodze, szponami po twarzy!

Poniedziałek, 20 stycznia 2014 · Komentarze(1)
Dzisiejsza jazda na rowerze przypominała troszkę masochizm, nie wyszło jak zwykle nic z tego co sobie założyłem, ale zmusiłem się aby pojechać z domu i troszkę pokręcić się po okolicy. MP3 w ucho i jazda bez celu po okolicznych drogach Choszczówki, na wiadukty i potem powrót przez Tarchmin i jakoś totalnie dookoła przez Czajkę. 

Jechało się ciężko, wiatr był mega silny a jazda pod wiatr sprawiała ból. Do tego jakoś tak te chmury na niebie mi nie pasowały i te 35 kilometrów wymęczyłem. Z nieba ktoś sypał cukier w dużych ilościach, to nie był nawet śnieg! Rowerem miotało na wszystkie strony na "kakaowym" śniegu. Kakaowy śnieg, to inna wersja pośniegowej brei zmieszana z piaskiem ale w formie śniegowej. Jej właściowośći można opisać mniej więcej tak, jak mąkę ziemniaczaną, trochę się klei ale raczej jest sypka. Uwielbia rozrzucać się dookoła spod opon jak się w nią wjedzie. 

Druga część jazdy to jazda wieczorna po Agnieszkę do pracy. Do niej - pod wiatr, wcale nie lekki bo znów w ryja, znów szarpało mi policzki śniegiem jak szalone! Jakby mnie ktoś papierem ściernym gruboziarnistym ciągnął po świeżych ranach.

Niebawem czeka mnie jeszcze jeden kurs na Osiedle młodych ale to w okolicach 20-ej. Transport trenażera, nie będzie łatwym zadaniem w tych warunkach, ale mam nadzieje, że się powiedzie, bo w obecnym moim stanie i w tym co sie za oknem dzieje, jazda mi nie sprawia frajdy... od jutra zmiany, mam nadzieje duże, na lepsze, i może odbije się od "dna". Czasem człowiek ma kryzys, ja mam - ale licze że będzie lepiej, że się uda i znów zaćwierkają skowronki!

Umiejętności bez próżności

Sobota, 18 stycznia 2014 · Komentarze(2)
Jazda na rowerze w takich jak dziś warunkach to trudna sztuka. Sprowadzana jest jednak do banału ostatnimi czasy, przez grupy emerytów na łysych nienapompowanych oponach. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jazda po żywym lodzie, na rowerze z oponami bez kolców wymaga dobrego wyczucia i majstersztyku co najmniej takiego, jaki wkłada w trick koleś na BMX-ie.

W lesie śnieg twardy i kruchy co sprawia, że przejazd w nim wymaga dodatkowych 30% siły. opony zapadają się w chrupkie podłoże a wyjechanie z niego jest dodatkowo utrudnione bo wierzchnią warstwę śnieżna przykrywa skorupka z lodu. Dawne koleiny wyjechane przez nas zamarzły i prowadzą rower jak chcą wiec utrzymanie toru jazdy jest trudne bo koła uciekają w rowki i rzuca na boki. 

Niski bieg i do dzieła. Po pokonaniu lasu czeka na was miejski koszmar. Po nocnych opadach kałuże jeszcze nie zamarły, ale ich okolice rozwleczone przez auta szklą się niewinnie. Do tego odcinki ścieżki rowerowej pokrywa niewidzialna super cienka warstwa lodu.

Jak sprawić aby oszukać prawa fizyki? Jak to się dzieje, że jeżdżę rowerem i potrafię wyczuć gdzie mam poprowadzić koła aby nie upaść, jaką prędkość dobrać, jak szybko pedałować i wreszcie jak skręcać. 

Jadąc dziś na rowerze zauważyłem, że taka zimowa jazda to całkiem co innego niż w "sezonie" to troszkę "sztuka" ulicy. Jedziesz i skanujesz trasę przed kołami, na bieżąco wybierasz miejsca gdzie prowadzić swój ślad, miejsca gdzie skręcić, aby rower na zakręcie nie położył się na ziemi, razem z tobą. Jak zwalniać, jak hamować i dlaczego właśnie tak a nie inaczej. 

