Księgowy | strona 349 | Księgowy

Wiosenno - świńsko - wietrzny weekend! || 71.38km

Niedziela, 3 kwietnia 2011 · Komcie(2)
Kategoria Na Zaborze
Pierwszy od wielu dni naprawdę wiosenny weekend. Gdyby tylko wiosna chciała przyjść tylko w sprzyjających okolicznościach słońcem i ciepłem. Wiosna jednak wnosi nie tylko cieple promienie ale zmiany pogodowe ciągną za sobą wiaterek, który w ten weekend zdecydowanie nie był PRO!!!
Kiedy w sobotę o 8.40 ruszyliśmy na weekend za miasto, do Agi rodziców, wiatr był w twarz. Droga monotonna i przetrzepana wielokrotnie. Rowery więc prowadziliśmy bardziej intuicyjnie bez udziału pełnej świadomości. Tylko wiatr przypominał naszym nogom, że jednak jednoślady same nie pojadą ;P

Obładowani w 4 sakwy jechaliśmy więc walcząc z Zefirem. A zefir to kawał drania był i cale 35km dawał po ryju raz po razie…


Na miejscu u Agi nie wiele kręciliśmy, świniobicie pochłonęło większość przedpołudnia – południa i kawałek popołudnia soboty. Swoją porcję mięska otrzymaliśmy i trzeba było sobie je oprawić. Kiedy mięso była już poćwiartowane ja zająłem się rowerami. Malowanie tylnego błotnika Agnieszki wyszło, o wiele ładniej niż się spodziewałem.

Podmalowałem także oba bagażniki nieźle odrapane od sakw. Do tego z kawałka blachy zrobiłem 4 obejmy do mocowania przednich błotników.

Podczas całej pracy pomagał jeden mały szczeniak Kuleczka;)


I tak minęła pracowita sobota dzień pierwszy, a wszystko co stworzyłem było DOBRE!!!!
(wieczorem stwórca odpoczął i uczcił pracę Zimnym Lechem! – no może nie tylko jednym :P

Pomocnik też odpoczywał!

Dzień dwa to niedziela. Od rana leniwie na słonku regeneracja. Czas było na tuning mnie! Strzyżenie i dalsze opalanie się na słonku i zapychanie się przepysznym serniczkiem. Było cudnie ale około 17 trzeba było się do powrotu zebrać. Wiatr jak na złość znów wiać miał nam w twarz i to o wiele silniej niż dnia poprzedniego. Mało tego nasze sakwy wypełniło prawie 25kg mięsa (choć mam wrażenie że więcej!) Jazda pod silny wiatr z pełnymi sakwami to było coś. Chyba w ten weekend naprawdę zweryfikowałem swoją siłę nóg. Momentami 12km/h było sporym osiągnięciem. Te 35km w drodze powrotnej w zasadzie pomnożyłbym conajmniej razy 3!! Pod koniec Szlo lepiej już ale teraz siedząc czuje nogi jakbym wrócił z wysokich gór…

Weekend nie nazbyt rowerowy, ale mimo wszystko na pewno na plus jeśli chodzi o trening siłowy i w progu wyższej sfery tętna!!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Wiosenne Świeżaki || 71.53km

