w zasadzie z Agnieszką DO pracy kursy z polisami a potem do rowerowego i dopiero powrót do domu, tym razem w deszczu. Było masakrycznie zimno w uszy i ręce i było ble! Chcemy wiosny - radosnej! powtarzam RADOSNEj a nie deszczowej;/
Dzisiejszy wyjazd po raz kolejny zakrawał o te o których można powiedzieć, nieplanowane. Oparte jedynie o gdybania z dnia poprzedniego i rozważania „a gdzie by tu”. Pomysł pojawił się znienacka w sobotę popołudniu kiedy to wiatr dojrzeliśmy południowo wschodni. Miało być nas w sumie cztery osoby miał być kolega Radek i koleżanka Kasia, ale nie wyszło. Radek dzień wcześniej popsuł manetkę i dziś rano przyjechał aby ode mnie ową otrzymać. Liczyłem, że przyjedzie rowerem do którego popsuta część zostanie podłączona, jednak wziął rower zastępczy i postanowił wracać do domu. My nie odpuściliśmy i po pożegnaniu Radka około dziewiątej, ruszyliśmy na Stolice!
Modlińską jechało się znośnie, jednak jak to zawsze bywa na trzy-pasówkach zdarzały się wyjątki( wyjątek kierowca co ma gaz i hamulec zamiast mózgu). Przez pierwszy odcinek jedzie się przeciętnie z naciskiem na dobrze! Okolice Konwaliowej wprowadzają kawałek terenu, przeprawa koło E.C Żerań to jak zawsze trzęsałka. W okolicy Ronda Starzyńskiego skręcamy na trasę przy samej Wiśle. I telepiąc się po nawierzchni dzielnicy PRAGA docieramy do stadionu. Tam przerwa na kilka zdjęć, nie obeszło się oczywiście bez podjedzenia pierwszych zapasów. Szybko jednak, zachęceni wiatrem i pojawiającym się słonkiem, ruszamy dalej. Wal miedzeszyński to odcinek słońca i silnego podmuchu w plecy, Józefów i Karczew nie wiadomo skąd wyrastają pod kołami. Prędkość 30-33km/h jedziemy na przedostatnim biegu jak gdyby nigdy nic. Warszawa kończy się, przedmieścia również, z wolna ruch się zmniejsza. Niestety już za Karczewem słońce znika w całości i nad głowami pojawiają się chmurki. Niby pisali, że ma być jakieś tam „kapanie z nieba”. Jednak słupki były nieomal niezauważalne, czyżby meteo Znów miało się mylić? Wiatr chłodzi i termometr pokazuje ledwie 6,5 stopnia. Pobocze szerokie wiedzie nas do skrzyżowania z trasą numer 50. Piotrowice witają pierwszymi kroplami deszczu. Pogoda marnieje, morale spada i robi się nieprzyjemnie. Jedziemy niby te 25-27km/h ale jest źle i byle jak. Przerwa na jedzenie i zakup picia wydaje się być przełomową, jednak nie dane nam jest odpocząć. Wiatr hula a my zjadamy pospiesznie kanapkę. Nie da się ustać tak przeszywa zimnem a do tego deszczyk pokapuje niczym wpuszczony w wielki wentylator. Ruszamy zrezygnowani nie odpoczęci i źli na pogodę.
Na naszej trasie pojawia się droga męki. Nierówny asfalt ustępuje drodze z płyt betonowych. Koszmarna trasa, podskakujemy telepie nas a łączenia są niczym tory tramwajowe na dolnej Pradze.
picie wiezone na bagażniku cudem unika zetknięcia z samochodami:D wybrało wolnośc po kolejnym podskoku na łączeniu! Samochody mijające nas pędzą z zawrotną szybkością z nieba zaczyna kropić coraz mocniej a nas przepisy zmuszają do jazdy „możliwie najbliżej prawej krawędzi”. Gdybym słuchał tego przepisu jechałbym środkiem, bo nie dało się jechać przy krawędzi. Płyty zdawały się być pokruszone przy poboczu a ich próba naprawy to był koszmar. Jakby ktoś wrzucił pokruszone kawałki do smoły (lepsza wersja połączeń) lub jakby zwyczajnie je na „odwal się” obciapał cementem. Ta druga wersja powodowała, że czasem wyskakiwało się na pochylonym „rożku” owej załatanej płyty. Wszystko to spowodowalo, że jazda stala się niewyobrażalna męką.
