Księgowy | strona 333 | Księgowy

Na uczelnie z 6 próbkami piasku... bylo ciężko i było PIIIIIIKKKK!!!! || 61.95km

Wtorek, 20 września 2011 · Komcie(5)
Dziś pojechałem znów na uczelnie z próbkami piasku, jednak aby nie rozkładać sobie badań na cały tydzień, zabrałem się dziś obładowany aż sześcioma próbkami piasku. Jechałem na swoim Tokaido, ktróego bagażnik jest tak lichy jak stan ścieżek rowerowych w miescie. Jednak jakoś dało radę i dojechałem.

Wiecie co jest najlepsze w tym laboratorium w wakacje?(tak burżuazyjni studenty mamy jeszcze WAKACJE:D) to, że biorę kartę magnetyczną, robię PIK i wchodzę z rowerem do labka. Zamek robi "bzzz" i zamyka mnie i groma w środku:D I od tej chwili jestem panem setek słoiczków i szkiełek, kolb, butel szklanych, parowniczek, tygli, szkiełek zegarkowych i innych śmiesznych rzeczy. I mieszam, ważę i mierze i dolewam odlewam i...

ech bajka;) Lubie pracę w lab. nie chce ktos mnie zatrudnić? Pliiiisssss, będe zawsze po sobie zmywał szkło laboratoryjne, obiecuje, słowo Harcerza i Słowo słowo... słowo Adama!!!!

Wyszedłem z tego przybytku o 16.00. Do Agnieszki dotelepałem się o 17,45. potem razem na zakupki i do Chińczyka na pyszną kolacyjkę. Restauracja Złoty Smok w Legionowie wymiata. Porcje maja jak dla sumo:D


ufff no i koniec opisu...:D


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

STATYSTYKI ZNISZCZEŃ || 12.00km

Poniedziałek, 19 września 2011 · Komcie(2)
Dziś po tym jak na Lubelszczyźnie dojechałem tylna obręcz Typhoon, znów siadłem do statystyk i wiecie co? Nieźle to wygląda;)

przednie koło nazwijmy je X1 zmieniłem po około 4 latach jazdy i przebiegu 34000 km z hakiem.
Tylne koło nazwijmy je Y1 zmieniłem 21.03.2009 r czyli po18000km
Teraz Kolo Y1 uleglo destrukcji po około 25000km


ech wydatki - zima w długie zimne i mroźne wieczory zabiorę się za samodzielne zaplatanie tylnego kółka może wreszcie nauczę się to robić;)


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

LUBELSKIE ROWEROWE HARCOWANIE CZ 3 || 130.00km

Niedziela, 18 września 2011 · Komcie(0)
Kategoria Wyprawa
Dzień ostatni to jazda w zimnym słońcu z Zamościa przez wioski i wioseczki. mimo, że ubogie satelity nie może jednak na wsi zabraknać. Starcie starego z nowym jest czasem dość komicznie:


Na liściach widać powoli jesień, która zaczyna robić na nasze piękne lato zakusy:(

Opuszczając zamojskie drogi wpadamy na typowe Roztoczańskie pagórki. Co wieś to górka i 10% pojazd. Jest słonecznie, choć zimno. Pogoda naprawdę przedziwna. W czasie przejazdu spotykamy wieś Emesa, którą jadąc do Afryki załozył pewnie w tym roku.


Na trasie do lublina wygłodniały do reszty, proponuje pieczenie kartofli.

Na polach jest świeżo po wykopkach. Układamy stosik i pieczemy ziemniaczki a urwana szprycha doskonale sprawdza się jako szaszłyk i kolec do sprawdzania czy obiad „doszedł” w popiele.

Lublin to zwiedzenie obozu majdanek. Tym razem udało się nam w ostatniej chwili. Ochroniarz jedzie za nami i po tym jak odwiedzamy ekspozycje zamyka kolejne baraki. Na mnie to muzeum zrobiło wielkie wrażenie. Największe chyba wywarło krematorium z systemem do ogrzewania wody dla obozu… straszne co potrafi zrobić ideologia jednego człowieka.







Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

LUBELSKIE ROWEROWE HARCOWANIE CZ 2 || 145.00km

Piątek, 16 września 2011 · Komcie(0)
Poranek chłodny, w namiocie jeszcze ciepło, jednak poza strefą „tropik”-alną już dość rześko. Składanie obozu idzie sprawnie. Około ósmej jesteśmy już w trasie. Kierunek Nałęczów i park zdrojowy.

Harcujemy to tu to tam i opuszczamy miasto w miarę szybko.




