Jeden z wielu cykli regeneracyjnych podyktowanych przemęczeniem kolan i łydków... kręce ale mniej... jak troche org mój odpocznie może cos się większego sklei;D
No i znów jestem jak Jezus, zrobiłem coś z niczego, a nawet i jeszcze więcej. Dobrze ,że rozmnożenie kilometrów było tak odczuwalnie, bo i gdzie podziała by się moja przyjemność z jazdy. A więc rozmnażam je namiętnie, i jeszcze namiętniej czerpie z nich satysfakcje. Patrzę na nie i je podglądam. Doglądam jak rosną i jak pączki wiosenne puszczają. Owe kilometry o których mowa, przyszły dziś niespodziewanie do mnie jak święty mikołaj. Bo wszystko miało być inaczej… Plany na poniedziałek zakładały jazdę po centrum Stolicy z aneksami do polis, gdy jednak o poranku wstałem, nie wiedziałem jeszcze, że kolega wyświadczy mi przysługę i z roli kuriera zostanę dziś zwolniony. Okazało się to u Agi w pracy, gdy kończyła wypisywanie świstków. Cóż jako, że oboje rowerami dotarliśmy do jej pracy, to pozostałem niejako na lodzie… W głębi duszy liczyłem, że skocze sobie na spacerek do Mostostalu na Marynarską a tu lipa „Masz wolne Adaś”. I dosłownie przez chwile nie wiedziałem co począć. Szybko oblekałem mapę i postanowiłem pojechać gdzieś gdzie jeszcze, nie byłem. Nie miałem nawet atlasu samochodowego ze sobą wiec mapę narysowałem sobie „schematycznie” na białej A4 kartce celulozy. Przekonany o swoich umiejętnościach generalizacji map i ich odczytywania, które jak sądziłem posiadłem na studiach geologicznych. Zwinąłem świstek do sakwy i ruszyłem na spotkanie z przygodą! W uszach muzyka grała a ja pomknąłem na Radzymin. Wiatr sprzyjał i świeciła żarówa z nieba. Nie sądziłem jednak, że owa żarówa to podróbka jakaś i nazbyt ośmieliłem się swe ciało oddać w jej opiekę. Szybko (zaraz po tym jak się porozpinałem z kurtki bluz i koszulek kolarskich) musiałem znów chować się w swoim wczesnowiosennym kolarskim kokonie, bo mimo słońca wiatr był nadal mroźny. Radzymin wita mnie w małym parczku dość specyficznie. Nie zdążyłem usiedzieć chwile na ławce w parczku i wypić łyku koli a z dala szła do mnie jakaś psychiczna kobieta i darła się w niebogłosy. Zresztą przemawiała do każdego wokół, kto był godzien jej słuchać. „Uważaj, Chryste, uważaj na samochody! One cię rozjadą, musisz uważać na samochody. Na tiry, na samochody!!! Pamiętaj uważaj na samochody!!!” Biedny facet grabiący park stał się jej celem. Łapała go za rękaw i nawijała mu a on starał się jej pozbyć. Kiedy tylko mnie zobaczyła i ruszyła w moim kierunku z wyciągniętą ręką (błogosławiła mnie czy coś w tym stylu), opuściłem miejsce odpoczynku i pojechałem dalej. Przeskakuje przez Stary Kraszew na Dobczyn, gdzie kolo przejazdu kolejowego spotykam istne P+R dla rowerów. Normalnie jak w Kopenhadze rower stał na rowerze przypięty do czego się da. Widać P+R wymielili już dawno rolnicy, ale ich idei nikt nie podpatrzył i tak oto dziś mamy zakorkowane miasta! Do miejscowości Nadbiel, jadę po przedziwnym odcinku. Niczym Jezus przejeżdżam po jeziorze i to rowerem! On nie miał roweru, to walił z buta przez te wody! A ja mam więc jechałem, i wrażenie było niezłe. Po obu stronach wąskiej i mokrej od wody szosy rozciągały się mokradła a poziom wód gruntowych równał się poziomowi asfaltu. Dam głowę, że kilka miesięcy temu byłbym tu jak Kapitan Nemo z podwodną łodzią. Przy okazji mogliby też ten syf pływający po odławiać... Co to nowy sposób łowienia - Na worek na śmieci? ??? Czubajowizna to w zasadzie koniec był mojej jazdy wg „mapy” wszystko szlak trafiła moja nadwyraz duża generalizacja owej mapy robionej u Agnieszki w pracy. Zamiast na Nowe Ręczaje pojechałem na Choiny (taka sama miejscowość jest jeszcze w tej