Po mieśćie i na zakupy

Sobota, 21 lipca 2012 · Komentarze(1)
Na zakupy po kabaczka i do babci złożyć życzenia imieninowe. Była totalnie zaskoczona i strasznie się ucieszyła. Naprawdę miło było widzieć szczery uśmiech na jej twarzy, gdy wpadliśmy do niej z ptasim mleczkiem. Pogadaliśmy ponarzekaliśmy i wypiliśmy Colę.

Później na bazarek po kabaczka, pomidorki i paprykę...

Po mieście jazda to bardziej pojeżdżakwa, czy już wyjazd innego rodzaju? Rozważam bowiem dodanie jakiejś nowej kategorii i nie wiem w sumie czy to gra warta świeczki.

Do pracy dzień 52! - Niech stanie się światło...

Środa, 18 lipca 2012 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Dzień jak co dzień. Szarość poranka i nudność wieczora, lub raczej wieczoru. Wszystko to przeplecione delikatnym ściegiem rowerowego szyku.
Dojazd o poranku nie wyróżniał się niczym szczególnym, po raz kolejny trafiłem na fale czerwonego i miedzy sygnalizacją próbowałem nadrabiać

O tym, że w tych wpisach nie piszę tylko o rowerze zdążyliście się pewnie już przyzwyczaić. A więc jak to ostatnimi czasy bywa i teraz nie będę odbiegał od standardu i pójdę w duchu konwencji Wiedeńskiej:
opis dojazd/praca/opis powrót.

Z dnia pracy bankiera. Zespół wyżów opłat odszedł w kierunku bieguna, ostre burze frontalne i płatniczo-komorne przesunęły sie na południowy zachód. Nad nas transakcyjny kraj jednak nadciągnęły inne złe fronty. Kolejna osoba w naszym zacnym oddziale postanowiła wyrazić swoje negatywne zdanie na temat, tego jak się nim zarządza. Licha konstrukcja krzywej i tak już wieży chwieje się w posadach. Drży cały półświatek bankowy, bo dotychczas deptane głowy zaczynają gryźć bose stopy, które po nich skaczą.

Swoją droga zaskakujące jest jak to wszystko pięknie wygląda od strony klienta. Piękne oddziały, szklane pomieszczenia, anioły komputery i podpisy na szkle. Wszystko to aby jednoznacznie i ostatecznie uszczęśliwić i połechtać percepcję klienta. Aby klient czuł, że jest kimś więcej niż tylko pieprzonym zarobkiem dla głodnych zysku hien bankowych.
Aby pełnią serca czuł, iż jest nam jak brat a nie tylko kolejną nie-wziętą pożyczką. Gdy słyszę, te epitety:
"witam serdecznie, w czym mogę panu pomóc, jak mogę panu służyć..." to uśmiecham się wewnętrznie, myślę że najtrafniej powitać go wprost tym czego od niego oczekujemy.
"Dzień dobry Panu wszedł pan w strefę, pobierania pożyczek, kart kredytowych i kupowania produktów strukturyzowanych, które to pozwolą nam zarobić a panu w sumie może przy okazji pomogą w życiu. Nie interesuje mnie pana sytuacja rodzinna, niech pan wygodnie usiądzie, zaraz panu coś wcisnę..."

Klient porażony naszą bezpośredniością zapewne, rozpłącze się żewnie i z miejsca weźmie kredyt z ubezpieczeniem i dwa limity odnawialne w rachunku.

Uświadamianie potrzeb, to podstawa sprzedaży, im bardziej uświadomimy klientowi nasze potrzeby, tym większa szansa, że będziemy mieli czyste sumienie...i z czystym sumieniem coś mu sprzedamy!


Powrót.

