Drugi z serii wyjazd do pracy. Dziś znów nie mogłem się z rana zebrać i wyjechałem po 7:30. Zgroza... niby otwieram oczy o właściwej porze, jednak zawsze te dwie drzemki budzika musze przeklikać.
Pewnie są wśród nas osoby wstające wcześniej niż ja (6:30), ale ja totalnie nie egzystuje o tych godzinach. Dodajmy do tego jeszcze upał poranka, ostatnich dni, i mamy pięknie spuchniętego księgowego na dojeździe do pracy.
Sama jazda w tak - stosunkowo - wczesnych godzinach jest również ciekawą obserwacją społeczeństwa. Do Alioru dojeżdżałem jak już szczyt poranny sie zakończył, teraz przedzieram się w jego końcówce, czyli w godzinach, kiedy "oni wszyscy już są spóźnieni". Da się zaobserwować tą nerwowość w spojrzeniach i (niestety) zachowaniach kierowców. Omijanie węzła Mostu Północnego pedałuje ulicą Myśliborską. Tam w sumie nie ma dużego ruchu, ale zdarzają sie "pierwiastki" co to na waskiej dwukierunkowej ulicy pędzą 100km/h aby jak najszybciej ominać patrole polcji przy Płochocinskiej i wyskoczyć "zdziwionymi" koło przystanku Konwaliowa. Ci właśnie dostarczają mi najwięcej wrażeń.
W pracy dziś robiłem znów coś innego. Tym razem praca była komputerowa. Przy użyciu narzędzi gis-u digitalizowałem dane rastrowe ze skanów map warszawy. Żmudna praca, bo klikanie i nazywanie punktów, ale cóż, kiedyś z mojej pracy ktoś będzie korzystał na codzień wykorzystując dane GIS z obrębu Warszawy.
Powrót z Pracy przyjemny. Audiobook wydaje się już kończyć, ale z każdą minutą rozkręca się coraz bardziej. Lubie "czytać" podczas jazdy, zawsze robiłem to na długich dystanasch, ale teraz w sumie przy dojazdach do pracy również sprawdza się ta metoda "zabijania" czasu.
Wpis połączony z dojazdem po Agę, praca bowiem zajęła mi dziś dłużej, i nie wstępowałem do domu tylko od razu popędziłem do Legionowa. Koło Piłsudskiego budują galerię handlową. Zlikwidowali parking i jest makabra. Nie jestem może zwolennikiem wielkiego parkingu w centrum miasta na wytyczonym polu, ale teraz miasto stoi w korkach, bo zaparkowanie się przed wymarzonym sklepem graniczy z cudem w godzinach pracy. Nie wiem tym bardziej po co jechac samochodem na zakupy, skoro trzeba iść od wozu 500m do sklepu a potem wracać i 200m jechać autem do domu:P
Wyjazd, można powiedzieć, zwykły, gdyby nie to, że nieomal potrącił mnie motocyklista. Co za - nie waham się tego użyć - debile jeżdżą. I dziwić się potem, że się rozwalają na samochodach i wpadają do trumien jak wariaci.
Jadę sobie ulicą, do skrzyżowania w droga główną pewnie około 30 metrów. Chce skręcić w lewo. Przez skrzyżowanie można jechać też prosto. Za sobą słyszę ryk silnika jakby motor leciał ze 150km/h. Droga od ostrego zakrętu wcześniej ma odcinek pewnie tylko z 300 m więc motocyklista zdecydowanie podkręcił manetkę gazu. Zamiast wystawić rękę w lewo uciekłem na pobocze, nieomal do rowu bo ryk był ogromny.
Motor wpadł obok mnie z naprawdę duża prędkością, lekko zahuczał - redukcja biegów przed gówną, po czym znów z wyciem pomknął na kolejny 300-400m odcinek drogi osiedlowej.
Zgroza ci motocykliści - jak ich jara taki ryk, to niech sobie to w MP3 zgrają i puszczają zamiast muzyki, a dodatkowo proponuje puszczać im to też na pogrzebach jak ksiądz będzie ich kropidłem pryskał. Płacze potem rodzina, jak samobójcy jeżdżą...
Znów zapowiada się kilkanaście rowerowych wpisów seryjnych. Tym razem moi mili rozpocząłem miesięczne praktyki w Państwowym Instytucie Geologicznym - pracuje w Laboratorium Geologiczno inżynierskim na Jagielońskiej. Praca bez udziału osób trzecich, bez upierdliwych klientów w miłej sympatycznej atmosferze.
Prawdopodobnie więc nie będzie okazji by opowiadać wam o jakichś ciekawych wydarzeniach i temperamentach ludzkich, ale u mnie tu tez nie jest nudno. Rano o 7:30 z lekkim opóźnieniem pojechałem więc ul Modlińską do pracy. Wykorzystałem zaplanowany wcześniej tor dojazdu, omijający węzeł grota i mostu połnocnego. Jedyne co było niepspodziewane to prawie 25 stopni rano jak jechałem do pracy.
W laboratorium robiłem badanie granic konsystencji. Oznaczałem granicę plastyczności i granice płynności. Oczywiście jako praktykant - nie mogłem, nie zostać odesłany również do jakiejś brudnej roboty. A jakże - miałem oczyścić aparaty do badanie edometrycznego modułu ściśliwości, czyli popularnie zwane Edometry.Ktoś smarując miejsca ruchome, oblał je jakimś mazidłem i teraz obciążniki lepią się do siebie. Wczoraj więc umyłem a dziś złożyłem do kupy całość.
Tu małe wyjaśnienie, praktyki zacząłem wczoraj, jednak musiałem zrobić rozeznanie terenu pod rower i dlatego wczorajszy wpis rowerowy się nie pojawił.
Miejsce na rower jest, może nie rewelacyjne, ale przejazdu pilnuje pan koło szlabanu a rower jest przypięty, czyli względna kontrola nad moim jednośladem jest!
Powrót już w saunie. Gorąco, upał, ble... dlaczego nie moze byc 27 stopni i koniec, tylko musi parzyć po 35? Lubie ciepło, i ciepłe dni, ale nie takie bezduszne upalne dni jak dziś.
Kurcze chyba muszę wziąść sie za siebie. Mało ostatnio piszę na czas. Ciągle zalegam z wpisami. Czy to oznaka, że mój potencjał blogerski się wyczerpuje? Hmm nie dobrze. Może za mało mnie chwalicie, albo ja wiem? powinniście mi ciągle gratulować czegoś. No nie wiem - liczę na was, że wymyślicie jakiś sposób na mnie.
Tymczasem, uzupełniania - ciąg dalszy.
Wyjazd na Piaski Śnieżnikiem w celu powieszenia go na hakach w garażu u ojca. W weekend majowy z rowerowni, zginęły 3 rowery i od kilku dni w domu mamy 4 maszyny w kawalerce. Niestety, rowerownia przestała być miejscem bezpiecznym na trzymanie rowerów i mamy kłopot ogromny. Nie było włamania tylko ktoś perfidnie, ktoś z wynajmujących/mieszkańców wszedł "se" i wyjechał na 3 rowerach.
Ogólnie bardzo przykra sprawa. Nam się upiekło, ale Kross Agnieszki jak wróciliśmy 1 maja po południu, był zdjęty z haka, a więc ktoś coś próbował z nim robić. Uchroniła go gruba zapinka w tylnym trójkącie ramy. Gdyby był "jeżdżący" pewnie by odjechał.
Cóż zrobić, mamy takie czasy, że nawet w domu nie jesteśmy bezpieczni. Sliskie podłogi czekają aby nam ręce i nogi połamać. Wszędzie czai sie zło!
Wycieczka, znów zaplanowana totalnie inaczej a pojechaliśmy w innym kierunku. Mieliśmy eksplorować okolice Wyszkowa a krótka narada ze znajomymi przyniosła wyjazd w okolice Pułtuska.
Pojechało nas w sumie pięć osób.
Zdjęcia niebawem - mam nadzieje, że koleżanka wgra.
Wycieczka, kolokwialnie mówiąc, na zakupy. Wybraliśmy się najechać Decathlon z wielu powodów. Przede wszystkim wyjazdy wszelakie inne, totalnie nie wypaliły. Nie było jak i gdzie się ruszyć bo pogoda dawała popalić. Wyjazd do decathlonu w sumie był odpowiedni biorąc pod uwagę napięte terminy zbliżających sie tygodni. Do wyprawy zostały ze dwa miesiące a troszkę jeszcze załatwień jest.
Same zakupy owocne. Nareszcie mamy kurtki przeciwdeszczowe których w sumie brakowało nam do wyjazdu. Oboje wystąpimy na wyjeździe jako czerwone krasnale. Czerwień na tle niebieskich sakw i czerwonego ortilieba będzie prezentowała się odpowiednio.
Nabyliśmy także spodnie przeciwdeszczowe, jako komplet ochrony od wilgoci. Teraz nie straszna nam - chyba - żadna deszczówka.
W decathlonie tłumy, jakich mało... ludzie chyba, tak jak my, zamiast na majówkę wybrali się na zakupy. W Ikei także tłumy. Nowy sposób spędzania czasu widzę, wszedł w krew na tyle mocno, że czas wolny i urlopy planuje się w centrach sprzedażowych.
Chyba zaczynam rozumieć paradoks możliwości dodawania różnych rodzajów aktywności do BS, przez administrację tuż przed majówką. Pogodę chyba też przekornie wgrali nam deszczową na niebo, abyśmy mogli skorzystać z kompletu nowych funkcji serwisu sabatystyk. Dziś i ja skorzystam z jednej z owych kategorii. Przedstawmy je jednak po kolei:
* chodzenie - po piwo do lodówki, * bieganie - do łazienki, * narciarstwo - lody * treking - treking stoi w piwnicy * nordic walking - kijki oparte o ścianę, * sztuki walki - z nudą * siłownia - ćwiczenie siły woli, jak nie zwariować, * aerobik - popisowa figura sięganie po pilota/piwo (niepotrzebne skreślić). * wrotkarstwo - wyWROTOWY to ten weekend majowy był na pewno.
Dzień minął mi leniwie. Oglądaliśmy z Agnieszką Ugotowanych na TVN i w dalszym ciągu nie mamy telewizora. Czyli stara bieda... jej bez roweru jeden dzień a czuje się jakbym miał w depresję wpaść;/ SZOK!
Wyjazd mozna powiedzieć dwu-etapowy. Wpisu dokonuje jako jeden dzień, ponieważ nie ma tu większego sensu dzielić tych atrakcji. Odwiedziliśmy rodzinę na Północy Mazowsza rowerkami i takoż samo wróciliśmy do domu.
Sam wyjazd przyniósł mi kilka trudnych do zaakceptowania spostrzeżeń. A mianowicie, mimo, że tyle jeżdżę nie powalam kondycją jeśli chodzi o pedałowanie siłowe. Agnieszka totalnie deklasowała mnie na podjazdach w których jestem chyba - jak to się mówi - noga. Naprawdę wstyd przyznać, ale odchodziła mi na 10-20 metrów jak zaczynało się robić pod górkę. Dodatkowo zauważam, że mimo, że ma o wiele mniej kilometrów daje sobie świetnie radę na dystansach do 50 km.
Wytrzymałościowo w końcówce leciutko słabiej, ale ściganie się na górce tuz przed wjazdem do posesji (tym razem jadąc w dół) pod sam koniec trasy wygrała. Pierwszy etap zjazdu wygrałem i kiedy odszedłem jej kilka metrów odpuściłem a wtedy ona zaatakowała. Na wyższej kadencji już dobrze rozpędzona, wyprzedziła mnie bez kłopotów, ja niestety nie miałem już miejsca aby zredukować i ją dojść. Cóż, nie ma co ukrywać - Aga ma siłę w nogach!
Powrót do domu, już bez "ochów" i "achów". Chyba nie służą mi częste jazdy po tych samych trasach. Chce mi się czegoś "świeżego". No może nie koniecznie całkiem nowe tereny, ale takiego dawno nie próbowanego smaku z kuchni "długodystansowej".
Kto wie może coś niedługo popedałuje...
Majówka jakby z nas sobie żartowała, bo pogoda zapowiada się byle jaka, więc stąd ten tytuł. Co będzie pojutrze, no zobaczymy.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.