okolicy dużo dalej o czym nie wiedziałem) i właśnie to podwójne występowanie Choin mnie położyło. No totalnie upadł mi mój zmysł nawigacji. Słońce OK. Zgadza się! Wiatr – hmm kręci w różne strony… więc wiatr odpada. Czubajowizna – Nowe Ręczaje – Kolno – Trzcinka i dopiero Choiny!! Gdzie u licha podziało się 10km trasy? Znów jestem cudotwórcą, a może to jakiś tunel czasoprzestrzenny? Jakie było moje zaskoczenie, kiedy – myśląc, że udało mi się rozwiązać problem nawigacji – wjechałem w miejscowość Nowe Ręczaje i w dodatku wiatr ni Hu-a nie chciał pasować. Wiało mi w twarz. Żeby to tylko chciało wiać! Czułem jakby mi ktoś łeb na sile próbował złożyć na plecach jak kaptur! Może to ten od śmigania po jeziorach tam na górze, poczuł się tknięty i najpierw zagina czasoprzestrzeń a potem chce mi skręcić kark? Z głową pochyloną nisko, niczym pokutnik, skonany wędrowiec, płożyłem się przed obliczem wiatru i całując mostek poznawałem każde większe i mniejsze zarysowania mojej styranej kierownicy. No ale ile u licha można no ja się pytam!! Majdan, nazwa tej miejscowości mnie rozłożyła. Chwilę wcześniej, walcząc z wiatrem w głowie zbudowałem podobne słowo psiocząc na wiatr. W Wołominie zdecydowałem odpuścić sobie stolicę (30km pod Majdan! - czytaj Wiatr). Przez Ciemne i Radzymin wróciłem do domu już jako pokutnik a nie Lake-walker
Miało być coś więcej, miał być długi dystans, ale jakoś mi morale spadlo. Woczoraj zapowiadali deszcz, i wiatr i słońca nie było i... tak człowiek sobie to wszystko do serca wziął i wewnętrznie sie przekabacił na NIE:P
Pojechałem małą pętelkę po przeokropnych dziurach w okolicy Michałowa Grabimy i trasą wzdłuż torów PKP Choszczówka... Jużem ci ja w domu kupuje Niemiecki cukier z importu za 3,5zł!!! a nie 6 jak u nas w sklepie na osiedlu!!!!
grrrrr, ja pierd-le ten kryzys, ja nie umiem herbaty bez Cukru pić;/
Miałem wielkie nadzieje dziś, miałem wiele planów, ale wiosenne przesilenie dopadło mnie wczoraj z takim hukiem, że słaniałem się na nogach nie wiedzieć z jakiego powodu. Dziś zamarzył mi się Lublin i tylko z powodu wczorajszej niemocy nie zrealizowałem planu. W zasadzie pluje sobie w brodę bo pogoda idealna na taki dystans, cóż...
Kiedy wstałem rano(8.00) byłem nareszcie wyspany, nie bolała mnie głowa, ścięgno w kolanie przestało dokuczać a ja czułem się zresetowany. Czułem się cudnie i żałowałem, ze nie wprowadziłem w czyn jednak mojego Lubelskiego planu...
O poranku odprowadziłem kawalek moją Pchełkę na standardowej trasie do pracy a potem ruszyłem "z wiatrem". Nie mogliśmy sie dogadać z tym wietrznym kolesiem bo dmuchal jak chciał i bynajmniej nie odczuwałem, że wieje tylko z tyłu. Przeleciałem przez Kąty Węgierskie i na Rembertów. Trasa 631 (tak to ta z dziwkami przy drodze) nie jest najciekawszym miejscem na poranny rozruch. Chyba sądziłem, że tirów będzie mniej... myliłem sie i zrezygnowany odbiłem z niej już na wysokości Zielonki. Tam natrafiam na korek w środku miasta i gubię się totalnie, znajdując się w pewnej chwili na obszarze jakiejś wielkiej elektrociepłowni "Watenfall". Bladząc i kierując sie rowerową intuicją w gąszczu miejskich uliczek i ślepych zaułków, wyjeżdzam w końcu kolo wiaduktu na Marsa i Nieopodal Kin`s Cross Praga? No to mnie nieźle zdziwiło, bo spodziewałem się Karczewa/Otwocka co najwyżej...
Dalej Grochowską a następnie Targowa jadę do Dworca W-wa Wileńska i przez Most praski przeprawiam się na Starówkę. Tam odpoczynek i powrót już standardowo ścieżka rowerową przy Wiśle i Modlińską...
PS. Jak k-wa trzeba to nie wiało, a jak wracałem to mnie za łeb z siodełka zdejmowało.... w dup# je#ny wiatr!!!!!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.