Dzień Kobiet, dzień kobiet niech każdy się dowie, że dzisiaj święto dzień KOBIET!!!

Czwartek, 8 marca 2012 · Komentarze(4)
Poranne roztrenowanie. Trasa na Dębę z wiatrem i Agnieszką moją u-ko-cha-ną kobietą;) Tym razem ona nabija kilosy, ja zaś zmuszony jestem na uczelnie jechać na 16 na wykład. Jak mi podpasuje wiatr, to może wrócę rowerem ze Stolicy...

tak więc skromnie 30



Z okazji dnia Kobiet, wszystkim naszym rowerującym cyklistkom wszystkiego najlepszego!!!!

Jeden dzień z siodełka, ziarno pośród wieczności....

Środa, 7 marca 2012 · Komentarze(2)
Kategoria Na uczelnie
Ostatnie resztki snu rozwiał niewidzialny wiatr, który wtargnął niespodziewanie w odmęty mojej wyobraźni. Chłód jaki zapanował zmroził mnie tak silnie, że dalsze pozostawanie w stanie sennych marzeń zdawało się być nie tyle niemożliwe, co niewyobrażalnie niekomfortowe. Światło jakie ogarniało moje powieki, zawsze było niesympatycznie drażniące, tego poranka jednak ich otwieranie poszło nadwyraz sprawnie.

Poranne czynności nieomal zestandaryzowane, sprawiały mi niejako przyjemność a jednocześnie ocierały się o cienka granicę rutyny. Nie miałem jednak wątpliwości, że tak jest będzie i tak być powinno. Wspaniała kobieta, ciepła herbata i kanapki z rana. Wspólne rozmowy, sprzeczki i przepiękna codzienność.
Tego dnia poranek urozmaiciły sprawy serwisowe. Trzy z czterech posiadanych przez nas rowerów, miało flaka. Niesamowicie, nienawidzę odkrywać takich niespodzianek w dniu kiedy ów pojazd jest mi niezbędnie potrzebny. Gdy więc Agnieszka jeszcze krzątała się po mieszkaniu ja pobiegłem naprawić swój jednoślad. Szkła nie znaleziono, gwoździa też, pozostał tylko jeden podejrzany – krasnoludek!

Wczesnowiosenne słońce jest jak ten lichwiarz. Przebiegłe i cwane a jednocześnie dwulicowe. Z za szyby wiosna a na ulicy mróz i przeszywający chłód. Dziś nie było inaczej. Idąc po klatce schodowej z dwoma sakwami cieszyłem się na samą myśl, że będzie mi dane pedałować w tym blasku, który tak żwawo wdzierał się wielkimi szybami. Niestety na ulicy, mimo, że słonecznie, spotkało mnie rozczarowanie. Temperatura oscylowała w granicach -2.

- No to do zobaczenia – rzuciła Agnieszka wsiadając na rower – Wymrozi cię dziś bardziej niż mnie!
- Hej poczekaj. – Rzuciłem szybko dopinając kurtkę. Dogoniłem ją jednak na światłach przy obwodnicy. – miałaś ochotę odjechać tak bez pożegnania?
- No jasne, bardziej się stęsknisz…
Nie zdążyłem nic dodać, bo światła zmieniły się. Ja skręciłem w Lewo a Agnieszka pomknęła na wprost.

Asfaltowa monotonia przytłaczała mnie niejednokrotnie na tym odcinku. Jednak tego poranka, wyjątkowo cieszyłem się z wyjazdu rowerowego. Do Warszawy mam jakieś 40 minut jazdy a pierwsze przedmieścia zaczynają się już po kilku machnięciach korbą. Sunąłem więc, roześmiany wystawiając policzki na pokuszenie słońca i mrozu. To było jednak cos innego, tak dosadnie innego niż zazwyczaj. Przez te ładnych parę miesięcy zimy zdołałem nieomal, o zgrozo, przywyknąć do zimna, zachmurzonego nieba i chlapy na drogach. Słoneczny poranek marca, mimo mrozu, roztaczał w moim sercu pierwsze wiosenne odczucia. Kotłowało się w mojej głowie a endorfiny strzelały fajerwerkami. Mimo załadowanych dwóch sakw, nie czułem oporu. Rower poddawał się moim poleceniom bez zająknięcia. Dopiero czerwień sygnalizacji przed nosem w dość drastyczny sposób wyrwała mnie w błogostanu w jakim się upajałem.


