Dzień dziwnych zdarzeń...

Piątek, 19 sierpnia 2011 · Komentarze(2)
Kategoria Pojeżdżawki
Wszystko zaczęło się gdy jeszcze był ranek. Sprzątanie rpzed jutrzejsza imprezą rozpoczęło się od poszukiwania Zeszytu terenowego. Następnie przyszedł czas na opróżnienie balkonowej szklarni, bo przyda się jako miejsce posiadywań przy piwku. Tu wszystko zaczęło się plątać i gmatwać. Najpierw podczas odkurzania padł odkurzacz. Kolokwialnie mówiąc słabo ciągnął. Przepełniony worek wymieniłem ale maszyna już nie odpaliła po raz drugi.
Gdy zrezygnowany pogodziłem się z porażką , zdecydowałem wybrać sie na pocztę aby odebrać Avizo.

Tam kolejne zaskoczenie. Brak kolejki - to raz, a dwa paczka jaką mi starsza pani pocztówka wręczyła. Była zaskakująco lekka i mała. Już miałem odejść od okienka, kiedy coś mnie tknęło.
- Zaraz zaraz - myślę sobie - Może mnie ci z allegro poszukali i zamiast 500tabletek do zmywarki jest tylko wata i ogorki?


No to usiadłem na siedzonku i rozdartym paczkę w miarę delikatnie a jednocześnie popychany desperacją. Gdy szary papier znikł, moim oczom ukazały się. Niebieskie szpilki.

Myśle sobie, zaraz zaraz, pomyłka czy co? Szukam napisu adresu ale kalka z plakietyki adresowej była słaba i ledwo da się odczytać kilka liter. Oryginał zrywaja pocztówki jak paczka dociera na pocztę. Myśle no kiszka.
Po chwili wyjaśnień okazuje się, że 12 cyfrowy kod numeryczny zgadzał się 4 ostatnimi cyferkami a przednie były inne. No i wymiana. Pozcta ma klopsa bo paczkę ni mniej ni więcej rozpakowałem.


Po wyjasnieniu sprawy odwiozłem właściwą 10kg paczkę na bagażniku Błękitnego pod sam domek. Tam wylągowała na podłodze po czym szybko sprawdzilem odkurzacz. Nie działał;/ Rad nie rad musiałem jechać. Jutro impreza, trzeba odkurzyć i rady nie ma. Kierunek Piaski osiedle i trzeba od rodziców odkurzadło pożyczyć.

Tam zapakowany w 2 sawky asykuracyjne i dokrzurzacz wróciłem do domu. Takim oto welocypedem:

Rura od odkurzacza niestety nie dawała się rozmontować, więc zamocowana poprzecznie stanowiła odpowiedni pręt dystansujący dla wyprzedzających mnie kierowców wystają po 30cm z każdej strony roweru.

Jakież było moje zdziwienie kiedy po powrocie na górę do domu czarny odkurzacz ożył???

Cuda panie i paniska!!!

Błękitny grom i dwie sakwy! Szutrowo nad Wisłą i na uczelnie.

Czwartek, 18 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Na uczelnie
Niebieski, pojechał ze mną dziś na uczelnie. Książki znów nie oddałem. tym razem nie przegapiłem dni otwarcie biblioteki w czwartki zazwyczaj bywa czynna, jednak żółta karteczka obwieszczała, że mają coś w rodzaju urlop-remanentu i tylko telefonicznie trzeba się umawiać...


Rowerek zyskał bagażnik "retro" z starego Forestera, oraz noski (te już nie retro - author). Sakwy niebieskie już miałem. Nie wiedzieć czemu kolorystycznie wygląda to całkiem spójnie!!!






bagażnik, odrestaurowany posłuży jeszcze ładnych parę latek:D

Pierwsze 55kilometrów przejechałem na nim dziś także prawie "na raz". Rower prowadzi się niesamowicie dobrze. Zaskakujące jest to, że braku amortyzatora nawet nie odczuwam, poza momentami krawężników itp. Maszynka chodzi cicho i sprawnie... Obecnie oczekuje na błotniki pełne 58mm Orion, ale wszędzie uparcie twierdzą, że Hurtownia nie ma ich na magazynie;/ 53mm są, ale opony 2,1 mogą byc za duże pod takie, więc czekam cierpliwie na te 58mm.