Droga ciągnie się to w górę to w dół. Jedziemy bocznymi drogami wiejskimi, których asfalt pamięta jeszcze czasy zamierzchłe… Stratygrafia łat pokrywających nawierzchnie bitumiczne w tym rejonie, mogłaby być materiałem na niejedną pracę doktorską inżynierów drogownictwa. Telepanka na siodełku wywołuje skrywany w głębi kac. Zdecydowanie dzień wcześniej wypiliśmy za mało z Agnieszką. Kuba ma się świetnie. Dookoła znów fajne drewniane lubelskie domki.






Rozmowy toczą się luźno. Snujemy opowieści o Bałkańskich drogach przekrojowe rozważania przez o Włoskich kierowcach aż do rozmów o bycie i niebycie rowerowych społeczności. Jednym słowem jadaczka nam się nie zamyka i nie wiedzieć kiedy robi się popołudnie.

W toku całego dnia namierzamy telefonicznie Yoshko, zafrasowani jego krwawą stratą na fotelu w centrum kwiodastwa, tak modelujemy trasę, aby spotkanie było możliwe. Wreszcie udaje się nasze drogi się krzyżują i w miejscowości Stawce spotykamy się.

Jest gwarno i wesoło. Dostajemy naklejki z logo forum i próbujemy Yoshkowej nalewki (nie wiele brakowało a zabrałbym całą butelkę ;P). Ja czynię oględziny słynnego amortyzatora, który w kilka chwil usztywniam dokonując naprawy blokady w 90%. We czwórkę ruszamy kilka kilometrów razem.



Na jednej z zacnych lubelskich dróg z pod koła Kuby daje się słyszeć dziwny dźwięk. Oględziny wskazują na urwaną szprychę. Szybka amputacja urwanego elementu, centrowanie i ruszamy dalej. Na powiatowej trasie 835, Yoshko opuszcza nas.

My tranzytem, mkniemy przez Turobin i Szczebrzeszyn do Zamościa, gdzie nocujemy u mojej Siostry ciotecznej Patrycji.



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

LUBELSKIE ROWEROWE HARCOWANIE CZ 1 || 85.00km

Czwartek, 15 września 2011 · Komcie(1)
Wyjazd w Lubelskie rejony męczył mnie od wielu lat. Nie było większych okazji na postawienie tam wyprawy, czy nawet mniejszej wyprawki. W tym roku a.d. 2011 zmianie zaczęła ulegać jednak ta sytuacja. Najpierw wiosną zdobycie Lublina na „raz” a teraz wyprawka jesienna właśnie w te rejony.


Zaczęliśmy z Dęblina, gdzie docieramy przy użyciu Kolei Mazowieckich.

Radek i Kasia ruszyli dwa dni wcześniej z Warszawy. Kuba dojechał do nich w środę a my dołączamy w czwartek. Nie było jednak łatwo z odnalezieniem się na miejscu. W końcu umawiamy się w Bobrownikach i tam po wielu telefonach i ustaleniach udaje się spotkać. Pierwszy na miejsce dociera Kuba. Radek i Kasia zostają z tyłu a po 15 minutach dojeżdżają Radek i Kasia.

Robimy wspólne zakupy w sklepie. Klimat typowo lubelski, przypominają mi się czasy dzieciństwa kiedy to jeździłem do dziadków i jeździł sklep obwoźny czy momenty, gdy babcia mnie zabierała do GS-owskiego sklepiku na wsi.

Przede mną w Bobrownikach w sklepie stoi staruszka w niebieskiej charakterystycznej podomce i bamboszach jakiś, która przyszła do sklepu przez ulicę (pewnie mieszka dom dalej). Kupuje „pół kila” tego, pół kila tamtego. Jest ze sprzedawczynią na „ty”, na „kochanieńka” i na „córuś moja ty kochana”. Na końcu prawie jak za moich czasów, babcia w podomce kupuje landrynki miętowe. Wreszcie i mi udaje się zrobić zakupy.

Jedziemy na Puławy. W oczy rzuca się cała masa drewnianych domów, które pamiętam z dzieciństwa.


Dziadkowie do dziś mieszkają w takim „drewnianym klocku”. Piękny klimat mają te chałupinki. Część z nich nieco już podupadła, ale większość ma już nowe tynki i nawet plastikowe okna i przetrwa jeszcze nie jeden rok.

Na trasie do Puław Kasia i Radek zostają nieco z tyłu. Jedziemy w miare przystępnie 20km/h, jednak za nic nie możemy się zgrać prędkością. Kasia chyba ma jakąś kontuzję i kondycyjnie odstaje od nas. Przez park w Puławach, przejeżdżamy wspólnie. Podziwiamy więkli obszar parkowy.