Jazda w zimie, jest coś co sprawia, że to ciekawa przygoda... zaiste!

Na rowerze

Czwartek, 16 stycznia 2014 · Komentarze(1)
Skąd ja biorę te przebiegi? Nie wiem... obecnie nie mam ochoty na rower, nie mam ochoty na nic. Może to minie. Jazda po mieście, i załatwianie spraw... i się uzbierało. Rano ślizgawka na bocznych drogach i pięknie wyjeżdżone "szklane" koleiny.  Na głównych - lepiej niż przeciętnie! A czasami nawet dobrze. 


Beznadziejnie się ostatnio czuje... beznadziejnie!

Zimą po ryju...

Środa, 15 stycznia 2014 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Rano jak ruszałem z domu z Agnieszką nic nie wskazywało, na to co się dziś dziać będzie. A działo się sporo. Ale po kolei.

Po obudzeniu się, ze zdziwieniem stwierdziłem, że nocne opady deszczu jednak zamieniły się w śnieg a śnieg, zmienił świat w zimowy. Wielce byłem rad z tego powodu, choć patrząc na 1,2 stopnie na plusie, nie liczyłem, że cokolwiek z tego białego puchu się osadzi na ziemi. Zanim jednak dobrze się obudziłem, zjadłem śniadanie i wypiłem herbatę - śnieg już na dobre zadomowił się na chodnikach a i na ulicach zaczął bielić asfalt. Gdy wyruszaliśmy z domu, padało dość intensywnie a z każdą chwila było coraz więcej osadu pod kołami. 

Po odstawieniu Agnieszki do pracy,zdecydowałem się wybrać na wycieczkę w miejsce, gdzie śnieg będzie leżał dosadniej, niż woda pośniegowa na asfalcie. Zaatakowałem więc Wieliszew, ale od dość nietypowej strony. Najpierw miałem bowiem sprawę do załatwienia na Os. Piaski. Pierwsze kilometry dały mi jednak potwierdzenie tego, że dzisiejsza jazda będzie swego rodzaju wyzwaniem. Po załatwieniu spraw w przychodni, udałem się na podboje powiatu. Roznosiła mnie ta niepisana radość z padającego śniegu. Droga techniczna oczywiście nie zawiodła, była biała, bialusieńka i jeszcze bardziej zmotywowała mnie do jazdy. Szło dość ciężko, bo śnieg był na 4 cm a po śladach kół samochodu nie miałem chęci pedałować. 

Jechałem więc sobie środkiem, robiąc zygzaki na nowo spadłym śniegu. Bliżej Komornicy, na tej drugiej części już "publicznej" drogi technicznej, śniegu było mało a więcej wody. Zmiana nawierzchni pognała mnie wiec szybciej. Jechałem, śnieg pruszył, a ja jechałem, skręciłem na Komornicę i znów miejscami dość biało. Nie wiem kiedy wpadłem na myśl, aby jechać na Dębę. Droga do Zapory to już nie sielanka. Po prostu chlapali autami a ja najbardziej na świecie chciałem aby już był skręt na Jachrankę. To tam miałem się udać w następnej kolejności. Przejazd przez Jachrankę okazał się jednak dość trudny, bo wiało bardziej śniegiem niż na poprzednich odcinkach. Nie wiemc zy to zaleta tego, że miejscowość ta znajduje się na skarpie, czy dlatego, że po prostu zmieniłem kierunke jazdy, pewne jest to, że wysmagało mnie tym śniegiem w ryj, za wsze czasy.

Postój zrobiłem sobie przed zjazdem w Zegrzu. Tam chwilę odparowałem a potem pognałem w dół chodnikiem kurząc z pod kół jak tylko się dało najlepiej. Ścieżka Wieliszewska, standardowo pysznie biała. Jadąc tamtędy znów pomyślałem, że chcę jeszcze. Zdecydowałem się wskoczyć na jezdnię i pojechałem rowerem do Skrzeszewa. Ten odcinek byl koszmarny, woda, śnieg śnieżyca, a dzień jeszcze młody, więc czym prędzej trzeba było uciekać z ulicy. Skręcam na Aleje róż i nurkuje w las. Nie nurkuje jednak w klasyczny sposób do Legionowa, bowiem znów mi coś odwala. decyduje aby skręcić w głąb pomiędzy drzewa. 