Na przystanku nieopodal ratusza co rano zbierał się niemały tłumek. Niejednokrotnie przy gorszej pogodzie, lub braku czasu zajmowałem miejsce wśród tych ludzi. Z zaciekawieniem zawsze obserwowałem wszystkich. Schemat zawsze ten sam, błagalne spojrzenia utkwione w dali, w nadziei na nadjechanie autobusu. Jak zahipnotyzowani, bezimienni wobec siebie tłumnie wpatrzeni w dal przypominali posągi codzienności. Co jakiś czas ktoś tupał z zimna, inny puszczał opary dymu z papierosa. Tak różni a tak podobni do siebie i tak samo wobec siebie obcy. Mijając ich miałem ich na wyciągnięcie ręki a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że jutro nie rozpoznam ani jednej z tych twarzy, choćby stali w tym samym miejscu i odgrywali te same role.

Ryk silników porwał mnie w dalszym pędzie. Na horyzoncie na tle wczesno porannego, sinego nieba, majaczył się dumnie komin elektrociepłowni. Majestatycznie górując nad budynkami wokół puszczał pary dymu, jak ogromne cygaro. Wschodzące słońce eksponowało biało czerwony tułów sprawiając wrażenie jakby totalnie nie pasował do tła na jakim się przedstawiał.

W okolicach przeprawy mostowej na Grota Roweckiego, wśród slimaków ginie zapomniany przez metropolię kościółek. Otoczony zewsząd drogami jest tak spłoszony osamotniony i odcięty od swoich naturalnych włości.



Z dojazdowej i wlotowej droga zmieniła się pod moimi kołami w chodniki i śnieżko chodniki śródmiejskie. Tysiące kilometrów po głównych ulicach stołecznej metropolii sprawiły, że dwa lata temu przerzuciłem się na nieco mniej uczęszczane przez samochody chodniki i szlaki o znaczeniu rowerowym. Nie zauważyłem, wielkiego wzrostu czasu dojazdu a zaoszczęściłem sobie nerwów i mogłem cieszyć się z obserwacji ludzi dookoła.

To zaskakujące jak wiele umyka nam gdy gnamy szosami, dwupasmówkami i autostradami. Skupieni na swoim pasie, próbujemy tylko nie zostać zepchnięci do rynsztoku, wpatrzeni w mostek i wycinek pola przed przednim kołem, jedziemy jak w transie. Schemat zamyka nas w kajdany nudy. Światła szosa, uwaga na tych z prawej, uwaga pas do skretu w lewo, znów światła, klakson, wulgaryzmy, i znów asfalt…
Jazda opłotkami, jeśli można tak nazwać to po czym się poruszam w drodze do szkoły, jest z goła ciekawsza. Czasem nie grzeszy, faktycznie dobrą nawierzchnią, jednak ile tam się dzieje! Dziś mknąć wzdłuż Wisły, widziałem wiewiórkę. Zwolniłem aby jej się przyjrzeć. Mała ruda, trzymała w łapkach jakiś orzech, lub łupinę. Susem wskoczyła na ławkę, jakby chcąc bliżej przyjrzeć się mi. Mijając ją uśmiechnąłem się do siebie a kątem oka zauważyłem jak susami znika w koronie, łysych jeszcze drzew.

Zaledwie kilka kilometrów dalej minąłem budowę metra. Dwóch robotników siedziało na żelbetowym, oświetlonym promieniami słońce, świeżo wybudowanym cokole. Obaj jedli śniadanie. Pieczołowicie zrobione przez ich zony, kanapki i termos z ciepłą herbatą. Prosta rodzajowa scenka a tak niesamowicie, zbliżająca nas do tych dwóch jegomościów.

Przeciskając się pomiędzy ciasnymi i zaniedbanymi uliczkami okolic Domaniewskiej, postępu i Cybernetyki rozmyślałem, jak kiedyś wyglądała ta dzielnica. Dookoła nowe biurowce i oszklone zimne kolosy. Auta zaparkowane gdzie popadnie i tylko uliczki zdezelowane od kół zionęły dawnymi czasami. Na końcu ulicy Postępu, jakby zgodnie z nazwą, postęp się kończył. Zajezdnia Woronicza i stare o kilkanaście lat tramwaje oraz tereny przemysłowe jeszcze nie do końca wchłonięte przez inwestycje korporacyjne, dawały obraz wielkiego kontrastu jaki jeszcze można zaobserwować w naszej Stolicy.


Czasemg dzieś tam w środku siebie czuje, że chciałbym cofnąć się w czasie. gdy mniej było pojazdów a klimat w stolicy był inny, gdy ludzie kupowali w zieleniakach na bazarach a wszystko było takie jakieś wolniejsze serdeczniejsze...


po Agnieszkę do pracy przez Chotomów

Poniedziałek, 5 marca 2012 · Komentarze(5)
Do Agi do pracy ale droga Chotomowską;)





Wiadukt w Chotomowie ma już nasyp i przeprawę żelbetonową.

Czuje, że do końca tego roku skończy się laba i trza będzie dymać pod górkę. Ech kolejne podjazdy się szykują, toż ja nie po to mieszkam na Mazowszu żeby po górach latać!