Do Kazimierza ruszamy razem, jednak Dwójka zostaje w tyle. Jedziemy wolniej, jednak nie daje to efektów. Robimy postój, ale ich nie widać. Czekamy czekamy aż wreszcie przed samym Kazimierzem Dolnym przy sklepie dojeżdżają do nas.

Proszę o wodę z kranu zdziwiona sprzedawczynię i kupujemy coś do makaronu. Planujemy, że jeszcze rpzed Kazimierzem ugotujemy sobie. Radek i Kasia nie decydują się jednak zatrzymać z nami i jadą do miasta na pizzę.

Po około 30-40 minutach nad Wisłą, najedzeni przepysznym makaronem ugotowanym przez Kubę, spotykamy Kasię i Radka wracających z miasta. Pedał skrzypiący od początku w Radka rowerze w końcu postanawia odpaść. Rozłączamy za obopólną zgodą. Nasza trójka rusza na zwiedzanie Kazimierza a Kasia i Radek jadą do Puław szukać sklepu rowerowego zdolnego naprawić awarię.

Kilka zdjęć na rynku i próba podjazdu na Górę Trzech Krzyży.


Podjazd prawie się udał, ale końcówka po 30stopniowej ściance lessowej sprawiła, że ledwo dało rade rowery wprowadzić na szczyt.
Panorama rozciągająca się stamtąd jest cudna. Widać zakole Wisły i prawie całą dolinę nieomal do samych Puław.

Niestety Agnieszki aparat ulega uszkodzeniu. Matryca odmawia posłuszeństwa prawdopodobnie podczas robienia zdjęcia pod słońce, tryb auto zbyt naświetlił zdjęcie. Od tego momentu jej zdjęcia są wybiórczo „pasiaste” „całe białe” i zdarzają się pojedyncze dobrej jakości.

Dzień kończymy przed Nałęczowem po 85km naszego dystansu i nieco większym dystansie Kuby. Obozowisko rozbijamy w przyjemnym zagajniku.

Okazja do uczczenia spotkania, piwko i rozmowy trwają do późna czyli do 21. Podczas jednej z opowieści, chcąc pokazać jak to zaryłem kaskiem o szuter kilka tygodni wcześniej, rozbijam reką na czole swoje okulary rowerowe. Totalnie o nich zapomniałem podczas tej opowieści. Towarzystwo pokłada się ze śmiechu a ja chyba najbardziej.





Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

U naczelnie - Na uczelnie || 55.85km

Poniedziałek, 12 września 2011 · Komcie(0)
Kategoria Na uczelnie
Rowerem na uczelnie jechałem już wiele razy, stąd może moja melancholia co do tego odcinka. Tyle tysięcy kilometrów moje koła przemierzają ten asfalt na Modlińskiej, tyle razy staje na światłach , że to wszystko jest takie namacalnie MOJE. Czuje się jak w domu, jak pan i władca każdej sygnalizacji świetlnej, każdego krawężnika.

Modlińska – czyli ulica Modlących się Kierowców…

Modlących się o cud komunikacyjny chyba, bo na zbawienie ich głupich przyzwyczajeń już za późno.
Jadąc po wielokroć tym samym odcinkiem momentami nie zastanawiam się nad tym co mnie otacza. Włączam autopilota i tylko zmieniam biegi. Dziś jednak postanowiłem się poprzyglądać. Jechałem na pełnej świadomości, chwytałem każdy kamyczek każdy kwiatuszek i każdego motylka. Motylków co prawda nie było, jednak i tak chwytałem nosem uchem i skórą co się tylko zechciało w moim mózgu zarejestrować. A panicku rejestrowalo się wiele. Na przykład zarejestrowałem dziś okiem swym dokładnie jak to panna dziewanna jadąc czerwonym seatem malowała się na światłach. Inna zaś osobistość na przystanku oddawała się tanecznym podrygom z swoim partnerem. Oboje w wieku miedzy 15-17 lat;)

Co się jednak tyczy kierowców to wyraźnie widać trend statyczny, to znaczy, nic się nie zmienia odkąd jeżdzie tyle lat tym odcinkiem. Dobrze, że przynajmniej teraz mogę sobie jechać środkiem pasa przez skrzyżowania, to mi nie blokują przejazdu a wiadomo cenne sekundy to dodatkowy odpoczynek i czas na podziwianie Wisły z Mostu Świętokrzyskiego.

Dystans Mini – Fit – Madafaka!