Kolejne dwa postoje na „przeczekanie” deszczu, który nadchodził niewiadomo skąd, nie pomagały wiele. Chmury albo co chwile nas doganiały, albo to my doganialiśmy kolejne pasma frontów, które przechodziły z wiatrem. W końcu, kiedy znów nie wiadomo skąd lunęło z wiatrem dużymi kroplami, zdecydowaliśmy się na postój w lesie. „tym razem musi przejść do końca!” Nie ma to jak nuda w lesie. Padało mocniej, to słabiej czasem wcale. Nam się nudziło bo „niby” można było jechać, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że postój będzie znów jak tylko dogonimy chmurkę. Zaczęliśmy się rozgrzewać, wywiani i wychłodzeni przez wiatr, który hulał niemiłosiernie. Musieliśmy się ruszać, aby nie przemarznąć na kość. Najpierw Aga zaczęła robić jakieś wygibasy a potem dopadliśmy fazę na zdjęcia i wtedy popisy nasze nie miały granic. Odbijaliśmy się od drzewa starając się wyskoczyć jak najwyżej. Było zabawnie i chyba na tyle głośno, że okoliczna gospodyni wyszła przed plot i nam się przyglądała. Zauważyliśmy ją późno więc pewnie podziwiała harce przez dłuższy czas. Aż strach pomyśleć co sobie o nas pomyślała. Efekt tych dziwnych tańców i podskoków był zadowalający. Było nam ciepło, deszcz przestał padać a na niebie zaczęło być widać chmurki o kilkaset metrów wyższe nie zwiastujące już opadów. Odcinek do Maciejowic był znośny, choć średnia spadła. Wcześniej była około 25km/h a teraz jechało się dużo gorzej. Nawet po drodze lapie nas grado-śnieg chmurki tańczą z nami raz po jednej raz po drugiej stronie.
Wiatr skierował się wyraźnie bardziej na południe i nie dmuchał już prosto w plecy a w lewego boku z tyłu. Ponadto dawały o sobie znac nogi i ręce wytelepane na dołach i dziurach wcześniej. Postój na rynku w Maciejowicach utwierdził mnie w przekonaniu, że nasz wyjazd – w założeniu do Kazimierza – nie osiągnie swego celu. Wiedziałem, że Agnieszką już jest zmęczona, ale najbardziej zaskoczyło mnie to że ja także miałem dość. Nie bylo rady dojechac gdzieś trzeba! Słońce wyszło, pogoda się poprawiła, a we wsiach widujemy już pierwsze Bociany. Droga niby bez dziur ale pod asfaltem były kocie łby i asfalt je odwzorowywał idealnie. Czulem się jakby mi ktoś wibromłot do reki dał! Jechało się zacnie bo nawet 23km/h, ale ile można trzymać kierownice jak cię tak wali w ramiona i nadgarstki!
Dęblin witamy z utęsknieniem i niepokojem. Wjazd aleją drzew do Miasta, był niesamowity. Także asfalt się poprawił. Wszystko starało, się jakby mówić „jeszcze dacie radę”. Termin odjazdu pociągu zapisany na małej hinskiej karteczce przed moimi oczami, niebezpiecznie pokrywał się ze wskazaniami zegarka na liczniku. Na dworzec wjeżdżamy i o całe szczęście ludzi jest sporo. "nie dojechał!" Obcykuje ciekawe zjawiska takie jak to: Agnieszka kupuje nam bilety a mila kasjerka daje techniczne rady. Mówi, aby ominąć TLK (ten zapisany na karteczce) i wsiąść w osobowy do Warszawy ze względu na czas powrotów i duży tłok. KM jest później o kilkanaście minut. Mamy więc chwilkę. Czekamy za wiatrem fotografując dworzec. tuz obok stoi nawet mała lokomotywka jako pomniczek: Zafascynowani miejscem bagatelizujemy pociąg stojący o metr od nas. Napisane jest "Grodzisk Mazowiecki" - "pewnie to gdzieś w inna stronę może jakoś okolice Mińska Mazowieckiego". Beztrosko się tym nie przejmowaliśmy do czasu, kiedy ktoś wsiadł do wagonu.Coś nas tknęło i poszliśmy się dopytać. Jakie było nasze zdziwienie kiedy okazało się że "to ten pociąg do Warszawy". uff niewiele brakowało W „Ka Emce” jest miejsce dla rowerów i mimo sporej ilości ludzi, mamy siedzące a nasze rowery wiszące, miejsce.