Jakie jest moje zaskoczenie, miedzy okazuje się, że  w lesie jest przyjemnie o wiele przyjemniej! Mniej wieje śniegiem, jest przejezdna każda dróżka i po prostu jest tam cisza i spokój. Jeżdżę sobie i nagle przypominam sobie, że mam aparat w telefonie, słaby bo słaby, ale muszę uwiecznić te białe dróżki i te dukty leśne. 

Wpadam na wieliszewską trasę biegową i kila kilometrów nią jadę, aby potem w dowolny sposób wybierać przypadkowe dróżki. ot tak, bez pomysłu, jadę sobie i jak mi się jakaś spodoba to w nią skręcam!










Jazda w lesie wyzwala we mnie jakiegoś demona, wrzucam na jedynkę i targam się po najgłębszym śniegu, jak jakaś bestia wjeżdżam w koleiny w kałuże zbierającej się wody i kręcę obertasy na większych skrzyżowaniach. To chyba sposób, na jakieś oczyszczenie głowy, bo sił zużywam przy tym całą masę. Nie zmienia to faktu, że sprawia mi to frajdę. W całej tej zapamiętałej gonitwie zapominam o orientacji i gubię sie w lesie. Przez kolejną godzinę będę krążył po szlakach i  szukał wyjazdu  z lasu co i  rusz trafiając na swoje ślady kół. Przezabawna sprawa, dopóki nie zachciało mi się jeść. 

Ten szlak kilka razy przecinam i wreszcie tracę orientację.

Czerwony szlak, również zmyla mnie kilka razy. 


Sposób na jazdę do upadłego w jednym kierunku kilkukrotnie niweczy droga, która skręca łukiem, gdy już mam nadzieje na wyjazd z głuszy. Wreszcie udaje mi się dostać do osiedli ludzkich i jestem zaskoczony miejscem, gdzie się znajduje. Na drodze do Chotomowa jest szaro.

Trasa Skrzeszew Chotomów

Sporo błota pośniegowego i dość duży ruch a jednocześnie paru debili co to się wyprzedzają na tej wąskiej uliczce. Zmęczony i coraz bardziej głodny, dokręcam do domu jadąc przez miasto. 

Efekt wyjazdu? Zmęczenie ale i takie ukojenie i upojenie zimowym - jeszcze - nieznudzonym krajobrazem. Końcówkę mam już średnią... jadę a śnieżyca przybiera na sile. Wieje mi w twarz dużymi płatkami śniegu, które wpadają gdzie się tylko da. W Legionowie, na ścieżkach biało toteż, w ostatnim odcinku raduje swoje rowerowe koła białym puszkiem. 



Po mieście

Wtorek, 14 stycznia 2014 · Komentarze(1)
Jazda standardowa po mieście - bez konkretnego pomysłu na trasę. Po prostu odprowadziłem Agnieszkę do pracy i okrężną droga wróciłem do domu. Ostatnimi czasy mam kryzys jazdy długodystansowej, nie mogę się zmusić, aby pojechać gdzieś dalej i nawet nie zwalam tego na pogodę, bo przecież jeszcze kilka dni wstecz była dość znośna. 

Niebawem będzie padał śnieg i będzie plucha. Nie sądzę, aby wtedy zwłaszcza pierwsze dni, nastrajały mnie do jazdy. 

Cieszyć się powinienem, że wogle coś jest.

Po szaleć z obiektywem po lasach.

Poniedziałek, 13 stycznia 2014 · Komentarze(1)
Zmotywowany ostatnimi wyczynami Olo w lasach, i ja postanowiłem odwiedzić te rejony - na myśli mam lasy, nie okolice Torunia;)
Wziąłem aparat i ruszyłem. Wiele kręciłem, wiele cykałem, jeszcze więcej razy zawracałem i tak oto wyszło kilka zdjęć i spora garść kilometrów. Była zabawa była przyjemność i sporo latania za samowyzwalaczem. Kilka razy tak się zakręciłem w lasach, że totalnie straciłem orientację. 




