Czwartek, 31 marca 2011 · Komcie(2)
Kategoria Na uczelnie
Dzisiejszy wyjazd na uczelnie był inny niż wszystkie w tym roku. Może to dlatego, ze po raz pierwszy jechałem nieomal pół-nagi czyli bez kurtki. Rano kiedy budziliśmy się, na termometrze widniało mizerne 4,5 stopnia a ja sceptycznie patrzyłem na lekko zamglone niebo. Wszak na „stary czas” to była 7.00 a nie 8.00.
Po śniadaniu oboje ruszyliśmy z Agą każde w swoim kierunku. Modlińska była już opustoszała a korek rozmył się w porannych promieniach słońca. Jadąc z każdym kilometrem czułem, że słońce coraz bardziej domaga się mojego ciała i niewidzialną dłonią chce go odkryć coraz więcej. Początkowo sceptycznie a potem coraz śmielej oddawałem się tej zwiewnej wiosennej dziewicy. W okolicy mostu Grota w zacienionym miejscu dopięła swego i zdjęła ze mnie kurtkę. Wiosna, niemętna rozpalająca i przenikająca mnie, tego poranka na wskroś. Zgwałcony wczesnym słońcem jechałem speszony w samej bluzie. Wodziłem oczami dookoła szukając oparcia wśród mijanych ludzi i jakby licząc, że podniosą kciuk w gorę i uśmiechną się na znak porozumienia. Niestety nikt specjalnie nie dopingował mojej wiosenności a nawet spotykałem na przystankach takich utalentowanych starszych obywateli, co mieli czapkę na uszy i płaszcz(a`la jesionka).

Wiosna jednak nie przejawia się jedynie w słońcu i wczesno porannym exhibicjoniźmie, ale wiosna to także rowerzyści! Ha jednak to nie byle jacy rowerzyści. To klasa sama w sobie stanowiąca kastę nieomal i społecznie wyklęta zimą sprowadzona do podziemia. Wiosną wraz z przebiśniegami przecierają szlaki i mkną swoimi kwitnącymi czadowymi maszynami o nieskazitelnym lakierze, kasetach lśniących w czystości (brak smaru i piszczenie napędu objawia się w ich rowerach dopiero około maja do tego czasu wyglądają i brzmią podobnie jak my… no prawie). Tego dnia ja także spotkałem takiego rowerzystę. Aż dziw, że tylko jednego, ale nie miałem wątpliwości to był ON, wiosenny świeżak!

Ja jak jaszczurka w kolarskim trykocie(bez kurtki pierwszy raz) na rowerze wolno pedałuje niejako znudzony oklepanymi już trasami dojazdu. W nim widać było pasję, iskrę w oku i iskrę na wypucowanej super tarczy przy przednim amortyzatorze!!Nie miał kurtki a biała bluza rozpięta powiwiewala niczym poły Batmana. Energia jaką zużywał na pedałowanie była tak wysoka, że przegrzewał się już przy 10 stopniach Celsjusza. Wszystko w nim eksplodowało wiosną, błyszczało. Ha! Była nawet pół-łydka odsłonięta z pod dżinsów! Nieogolona pęcina wietrzona po zimie! Ja snułem się swoja ścieżką rowerową(asfaltową!:]) przy ulicy Gwiaździstej, on mknął przy samochodach i na każdym odcinku stawał na pedały a rowerem bujał jakby jechał drezyną mimośrodem napędzaną! Oczywiście było oblukanie na światłach – ja sobie stałem i on. I to spojrzenie, niby patrzy gdzieś w dal, niby podziwia przyrodę, ale skanuje mnie. Pewnie ocenial moje możliwości wyścigowe. Nie do parady miałem Nazwisko Zamana na ramieniu wydrukowane. Wyglądałem pro i chyba musiał mi/sobie pokazać!!!Człowieku – jak on ruszał!! Miał kopa nie ma co!!! Rwał z 1x1 stając na pedały a przerzutki zmieniał (do prędkości 20km/h ) aż 7 razy! Na naszej wspólnej trasie jak tylko była okazja oczywiście cisnął przede mną(o zgrozo jak mu lśnił napęd z oddali waliło po oczach WD 40!!! Pucował całą zimę jak nic!), a gdy biedak już nie dawał rady zjechał na ścieżkę i tu próbował swoich sił ze mną.

Niczym pokerzysta z kamienna twarzą zignorowałem to jak mi zajechał drogę i z politowaniem obserwowałem jednoosobowy peleton w wysokim progu tętna mknący przede mną 26km/h z kadencją 200 albo więcej. Godna uwagi była pewność jegomościa w prowadzeniu roweru. Zakręty 90 stopni ścieżki brał nadzwyczaj odważnie – podczas jednego z nich albo przyhamował, albo uciekło mu kolo bo postawiło go bokiem na piasku.