WSTYD! Domagamy się, my rowerzyści Mazowieccy - punktu teleportacyjnego!!!

A było tak pięknie, tak swojsko, tak naturalnie... Ech hen w przeszłości skrył sie wspomnień czar.



Swoją droga od Chotomowa przy torach ekrany sięgają 6 metrów i są nieprzeźroczyste, no proszę ja was jedzie się jak w jakimś pudełku... Nawet rowerem jadąc nie mogę sobie popatrzeć na pociągi...

WSTYD Do kwadratu!!!!



dla Niewe:



ten czewrony to Agnieszki:P

pierwsze świeżaki na rowerach.

Piątek, 2 marca 2012 · Komentarze(3)
Dziś jadąc po mieście widziałem pierwszego świeżaka. Miał baiły rower jak z półki sklepowej prosto zdjęty, i rozwiane włosy (bez czapki). Był to napalony tatuś co przeganiał siebie, swój rower i zbolałego synka. Synek ciągnął się ledwo ledwo z tyłu a ojciec wykręcał 30km/h po ścieżce na swojej wypucowanej Meridzie. Widać bylo to zacięcie i tą werwę w oczach:) Nawet nie próbowałem go gonić. 2 ulice dalej z 35km/h nagle obaj zajechali na stację do kompresora.

Ponadto zaobserwowano kilku motocyklistów i 2 owady!


Dziś równiez była rewolucja akwarium w pracy u Agi. Ciemny biało - czarny, żwir wymieniłem na jaśniejszy otoczakowy. Przetrzebiłem nieco roślin, i wyczyściłem ile sie dało, dno z syfu - tzn chciałem powiedzieć "nawozu".


Do Akwarium zakupiono błękitno-niebieskie tło, ale jakoś go nie widać;/

przed zmianami, było za wiele roślin. Akwarium było ciemne, smutne i ponure.


Po zmianach, jak woda się odstoi będzie pieknie!
Planujemy jeszcze kupić jedną mniejszą roślinkę i posadzić ją po prawej stronie i może jakiś fajny brązowy korzeń także po prawej umieścić.

analizy i podsumowania - coś jest nie tak...

Czwartek, 1 marca 2012 · Komentarze(0)
Jeśli jedziesz rowerem i nie czujesz mocy a pierwsze muchy srają za oknem... wiedz, że coś się dzieje!!!

Jeśli nadal nie wiesz co się dzieje a muchy srają nadal - to wiedz, że szatan się tobą interesuje i idzie wiosna...

Tak parafrazując ojca Natanka zacznę ten wpis.
Ostatni wyjazd do Łodzi mnie troszkę zaniepokoił. To było "tylko" 150km a jednak jechało mi się nadwyraz źle. Noga nie podawała i brakowało mi "mocy". Zajrzałem więc kontrolnie do statystyk z zeszłego roku i przeanalizowałem ilość wyjazdów.

styczeń (2011/2012)
>30km 13/28
30-50km 1/7
50-80km 2/0
100-130km 0/0

luty (2011/2012)
>30km 12/14
30-50km 7/4
50-80km 2/2
100-130km 0/2

Niestety nie ilość wyjazdów jest powodem złej jazdy a rower jakim pokonywałem dystanse zimą. Tokaido zaoszczędził sprzęt, ale pozycja i rower jest inna. I 150km na accencie po raz pierwszy od wielu miesięcy sprawiła, że organizm nie przekładał całej mocy z nóg na pedały. Zobaczę co da kilkutygodniowa jazda na accencie, i ocenie czy poprawiło się rowerowe samopoczucie.

Porannie do Agi pracy

Czwartek, 1 marca 2012 · Komentarze(2)
Poranek dziś pokazał zmienność pogody wiosennej. Śladu po pięknym bezchmurnym niebie nie ma. Ech kiedy przyjdziesz wiosno na dobre.

Kurs do Biedroneczki na zakupeczki i krótka wizyta u Agi. Śmierć jednej z rybek w akwarium to był cios...
Glonojady złożyły za to nowe jaja, więc kolejna tura maluchów się szykuje a życie zatacza się po raz kolejny wielki krąg. Nic w naturze nie ginie tylko pływa do góry brzuchem.

Mamy też już drugie akwarium i pewnie do końca przyszłego miesiąca i je zasiedlimy. Ofiarodawca sprezentował nam 80 l, za darmo i dorzucił filtr z napowietrzaczem;) - <SZOK>

Nie ma ktoś może na zbyciu kamieni do dna akwarium?:) przyjmę każdą ilość.