Na koniec kilka foto-harców.














8 bieg-rajd policz się z cukrzycą

Niedziela, 12 stycznia 2014 · Komentarze(1)
Jak co roku udaliśmy się w styczniu na Bieg WOŚP. Jako, że ja słabo biegam, a Agnieszka ma kłopot z kolanem, bierzemy dział w tej imprezie na rowerach od 2 lat. W tym roku WOŚP bardzo mnie jednak rozczarował.

d rana zdenerwowali mnie wolontariusze, którzy postanowili, jak Jechowi chodzić po klatkach i pukali do drzwi. No ja rozumiem, że deszcz, że pada, ale u licha dajcie ludziom spokój w domach! Nie dość, że jakieś powalone panie przeprowadzają ankiety, inni znów rozmawiają o Jezusie to jeszcze WOŚP mnie pod drzwiami zastaje. Na ulicy, nie da się przejść, bo wolontariuszy jak psów, jedni przez drugich, mało się nie pozabijają, biegną do Ciebie z puszką, z dwiema, z czterema puszkami i otaczają i każdemu wrzuć pieniążka, bo to na szczytny cel.
Sam dawniej zbierałem kasę na rowerze, ale przestałem jeździć z puszką, bo uważam, że jest tego za dużo.

Później, jak dojechaliśmy do Warszawy,okazało się, że na ósmy bieg z cukrzycą w tym roku nie wpuszczają rowerzystów. Teren przed sceną, gdzie odbywała się rozgrzewka i było całe serce imprezy, było ogrodzone barierkami. Pilnujący wejść panowie, po długich ustaleniach przez radio, zdecydowali, że rowerów nie wpuszczą, bo stwarzamy - jak powszechnie wiadomo - zagrożenie. Zagrożenia nie stwarzają, psy bez kagańca ubrane w koszulki biegu,mamy z wózkami, a także cała masa nordic walking`owców. Rower jednak to śmiercionośna maszyna i musi zostać za płotem! Nie tyczy sie to osób na hand-bikach bo to inwalidzi. Hand-bike to nie rower... chyba...
W biurze zawodów, po spytaniu osób "czy to w regulaminie zapisane", że nie puszczacie rowerzystów i gdzie tak było napisane, chłopak z rozbrajającą szczerością odpowiedział: "nie czytałem regulaminu" na co dziewczyna obok "bieg to się chyba biega - prawda".

Dzięki uprzejmości dziewczyn z pokojowego patrolu - i tylko dzięki temu - udało nam się wystartować w biegu i go ukończyć... Pozwoliły nam wejść za biegaczy zaraz po starcie. Nie było problemu, nikogo nie rozjechaliśmy a nawet ludzie nas pozdrawiali. Czy to ja mam wrażenie, że to jakaś paranoja??? Po raz pierwszy od ośmiu biegów wprowadzono 20 zł opłaty startowe i po raz pierwszy nie wpuszczono na teren przed sceną wszystkich co chcieli. Nawet plecaki były sprawdzane i kontrolowane a ludzie niejednokrotnie, odprawiani byli z kwitkiem.


Po biegu i odebraniu medali nikt nas już nie sprawdzał, czy jesteśmy na rowerach czy nie. Weszliśmy bez kłopotu pod scenę. Fakt, że darła się tam niemiłosiernie jakaś pseudo wokalistka pominę. Krzyczała strasznie, jakby ją coś bolało... No niektórzy się do tego kiwali pod sceną to znaczy że to jednak była piosenka:D Zjadłem pysznego goferka, a Agnieszką kupiła sobie koszulkę wośp`ową. Szybko się zmyliśmy, bo impreza się nie kleiła, słabe granie i pogoda, która postanowiła nas poświęcić, za wejście pod scenę. Padało i wiało i było zimno.

Wyjazd z Warszawy nie przebiegł również bez komplikacji. Kupiliśmy bilet na Km do Modlina, po czym gdzieś, przeleciało mi poprzez uszy, że nie z centralnej ma jechać tylko dziś wyjątkowo z śródmieścia. mieliśmy około 15 minut więc pojechaliśmy na śródmieście. Tam upewniamy się, czy dobrze słyszałem, panie dzwonią do jakiejś centrali i mówią, że takiego pociągu nie będzie. No to znów gnamy na centralną gdzie znó - tym razem już dokładnie słyszę komunikat, że będzie pociąg z śródmieścia. Jest za 5 minut odjazd, a kolejne bieganie z rowerami po schodach nam się nie kalkuluje. Musimy oddać bilet i czekać prawie pól godziny na SKM mając nadzieje, że tej znów nie przeniosą na Śródmieście.

Udało się w końcu dotrzeć do domu. Mimo zapadającego zmroku, wiatr nie ustał i dawał nieźle popalić - choć może trafniej by było napisać "dał podmuchać".

Mizernie z dystansem, ale emocji jak za trzy takie wyjazdy:D

Z nosem w Katarze

Sobota, 11 stycznia 2014 · Komentarze(0)
Wyjazd z Katarem, wczorajsze pedałowanie mnie przemogło, i gdzieś się ten cholerny wiatr wcisnął tak, że dziś (wczoraj wieczorem również) zacząłem niedomagać. Dziś konkretnie mam hydrant z nosa i ogólnie mi uszy zatyka. Jutro jednak, choćby się waliło i paliło jadę na WOŚP. Nie ma przebacz, wiem, że będzie padało, ale co zrobić. W czasie słonecznej pogody każdy umie jeździć. 

Mały dystans, bo z rana miałem plan zostać w domu a jak Agnieszka kończyła pracę, zdecydowałem się jednak przewiać i prze smarkać trochę zatoki na rowerze.  Jaka oszczędnośc husteczek - czyż nie?

Codzienne sprawunki

Piątek, 10 stycznia 2014 · Komentarze(0)
Odkąd mam znów więcej czasu, pedałuje jak dawniej. To tu to tam, to coś załatwić. Pogoda w styczniu boska, choć takie przebiegi nie potrwierdzają tego. Pamiętam, że przy -10 takie dystanse robiłem, nie ma więc w tym nic nadzwyczajnego poza moim lenistwem. Chciałbym tak jak inni zrobić jakąś setkę, czy przynajmniej częściej przekraczać 50tki, ale totalnie mi jakoś nie leży jazda w ostatnim czasie. 

Znów kryzys mentalny...

Przejdzie, minie znów po zimie...;D

Śnieżnik na warsztat i głupota na drodze!

Czwartek, 9 stycznia 2014 · Komentarze(1)
Odpicowywanie Śnieżnika przed zimą, a jeszcze po wypadku. 
Do wymiany zostały pedały. Poprzednie połamane plastiki zastąpiły nowe metalowe platformy a`la BMX. Miały być większe, z lepszymi pinami itp, ale nie chce wydawać 100zł na pedały do zimówki, więc kupiłem jakieś tanie za 25zł szerokie. Nie są super wypaśne, ale funkcje spełniają i trzymają moje buty tam gdzie powinny, czyli na rowerze. Śnieżnik dostał też ode mnie przerzutkę przednią i manetkę. Teraz z 6 biegów zrobiło się całe 12, i nareszcie jak spadnie mi łańcuch na jedynkę - co się zdarzało gdy jechałem na ostrym przekosie - nie muszę brudzić się łapami, i ręcznie łańcucha spowrotem nakładać. 
Do kompletu dodałem, nowe hamulce na tył, klocki zmienione i rower nareszcie ma szanse na hamowanie a nie tylko zwalnianie na mokrej nawierzchni. teraz bez kłopotu mogę robić "kreski" tylnym kołem jak małolat na osiedlu. 

Całość, nazwijmy to, modernizacji dopełniłaby nowa/stara/używana korba, posiadająca 3 biegi. Rozglądam się za jakąś szotową z modelu alivio, bo mam w domu zębatki z tego modelu, ale nie mogę nigdzie wyhaczyć. Zależy mi aby największa koronka nie miała więcej niż 42 zęby. Jak nie znajdę - trudno. Obecnie mam 2 biegi działające na korbie a największa - krzywa zębatka - robi za rockring i chroni mniejsze zębatki jak matka swoje młode. 

