Ech dość już mam tej wody. Chyba wolę -10 mrozu niż to co dzieje się teraz na ulicach, chodnikach bocznych uliczkach i innych intymnych miejscach miasta. Na chodnikach woda, nieodmrożone do końca hałdy lodu. Ścieżki rowerowe raz oblodzone a raz nie. To zależy od agencji mieszkaniowej, która wyśle pana Genka z łopatą. Jak był śnieg, to to co udeptali ludzie to się tylko wyrównywało i git. A jak teraz odwilż to całe to udeptane COŚ, zamieniło się w lód. Na drogach wcale nie lepiej. Wody potoki, całe jeziora, i co? Cały śnieg odgarnięty na studzienki. I zamiast tą ekipę z PWiK wysłać, aby odkuła te studzienki zawalone śniegiem, to nieee. Wodą chlapią po 20m w górę auta, bo nie ma gdzie ściekać.
Na trasie po Agnieszkę i z Agnieszką, spotkaliśmy Kesa. Nie bylo czasu pogadać bo było po 18ej i nam by sklepy pozamykali. No to pojechaliśmy dalej.
Wkurza mnie jak po raz kolejny dyskutuje się o naszym "zboczeniu" jako o jakimś psychicznym odchyleniu. Ile można słuchać o sobie i rowerze jak o czymś "dziwnym".
- co ja im będę mówić, przyjechali rowerami i już. Jakby nie bylo autobusów - taka zimnica, woda, latem to tak, ale zimą...
No szlag mnie trafia, jakby mnie tam nie było a siedzę dwa krzesła dalej. Dwie mamuśki gadały jakby to co robimy było sportem ekstremalnym
- My chcemy rowerami, tak trudno wam to zrozumieć? My rowerami wy samochodem - przecież macie autobus są święta, można jak ludzie, a wy na tych rowerach. Tyle wody, błoto... - co chcecie przywieźliśmy ciuchy przebraliśmy się, a po samochód też po wodzie iśc trzeba - ale to sucho to to to tamo to sramto!
Ludzie zlitujcie się. My naprawdę wybraliśmy sobie takie życie. jeździmy bo lubimy a nie bo ktoś nas zmusza. Nie dotarło to do waszych mózgownic przez te kilka lat? Ja nie wiem że matka nie potrafi z ojcem zrozumieć mojej pasji po 5 latach. Takie gadki to jeszcze były zabawne jak zaczynałem, ale teraz? Potraktujcie to do jasnej cholery jak coś normalnego! A jak nie to nadal będę przyjeżdżał rowerem, aż się wam opatrzy do znudzenia!
Rower – pojazd napędzany siłą mięśni osoby nim kierującej za pomocą przekładni mechanicznej, wprawianej w ruch (najczęściej) nogami.
Pierwotnie nosił nazwę welocyped oraz bicykl i podobnie nazywany jest w większości nowożytnych języków europejskich. Obecna polska nazwa pochodzi od brytyjskiej firmy Rover, która dawniej produkowała rowery.
Zaiste płynąłem. Mało tego, że płynęliśmy to ja jeszcze nawet próbowałem latać! Droga powrotna z Świąt, była trudna, była ciężka, była wyzwaniem, była śliska, była mokra i pewnie "była" jeszcze kilka razy.
W sobotę droga była fajna, biała bialusieńka i lekko zmrożona. Nie bylo okazji pokazać wam tych cudnych widoczków to macie dziś, jak za oknami odwilż - zacnie będzie nacieszyć wzrok takimi widokami:
Agnieszka udaje Nowaka;)
Szklanka była ale jakie widoczki!
Accent Śnieżnik
Święta święta i odwilż... w jedna noc z -14 zrobiło się +4
Kiedy lód pokryła woda a głębsze partie wypełniła woda z odwilży zrobiło się lodowisko. Niby jedziesz prosto, ale czujesz, że jakikolwiek skręt powoduje przyziemienie. I tak jakieś 300m od wyjazdu za bramę od Agi wypadam z koleiny wprost na niby-nie-lód i mnie kładzie. Nie wiem kiedy znalazłem się na ziemi. Huknąłem kolanem aż mi się ciemno w oczach zrobiło. A może to kara, że w święta w modlitewniku nie byłem? Łaska pańska mnie na kolana powaliła - mnie nikczemnego grzesznika!
