U naczelnie - Na uczelnie

Poniedziałek, 12 września 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Na uczelnie
Rowerem na uczelnie jechałem już wiele razy, stąd może moja melancholia co do tego odcinka. Tyle tysięcy kilometrów moje koła przemierzają ten asfalt na Modlińskiej, tyle razy staje na światłach , że to wszystko jest takie namacalnie MOJE. Czuje się jak w domu, jak pan i władca każdej sygnalizacji świetlnej, każdego krawężnika.

Modlińska – czyli ulica Modlących się Kierowców…

Modlących się o cud komunikacyjny chyba, bo na zbawienie ich głupich przyzwyczajeń już za późno.
Jadąc po wielokroć tym samym odcinkiem momentami nie zastanawiam się nad tym co mnie otacza. Włączam autopilota i tylko zmieniam biegi. Dziś jednak postanowiłem się poprzyglądać. Jechałem na pełnej świadomości, chwytałem każdy kamyczek każdy kwiatuszek i każdego motylka. Motylków co prawda nie było, jednak i tak chwytałem nosem uchem i skórą co się tylko zechciało w moim mózgu zarejestrować. A panicku rejestrowalo się wiele. Na przykład zarejestrowałem dziś okiem swym dokładnie jak to panna dziewanna jadąc czerwonym seatem malowała się na światłach. Inna zaś osobistość na przystanku oddawała się tanecznym podrygom z swoim partnerem. Oboje w wieku miedzy 15-17 lat;)

Co się jednak tyczy kierowców to wyraźnie widać trend statyczny, to znaczy, nic się nie zmienia odkąd jeżdzie tyle lat tym odcinkiem. Dobrze, że przynajmniej teraz mogę sobie jechać środkiem pasa przez skrzyżowania, to mi nie blokują przejazdu a wiadomo cenne sekundy to dodatkowy odpoczynek i czas na podziwianie Wisły z Mostu Świętokrzyskiego.

Dystans Mini – Fit – Madafaka!

Zanim jednak Wisła i podziwianie widoczków, na trasie mam odcinek, „maratonu”., Szutrowa droga kończy się na moim szlaku aż koło mostu Świętokrzyskiego co daje prawie 7-8km zacnego terenowego odcinka. Dawanie sobie w palnik na tym przyjemnym szuterku to już niejako tradyszon. Do mistrzów MTB mi daleko ale dziś 37km/h leciałem na jednym odcinku. Najgorszy jest kawałek asfaltu zaraz za mostem Gdańskim. No jeno same chopki i dołki jakby nie mogli tego skuć i zrobić szuterku jak na reszcie długości.

Premia górska.

Zaczyna się od Wisły i wspina się mostem (jakimś tam) aż na poziom Wiślanej skarpy. Dziś jechało mi się ciężko tam, z bliżej nieznanych przyczyn. Jednak ostatni techniczny odcinek omijający schody poszedł mi sprawnie z środkowego blatu korby. <dumny>

Pola Mokotowskie

Tu jedynym właściwym opisem będzie cytat z mojego opowiadania:
zawsze można było poznać nowe, nie znane osoby. […]
Drugą grupą dziewczyn, łatwo dostrzegalnych w tłumie ,były stylowe „Holenderki” na skrzypiących starych rowerach rodem z Amsterdamu. Kobiety te, ubrane w spódnice, spodnie, apaszki, buty na płaskim lub wysokim obcasie, emanowały zapachem perfum, który jeśli nie powalił, to na pewno porządnie odurzył przyszłego „wybranka”. Rowery jakich dosiadały były równie wyjątkowe jak ich panie. Stanowiły kunszt nieznanych producentów. Tworzone wieki temu w małonakładowych manufakturach, wszystkie były tego samego pokroju. Za czasów świetności stanowiły element emancypacji kobiet i dumę posiadaczek jednak w obecnym stanie wzbudzały niskie zainteresowanie. Jedne posiadały zardzewiały łańcuch inne kusiły lekko scentrowanym kołem, czy telepiącym się hałaśliwie błotnikiem. Jeszcze inne rowery skrzypiały przeraźliwie i donośnie. Powszechnie wiadomo było, a na pewno takie pojęcie dominowało wśród „holenderek”, że rower miejski musi być po pierwsze stylowy a po drugie oryginalny. Owa oryginalność pojmowana w dość osobliwy sposób objawiała się totalnym brakiem lub bardzo niskim, nakładem finansowym przeznaczonym na remont roweru. Wszelkiego rodzaju naprawy nie mieściły się więc w pojmowaniu owych dam w szpilkach.