Zanim jednak Wisła i podziwianie widoczków, na trasie mam odcinek, „maratonu”., Szutrowa droga kończy się na moim szlaku aż koło mostu Świętokrzyskiego co daje prawie 7-8km zacnego terenowego odcinka. Dawanie sobie w palnik na tym przyjemnym szuterku to już niejako tradyszon. Do mistrzów MTB mi daleko ale dziś 37km/h leciałem na jednym odcinku. Najgorszy jest kawałek asfaltu zaraz za mostem Gdańskim. No jeno same chopki i dołki jakby nie mogli tego skuć i zrobić szuterku jak na reszcie długości.

Premia górska.

Zaczyna się od Wisły i wspina się mostem (jakimś tam) aż na poziom Wiślanej skarpy. Dziś jechało mi się ciężko tam, z bliżej nieznanych przyczyn. Jednak ostatni techniczny odcinek omijający schody poszedł mi sprawnie z środkowego blatu korby. <dumny>

Pola Mokotowskie

Tu jedynym właściwym opisem będzie cytat z mojego opowiadania:
zawsze można było poznać nowe, nie znane osoby. […]
Drugą grupą dziewczyn, łatwo dostrzegalnych w tłumie ,były stylowe „Holenderki” na skrzypiących starych rowerach rodem z Amsterdamu. Kobiety te, ubrane w spódnice, spodnie, apaszki, buty na płaskim lub wysokim obcasie, emanowały zapachem perfum, który jeśli nie powalił, to na pewno porządnie odurzył przyszłego „wybranka”. Rowery jakich dosiadały były równie wyjątkowe jak ich panie. Stanowiły kunszt nieznanych producentów. Tworzone wieki temu w małonakładowych manufakturach, wszystkie były tego samego pokroju. Za czasów świetności stanowiły element emancypacji kobiet i dumę posiadaczek jednak w obecnym stanie wzbudzały niskie zainteresowanie. Jedne posiadały zardzewiały łańcuch inne kusiły lekko scentrowanym kołem, czy telepiącym się hałaśliwie błotnikiem. Jeszcze inne rowery skrzypiały przeraźliwie i donośnie. Powszechnie wiadomo było, a na pewno takie pojęcie dominowało wśród „holenderek”, że rower miejski musi być po pierwsze stylowy a po drugie oryginalny. Owa oryginalność pojmowana w dość osobliwy sposób objawiała się totalnym brakiem lub bardzo niskim, nakładem finansowym przeznaczonym na remont roweru. Wszelkiego rodzaju naprawy nie mieściły się więc w pojmowaniu owych dam w szpilkach.



:D

Z Pól do ul. Banacha już o rzut kamieniem w kierowcę, więc ostatni odcinek 200m zostawiam wam do poćwiczenia wyobraźni:D


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

P.Z.P - poczuć zew puszczy... działo się!!! || 65.00km

Niedziela, 11 września 2011 · Komcie(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Dziś wybraliśmy się z Agnieszką na rower. Nic by w tym dziwnego nie było gdyby nie to jak ów wyjazd się potoczył. Najpierw nie mogąc znaleźć inspiracji gdzie by tu pojechać długo delektowaliśmy się śniadaniem, później padło hasło „Puszcza”
Tylko zaraz, czy my mamy jakąś puszczę obok siebie? Kampinoska daleko, to w takim razie pozostaje tylko Słupecka… Myślę sobie, nuda, byłem kilka razy i w sumie „małe to”, „takie to nic”. Cóż, chciało mi się na rower „poza-miejski”
Z dala od dziuń, dzieci na rowerach z komunii i wreszcie z dala od masy składaków na drogach z koszyczkami i bez koszyczków z nasmarowanym i nie nasmarowanym łańcuchem. Powszechnie wiadomo wszak, iż w niedziele ludzie ,zaraz po kościele, ruszają na rower gdy tylko dupkę im wygrzeje. A wygrzało im dziś zadki, bo ciepło było… Suma summarum my w las a cała reszta wszechświata na ścieżki rozjeżdżać czerwoną kostkę bauma tam gdzie nas nie ma!

Przez Legionowo ruszamy na Wolę Aleksandra i szybko przemierzamy odcinek do Kątów Węgierskich. Tam przerwa na picie. Jakiś facet zatrzymuje się samochodem i zagaduje do nas choć mam wrażenie, że interesowała go głównie moja dwukołowa dziewczyna. Niby, że to my „ładujemy akumulatory” - zagaja i żartuje frywolnie – stara się być wesołkowaty i zdawkowy. Chwile coś tam gdera i życzy nam wreszcie szerokiej drogi i podobnie jak my, rusza dalej.