Wyjazd kończą rozważania nad mapą w pociągu . Wszak wyprawa kwietniowa tuż tuż. Niezliczone plany i gdybania nad atlasem samochodowym, umilają nam przejazd a piękny zachód słońca wita nas w stolicy. My kończymy przygodę w pełni zadowoleni z tego co dziś się wydarzyło!
Kocham to że kiedy chce coś zrobić zawsze grzebie się jak baba… Dziś jednak mogę sobie ze spokojem powiedzieć, że pod nogi kłody rzucał mi także los marny, któremu przeznaczenie nazwało imię Meteo.pl. W zasadzie pisze się nawet „New.meteo.pl” choć to niewiele zmienia w mojej tragicznie beznadziejnej sytuacji.
Dzień wcześniej czułem się jak kapeć i chodziłem jak struty. Chcąc przezwyciężyć ten marazm i bylejakość w sobie zacząłem kombinować. Podczas robienia mapy: „gruntów budowlanych rejonu Annopola” popijając mocną kawą wpadłem na pomysł w swej prostocie genialny! „Pojdę na rower!” Ha jestem mistrzem w tych swoich głębiach umysłu po kawie. Wraz z wzrostem kofeinowej motoryczności, lub jak kto woli HIPERmotorycznośći (nieźle mnie ruszyła mała czarna z 2 łyżek) rozbudowywałem swój pomysł coraz śmielej. Meteo mi pokazywało wykresiki słupki a zielone Słupeczki opadów miały być nieznaczne jedynie pod koniec dnia. Do tego wiatr na „zielono” kierunek zefirka na Wschód. Dodajcie do tego środę wolną od zajęć i mamy idealne warunki na pyknięcie 200 km do Terespola . Wieczór dzień przed wyjazdem, był bezchmurny a na meteo pokazali znów cos innego, tym razem opady miały być od 14 i słupki były znaczniejsze(te opadowe). No i kiszka, z Terespola nici, ale może chociaż kawałek pojadę. Rano (7.00 sam wstałem bez budzika – serio!!) okazało się, że znów uaktualnili pogodę. Psia jego mać, słupki deszczu jakby skurczyły się a reszta, czyli wiatr, pozostała bez zmian. No i za późno, nie zdążę do Terespola. Gdybym wiedział to zerwałbym się wcześniej… Cóż ruszam! Na Radzymin jak zwykle w letargu, mimo porannej kawy z dwóch łyżek. Droga znana a jadę nieomal na pamięć, tylko wiatr a raczej jego kierunek nie dawał mi spokoju. Wiał Źle! Dmuchało na północny wschód i to było odczuwalne do Nieporętu jadę prawie 30km/h. Cholerni meteorolodzy – za co im płacą… Witam Radzymin z bólem nadgarstków. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miasto, niech jedzie przez Rynie i Stare Zaubicie, trasa przez Beniaminów i Łąki to skaranie boskie! Dziury i inne ciekawe urozmaicenia nawierzchni w stylu złuszczającego się asfaltu, czy czapek asfaltowych ulanych na uprzednich dziurach. Wiatr hula jak chce a ja przelatuje przez Wołomin i kieruje się niedawno przejechaną trasą na Poświętne. Tam jedzie się dużo lepiej bo odcinek drogi skręca na północny wschód. Jest około 10.20 kiedy witam Poświętne. Średnia 24.01 imponująca mimo, że jedzie się niedobrze. Dalej w planie był odcinek na Retki ale gubię szlak i ląduje w Pustelniku wcześniej zaznawszy kilku kilometrów szutru. Stanisławów mijam z przekonaniem, że jestem w czarnej du*ie i, że musze nadrabiać. Kieruje się na Sokole aby uniknąć jazdy trasą na Mińsk Mazowiecki a co z tym idzie nie jechać z bocznym wiatrem. A trzeba wam wiedzieć, że ów Hihoł naprawdę się rozbujał. Na liczniku 24-27km/h co jak na moje samopoczucie było niezłym osiągnięciem. natrafiam na ciekawe kwiatki budowalne;) ...oraz ruinki - moje ulubione z takich wyjazdów