:D

Z Pól do ul. Banacha już o rzut kamieniem w kierowcę, więc ostatni odcinek 200m zostawiam wam do poćwiczenia wyobraźni:D

P.Z.P - poczuć zew puszczy... działo się!!!

Niedziela, 11 września 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Dziś wybraliśmy się z Agnieszką na rower. Nic by w tym dziwnego nie było gdyby nie to jak ów wyjazd się potoczył. Najpierw nie mogąc znaleźć inspiracji gdzie by tu pojechać długo delektowaliśmy się śniadaniem, później padło hasło „Puszcza”
Tylko zaraz, czy my mamy jakąś puszczę obok siebie? Kampinoska daleko, to w takim razie pozostaje tylko Słupecka… Myślę sobie, nuda, byłem kilka razy i w sumie „małe to”, „takie to nic”. Cóż, chciało mi się na rower „poza-miejski”
Z dala od dziuń, dzieci na rowerach z komunii i wreszcie z dala od masy składaków na drogach z koszyczkami i bez koszyczków z nasmarowanym i nie nasmarowanym łańcuchem. Powszechnie wiadomo wszak, iż w niedziele ludzie ,zaraz po kościele, ruszają na rower gdy tylko dupkę im wygrzeje. A wygrzało im dziś zadki, bo ciepło było… Suma summarum my w las a cała reszta wszechświata na ścieżki rozjeżdżać czerwoną kostkę bauma tam gdzie nas nie ma!

Przez Legionowo ruszamy na Wolę Aleksandra i szybko przemierzamy odcinek do Kątów Węgierskich. Tam przerwa na picie. Jakiś facet zatrzymuje się samochodem i zagaduje do nas choć mam wrażenie, że interesowała go głównie moja dwukołowa dziewczyna. Niby, że to my „ładujemy akumulatory” - zagaja i żartuje frywolnie – stara się być wesołkowaty i zdawkowy. Chwile coś tam gdera i życzy nam wreszcie szerokiej drogi i podobnie jak my, rusza dalej.

Zaczyna się jazda! Skręcamy do Puszczy w przyjemny szuterek. Agnieszka wygrzebała Internecie, że agroturystyczne Ranczo u Bena, może stanowić ciekawy punkt programu. Droga do rancza odbija lekko w prawo i wiedzie po luźniejszym piasku. Jadę za Agnieszką gdy nagle jej kolo przednie zakopuje się w piasku na luku drogi, blokuje się bokiem i przez kierownice robi klasyczne OTB… Nie mało strachu się najadłem gdy to zobaczyłem, Aga wylądowała na ziemi o centymetry mijając drewniany płot. Podnosi się jednak szybko i dusi się ze śmiechu zdezorientowana. Mi serducho torche ze strachu wali – fakt jednak iż cała!!!

Dalej ruszamy już rezygnując z odwiedzenia rancza. Oglądamy je tylko z zewnątrz i wracamy na szlak.

Kierujemy się w prawo szlakiem dawnej wąskotorówki. Droga z szutrowej zmienia się w torfowo-bagnisty signletrack. Ktoś jechał przed nami tamtędy konno i ścieżka wybita jest niemiłosiernie kopytami. Jadąc na Tokaido jedną ręką odganiam chmary komarów a druga staram się utrzymać podskakującą kierownicę roweru.

Po wąskotorówce nie ma śladu. Gdyby nie mapa, trudno by było sobie wyobrazić że „to to ło”, to właśnie jej dawny nasyp i pozostałość po wywożeniu z lasu torfu kolejką. Popas na słonku. Przerwa na picie i banana. Agnieszka proponuje by dalej jechać szlakiem zielonym pieszym. Z radością przyznaje jej rację i chwile później ruszamy nie rowerowym a pieszym szlakiem na rezerwat Czarnej Strugi. Droga w las oznaczona jest po „staremu” biało-zielone paski na drzewach. Zero plastikowych tabliczek i nikt tego nie zerwie. Im dalej od głównej szutrówki tym więcej pajęczyn i krzaków. Zastanawiamy się z Agnieszką czemu ludzie nie wybierają się na spacery do lasów. Jest tam tak pieknie.
Droga znika momentami w gęstych już pokrzywach a tylko na ziemi widać jest jej niezarośnięty dawno wydeptany „środek”.
Gdy wjeżdżamy dalej droga robi się szersza a pod kołami pojawiaja się kałuże. Każda kolejna wodna przeprawa jest większa, trudniejsza technicznie i… GŁĘBSZA.
Za trzecim razem nie udaje nam się przejechać „jeziora” rower nurkuje przednim kołem w wodzie sporo powyżej piasty. Awaryjne podparcie powoduje że stoję po kolana w szlamie. Przecudny zapach zatęchłej wody, chmara Komarow startująca z rzęsy wodnej i błotnista maź wdzierająca się przez otwory w obuwiu wprost do stóp – jednym słowem „Bossko”.

