Dzisiaj pierwszy raz naładowana do pełna bateria. Nie odczuwam jakieś zmiany w przyśpieszaniu. Jedyne co do dojazdów bym dał to mniej terenowe opony, bo te buczą jak traktor. Ponadto muszę zamontować sobie dzwonek, bo zapomniałem jak to jest spotykać święte krowy na swojej drodze.?
Aha no i muza jakaś by się przydało bo tak jakby nudno nocą bez muzyki??
Drugi dzień testów roweru elektrycznego. Zjawisko dla mnie nowe tymbardziej zatem czerpie doświadczenie.
Dzisiaj przejechałem kawałek lasem i zjechałem na kilka górek. W lesie poziom pierwszy jest momentami mało odczuwalny. O ile jedziemy po płaskim szutrze, to jeszcze jakoś to leci, to gdy zaczyna się górka z piaskiem, czy ostrzejszy podjazd to pierwszy poziom wspomagania po prostu przestaje wystarczać. Oczywiście kręcony nogami, tylko mamy te parę kiloe więcej do wciągnięcia.
Poziom drugi w lesie w moim odczuciu jest optymalny. Na przysłowiowej "dwójce" czuć że mam jesXze kontrolę nad rowerem.?
Poziom trzeci, mimo że daje mnóstwo funu na podjeździe, wymaga doświadczenia i wyczucia, bo silnik nie ma oczu i daje ile może a na wąskim singlu pod górę czasem robi się ciasno.?
Jako że bateria wczoraj była tylko częściowo naładowana to dziś zużyłem ja prawie do końca. Biorąc pod uwagę dwa dojazdy po prawie 25km i kawałek terenu, oraz grube opony wydaje się spoko wydajność.
Ciężki dzień... Dużo się działo. W głowie kupa. Trzeba było odpocząć. Giełda terrarystyczna fajna... Dużo ludzi dużo fajnych okazów... Szkoda że straż miejska mi popsuła humor jak z niej wyszliśmy.
Coś ostatnio znowu wszystko pog górkę mam... Kiedy znów się to życie bujnie i zacznie jakoś toczyć...
Rano dla odmiany napadało nowego deszczu. Obudziłem się zniesmaczony bo znów mam wolne i leje.... Mimo wszystko zapowiadali słońce. Zdecydowałem się wyjść choć niepewny nswojego losu. Jako że cierpienia wspólnie mniej bolą, to zabrałem P ze sobą ???. Przy okazji wycieczki wpadło kilka odcinków katorgi na wrzesień...
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.