Dalej jechało się wolno czasem 10 czasem 15 km/h... woziło rowerem a na drodze bywało o 2 do 3 kolein. Więc jechaliśmy jedną z nich. Najgorsze jak kierowcy czekali ze zmianą koleiny do samego końca i wyprzedzali nas na tzw "pług" a breja spod ich kół lądowała wprost na naszych nogach.
Trasa ciężka a do tego jeszcze doszedł silny zielony wiatr w twarz. Co tu dużo mówić. Było bossko ;D
Posoki z nosa ciąg dalszy, jak tak dalej będę smarkał to się odwodnię... Kolan po upadku dopiero teraz zaczyna boleć, ciekawe co sprawiło, że przypomniało mu się o boleniu 37km później.
Od przedwczoraj dudnię w chusteczki, papiery toaletowe jak jakiś trębacz. Leje mi się z nosa i nie mogę tej posoki zahamować. Dziś może uda się ja troszkę przytemperować podczas 37 km powrotu ze świąt, ale nie liczę na jakieś super efekty. Wilgotne powietrze odwilżowe raczej nie pomoże, a może pomoże?
Tak czy inaczej jest wesoło bo płaczę jak na jakimś romansidle a z nosa lecą mi potoki wody. Święta i główny mada-faka świąt (wigilia) już za mną. Wiadomo wszyscy się do Wigilii szykują a 1 i 2 dzień to już obiadki i obiadeczki. Więc mniejszy kaliber! Swoją drogą zauważyłem, że święta przebrzmiały już troszkę niż jak bylem dzieckiem. Teraz inaczej na nie spoglądam niż wtedy. Kiedyś to się chodziło nakręconym jak mały samochodzik, czekało się na wsuwanie opłatka, prezenty a teraz? No sami wiecie - jakoś tak inaczej. Niby klimat jest ale to nie ta sama prosta radość co dawniej.
Jak wam minęły te święta? Mocno pojedliście na Wigilii? Opowiedzcie coś, napiszcie a możecie nawet narysować
Jak to w święta bywa, święta same organizują mam masę rowerowych przygód. My także skorzystaliśmy z rowerowych atrakcji i pojechaliśmy na północne Mazowsze w świątecznym "last minutę".Droga przeplatana była udziałem pociągu, ale poranne -16 zdecydowanie było za niskim wskazaniem jak na łączne 37km. Wybraliśmy więc kompromis i ruszyliśmy z Chotomowa do Pomiechówka.
Są zdjęcia ale nie jestem u siebie i nie mam jak wgrać:P
PS. Wczoraj walczyłem z zamarzniętymi szybami na balkonie (takie przesuwane) i mnie zawiało... dzisiejszy cios w lód suszarką dopiero pomógł. A wczorajsze harce dziś mnie rozkłada coś... ech niedobrze się czuje. A tu święta!
Okres świąt to zawsze czas totalnego zalatania. Życie zaczyna pędzić przez te kilka tygodni, jak w jakiejś kolejce górskiej. Święta Wielkanocne to już mniejsza "jazda", ale te grudniowe? O rany! Ludzie łapią misję, ciasta wypieki, prezenty, zakupy, byle szybciej, byle lepiej, byle na "już" a nie na za chwilę... Każdy ciągle nie ma czasu, każdy musi już iść, musi już gdzieś jechać już coś zrobić. Bo już za 2 tyg 1 tydz za 5 dni wigilia. Czasem zastanawiam się czy to właśnie same święta nie miały być końcem świata. Lubie ten okres, lubię choineczki, lubię taki klimat jak ozdobione są ulice, tylko takie zabieganie trochę mnie przytłacza. Jakby porównać ten okres do zwykłego tygodnia w styczniu, czy lutym to totalnie inny świat. Choinki na śmietnikach, ozdób mniej a ludzie "szarą masą" do pracy jadą. Nikt już się nie spieszy i każdy czeka na wiosnę i kolejne kurczaczkowo jajkowe święta. Dziś wycieczka do Chotomowa z prezentami potem do Babuni i Cioci potem do Rodziców na obiad. Powrót przez ul. Kwiatową do domu. Standardooo.