Intro - czyli początek prawdziwej powieści przygodowej!

Wtorek, 16 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Adam przeciągnął się i leniwie ziewnął. Słońce za oknem było jeszcze nisko a delikatny chłód poranka poruszał białą firanką. Pokoik był mały, ale przytulny choć dla osób z zewnątrz odwiedzających to przedziwne miejsce, wydawał się raczej spro za małym jak na miejsce przebywania nawet dla jednej osoby.
Całą szerokość pomiędzy dwoma ścianami zajmowało wielkie składane łóżko, którego tak naprawdę nigdy nikt nie składał i przez większośc czasu, przerzucone kocem i pościelą stanowiła miejsce odpoczynku oraz rekreacji po wycieńczających wyprawach rowerowych. Na jednej z krótszych ścian było duże okno, które sięgoało na całą szerokość pokoju. Na drugiej przeciwległej były tylko drzwi. Dwie pozostałe, pomalowane na biało, byly pełne zdjęć z różnych krańców świata. Miejsca pomiędzy zdjęciami zajmowała cała masa żółtych karteczek mających przypominać o jakże ważnych sprawach. Wszytskie owe sprawy najczęsciej wiąż miały status " w trakcie realizacji". Wiele z tych małych papierowych skrawków wisiało tam już ponad rok, jednak przekazywane przez nie wiadomości wiciąż nie zostały zrealizowane i pewnie swej realizacji się nie doczekają.
Tuż przy oknie, w jednej ze ścian była niewielka wnęka. Mieściłą się tam niewielka szafeczka. Była prawie niedostrzegalna od wejścia a mały mebelek zrobiony z kilku dobrze zbitych sosnowych desek wciśniętych na klin, wpasowywał się idealnie w i tak niewielką przestrzeń. Na drewnianym blacie stał laptop a tuż nad nim, pod niewielką półką, wisiała resztka lampki nocnej. Adam poszukując brakującej w pokoju przestrzeni, wymontował z niej tylko klosz z żarówką i na małą śrubką zamocował ją w tym miejscu. Swoimi miniaturowymi rozmiarami, pasowała idealnie do tego niewielkiego kącika kultury.

W zasadzie cała objętość pomieszczenia była jednak wypełniona tapczanem. Po bokach zostawało zaledwie kilkanaście centymetrów miejsca,którego wystarczało akurat na upchnięcie dwóch sawk rowerowych telefonu komórkowego i małego zielonego fikusa. Biedny kwiatek, od kilku lat walczył o skrawek miejsca dla siebie w tym morzu minimalizmu. Jego długie choć bardzo wątłe gałązki, wyciągały się do słońca i przez kilka lat przybrał nader osobliwy kształt. Nie jeden hodowca Bonsai zapewne dopatrywałbty się w nim celowo umodelowanej figóry, jednak prawda była taka, że zapomniany przez świat, rósł nieomal samodzielnie czasem jedynie podlewany resztką wody mineralnej niedopitej po nocy...

Adam przciągnał się leniwie i odruchowo włączył laptopa. Między łóżkiem a szafeczką w samym rogu wciśnięta w kąt stała mała wieża a plątanina kabli pod tapczanem wiodła na parapet gdzie ustawiony był, zdezelowany głośnik. Gdy komputer cicho szumiąc uruchamiał się, druga ręką Adam sięgnął ku wierzy i chwile później z lekkim trzaskiem odezwało się radio.