Zacny i dynamiczny już o 19 byłem koło estakady i mknąłem premia górska na most północny. Mijający mnie na ścieżce (tak na ścieżce) radiowóz, nie wykazał zainteresowania mną, obawiałem się czy nie wykaże owego, gdy wjadę na moast, ale prowadziła policjantka, więc urokiem osobistym tylko kazałem jej "odjechać". posłuchała mnie i posłusznie pojechała przodem w błękitnym pojazdem i zniknęła za horyzontem.
Na moście północnym 47km/h czuje, że to byl mój dzień. :) A tak naprawdę, mam gdzieś średnia jaką uzyskałem, było szybko bo w domu czekało jedzenie, a to wystarczająca motywacja dla wygłodniałej transakcyjno-bankowej bestii.

Do pracy dzień 51! - Plotki, tajemnice intrygi....

Wtorek, 17 lipca 2012 · Komentarze(1)
Kategoria Do pracy!
Praca, zespół obowiązków prowadzących do przychodów finansowych, liniowo związanych z wzrostem statusu majątkowego.

To także ciąg zwyczajów przystających tylko osobom pracującym, mającym na celu utrzymywanie więzi miedzy osobami w jednej gromadzie pracowników.
Wyróżniamy miedzy innnymi:
* opierdalanie się
* nic nie robienie
* udawanie pracy
* przekazywanie pracy koledze
* obrabianie dupy szefa/szefowej
* obrabianie dupy koledze koleżance!

Dziś wśród pracowników pewnej instytucji finansowej, w pewnej miejscowości stołecznej pewnego kraju... wyszła na jaw pewna tajemnica. Wszystkim dobrze znana, bo koleżanka owej instytucji chcąc skrzętnie ukryć ja przed szefem, który był kobietą, opowiedziała ją wszystkim ze swoich kolegów. Dzięki temu zmyliła czujność kierownictwa! Jak trudno było dziś zgadnać, kim była osoba, której owa tajemnica wyszła z ust do szefowej? Jakże dziś instytucja byla pełna domysłów, wrogich spojrzeń i zgadywanek i wyliczanek.

Ene due dwa dolary
Dzisiaj ty puściłeś parę!


I głowiła się społeczność cała, w wielkim wszechobecnym oburzeniu, kto i dlaczego doniósł o wielkiej tajemnicy szefowej.Jakże mnogie były dziś domysły, jakże bujne rozstrzygnięcia dochodzeń wewnątrz pracowniczych. komisje śledcze to przy naszej grupie, się chowają.

"ona była dziś u niej... ona jej gadała... bo ja pamiętam jak szefowa dowiedziała się o bluzce Kasi, to ona tez wtedy pracy była!"

I ruszyła husaria, trzepocząc pióropuszami, tłumnie i dostojnie pomknęła w domysłach jakim to złym pracownikiem jest ONA. Nagle wychodzą na jaw inne powiązane sprawy i jeszcze trafniejsze drobne szczegóły.

"Miała ta niebieską bluzkę wtedy, i ona jest nie zgodna ze standardami, a szefowa jej nie kazała zmieniać..."

I nieomal już pewni, kim był przeciek, pogrążaliśmy się w coraz to głębszych linczach i pomysłach na zemstę. W grupie wrzało! Iskry krzesane przez czarnowłosą wzbudzały zapłon na podatnym gruncie, pośród posuchy pracowników jaka ją otaczała. Lud pracujący wiedział już kim był ten ktoś, kto zdradził partię...

Nie ma przebaczenia, nie ma nadziei na odkupienie, zdrada jest zdradą... największy honor to sepuku. Tylko to może uratować "tę co zdradziła" od oczyszczenia swojego lica z bieżma zdrady!

Gdy więc sytuacja ucichła, a w gronie spalonej ściółki domysłów i przesłanek zostaliśmy tylko my sami, bez "tej co została zdradzona" nastąpiło odrodzenie. Młode źdźbła w płonącej jeszcze chwile temu gniewem gromadzie ludzkiej, zaczęły zielenić się.