Ostatnio w geście mikołajowym otrzymałem takie cudeńko. Radości mej nie ma granic i dziś po kilku dniach wreszcie zrobiłem pierwszy test. Nadal nie mam wczepu rowerowego, ale mam nadzieje niebawem takowy posiąść.
Dziś urządzenie jechało w kieszeni a w lesie momentami trzymałem je w dłoni. Spostrzeżenia. Zaczytany ślad widać doskonale. Mimo wcześniejszych obaw, że ekranik jest mały, widać go bardzo dobrze nocą. Jak to się ma w dzień? No tego jeszcze nie sprawdzałem.
Najważniejsze, że mogę sobie wczytać trasę po dowolnie bocznych drogach i nie będę musiał nawet się zastanawiać, gdzie mam skręcić, bo mi urządzenie zwyczajnie pokaże "gdzie kreska" skręca.
Jazda nocą nabierze całkiem nowego znaczenia;)
Szkoda tylko, że dziś tak mnie zmroziło... Dawno tak zimnego grudnia nie było...
A co do końca świata?
NIC SIĘ NIE STAŁO, POLACY NIC SIĘ NIE STAAAAAAAAŁOOOOOOOOOOO!!!!!!!!
Wieczorny wypad po Agnieszkę okazał się wyzwaniem. Już pomijam, że miałem na bagazniku wieniec bo odwiedziliśmy dziadzia grób, ale mróz -14 stopni za oknem zdecydowanie kłóciły się z prognozami Wilka, który mówił, że ma przed świętami ma iść odwilż.
No i pojechałem nowy napęd działa dobrze, ale muszę poprawić przednie koło, po upuszczeniu ciśnienia wentyl jest pod ostrym kątem. Nie wiem skąd jego "zboczenie" ale zobaczyłem to dopiero dziś jak chciałem pompować koło. Tak więc z przodu nadal niskie ciśnienie. A z tylu powiedzmy sobie "zwyczajnie". Pisząc posta kończę butelkę Dorato w imię radnosnego tytułu magistra.
Mało kiedy pijemy alkohol sami w domu, ale dziś mnie naszło i jest szampan w domu. Aga to raczej mało pijąca, więc zwyciężam butelkę nieomal samotnie a jednoczesnie biorę udział w skomplikowanym dekorowaniu pierników lukrem. I wiecie co? Nieźle mi idzie! ze 20 już udekorowałem, tylko dno w butelce już tylko zostało!
Pozdrawiam radośnie lud uczący się i rowerujący. Niech wam się wiedzie!
Nie mogłem znieść jak mi skakał ten łańcuch, jak walił i dudnił, na pierwszym biegu dało rade jechać a reszta, 2 i 3 to nawet na pedały nacisnąć nie byłem w stanie.
Podjąłem kroki, bądź co bądź RADYKALNE.
Ze starego supermarketowego roweru, który stał od dawna w piwnicy pobrałem napęd. Rower miał swoje lepsze i gorsze chwile, kiedy to moja mama "łapała fazę" na rower i... kończyło się tylko na: "napompuj mi koła bo w weekend pojadę z tobą na rower. Potem zawsze było coś.
Troszkę mi zajęła przekładka napędu, ale nowy ściągacz do kobr sprawdza się doskonale!
No i pozbawiłem rowerek koła tylnego i korby oraz łańcucha. Ha teraz Accencik śmiga! A dawca, cóż...:)
Dzień w którym zatrzymała sie ziemia, dzień w którym zostałem magistrem, lub po prostu 19 grudnia dwa tysiące dwunastego roku. Nie zmienia to faktu, że to dziś.
tak wyglądałem przed obroną.
a tak po...
Widać, że odeszły mi stresy:) HA. Teraz tylko dożyć do 65 roku życia i emeryturka!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.