Drzwi z pokoju prowadziły na krótki wąski korytarz. Na lewo szło się do schowka na strychu a po prawej była mała łazienka. Stanowiła ona nieomal dopełnienie minimalizmu jaki panował w pokoju. W przestrzeni zaledwie czterech metrów kwadratowych mieścił się prysznic, toaleta i umywalka. Faktem było, że mimo tak niewielkich rozmiarów toaleta stanowiła kunszt murarskiej i stolarskiej roboty. Płytki docięte na wymiar i pomalowane ściany, mimo tak niewielkiej ilości wolnej przestrzeni, dawały wrażenie że w tym pomieszczeniu wszystko jest na swoim miejscu i nic nie jest dziełem przypadku, czego nie mozna było powiedzieć o pokoju obok.
Całość opisanej tu przestrzeni znajdowała się na poddaszu wielkiej kamienicy. Drewniane strome schody prowadzące na dół przypominały bardziej drabinę i schodzenie po nich wymagało nie lada wprawy. Wiele osób kończyło drogę w dół jadąc z łoskotem na czterech literach i lądując z hukiem na samym dole. Adam wielokrotnie zastanawiał się czy nie podwędzić z sąsiedniej bduowy tabliczki z napisem "uwaga głenokie wykopy" i nie przypiąć jej u szczytun na jednej z poręczy, jednak wielokrotnie odkładany pomysł istniał tylko na jednej z żółtych karteczek wiszących na śćianie i jak pozostałe czekał na realizację.

nadrabiam zaległośći

Niedziela, 14 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Kierunek na Zaborze do Agi. Wyjazd pomieszany z PKP i jednocześnie totalnie odpałowy. Z przyczyn technicznych zmuszony byłem Agnieszkę i Zuzię wsadzić do pociągu i podjechać na piaski. Gdy wróciłem okazało się że do pociągu mam ponad 1h. Oddałem bilet w kasie i mi 10% potrącili!!! Złodzieje, ale to co będę stał 1h i czekał na PKP??

Pojechałem rowerem do Nowego Dworu i tam wsiadłem w ciuchcię... W sumie ka-em-ów było mało, ale wyjazd z przygodami:)

Niańka Rowerowa - hmm znośnie to wyszło:)

Sobota, 13 sierpnia 2011 · Komentarze(2)
Kategoria Pojeżdżawki
Nigdy nie sądziłem, że zamieszczę zdjęcia z wyprawki dziecięcej. A tu proszę, chrześnica mojej Agnieszki zawitała do nas w siodełku i spędziliśmy piękny rowerowy weekend. Było rowerownie w tempie ślimaczym, jednak gdyby to był mój "dzieć" to bym jeszcze bardziej z dumy pękał!!! Ha jak kiedyś będe miał syna i będę z nim śmigał po okolicy!

Tymczasem wujkowałem cudzy nośnik genów i nawet sprawnie mi to szło!

Wiek: 7,5 l
Dystans:
dzień 1: 17km
dzień 2: 23km


Rower: Forester;)

Dumny ja, dumna Zuzia, dumna Ciocia i wszyscy dumni, bo Zuzia dawała świetnie radę;)

oto kilka zdjęć z wyjazdu dla zainteresowanych wycieczkowiczów z dziećmi:D









Maszyna się sprawdza nawet na czarnych szutrach...:) choć opony farbuje nawet szare błoto;)

terenowo - szutrowo - trans i lans po powiecie

Piątek, 12 sierpnia 2011 · Komentarze(1)
Kategoria Na Zaborze
Dziś od rana zachciało mi się wyjechać w teren. Nie z zamiarem ciśnięcia, zdobywania podjazdów czy innych tego typu "figli". Zapragnęło mi się zwyczajnie szuterku, luźnych kamyczków i kurzącej się przedniej opony.
I tak oto od rana wyjechałem na szutrowe szlaki naszego powiatu. Trasa w 95% szutrowo-terenowa obfitowała w piękne słoneczne single na wale Wiślanym i szlaki przełajowo - pokrzywowe w brzozowym lesie nad Wkrą...

Było zacnie i mimo, że zmęczony, czuje sie nawet lekko dojechany.

Kilka fotek:













Rozdział numer 3 - wielkie polowanie

Czwartek, 11 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Rozdział 3

Ostatnio przed blokiem w godzinach wieczornych, pijąc równie wieczorną herbatę, Adam obserwował ciekawą i jednocześnie bardzo osobliwą scenę. Dwa koty siedzące w wysokiej trawie w odległości około półtora metra od siebie, wydawały osobliwe dźwięki. Było to cos pomiędzy chrząkaniem a przeciągłym buczeniem. Owa tonacja zmieniała się płynnie przechodząc przez różne symfonie od wysoko - tonowych po niskie barytony. Odgłosy zniżyły się wreszcie ku jednorodnej niskiej tonacji. Zdawało się że to jakiś stara spalinowa kosiarka dusi się próbując ścinać wielkie chwasty rosnące nieopodal. Niespodziewaną arię wieczorną przerwał szelest trzask łamanych gałęzi przemieszany z piskiem głośnym miauczeniem i sykiem. A chwile potem dwie sylwetki kotów, jak strzała wystartowały na ulicę i znikły w ciemnościach.