Jest śmiesznie, Aga i ja prujemy więc przełajem przez jeziorzyska leśne. Wyjaśnił się ewenement opuszczonego zielonego szlaku pieszego. Chyba w rybackich gaciach musiałbym tam biegać aby przejść suchą stopą.

Jedziemy hardo, przez każdą kałużę próbujemy pchać, rower nurkuje raz głębiej raz płycej. Często przenosimy maszyny bo woda sięga ponad kolana. Kolejne metry nie poprawiają sytuacji, na chwilę woda zmienia się w piach wydmowy ale szybko znów szlak zielony kieruje nas na bagno.
Wreszcie rezygnujemy i oddajemy broń. 1-0 dla puszczy. „Szlak zielony” znika pod wodą sięgającą sporo ponad kolana. Całość porasta pływająca i kołysząca się trawa a dookoła pokrzywy na 1,5 metra. Tym razem nie udało się, obiecujemy jednak wrócić tam zimą przy mrozach. Wtedy pokonamy ten odcinek do samego końca;)




Ostatni etap tu szutrowe odcinki lesne do Kanału Żerańskiego i przyjemny znany wszystkim szuterek aż do samego Zalewu. Tam, mając za świadków setki spojrzeń, umazani jak te brudne świnie z buszu czarnym błotem, jedziemy rowerami nad wodę. Mycie wzbudza zainteresowanie bo i my do wody wchodzimy w obuwiu.


Wyszedł fajny wyjazd, wyszło hardo;)

P.Z.P – Poczuj Zew Puszczy!!!

Rower Agi - Zimówka

Wtorek, 6 września 2011 · Komentarze(4)
Dziś dotarł rowerek Agnieszki;]


Składałem aż się bólu pleców nabawiłem. Jak ja to lubię, tu śrubka tam nakrętka itd...
Facet do pudełka napchał tyle śmieci że myślałem na początku, że to jakaś lipa a nie rower. Było tam dosłownie wszystko.




Udało się jednak złożyć do kupy wszystko i efekty widać niżej:D






to tu to tam... z foto - aparatem

Poniedziałek, 5 września 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Zaczęło się od zwykłego nudu.

Nud - odczuwanie permanentnej chęci zrobienia czegoś przy jednoczesnym posiadaniu braku jakiejkolwiek koncepcji realizacyjnej. Przewlekły Nud prowadzi do schorzeń psychicznych i powoduje niezdrowy marazm umyslowy.

Aby więc zapobiedz owej chorobie cywilizacyjnej, chwyciłem obiekt zdjęcio-strzelny i druga ręką chwyciwszy rower udalem sie w teren z zamysłem nader artystycznego spełniania się tu i tam...

Nie udało się, zaledwiem zdjęć ze trzy popełnił, a już telefon, że moja zaginiona karta SD sprzed 2 tygodni, jedzie do mnie transportem rowerowym. No to sru przez las i w te pędy, w te pkrzywy, w te szutry i piachy wydmowe iśćie drobnoziarniste!!! W te padoły i rowy rowerem przez LAS.

Przerwa na cyk:

I udało mi się transport, przechwycić. Wspólnie z Kasią M, przeudonim Venecja, udajemy się na tarchomin do rowerowego aby iście specjalni specjaliści odbyli jej przegląd.

To znaczy nie Kasię, mieli przeglądać ino jej rower. Majster w jednym mgnieniu oka, wymieniać jej chcial pół roweru. Czuwałem i powiedziałem, niech naregulują i wymienią tylna oponę, bo toć rower od stycznia to prawie nówka;P

Odstwiwszy oną niewiastę na trojeybus lub innę komunikacyje, popędził żem do domu gdyż mój organizm w trybie natychmiastowym, urzędowo przyspieszonym domagał się płynów potocznie zwanych PICIEM>


z niczego wyszło kilka fotek i te otoż kilometryje...