Dziś standardowo interwałowa jazda 3x6 po 10 minut i 3x5 po pięć minut w przekładańcu. Nie liczyłem dziś dokładnie interwałów tak jak ostatnio, bo oglądałem film. Jazda przy filmie idzie lepiej, choć ciężko pilnować zmian czasowych. Jednak jedzie się psychicznie lżej. Treningi są ukierunkowane głównie na wytrzymałość, więc skoro mam długo wytrzymać kręcenie to lepiej film niż gapienie się w ścianę. Co do jazdy, to jechałem dziś wolniej, czułem zmęczenie na początku, i nie żyłowałem prędkości jak wczoraj wieczorem. Byłem dobrze najedzony i powinno mi się jechać lżej a jednak nogi pracowały gorzej niż wczoraj. Może przyczyna była ta, że trening wczorajszy był wieczorem a dzisiejszy po 10 rano.
Kolejna cegiełka do wytrzymałości jazdy. Efektów jeszcze nie widzę, ale pewnie tętno mi sie poprawia, choć dziś nieźle się ze mnie lało:P Ciężko wyczuc poprawę, może zauważalne zmiany nastapią już w przyszłym tygodniu? Hmm kto wie?
Znów jazda wytrzymałościowa, dodałem jeden etap więcej. Czyli 5 minut lżejszej jazdy i 10 na wyższych obrotrach. Obserwacje są takie, że na pierwszym i połowie drugiego 3x6 czułem się gorzej, na koniec kręciłem już bez problemu i jakby się mniej pociłem. Czyżby mój organizm rozgrzewał się tak długo? Pewnie bez kłopotu wykręciłbym jeszcze jeden taki 5 i 10 minutowy zestaw.
Od rana, jakoś taki czułem się byle jaki. Do ostatka wahałem się czy nie zrezygnować z wyjazdu na uczelnie rowerem. W sumie zajęć już nie mam, ale notatki przed sesja by się przydały jak cholera... No i pojechałem, ale najpierw do Legionowa, gdzie przy PZU okazało się, że w sumie Aga nic nie załatwiła bo do ubezpieczenia domów potrzebny jest jakiś ważny typ co oszacuje ich wartość a to nie ten REJON... I że trzeba do Nasielska jechać do PZU do drugiego inspektoratu. Ludzie kuźwa w dobie rowerów/betoniarek i samochodów napędzanych silnikami diesla? I ona mówi Nie ten rejon. Przecież nie każe wam nikt tam dymać pieszo czy w sandałach!!!
No więc wróciłem się przez Jabłonnę/nną/nnie do domu. W sumie miałem od razu jechać boczna drogą do Wawy ale rękawiczki z pod choinki są za ciepłe na takie upały styczniowe. Zapewne na -10 będą super, jednak w taki dzień jak dziś nie dawałem rady i czułem się jakby ręce trzymał w ciepłej wodzie;/
Sama jazda po modlińskiej szła mi zacniej. Bezwietrznie było a i noga jakoś dawała. 23km/h nawet weszło na licznik. Koło ekspresowej o skok adrenaliny przyprawił mnie kierowca 511 przegubowego. Jade sobie koło budowy mostu północnego po woym "półksiężycu" tej dziwnej drogi co to ma udawać rondo i już przy samym końcu dosłownie na wyciągnięcie reki bez hamowania wyskakuje mi 511, nie wiem ile to było myślę że nie więcej niz 40cm. Aż mnie podmuch bujnął na barierki, te odgradzające ostrzegawcze z blachy. Obtarłem kierownicą ale odpukać wyprowadziłem rower, a za busem nic nie jechało.
Myślę sobie, "ja ci pokaże", na pedały i dzida, bo facet na żółtym przeleciał przez światła. Dojechałem już do sygnalizacji kiedy dla mnie było czerwone. Widziałem jak szybko rozbujana maszyna mija światła. Kierowcy wyraźnie się spieszyło, to było widać.
... ŁUP KRRR HMMM BRZĘK...
Podnoszę oczy a żółty waż mija ciężarówkę, stojąca przed nim na przystanku. Coś odbija się od naczepy tira, koziołkuje po dachu busa i rozbija się z trzaskiem na ulicy. 511 jakieś 300m dalej staje. Dopiero jak go mijałem zobaczyłem jaka drogę hamowania miał. Rozumiem, że nie chciał ludzi wywrócić w środku, ale przez szyby i tak widzę, jak kilka osób podnosi się z ziemi... Tak pędził, że zawadził o zaparkowaną ciężarówkę, stojącą na awaryjnych. Kierowca tego tira stał bok. Miał szczęście, że nie dostał obudową lusterka. poglądowe zdjęcie powered by google;P Nie wiele słyszę, bo kierowca busa z oddali tylko kręci głową zniesmaczony, natomiast dokładnie słyszę, co mówi ten z tira. "Kurwa mać człowieku to autobus, a nie wyścigówka... miałeś tyle miejsca obok"
WYjazd po Agnieszkę do pracy i oddać zagubione prawo jazdy właścicielowi:D:D
Jazda na ulicach - o niebo lżejsza niż na trenażerku. Pierwsze efekty kondycyjne powinno być czuć pod koniec tyogodnia ;D Pulsometru nie mam więc nie wiem dokładnie jak duże postępy wydolnościowe zrobie, jednak odczuwalnie powinienem widzie różnicę w "siodle"
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.