Szum kół jaki wywołuje jadący rower przyprawia nie jednego pieszego o ciarki na plecach. Rowerzyści traktują go jednak jakby był swego rodzaju oznaką mężności, czy siły. Adam tego dnia zastanawiał się nad tym czy odgłos wydawany przez opony roweru, można przyrównać do przekomarzania się kotów z poprzedniego wieczoru. Ot taki na przykład człowiek na szosówce – pomyślał – mknie bezszelestnie i jak lampart skrada się za plecami pieszych czy kierowców. Jest cichy i wyrafinowany. Jednak co innego gdy chodnikiem, czy osiedlową uliczką jedzie wyluzowany hopko-męczy-murek z czapką o daszku tak płaskim jak stół babci. Tego słychać już z daleka. Niejednokrotnie szum, jego kół przerywa odgłos skoku, jaki dumnie wykonuje – niby to z nudów – i niby to przypadkiem a prostej drodze nieopodal klatki gdzie zazwyczaj gromadnie schodzą się młode niewiasty osiedlowe. Ten rytuał powtarzany niejednokrotnie nurtował Adama, który mijając te sceny rozprawiał nad ich przekazem i starał się je uszeregować w ludzkiej naturze.
Niestety, ku swemu niezadowoleniu, bezowocnie…

Tego popołudnia myśl o wylansowanych skoczkach z przed bloku, przemknęła mu jak wiatr przez głowę i pewnie tylko dlatego, że rower jego mknąc po asfalcie wydawał bardzo podobny szum z spod kół.
- Jestem lanserem – roześmiał się w duchu sam do siebie i spojrzał na gruba oponę z nad kierownicy. – Jestem cholernym lanserem – pomyślał i spojrzał na idącą przed nim gromadę ludności cywilnej zwanej potocznie „pieszymi”. Nawet nie musiał chrząkać, nie musiał przepraszać, ludzie, niczym zaczarowana materia rozsunęli się robiąc mu miejsce.

To ciekawe, że zachowania zwierząt są tak bardzo zbliżone do naszych. Mowę wymyślono dla przekazywania głębszych treści, jednak podstawowe komunikaty wciąż nadajemy i odbieramy bez użycia słów. Takie choćby buczenie opon, wyraża w instynkcie cywilnej ludności strach przed najechaniem. Podświadomie wyobrażają sobie, że pojazd zbliża się szybko a reakcją obronna jest w tym przypadku usunięcie się z drogi. Tak samo jak koty wysylające sobie groźne pomruki i informujące o swojej dominacji, tak i my ludzie w nieświadomy sposób kształtujemy hierarchię niewerbalną, nawet o tym nie wiedząc.

Droga z koślawego chodnika o kostkowanej nawierzchni zmieniła się w szuter. Koła umilkły a głuche buczenie przerodziło się w jednostajny szelest. Trasa na wale wiślanym była ulubionym miejscem schadzek wielkiej rzeszy zwolenników komarów i much. Nie dało się bowiem wyjaśnić tego w inny sposób. Mnogość owego robactwa, jak i ludzi w ostatnich dniach w okolicach tego liniowego obiektu hydrotechnicznego, jakim był wał, narosła do takich ilości, że jazda na rowerze była co najmniej utrudniona. Nie wspominając już nawet o próbie spacerowania. Obecność i much i chmary ludzi była z goła nieporządana…