Zaczyna się jazda! Skręcamy do Puszczy w przyjemny szuterek. Agnieszka wygrzebała Internecie, że agroturystyczne Ranczo u Bena, może stanowić ciekawy punkt programu. Droga do rancza odbija lekko w prawo i wiedzie po luźniejszym piasku. Jadę za Agnieszką gdy nagle jej kolo przednie zakopuje się w piasku na luku drogi, blokuje się bokiem i przez kierownice robi klasyczne OTB… Nie mało strachu się najadłem gdy to zobaczyłem, Aga wylądowała na ziemi o centymetry mijając drewniany płot. Podnosi się jednak szybko i dusi się ze śmiechu zdezorientowana. Mi serducho torche ze strachu wali – fakt jednak iż cała!!!

Dalej ruszamy już rezygnując z odwiedzenia rancza. Oglądamy je tylko z zewnątrz i wracamy na szlak.

Kierujemy się w prawo szlakiem dawnej wąskotorówki. Droga z szutrowej zmienia się w torfowo-bagnisty signletrack. Ktoś jechał przed nami tamtędy konno i ścieżka wybita jest niemiłosiernie kopytami. Jadąc na Tokaido jedną ręką odganiam chmary komarów a druga staram się utrzymać podskakującą kierownicę roweru.

Po wąskotorówce nie ma śladu. Gdyby nie mapa, trudno by było sobie wyobrazić że „to to ło”, to właśnie jej dawny nasyp i pozostałość po wywożeniu z lasu torfu kolejką. Popas na słonku. Przerwa na picie i banana. Agnieszka proponuje by dalej jechać szlakiem zielonym pieszym. Z radością przyznaje jej rację i chwile później ruszamy nie rowerowym a pieszym szlakiem na rezerwat Czarnej Strugi. Droga w las oznaczona jest po „staremu” biało-zielone paski na drzewach. Zero plastikowych tabliczek i nikt tego nie zerwie. Im dalej od głównej szutrówki tym więcej pajęczyn i krzaków. Zastanawiamy się z Agnieszką czemu ludzie nie wybierają się na spacery do lasów. Jest tam tak pieknie.
Droga znika momentami w gęstych już pokrzywach a tylko na ziemi widać jest jej niezarośnięty dawno wydeptany „środek”.
Gdy wjeżdżamy dalej droga robi się szersza a pod kołami pojawiaja się kałuże. Każda kolejna wodna przeprawa jest większa, trudniejsza technicznie i… GŁĘBSZA.
Za trzecim razem nie udaje nam się przejechać „jeziora” rower nurkuje przednim kołem w wodzie sporo powyżej piasty. Awaryjne podparcie powoduje że stoję po kolana w szlamie. Przecudny zapach zatęchłej wody, chmara Komarow startująca z rzęsy wodnej i błotnista maź wdzierająca się przez otwory w obuwiu wprost do stóp – jednym słowem „Bossko”.

Jest śmiesznie, Aga i ja prujemy więc przełajem przez jeziorzyska leśne. Wyjaśnił się ewenement opuszczonego zielonego szlaku pieszego. Chyba w rybackich gaciach musiałbym tam biegać aby przejść suchą stopą.

Jedziemy hardo, przez każdą kałużę próbujemy pchać, rower nurkuje raz głębiej raz płycej. Często przenosimy maszyny bo woda sięga ponad kolana. Kolejne metry nie poprawiają sytuacji, na chwilę woda zmienia się w piach wydmowy ale szybko znów szlak zielony kieruje nas na bagno.
Wreszcie rezygnujemy i oddajemy broń. 1-0 dla puszczy. „Szlak zielony” znika pod wodą sięgającą sporo ponad kolana. Całość porasta pływająca i kołysząca się trawa a dookoła pokrzywy na 1,5 metra. Tym razem nie udało się, obiecujemy jednak wrócić tam zimą przy mrozach. Wtedy pokonamy ten odcinek do samego końca;)




Ostatni etap tu szutrowe odcinki lesne do Kanału Żerańskiego i przyjemny znany wszystkim szuterek aż do samego Zalewu. Tam, mając za świadków setki spojrzeń, umazani jak te brudne świnie z buszu czarnym błotem, jedziemy rowerami nad wodę. Mycie wzbudza zainteresowanie bo i my do wody wchodzimy w obuwiu.


Wyszedł fajny wyjazd, wyszło hardo;)

P.Z.P – Poczuj Zew Puszczy!!!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew