Wyprawa z indexem na uczelnie. Najpierw PKP do Gdańskiej a potem dalej już rowerem. Oddałem index i niech się k@wa dzieje wola nieba;/ Stres był i miały być wyniki a tu co? byłem o 11:30 a oni od 12 może zaczną sprawdzać pracę.
"to 120 prac może do szesnastej będą sprawdzone". No to co miałem czekać wsiadłem na rower i ruszyłem pokręcić się po stolicy, jednak w pewnym momencie zdecydowałem jechać już do domu i nie czekać na wyniki. Wietrzny powrót był. Raz z boku raz z innego boku a raz w mordewind. W drodze powrotnej przemknąłem tylko koło Jabłonny bo miałem jeszcze sprawę w rowerowym w Legionowie.A mianowicie nabycie nowego łańcucha i ocenę opłacalności wymiany przedniej obręczy - Zdecydowanie moje przednie koło ma postępującego raka i chyba bliski jest jego koniec. Oby mój koniec nie zbiegł się z bliskim końcem koła... Obręcz jest już wytarta jednak samo to mi nie przeszkadza, odkryłem, że w jednym miejscu obręcz zaczyna chyba lekko się wypaczać, a to oznacza że jej grubość osiągnęła niezbędne minimum jakie potrzeba do wymiany.
Puki co żyje a koło ma się źle, prześpię się z tym i zdecyduje kiedy zmienić przód, z jednej strony trochę się boje a z drugiej chciałbym dojechać do bardziej wiosennych dni na tym co mam;/
Wczoraj wróciliśmy z dziewczyną o 3,30 w nocy z imprezy integracyjnej z bólem nóg i ciężką głową. To że dziś pojedziemy na jakikolwiek rower, nie było pewne aż do godziny 11.30 (orientacyjnej naszej pobudki). Za oknami słońce i błękitne niebo.
Śniadanie i jazda. Jako że zakwasy po tańcach były znaczne, początkowo nie szło za szybko a i nie planowaliśmy jechać szybciej niż pozwoli nam na to otoczenie. Jednak wiosenna aura i 7 stopni zdecydowanie nastrajało do jazdy. I mimo, że wiatr był jednak dość odczuwalny, ruszaliśmy sie dość żwawo.
Zalew Zegrzyński był jeszcze zamarznięty, choć widać było już, że lód zmienił swoją konsystencję. Przy brzegu zdawał się być nadal gruby a i dalej nie całkiem rozmarzł bo na tafli lodu w oddali, pomykało pełno małych żagielków z łyżwami. My także wjechaliśmy na lód, jednak wyganiałem Agnieszkę aby za daleko nie jechała.
Powrót leniwy pod silny wiaterek ale było zacnie – zdjęć więcej za chwilkę;)
Po wczorajszym tonięciu w wodzie, dziś zanim wstałem z łóżka zastanawiałem się czy na rower się wybiorę. Jakie było moje zaskoczenie kiedy po wyjściu z wyra okazało się że nie ma już śniegu. 4 jajka na twardo i ruszam na rower. Mówili niby, że ma wiać, ale że będzie tak wiało to się nie spodziewałem No to jazda Pierwszy odcinek na zimne nogi i pod wiatr. Gdyby nie to że nie padało zawróciłbym do domu. Szkoda mi bylo jednak nie wykorzystac takiej wiosenno-bezdeszczowej pogody;) Do Pałacu w Jabłonnie bylo cieżko, później złapałem wiatr w plecy i zaczęła sie przejażdżka. Rowerową obwodnicą Legionowa mknąłem ze średnią prędkością 30/33km/h. Starałem sie trzymać wysoka kadencje aby dobrze mi się nogi rozgrzały ale aż kusiło zwiększać biegi. Skierowałem się asfaltową ścieżką do Wieliszewa, Tu trochę mocniej pojechałem żeby osiągnąć jakiś fajny wynik prędkości. 41,4 po Plaskim jak na te porę roku i takie Kapcie - hmm mi wystarczyło:) Dynamicznie docieram przez Rondo w Zegrzu do Zalewu Zegrzyńskiego i robię chwilowy postój. Czas 34minuty na 15km - wydał się niezłym wynikiem
Powrót W tym miejscu zaczęła się jakby inna bajka. Postoju nie przedłużałem i szybko wsiadłem na siodełko. Liczyłem, i chyba dobrze, że rozgrzane mięśnie to będzie to czego będę potrzebował w drodze powrotnej. Początkowo szło całkiem nieźle. Wiatr hulał i miotał mną na wszystkie strony, jednak prędkości utrzymywałem w granicach 18-19km/h Ku mojemu zaskoczeniu nie wiadomo czemu wiało w różnych kierunkach. Kiedy wyjechałem na otwarta przestrzeń koło Wieliszewa to jechałem nachylony chyba 80stopni od podłoża, tak wiało z boku. Musiało to śmiesznie wyglądać. Jechałem 13km/h i byłem przechylony jak wieża Eifla;)
Powrót obfitował w długie monotonne odcinki pod wiatr, mimo wszystko jednak dochodzę do wniosku, i pewnie nie odkrywam tu nic nowego, że dobrze rozgrzany organizm daje +30% do Siły. O poranku pod ten wiatr jechałbym chyba 10km/h
O takich jak ten wyjazdach wielu ludzi śmie mówić, glupie niepotrzebne i bez sensu. Ja dziś zakończylem sesję, i w zasadzie od wyjścia z sali egzaminu myślałem tylko o tym aby się przejechać. Jak rano jechałem na egzamin było nieomal słonecznie. Kiedy wracałem do domu padał śnieg.
O przepraszam sprostowanie - była śnieżyca. Temperatura około 0 stopni i wiatr silny w kierunku raczej na północ a potem północny wschód. Kiedy wsiadałem na rower około 14.30 na dworze było właśnie tak. Pierwszym kierunkiem mojej wycieczki, byla stacja paliw i poprawa ciśnienia w kołach. Kompresor jak zwykle w obsłudze ciężki, a wężyk od zimna tak sztywny że ledwo wcisnąłem go miedzy szprychy. Po podniesieniu ciśnienia do 3,5ATM ruszam na dynamiczną jazdę. Celu jakotakiego brak, liczy się zmęczenie i taka wewnętrzna potrzeba zajechania się. Średnia 23-22km/h i rundka do Białołęki i z Powrotem. Woda pod kołami chlapała mi na buty, a nogi mokre były juz po 5km ale chciało sie cisnąć mimo to:)
Kiedy wróciłem pod blok, stwierdziłem, że jeszcze mi mało i dokręciłem pętelkę, robiąc przy okazji 2 porządne interwały.
Mokry, ale szczęśliwy wróciłem do domu... jutro też pójdę na rower;P choćby nie wiem co:) nareszcie mam 7 dni wolnego;)
Dziś moje zmęczenie sesyjne osiągnęło apogeum. Nauka totalnie nie szła od powrotu z uczelni,( znów miałem jakieś zaliczenie...) Wieczorem mimo padającej mrzawki i gęstej mgły w lesie, postanowiłem przemóc swoje niechcenie i wsiadłem na rower. Na początku było tak nijak, deszcz zapadał mi malusieńkimi kropelkami całe okulary, ale już chwile potem wrzuciłem na 44 ząbki i wstałem na pedały.
Mój marazm minął, gnałem przez oblane deszczem miejskie uliczki, a potem skreciłem na rowerową obwodnice Legionowa (tak sobie to nazywam) i zrobiłem dwa interwały do 25km/h. Na przejeździe kolejowym (po raz nie wiem który był zamknięty) miałem oddechu chwilę.
Powrót tez rowerem pod silny wiatr z deszczem i znów kilka intwerwałów... jazda po ciemnych mokrych ulicach jest taka inna niż latem. jest chłodno morko ale fajnie...
Edit - lub jak kto woli cz2 dzisiejszego kręcenia. Zaskakujące jest jak jasno potrafi być w lesie nocą(noc zimą zaczyna się po 16.30) Jazda bez lampki po lesie po swoja kochaną, jest niesamowite. Dziś wracaliśmy lasem we dwoje i było nieziemsko. Niby noc, niebo czarne a widać wyraźnie drzewa i... dziki:D
- 3 stopni około, ale wiaterek był odczuwalny, bo to jak w tym kiju, ma dwa końce jak w jedna wieje w plecy to w drugą cie wk** i z -3 robi się odczuwalnej -7 (brr)
Jednak nie ma to jak po całym dniu nauki o jakichś wodach podziemnych, wsiąść na rowerek i wyszaleć się. Jutro zapowiadają śnieg... oby za wiele nie napadało
Odprowadziłem Agnieszkę do pracy i udałem się na poranny rozruch, zimny wiatr w twarz i -5 stopni to nie jest to co lubię najbardziej. Jednak powiedziałem sobie że w tym roku przekroczę 10000km i aby tego dokonać trzeba przewyższyć statystyki z ubiegłego roku.
a więc około529 km muszę nakręcić w lutym;P Dziś wieczorem cz 2 kręcenia
drugi etap dzisiejszego kręcenia - po moja kochaną Agusię do pracy, było szybko, mroźno i dynamicznie. Troszkę za późno wyjechałem i te 6km do niej musiałem nadrabiać naprawdę bardzo!!!
Po egzaminie z Mechaniki gruntów czas na odreagowanie, 21km z czego prawie 15 w terenie, znaną mi już trasą przy torach PKP. noga podawała, jednak pod koniec sflaczałem i wolno snułem się do domu. Dziś jeszcze wycieczka po moją Ukochaną dziewczynę do jej pracy i wspólny powrót rowerkiem - wszystko wskazuje, że dst dzisiejszy jeszcze wzrośnie;D
ech gdyby tylko forma sama chciała się zrobić od razu taka jaką mam w lipcu:)
po imprezie z dziewczyną i znajomymi, leniwy spacer rowerowy przy torach kolejowych. Pięknie biało i wietrznie a do tego śniegowo. Najlepsze na kaca jest powietrze zimowe z siodełka;)
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.