Adam przemierzając szutrowy single-track starał się oddychać nosem. Szansa na wciągnięcie owada była, bądź co bądź dużo mniejsza, i warto było podjąć to ryzyko. Niezliczone miliony muszek żuczków i innego świństwa bzyczało i buzowało się ponad glowami ludzi „spacerujących” po wale. Spacer ten w osobliwy sposób zdawał się odróżniać jednak od zwykłego chodzenia. Starsi, młodsi, pary, czy nawet dziarskie emerytki z kijkami do nornic wal king, poruszający się pieszo w tej okolicy, bez ustanku machały gałązkami lub wykonywały rekami niewyjaśnione ruchy. Przywodziły one, na myśl czarodziejskie ruchy niewidzialnymi różdżkami czy majestatycznie ruchy dłoni w czasie skomplikowanych czarnych zaklęć. Niejednokrotnie zdawało się nawet usłyszeć szeptane pod nosem czary, które – prawdopodobnie w mniemaniu owych „czarowników” - miały by pomagać.
Gdy mijając kolejną już osobę Adam usłyszał zajadle wypowiadane „kurwa mać” zrozumiał, że nowożytne czary musiały bardzo różnić się od tych z sprzed wieków. Na ile było to możliwe, omijał spacerujących czarowników i jechał w swoim kierunku.

Gdy wreszcie z dala od cywilizacji został sam na sam ze swoim rowerem i wąskim singlem pod kołami, znów poczał rozmyślać o tym co właśnie zobaczył.
- Kultura masowa, ludzie masowo uprawiają sporty ekstremalne. Chodzenie w takie jak dziś wieczory nad wodą w towarzystwie setek owadów nie były – to oczywiste – wyborem sportu klasycznego. Tu udzielał się bez wątpienia głęboko zakorzeniony instynkt polowania. Polują wszak mimo różnych opini, różne grupy wiekowe. I tak oto starsze małżeństwa polują na komary jednocześnie starając się wyglądać na tyle dostojnie na ile się da przed innymi sąsiadami spod „trójki”, którzy również polują (na inne komary). Polowała również pani w obcisłych i nieco za ciasnych nawet legginsach z kijkami w dłoniach. Ta jednak zdawała się polować nie tyle na owady co na nowego męża. Odciśnięty przez lata ślad po obrączce wciąż widniał na jej dłoni i mimo, że poprzedni małżonek pewnie spoczywał dawno w pokoju, ona polowała … polowały także bezpańskie nastolatki z piwem chichoczące tu i ówdzie na plażach przy rzece.

I tak w dobie rozmyślań o osobliwych zachowaniach ludzi, przewertowawszy wszelakie dziedziny ludzkiej egzystencji, na liczniku zagościło dwadzieścia kilometrów. Ostatnie odcinki przez miasto w kierunku pracy Agnieszki, Adam musiał pokonywać z wysoką percepcją. Tu bowiem trafił na szczyt powrotów z pracy a ten okres na chodnikach, drogach czy nawet pustych osiedlowych uliczkach objawiał się totalną i niczym niewytłumaczalną ignorancja na rowerzystów. Znów musiał więc sięgnąć do swojej wewnętrznej zwierzęcej natury i z zakorzenionego instynktu. Każdy bowiem szanujący się miejsko-za miejski, rowerzysta wie, że powrót do domu rowerem przez miasto w godzinach szczytu to walka o przetrwanie;)

Rozdział numer 2 - Poranek i hucząca Klapa!!!

Czwartek, 11 sierpnia 2011 · Komentarze(1)
W mieszkaniu było jeszcze ciemno, kiedy cichy szelest rozległ się na balkonie. Adam nie do końca przytomny podszedł do okna i wyszedł na dwór. Niczego specjalnego nie dostrzegł a widok więziennego deptaka był wciąż taki sam i niezmienny.

Odkąd pamiętał nic nie ulegało zmianie na tej szarej płaskiej przestrzeni. Plac apelowy wyłożony był starymi betonowymi, sześciokątnymi płytami. Gdzieniegdzie spomiędzy nich wyrastały małe zielone kępki trawy, próbującej w jakikolwiek sposób zaakcentować swoja obecność na tej betonowej platformie. Na środku stał wielki maszt flagowy a tuz obok mały marmurowy, obrośnięty mchem stoliczek. Dawniej za czasów świetności spełniał on rolę mównicy, wielcy generałowie tego świata głosili tam przemówienia a musztra wojska w paradnym rynsztunku rozpromieniała obchody dnia strażaka…

Gdy usiadł na łóżku, Adam poczuł się nieswojo rozejrzał się po mieszkaniu i zrezygnowany położył się dalej spać.
O poranku syrena alarmowa zbudziła go i w mgnieniu oka wybiegł na dwór. Na ulicy kręcili się już podchorążowie a w sektorach stali już gotowi do startu zawodnicy MTB trophy.

Gdy wracał z bułkami cos przykuło jego uwagę na środku ulicy stał policjant a w ręku trzymał czerwony balonik. Długim szpikulcem przekuł go huk rozległ się i zawodnicy ruszyli, potykając się o własne nogi Adam zbiegł z linii pędzącego maratonu i jak długi wyłożył się na chodniku tuż obok.
- hej. Wstawaj! – rozległ się glos nad nim.
- c… co się stało? – Adam rozejrzał się mglistym wzrokiem dookoła.
- Co spadochron się nie otworzył? – zaśmiała się Agnieszka wskazując na poduszkę i kołdrę leżące obok. – Dobrze, że lądowanie miałeś miękkie.
Adam speszony wyplątał się z pościeli i wstał z ziemi. Śmiał się z siebie w duchu przypominając sobie strzępki snu, rozpływające się jak poranna mgła. Zanim siadł do śniadania nie wiele już z niego pamiętał. Na stole stały bułki z serem twarogowym a do tego pomidor i herbata. Zapach tej ostatniej napawał go spokojem i wprawiał w błogi nieopisany nastrój.

Za oknem nie było, już placu apelowego a wielki maszt zmienił się w latarnię. Jej klosz rzeczywiście porastać zaczynał zielony mech jednak dookoła ani śladu maratończyków i zmurszałej kamiennej mównicy.
- co ci się śniło – zapytała rozbawiona wciąż Agnieszka popijając duży łyk kawy – wyglądałeś na strasznie zaaferowanego swoją rolą.
- Tak byłem bardzo zaangażowany. Sen łączył w sobie dziedziny militarno – sportowe.
- Ciekawe skąd u ciebie takie zainteresowania militariami?
- Zainteresowania?
- Mówią, że sny to obraz twojej podświadomości.
- Taa – westchnął – być może moje sumienie nie daje mi spokoju odkąd dostałem kategorię kwalifikującą mnie jako „niezdolny do służby wojskowej”. Od tego czasu przewlekle cierpie na chroniczne militarne sny o pochodach trzecio majowych, nie wspominałem ci?
Oboje wybuchnęli śmiechem a temat rozmowy przeniósł się na sprawy codzienne i aż do końca pierwszego kubka kawy, oscylował wokół pomidorów, które bezzwłocznie należało zakupić i cytryny której także zabrakło.
Rozmowy poranne przy śniadaniu szybko przerodziły się w dyskusje o planach na dzień obecny. Nurtująca Adam potrzeba wymiany wieszaka na linkę w hamulcach cantivellar była w pewnej sprzeczności z potrzebami Agnieszki, która wspominała o potrzebie „wymyślenia czegoś na obiad”. On nigdy nie rozumiał, jak można rozmawiać o planowanym obiedzie już przy śniadaniu i to po zjedzeniu tak sytego posiłku. Nigdy nie umiał sobie wyobrazić na co „ma chęć na obiad” już o ósmej rano, kwitował więc zawsze te tematy rozmów tym samym stwierdzeniem: „zobaczymy”. Czasem jednak owe ucięcie tematu nie wystarczało, trzeba było więc stosować techniki uników i wymijań. Jednak najczęściej po dwóch pytaniach pomocniczych i stwierdzeniu „coś się ugotuje do makaronu” rozmowa znów zmieniała tor na nieco bardziej neutralny.

Tego poranka przed Adamem stanęła jednak jeszcze jedno poważne wyzwanie. Naprawa dętki nie powodowała w nim specjalnych awersji, gdyby nie to, że trzeba było zmiany dokonać w rowerze i to przed dziewiątą rano. Samo to pewnie również byłoby do zniesienia, jednak sytuacja zmuszała go do odbycia, jakże nużącego spaceru do rowerowni, która to znajdowała się aż dwa piętra niżej. Zwlekał więc z tym na tyle długo jak się dało, ale nie za długo. Wolał uniknąć wymownych spojrzeń i zadziornych pytań: „pamiętasz co miałeś mi zrobić przy rowerze” czy innych tego typu pieszczotliwych słów jego ukochanej.