Gdy nasze drogi się rozjechały poczułem żal i aby nie popaść w rowerową depresję, że to już koniec wiosny rozpiąłem sobie kawałek więcej suwaczka bluzy aby poprawić sobie humorek.

Wiosna jak więc widzicie rowerzyści!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

po Agnieszkę do pracy || 10.98km

Wtorek, 29 marca 2011 · Komcie(0)
Jeden z wielu cykli regeneracyjnych podyktowanych przemęczeniem kolan i łydków... kręce ale mniej... jak troche org mój odpocznie może cos się większego sklei;D


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Ale MAJDAN!!!! || 105.05km

Poniedziałek, 28 marca 2011 · Komcie(6)
Kategoria Pojeżdżawki
No i znów jestem jak Jezus, zrobiłem coś z niczego, a nawet i jeszcze więcej. Dobrze ,że rozmnożenie kilometrów było tak odczuwalnie, bo i gdzie podziała by się moja przyjemność z jazdy. A więc rozmnażam je namiętnie, i jeszcze namiętniej czerpie z nich satysfakcje. Patrzę na nie i je podglądam. Doglądam jak rosną i jak pączki wiosenne puszczają. Owe kilometry o których mowa, przyszły dziś niespodziewanie do mnie jak święty mikołaj. Bo wszystko miało być inaczej…
Plany na poniedziałek zakładały jazdę po centrum Stolicy z aneksami do polis, gdy jednak o poranku wstałem, nie wiedziałem jeszcze, że kolega wyświadczy mi przysługę i z roli kuriera zostanę dziś zwolniony. Okazało się to u Agi w pracy, gdy kończyła wypisywanie świstków. Cóż jako, że oboje rowerami dotarliśmy do jej pracy, to pozostałem niejako na lodzie… W głębi duszy liczyłem, że skocze sobie na spacerek do Mostostalu na Marynarską a tu lipa
„Masz wolne Adaś”. I dosłownie przez chwile nie wiedziałem co począć. Szybko oblekałem mapę i postanowiłem pojechać gdzieś gdzie jeszcze, nie byłem. Nie miałem nawet atlasu samochodowego ze sobą wiec mapę narysowałem sobie „schematycznie”

na białej A4 kartce celulozy. Przekonany o swoich umiejętnościach generalizacji map i ich odczytywania, które jak sądziłem posiadłem na studiach geologicznych. Zwinąłem świstek do sakwy i ruszyłem na spotkanie z przygodą!
W uszach muzyka grała a ja pomknąłem na Radzymin. Wiatr sprzyjał i świeciła żarówa z nieba. Nie sądziłem jednak, że owa żarówa to podróbka jakaś i nazbyt ośmieliłem się swe ciało oddać w jej opiekę. Szybko (zaraz po tym jak się porozpinałem z kurtki bluz i koszulek kolarskich) musiałem znów chować się w swoim wczesnowiosennym kolarskim kokonie, bo mimo słońca wiatr był nadal mroźny. Radzymin wita mnie w małym parczku dość specyficznie. Nie zdążyłem usiedzieć chwile na ławce w parczku i wypić łyku koli a z dala szła do mnie jakaś psychiczna kobieta i darła się w niebogłosy. Zresztą przemawiała do każdego wokół, kto był godzien jej słuchać.
„Uważaj, Chryste, uważaj na samochody! One cię rozjadą, musisz uważać na samochody. Na tiry, na samochody!!! Pamiętaj uważaj na samochody!!!”
Biedny facet grabiący park stał się jej celem. Łapała go za rękaw i nawijała mu a on starał się jej pozbyć. Kiedy tylko mnie zobaczyła i ruszyła w moim kierunku z wyciągniętą ręką (błogosławiła mnie czy coś w tym stylu), opuściłem miejsce odpoczynku i pojechałem dalej.
Przeskakuje przez Stary Kraszew na Dobczyn, gdzie kolo przejazdu kolejowego spotykam istne P+R dla rowerów.