Powrót do domu od Agi to było ble i fu! Całe to ble, bo jechałm pod wiatr, a fu bo jechałm ostatni odcinek przez las. A tam to jest nie tylko ble i fu ale także ojapierdole. Ojapierdole objawiało się tym, że moje slicki na błotnej i śniegowej nawierzchni latały jak pijak po sklepie z alkoholami.
Resztki grubych tafli zamarzniętych kałuż jeszcze się osiadły a wytopy z pod nich, stanowiły oryginalne stróżki w gół leśnych dróg.

Łódzkie Szaleństwo!!!

Środa, 29 lutego 2012 · Komentarze(6)
Wyjazd zamykający ten miesiąc, powstał niedawno w mojej głowie. Zaraz po tym jak zobaczyłem, ze w 2011 roku było o tej porze już całkiem nieźle z moja kondycją. Po wczorajszych opadach śniegu i zimnym wietrze średnio na jeża chciało mi się dzisiaj ruszać. Jednak gdy tylko wstałem (7:10) z za okna zobaczyłem piękne słońce i błękitne niebo. Decyzja zapadła natychmiastowa - jadę!

rower szykuje się na największy tegoroczny dystans!


to było rzeźnickie 12km;/ - przez resztę trasy napewno odczuwałem zmęczenie z tego odcinka. Średnia wyszła 18.60 na tym 12km kawałku

Do Nowego Dworu Mazowieckiego jadę pod wiatr, pomyślałem - spoko to tylko (aż) 12km. Jednak nieźle siię umordowałem. Przez Kazuń atakuję trasę na Leszno. Dalej przez Kampinos przeskakuje do Sochaczewa. Dopiero tam naprawdę zaczyna się jazda. Jednak wiatr nie jest tak lekki jak się zdawało. Niby miał być boczny - i jest, jednak mial być boczny w plecy a jest boczny - boczny.

Rynek/Plac - Sochaczew. nigdy tam nie byłem w sumie a samo miasto odwiedzałem już ze 4 razy!

Momentami więcej ów wiatr przeszkadzał niż pomagał. Tak czy siak więcej jak 22-23km/h nie dało sie kręcić. Dla mojej jazdy wielkie znaczenie miało również siodełko. W tamtym roku cała zimę przejeździłem na Accencie a w tej śmigałem na Tokaido. Du-pa odwykła od jazdy na żelowym i innej nieco konfiguracji i w monetach kryzysu dawała ostro czadu.

Ciekawa ruina tuż obok drogi. Wygląda na czyjś dom ale opuszczony. Kolumny troszkę zalatują jakimś szlacheckim dworkiem.

Od Sochaczewa przez Łowicz aż do Głowna, jest piękne pobocze. Od Głowna do Strykowa droga zamieniła się na kilka kilometrów w koszmarnie wąska a ruch na niej wzrósł jeszcze bardziej. Tiry jechały po 5 na raz i co drugi na mnie trąbił. Tam również obtrabił mnie maluszek. Jakie było moje zaskoczenie, gdy ów dźwięk okazał się wydobywać z niebieskiego pudełka. Uśmiałem się a chwile później dostałem po uszach od Scanii:)

Na jednym z postojów koło sklepu zaczepia mnie pies i objada z połowy banana. To właśnie na tym postoju widzę pierwszą muchę wiosenną! Owa bidulka ginie w czeluściach psa, zjedzona. Widać banan to za mało!


Ciekawie odrestaurowana Warszawa tak daleko od stolicy:) Charakterystyczny szary lakier, przyodziewały również ówczesne syrenki i niektóre maluszki. To było coś, pierwszy lakier, a`la metalik - nie mat!

Za wiaduktem autostradowym, spotykam swojego naprzeciwnika - Carmelianę, której dziękuje z tego miejsca za to, że zdecydowała się po mnie wyjechać aż tak daleko.



Moge tylko powiedzieć... DZIEKUJE!

Siadamy i jemy Placek Pokoju. Posileni i nieco odpocząwszy ruszamy do Łodzi, gdzie dołącza do nas Aard.

Jedziemy bocznymi drogami, do dworca aby nabić nieco więcej kilometrów, ale moje nogi już nie czuja takiego disco jak wcześniej i po drodze mimo postoju na posiłek na przystanku, trasę Łódzką kończymy na dworcu Łódź Widzew.

Dziękuje z tego miejsca reprezentantom Łódzkim za odebranie mnie z trasy i obiecuje jeszcze do was zawitać, jako tylko ciepło nastanie większe. Dziś pod koniec trasy w puchowej kurtce grzałem się jak imbryk....


Mój wierny rumak!
SUMMARISE:

Miała być główna, ale nie wyszło. To bylo do przewidzenia, taka pogoda motywuje do jazdy. Będzie największy dystans Lutego! I tym sposobem, zrealizowałem zamiar powiększenia dystansu w lutym aby był większy niż w styczniu! brakowało mi 119 a zrobielm 160! Ponad!