Idąc po schodach dziarsko trzymał się poręczy, wszak był środek nocy (9.00) a wakacje nie są od tego aby się zrywać tak rano. W lewej dłoni, prawą trzymał bowiem zawzięcie poręcz, niósł śmieci a pod pachą jeszcze dwie butelki po coli. Spacer o poranku na plac apelowy… to jest na plac kolo śmietnika, zawsze budził go do reszty. Wakacje tego roku nie rozpieszczały a do chłodnych, aby nie powiedzieć, lodowatych poranków przed blokiem chyba jeszcze nie przywykł. Spacer ze śmieciami, czy po bułki, czy też inna forma porannej aktywności było to swojego rodzaju dobre rozwiązanie. Inaczej z pełnym uruchomieniem percepcji i świadomości musiałby czekać aż do pierwszego przekręcenia korby na siodełku, tu miał rozruch darmowy.

Unoszona klapa od śmietnika skrzypnęła głośno i wzbudziła ciarki na jego plecach. Sam zapach wydobywający się z kontenera również miał coś w sobie z soli trzeźwiących jednak nie to tego poranka sprawiło, że obudził się ostatecznie. Zanim zdążył unieść ramię z workiem, tuz obok z nicości pojawił się sąsiad z małym pieskiem i mając widać w pogardzie powolność Adama, uchylił drugi właz i wyrzuciwszy śmieci z hukiem puścił wieko.
Pomiędzy hukiem opadającej blaszanej pokrywy i odgłosem wypadającej mu z pod pachy plastikowej butelki, Adam zdołał usłyszeć tylko zdawkowe „…bry”, poczym obiekt z psem oddalił się żwawym krokiem.

- ci ludzie to nie mają serca – pomyślał rozgoryczony schylając się nad przednim kołem roweru Agnieszki - Jakby mu szkodziło tą klapę choć paluszkiem przytrzymać!!!
W uszach jeszcze gdzieś dalekim echem odbijał się kanon łomotu jaki wywołała pokrywa od śmietnika. Gdy po około 20 minutach, Tyl wszak zajęła zmiana dętki, wracał do domu po schodach spotkał ponownie sąsiada z psem. Tym razem obiekt niepożądany piał się po schodach. Minął Adama i bez słowa pomknął na piętro aby chwile później z hukiem zamknąć drzwi od mieszkania.
- co za ludzie – pomyślał – ciekawe czy szafkami w kuchni też tak trzaska…
Poranek budził się coraz bardziej a w pełni obudzony Adam także coraz aktywniej włączał się do tej porannej plątaniny. Gdy po 9.30 wsiadał na siodełko swojego roweru, czuł się dużo lepiej i nawet przenikliwe zimno zdawało się nie deprymować jego chęci przejechania choć kilku kilometrów tego poranka.



notka od autora:

Pisanie codziennie ciekawych i pasjonujących opisów jak to jadę, wydało mi sie miałkie i nużące. A to co napisałem, w moim przekonaniu, może byc choćby: rzutkie, zdawkowe, interesujące czy choćby znośne czytelniczo. Pozdrawiam Bikelogowiczów;)

Spacerek z Błekitnym Gromem:D

Środa, 10 sierpnia 2011 · Komentarze(2)
Wybrałem się tego dnia na rower z moim gromkiem błękitnym:)

Nie padało, było zimno, ale nie padało. Malo miałem do wiezienia, więc wziąłem plecak tylko i aparat;) Trasa do Agi do pracy niejako standardowo po południu. Smakowała jednak o wiele ciekawiej. Ten rower jest cholera naprawdę fajny:)

Skorzystałem także z okazji i przejechałem się kawałek pasem nie otwartej jeszcze trasy w Legionowie. Oczywiście nie obyło sie bez fotki:D:D:D

To chyba nie normalne tak jarać się rowerem, ale co ja się jaram i dobrze mi z tym:D