Szybkie i dynamiczne 30 minut z sporym obciażeniem. Nawet miło, tak ani za krótko ani za długo. Postaram się wrócić do tych regularnych 30-tek porannych i wieczornych. Ostatnio coś wypadłem z rytmu:)
Wieczorne pedałowanie, troszkę nie w smak mojej żonie. Chcę abym zjadł kolację i szedł do łózka z nią coś oglądał. A mi wieczorna jazda pozwala troszkę odreagować dzień. Zrelaksować się i przyjemnie spocić. Dziś śledziłem zmagania Rafała Majki na etapie, kiedy wygrał odcinek TdF. Długo jechał pod tą górkę, więc jechałem 38 minut. Godzinnego pedałowania nie mogłem sobie zafundować, bo pocztę po pracy odwiedziłem i odbierałem piasty, a gdy wsiadłem na rower stacjonarnie, to było już za późno. Nie chcę w sumie po 22 ludziom huczeć na suficie trenażerem - jestem człowiekiem.
Jakoś tak wstawałem opornie dziś rano i nie mogłem zebrać się z łóżka, nawet przewidywałem, że rano nie będę jeździł. W końcu jednak się zdecydowałem i zanim się zebrałem to było już późno. Stąd 21 minut a nie pół godziny. Trzeba bylo się oblać wodą z rana przed pracą żeby nie śmierdzieć.
Zdecydowanie pasuje mi nawet krótka jazda z rana. Dodaje energii mimo, że ją odbiera. Lubiłem te poranne wyjazdy o 8:00 jak było ciepło, robiłem wtedy około 25 km czasem więcej. Teraz pogoda do wyżygania "radosna" to przynajmniej te poranne dawki endorfin mnie podnoszą.
Ostatnia godzina na obciążeniu 3. Kolejne jazdy podniosę troszkę poziom bo trójka już za lekka - zdecydowanie. Generalnie jazda udana, choć końcówkę męczyłem jakoś strasznie. Jakby mi chęci odeszły. Pfff Bolało - psychicznie, fizycznie spoko, trochę się zgrzałem - normalka
Po ciężkim dniu, znów ciężkim psychicznie, musiałem zajrzeć w głąb siebie. Nie oszczędzałem się. Czuło się wyższe obciążenie, czułem jak mięśnie krzyczą o zredukowanie biegu. Miałem jednak masochistyczna satysfakcję z zadawania sobie takiego bólu i obciążenia.
Miłe 30 minut z chłopakami z etapu tour de France. Postaram sobie ściągnąć teraz chronologicznie cały wyścig 2014 i lecieć po kolei odcinki. :D
Po wczorajszym gorszym dniu i wieczornych sprintach, dziś jechało się spoko. Założyłem sobie, że utrzymam wyższą średnią i udało się to chyba osiągnąć. Generalnie pierwsze dziesięć minut to lekko odczuwalna prawa noga. Efekt wczorajszej jazdy z Piotrem. Później noga się rozruszała i nic nie przeszkadzało.
Chyba zaplanuje sobie kolejną jazdę z jakimś audiobookiem. Czuje się coraz lepiej podczas tych trzydziestek i to miłe uczucie - czuć moc;D
Dziś kolarze na etapie robili długi podjazd. Majka miał atakować górską premię, ale jednak nie było ataku. Etap po trzech górach i cały 170km, obejrzałem dopiero połowę przez dwa treningi. Dopiero teraz komentatorzy się rozkręcili, zaczęły się jakieś anegdoty itp. Wcześniej spierali się, czy dobrze, że oderbali Amstrongowi tytuły. Jeden był za, drugi przeciw. Obaj nie popierają dopingu, ale no wiecie "tak wymazać zwycięstwo"... nie skumałem. Może za bardzo zmęczony byłem.
Kolejny - drugi już trening na rolce. Pierwszego 15 minutowego nie liczę, bo to było takie swego rodzaju wprowadzenie.
Dziś nie jechało się dużo lepiej niż wczoraj. Dokończyłem XII etap TDF i zrobiłem 13km. Ważne, że udało się popedałować przed pracą, bo od razu lepiej się czuje i mam więcej energii.
Dużo na temat treningu nie będę pisał bo to nic wyjątkowego. Przez 30 minut równa jazda, wcześniej okolo 10 minut rozgrzewka na lekkim przełożeniu. No i generalnie tyle. :D
Kolejny dzień w pracy. Dojazd tylko tyle ile trzeba, czyli nie więcej niż 3km, za to przed i po pracy trening w siodełku "stacjonarnym". Nie idą mi lekko te jazdy, tak jak zimą tego roku. Dzisiejsza godzina była dość męcząca, ale udało się dojechać do końca i z tego się cieszę. Mam nadzieje, że organizm zacznie się adaptować do wysiłku i jeszcze w tym roku w realu jakąś fajną trasę zrobię:D
Pierwsze pół godziny na trzenażerku. Jechało się spoko. Obciążenie dość niewielkie, po prostu chodzi o to by doprowadzić podstawę mojej kondycji do odpowiedniego poziomu. Do końca grudnia planuje jazdy na niskim obciążeniu - długie i w jednym tempie. Później zacznę dopasowywać obciążenie do nowego sezonu.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.