"sama sobie winna po co gadała...
Tak głupia, mogła się nie chwalić...
Ona chyba nie normlana, sam bym się nie przyznał nawet że takie coś planuje..."

I Natura zatacza koło, wypalona ziemia odradza się nowymi pędami i szykuje na przyjęcie nowych owoców i nowych ziaren, prawdy kłamstwa i zapomnienia...

Wnioski?
gdy w gromadzie wron jesteś, krakać musisz jak one
gdy z nimi nie kraczesz, słabo umiesz udawać Wronę
by w stadzie pozostać, i dziobać ziarenka gromadnie
kracz z nimi jak kraczą, kracz jak ci tylko podpadnie
i nie myśl o tym, czy kraczesz tam z sensem
krakanie gromadą to sztuka, kracze więc jestem!

Do pracy dzień 50! - Okrągła rocznica

Poniedziałek, 16 lipca 2012 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Do pracy po raz okrągły, pięćdziesiąty zerowy!
Statystyki są powalające!

1896 km
49 wycieczek
38.70km na wycieczkę




Sam lipiec także w tych barwach nie jest wcale taki lichy!
Mam już:
8 wycieczek w tym miesiącu
dających łącznie 303,71km
czyli około 30 % planu
Wszystko to samymi dojazdami do pracy.

Czas do domu....

Niedziela, 15 lipca 2012 · Komentarze(0)
Kategoria Na Zaborze
Po dobrze przespanej nocy, pysznym śniadaniu. Po kilkunastu minutach pucowania roweru z piasku i wydmuchiwaniu ziarenek z najmniejszych szczelin. Po krótkim kursie strzelania z wiatrówki do puszek i po pysznym obiedzie.

Po 5 kilometrowej wycieczce po piwo i lody do sklepu, po oczywistym zjedzeniu owych lodów. Po tym wszystkim można było dopiero zacząć myśleć o powrocie.

Załadowani w sakwy, udalismy się więc w drogę kierującą nas do domu. Jak to u nas jednak bywa, nie wiodła ona wprost w miejsce gdzie mieszkamy. Zrobiliśmy bonusową trasę, to tu to tam. Wyszło prawie 60 kilometrów i wszystko co zobaczyliśmy było fajne!

Na Zaborze - Deszczówka dobra na średnie dystanse

Sobota, 14 lipca 2012 · Komentarze(0)
Kategoria Na Zaborze
Dzień w pełni rowerowy, choć poranek nie zapowiadał tak przekornego tytułu. Było słonecznie, jakieś obłoczki krążyły po niebie a dzień w sumie wiał nudnym "standardowym dniem".

Po Agnieszkę do pracy jechałem w bluzie i szybko musiałem się przebrać bo słońce wyciskało siódme poty. Gdy wróciliśmy z zakupów dzień kusił błękitnym niebem. Miałem jeszcze jednak kilka rzeczy do zrobienia. pogrzebałem na przykład w kodzie mojego bike-loga i zmodyfikowałem szatę graficzną. Specem od Ha Te Em El nie jestem, ale względnie osiągnąłem swój cel:) Choć zawsze jest jeszcze coś co można poprawić.

Druga cześć tego wpisu mogłaby się nazywać - "a miało być tak pięknie". Wyjechaliśmy z domu o siedemnastej i ruszyliśmy na północ. Nie zdecydowaliśmy się na glówną a na równoległą do niej boczną trasę. Pogoda nad nami była przystępna, świeciło słońce a wiatr wiejący w plecy pomagał w pedałowaniu. Nagraliśmy kilka ujęć kamerką może kiedyś w przypływie weny zmontuje z tego jakiś materiał.

Gdy wróciliśmy na trasę Jabłonna-Nowy Dwór, po lewej stronie z nad horyzontu widać było lekko ciemne chmurki. Nic nie wskazywało, że deszcz popada. Nie ujechaliśmy jednak więcej niż kilka kilometrów i z lekko szarych chmurek zaczęło kropić. Uciekliśmy na przystanek i lunęło! Padało jak z prysznica przez dobre kilkanaście minut. Cóż, tak bywa czasem.