Podsumowując sprawy techniczne. Zimówka, gotowa na mrozy i pierwszą sól. Napęd wyczyściłem troszkę z kilkumiesięcznego błota, i nareszcie zębatki mają czym oddychać pomiędzy sobą. Łańcuch pewnie już rozciągnięty, ale wymieniany był wiosną 2013 na NOWY, a więc liczę, że tą zimę przetrwa. Jak coś w zapasie mam kilka łańcuchów z letniaków, to się założy. 

Co do samej jazdy -

Deszcz na zmianę z wiatrem a do tego łubudu z nieba!:) Na ścieżce przy Warszawskich ekipa, panów w kamizelkach znów przeczyszcza/uszczelnia kanalizację i stoją te śmierdzące chemią pompy wtłaczając coś do otworów kanalizacyjnych.

Tego dnia miałem również dziwne zdarzenie. Jechałem sobie mianowicie, jak kodeks moralny rowerowy, przykazał po prawej stroenie jezdni. Było już po zmroku a do tego wiało, padało, mżyło, więc jechałem ze spuszczoną głową w dół - co by mi kropelki nie ingerowały w szyjne sfrefy erogenne. Nie było nic przede mną i nie zapowiadało się aby miało coś być. Nie pomyślcie sobie jednak, że jak jadę to nie patrzę przed siebie. Tu mam na myśli raczej, że po prostu nie było nic co by przykuwało uwagę. 

A szkoda! powinienem uwagę większą zwracać. Z naprzeciwka mnie - z mroku - pojawiła się rowerzystka. Bez oświetlenia, bez jakiegokolwiek odblasku. Samo to, że się pojawiła, raczej nie wzbudziło mego złego samopoczucia. Ona pojawiła sie po mojej prawej stronie. Czyli patrząć z punktu widzenia - jej - była po lewej. A więc, reasumując rowerzystka jechała z siatkami na kierownicy, bez oświetlenia po lewej stronie ulicy a na dokładkę - jechała środkiem pasa. 
Mało wam tego? Ha ona profesjonalnie omijała kałuże po mojej prawej, a swojej lewej stronie. 

Aż podskoczyłem, jak ją zobaczyłem, jakby mnie ktoś 12 voltami kopnął. Uciekłem na prawo aby uniknąć kolizji w kałuże a ona nawet nie zjechała tylko ominęła mnie po mojej lewej. 

I tu powraca sprawa wypadków śmiertelnych - jak widzę taką kobitkę na rowerze z siatkami, to aż się prosi, aby dołączyła do statystyk. I potem media huczą, że rowerzyści, bez świateł a rowerzyści krzyczą jak to kierowcy źle jeżdżą. Nie uważam, że kierowcy są mistrzami kierownicy, tylko czemu najwięcej artykułów jakie czytam, dotyczących wypadków śmiertelnych  pod kołami, dotyczy ludzi po 50-60-70 lat, na składaczkach?  Nie mówię, że tylko tacy giną, ale zobaczcie sobie w internecie, kiedy ostatnio zginął 12, 15,18 latek, kiedy zginął 20 latek... I kiedy giną ludzie na rowerach górskich, szosowych w ruchu miejskim.  Z mojego rowerowego i drogowego doświadczenia, widać, że co poniektórzy użytkownicy składaków, rometów i ukrain mają w dupie oświetlenie, zachowania na drodze.

Chcę, to skręcam, muszę to zawracam, potrzebuje to wjeżdżam na ulicę - moje bystre oko wieloletniego rowerzysty mnie nie zawiedzie. A co mi tam, że są zasady, ja na targ, ja zaraz tu zjadę ja przecież patrzyłam/em że nie jedzie nic. 


Potem taki kierowca ma na sumieniu rowerzystę, bo ta przysłowiowa pani z siatkami "omijała kałuże po swojej lewej stronie". Jakby się wytłumaczyła? Może powiedziała by, że ona tu "zaraz" będzie skręcała w lewo? No a może coś w stylu "ja tylko do sklepu?". I takie mamy cholerne myślenie w tym kraju. Wypijemy - bo to blisko - na rowerze bez świateł, też można bo blisko, a potem jeden z drugim pierdyknie kogoś i tragedia. Włączmy myślenie!