Za Sokole`m trace asfalt i uciekam przed psami. Trafiam, ku swemu zaskoczeniu w obszary działek warszawiaków. Wiosenne porządki i grabienie liści. Ja telepie się na szutrówce lekko podmakającej od licznych w tej okolicy kanałków i mini-cieków. Jade po zwyczajowej „tarce” a moje ręce wołają o pomoc. „mmmooooogggłłłeeeemmmm jjjjeeechhhaaaććć nnnnaaa Mmmmiiiińńńśśśśkkkkk kkkkuuuuurrrrwwwwaaaaaa” Wreszcie szuter znów zmienia się w asfalt i mam chwile oddechu. Jednak odcinek około 6km dał mi popalić. Średnia spada, już nie mówię że wcześniej spadła, ale czuje się jakby mnie ktoś wyrzucił z pociągu. Wibracje chyba pobudziły wszystkie mięsie grzbietu bo jestem sztywny jak kołek! Zanim dochodzę do siebie ląduje w Jakubowie. Poza kościołem chyba niewiele tam mają...
Decyduje się na postój (drugi na tej trasie)Obok jakaś maszyna zaczyna równać droge,
więc przesuwam się w mniej dogodne miejsce tuż obok krajówki.
Rozmowa z Agnieszką przez telefon i łaska jak na mnie spływa nieba w postaci słońca, powodują, że naprawdę się regeneruje. Regeneracji oczywiście trzeba pomóc, więc wsuwam kanapkę i ptasie mleczko wiezione w sakwie. Postój trwał 20 minut i gdy ruszam na krajową dwójkę czuje się jak nowo narodzony, no może plecy trochę czuje, ale jest dużo lepiej. Noga podaje a pobocze przy super tirowej trasie oraz silny wiatr w plecy powodują, że wyzwalam z Accenta Smoka. 26 cali koła 44 ząbki w korbie i rura! 50km/h po płaskim!! Potem było mniej, ale do Siedlec trzymam się miedzy 28-33km/h, co mile mnie zaskakuje. Jest pagórkowato, ale trasa zbadana dziś przeze mnie na pewno zostanie wykorzystana w czasie tego sezonu, podobna do zjechanej już na Białystok za Ostrowią Mazowiecką, czy do 17tki na Lublin idealnie równy asfalt i mimo dużego ruchu nie czułem najmniejszego zagrożenia ze strony wielkich 18t tirow! brak tylko znaczka dla roweru!
Na peron w Siedlcach wpadam 14:26 zanim ogarniam bilety jest 14:43 zaledwie wsiadam do super nowoczesnego PKP-mazowieckie(jak TGV) a ten rusza. Na tablicy faktycznie widnieje 14:45 W-wa Wschodnia. Czyli znów w ostatniej chwili udało mi się załapać!
134,03km 22,84km/h Wynik zadowalający średnią o którą nigdy nie dbam na takich wyjazdach
(km więcej jest bo jeszcze Po Agnieszkę pojechałem do pracy)
Ot wiosna nastał i jakoś mi się siły odeszły... chyba trochę weekend dał w kość a może zwyczajnie mam kilkudniowe przesilenie wiosenne, bo chodzę jak naćpany nogi wata i ciągle ziewam;/
zimą w najkrótsze dni miałem czasem więcej werwy niż teraz;/
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.