Dalej jechaliśmy już bez deszczu.
"Dobrze, że na głowę nie leje" - powiedziałem roześmiany a strugi wody ściekały mi z policzków. Nie mam bowiem we Francy błotników a mokra jezdnia dawała piękny pióropusz wody. Minęliśmy Nowy Dwór i przez Bronisławkę - malutką miejscowość - dojechaliśmy do Pomiechówka.
Nie dało rany jednak dotrzeć do celu, znów lunęło. Szybko znaleźliśmy jakiś przystanek i schroniliśmy się na nim. Nie zanosiło się na to że przestanie padać a zimny wiatr powodował, że i tak już mokry, dygotałem z zimna. Zdecydowaliśmy się jechać mimo deszczu, bo do celu pozostało nie wiele. O ile swojąc na przystanku rzeczywiście padało i powoli ustało, o tyle podczas jazdy znów sie wzmogło i nabierało siły.

Sunęliśmy więc w regularnym deszczu cali zmoknięci i obciekający wodą i im bardziej nas moczyło, tym więcej frajdy z tego mieliśmy. Było mi zwyczajnie wszystko jedno, ale przede wszystkim sporo cieplej! Nie ważne że w butach już woda chlupała. Złapaliśmy totalną fazę na deszcz, atakowaliśmy największe kałuże, a nogami rozchlapywaliśmy wodę jeszcze mocniej.

Ostatni, no może przedostatni, odcinek wiódł przez polne drogi. Oncinek ten określany przez lokalnych mieszkańców jako "Góra Wólka" to droga wiodąca przez pola. Jest to dość malownicza piaszczysta dróżka, wyjeżdżona w lekkim obniżeniu pomiędzy polami. Odcinek ten, wiedzie nie po płaskim lecz pod górkę i to dość stromą, jak na te opony i warunki pogodowe. Gdy więc wjechaliśmy na nią, droga nie przypominała już szlaku dla maszyn rolniczych, a rwący strumień. W obniżeniach gdzie kołami jeżdżą pojazdy płynęły rzeki a rower rozcinał tylko szumiącą wodę niczym motorówka.

W ustach miałem piach,na policzkach bryzgała mi woda z błotem a cienkie slicki, ślizgały się w namokniętym rwącym blotno-piaszczystym potoku.
Było to jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Nie zmiennie jednak sprawiające nam multum radości. Gdy ostatni kilometr jechaliśmy już asfaltem, deszcz jak na komendę przestał padać, a nad nami pojawiła się równa linia wyznaczająca koniec deszczowego frontu, jaki właśnie nad nami przeszedł.

Do końca dnia było już pogodnie. przebrani i wykąpani siedzieliśmy patrząc za okno i śmiejąc się ze swojej rowerowej przygody!

Do pracy dzień 49! - Koniec tygodnia...

Piątek, 13 lipca 2012 · Komentarze(1)
Kategoria Do pracy!
Do pracy po jednodniowej przerwie udało mi się dojechać wreszcie rowerem. Wczoraj pogoda zrobiła mnie w jajo i gdy rano padało wieczorem było całkiem przyzwoicie;)

Dziś poza trasą do pracy, miałem również wizytę u lekarza... moje ciśnienie jednak jest zbyt duże i czas włączyć jakieś stabilizatory. No zobaczymy czy wpłynie to jakoś na moje samopoczucie i siłę na rowerze. Nadciśnienie na pewno nie pomaga mojemu organizmowi, więc trzeba było się tym zająć!

Po ciężkim i nudnym jak flaki z olejem piątku, można wrócić do domu i obejrzeć jakiś film... ech praca... czy ona kiedyś i komukolwiek dawała satysfakcję? Nie wyobrażam sobie jak można pracować 50lat;) ciekawe co los przygotuje dla mnie w tej kwestii.

Puki co satysfakcja jest o tyle, że każdego dnia pracy mogę dzielić ten niejako nudny, trudny i niewdzięczny obowiązek z rowerem, co w średniej ważonej daje wynik względny i raczej na plus, jednak bajka to nie jest ani nawet podrzędny komiks... pracować trzeba aby mieć na większe wyprawy! A pieniądze na ulicy nie leżą;)


&feature=fvwrel

Halleluja i do przodu moi mili! Trzeba spędzić ten weekend tak, aby kolejne tumany, tumanów i sierściuchów w kolejce z rachunkami nie wywracały mojego systemu nerwowego do góry dnem.
Dzieciaki wymiatają!!! Uwielbiam ten kawałek w ich wykonaniu! Ech chciało by się mieć taki głos i tak śpiewać. Niestety, umiem tylko jeździć rowerem:)
Tym optymistycznym akcentem zostawiam was tu i kładę się spać!

Do pracy dzień 48! - Nigdy nie wiesz gdy nadejdzie koniec [*]

Środa, 11 lipca 2012 · Komentarze(1)
Kategoria Do pracy!
Gdy wyjeżdzałem z domu, nie wiedziałem za bardzo jak się ubrać. Zdecydowałem sie jednak nie przebierać i ruszyłem standardwo do pracy. Gdy byłem jakieś 400metrów od świateł w Jabłonnie, rozległ się HUK trzask i usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Gdy wyjechałem z za zakrętu, prowadzącego z technicznej trasy do świateł na obwodnicy moim oczom ukazał się taki obrazek:

Bylo świeżo po kraksie a z czarnego auta unosił się dym. Gdy tylko dojechałem pomogłem w ogarnianiu sprawy. Było jeszcze kilka osób, które asystowały. Wyjęliśmy jednego pasażera z mercedesa bo kierowca sam był w stanie wyjść. Ułożyliśmy poszkodowanego w bezpiecznej odległości od pojazdu i pilnowałem go aby nie wyrywał się z ziemi. Chciał wstawać i wyrywał się do wstawania, ale wyraźnie nie czuł się tak dobrze jak kierowca.

Nie wiem kiedy i jak szybko, ale pojawiły się karetki. Żałuje że tak mało mogłem, chyba powinniśmy więcej uwagi poświęcić kierowcy opla. Byłem przekonany, że jest w ciężkim stanie ale po prostu nie ruszają go z samochodu... byłem ciągle obok pasażera z mercedesa.
Niestety zanim przyjechała karetka ten w czerwonym oplu już nie żył. Widziałem próbę reanimacji sanitariuszy, jednak nie trwała dlugo więc jak sądze poniósł śmierć na miejscu.
Tak wyglądały dwa pojazdy po wypadku.


Kierowca Mercedesa miał zielone i jechał spokojnie prosto. Spokojnie to znaczy bez hamowania wbił się w opla - na oko miał 90 lub 100 na liczniku, co nie zmienia faktu, że miał ZIELONE. Kierujący czerwonym oplem z niewyjaśnionych przyczyn chciał "przelecieć" na drugą stronę obwodnicy, mimo, jak sądzę czerwonego światła.

Najbardziej w tym wszystkim tknęło mnie to, że w miejscu gdzie czerwony samochód wytracił prędkość, zbijając sie w bok zielonego, zazwyczaj stoje czekająć na wjazd na Modlińską. Gdybym był na tych światłach pięć minut wcześniej i jak zwykle znużony stałbym na światłach czekając na zielone, mógłbym być w nieco gorszej sytuacji zdrowotnej...

Szok! Jedziesz i nie wiesz kiedy cię coś zabije. Jedziesz sobie 100km/h trzypasmowa droga i nagle pod koła pakuje Ci się ktoś z podporządkowanej... Nie znamy dnia ani godziny...

Przygnębiający dzień...