Normalnie jak w Kopenhadze rower stał na rowerze przypięty do czego się da. Widać P+R wymielili już dawno rolnicy, ale ich idei nikt nie podpatrzył i tak oto dziś mamy zakorkowane miasta!
Do miejscowości Nadbiel, jadę po przedziwnym odcinku. Niczym Jezus przejeżdżam po jeziorze i to rowerem! On nie miał roweru, to walił z buta przez te wody! A ja mam więc jechałem, i wrażenie było niezłe. Po obu stronach wąskiej i mokrej od wody szosy rozciągały się mokradła a poziom wód gruntowych równał się poziomowi asfaltu. Dam głowę, że kilka miesięcy temu byłbym tu jak Kapitan Nemo z podwodną łodzią.

Przy okazji mogliby też ten syf pływający po odławiać... Co to nowy sposób łowienia - Na worek na śmieci? ???

Czubajowizna to w zasadzie koniec był mojej jazdy wg „mapy” wszystko szlak trafiła moja nadwyraz duża generalizacja owej mapy robionej u Agnieszki w pracy. Zamiast na Nowe Ręczaje pojechałem na Choiny (taka sama miejscowość jest jeszcze w tej okolicy dużo dalej o czym nie wiedziałem) i właśnie to podwójne występowanie Choin mnie położyło. No totalnie upadł mi mój zmysł nawigacji.
Słońce OK. Zgadza się! Wiatr – hmm kręci w różne strony… więc wiatr odpada. Czubajowizna – Nowe Ręczaje – Kolno – Trzcinka i dopiero Choiny!! Gdzie u licha podziało się 10km trasy? Znów jestem cudotwórcą, a może to jakiś tunel czasoprzestrzenny?

Jakie było moje zaskoczenie, kiedy – myśląc, że udało mi się rozwiązać problem nawigacji – wjechałem w miejscowość Nowe Ręczaje i w dodatku wiatr ni Hu-a nie chciał pasować. Wiało mi w twarz. Żeby to tylko chciało wiać! Czułem jakby mi ktoś łeb na sile próbował złożyć na plecach jak kaptur! Może to ten od śmigania po jeziorach tam na górze, poczuł się tknięty i najpierw zagina czasoprzestrzeń a potem chce mi skręcić kark?
Z głową pochyloną nisko, niczym pokutnik, skonany wędrowiec, płożyłem się przed obliczem wiatru i całując mostek poznawałem każde większe i mniejsze zarysowania mojej styranej kierownicy. No ale ile u licha można no ja się pytam!!
Majdan, nazwa tej miejscowości mnie rozłożyła. Chwilę wcześniej, walcząc z wiatrem w głowie zbudowałem podobne słowo psiocząc na wiatr. W Wołominie zdecydowałem odpuścić sobie stolicę (30km pod Majdan! - czytaj Wiatr).
Przez Ciemne i Radzymin wróciłem do domu już jako pokutnik a nie Lake-walker




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

takie tam nic... byle co || 27.52km

Piątek, 25 marca 2011 · Komcie(2)
Kategoria Pojeżdżawki
Miało być coś więcej, miał być długi dystans, ale jakoś mi morale spadlo. Woczoraj zapowiadali deszcz, i wiatr i słońca nie było i... tak człowiek sobie to wszystko do serca wziął i wewnętrznie sie przekabacił na NIE:P

Pojechałem małą pętelkę po przeokropnych dziurach w okolicy Michałowa Grabimy i trasą wzdłuż torów PKP Choszczówka... Jużem ci ja w domu kupuje Niemiecki cukier z importu za 3,5zł!!! a nie 6 jak u nas w sklepie na osiedlu!!!!


grrrrr, ja pierd-le ten kryzys, ja nie umiem herbaty bez Cukru pić;/


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew