Najpierw wybory z rana, a potem las z synem. 3 kilometrowy marsz i siatka grzybków. Kiedy dziecię zajęło się sobą a zona miała chwilę dla siebie wyekspediowałem na Ałtsajd by poczynić kilometrów paru!
Piękny dzień dzisiaj zapowiadali. Mój dzień jednak wolno się budził. Wczoraj trochę pracowałem fizycznie i mimo że mięśnie mnie nie bolą to poranek był mega trudny. Syn skakał po mnie ale ja nadal przemierzałem bezdroża senne. Wreszcie jakoś udało się wyjść z wyra. Pakiet poranny to kawa syn przedszkole i zakupy. Zakupy udało mi się przesiedzieć w aucie i lekko Wegetować. po powrocie do domu i wysłaniu wszystkich do przedszkoli i pracy, czas był dla mnie i mogłem wreszcie się położyć. Co dziwne odechciało mi się spać i stwierdziłem że takie słońce nie może się zmarnować. Ubrałem się i pojechałem.
pogoda była rano w stylu tych dziwnych. Ani ciepło ani zimno. Ubrałem się tak pomiędzy ale nie mogłem jakoś wstrzelić w termike ałtsajdu:))
Po kilku dniach popołudniowych,dzisiaj przypada mi dzień na rano. Najgorsze jest to przejście bo zanim z popołudnia jestem w domu to jest 22 a następnego dnia trzeba rano wstać. dzisiaj pogoda zgoła inna. Ciepło ale deszczowo. Jako że na głównej stacji będą tłumy o tej porze, to udaje się na Legionowo piaski. Dodatkowe kilometry w tym wiadukt,to szansa aby się rozgrzać o poranku.
siedzę sobie właśnie a przede mną wielki baner SZYSZKO. Zmarł wczoraj. Stary człowiek i las. Jak słuchałem w radiu to nawet mądry facet był, szkoły skończył a do koryta się pchał. Z tymi lasami to chyba po prostu dał się wpuścić w maliny jakimś doradcom. Nie sądzę aby sam wpadł na taki pomysł z lasami po tylu szkołach. Komuś zależało na takiej ustawie i pewnie musiał ja puścić. Tm w sumie ciekawe że wybieramy ludzi który są w ogniu kierowania przez spółki i wielkie firmy. Nawet gdyby ktoś chciał coś zmienić i zrobić wbrew gigantom to by go przegłosowali.
ech i nie wiadomo teraz na kogo iść głosować.
Dobra koniec tej polityki bo to nie to miejsce:) Mój pociąg już jedzie - bywajcie!
Poranek znów wyszedł całkiem przyjemny. Udało się zrealizować wszystkie zadania jakie wyznaczyła żona i pojechać na rozerek. Tdgm dnia miałem dodatkowo kurs do Jabłonny do moich lokatorów. Temperatura dzisiaj wyjątkowo wysoka. Jak wyszło słońce uzbierało się nawet jakieś 14stopni. Musiałem uważać żeby nie ugotować się w ciuchach bo przez te huśtawki ciężko wstrzelić się że strojem rano. rower przed pracą dodaje mi jakiegoś takiego powera. Cieszę się potem jak głupi do sera. Tm chyba nadmiar endorfiny tak na mnie działa porannie. Niestety to chyba jedne z ostatnich wyjazdów w takiej temperaturze bo nieubłaganie idzie listopad a przymrozki są tuż za rogiem.
Ostatnio analizowałem swoją rowerową szafę. Doszedłem do wniosku że jest tam sporo wiekowych ubrań. Na przykład do dzisiaj mam i mieszczę się -koszulkę kolarska swoją pierwszą z 2006roku. Podobnie kurtki i bluzy -jeden softshell jest już że mną od prawie 7lat przynajmniej:)
A u was jak wygląda prawa odzieży jesteście fanami corocznego zmieniania strojów? Czy raczej należycie do grupy konserwatystów?
Jak odwiozłem syna i zrobiłem zakupy zostało mi nadzwyczajnie dużo czasu pojechałem więc na rower do lasu. Jazda po leśnych drogach piaszczystych na oponach 35c to poniekąd wyzwanie. Nawet lekki piasek powodował że się kopałem. Co grube opony to jednak grube. Tym bardziej podziwiam ludzi na grawelach jadących po lesie. Wyjątkiem mogą być chyba tylko ci co naprawdę używają grubych opon powyżej 40c. Wszystkie inne rowery to dla mnie nic innego jak przełajowe naszyny. JA nie mam z tym kłopotów bo swój rower nazywam jak chce. Raz jest 29erem raz crossem.
Do pociągu wsiadam o 10:40 i relaksuje się w cieple. Tego dnia do PKP mam 11kilometrów a z powrotem i dojazdem między PKP i praca wyjdzie mi tego dnia 20km.
Pierwszy od dawna dzień wolny, który mogę spędzić tylko na swoje sprawy. Najpierw zacząłem fryzjerem, potem po ogarnięciu spraw poranka udałem się na rower. Nowy/stary widelec świetnie działa, a i nie szkoda go na okres jesienno-zimowy. Raidon przejdzie niebawem serwis z wymianą oleju i czego mu tam trzeba.
Moja dzisiejsza runda to kółko przez Legionowskie lasy do Choszczówki, a następnie do Nieporętu i do Legionowa.
Efekt? Jak zaczynałem świeciło słońce, jak kończyłem już nie świeciło... i znowu zmarzłem.
Za to przyjemnie się jechało. Pierwszy raz od dawna pojechałem na rower dla przyjemnośći a nie z przymusu dojazdu do pracy;)
Sobota urodziny kota. A dla mnie to dzień sądu i młynu w sklepie. Zmienił mi się też rozkład jazdy więc kolejna szansa na mikro kilometry wpadła. Muszę jechać na Legionowo piaski bo pociąg jedzie z Wieliszewa więc dodatkowo mam ze 2 kilometry.
Praca w sobotę to dość osobliwy dzień. Nie ma szansy na nudę ciągle ktoś zaczepia na sklepie i czasem nie da się przejść przez sklep aby ktoś nie zaatakował. Dla mnie to największą niewiadomą jest rozpinanie kurtek. Czasem mam wrażenie że ludzie mają nadzieję znaleźć w środku jakieś skarby. Czasem nie ma mnie 5 lub 10minut na sklepie, a mój dział zionie kurtkami rozpiętymi. Zapinanie kurtek to must have tej pracy!
Kończyłem pracę tego dnia o 17.15 więc postanowiłem z okazji soboty wrócić sobie rowerem do domu. Nie wziąłem pod uwagę jednak tego że wieje. Z 10stopni odczuwalna temperatura była w okolicy 5. Jednym słowem wymagało to sporego hartu ducha aby dojechać do domu.
Jak wspomniałem w ostatnim wpisie dodatki będę dodawał bo same dojazdy do pociągu oraz powrót to trochę mało:) zacznę tym wpisem bo dodatek był w związku z tym że miałem na rano do pracy a tego dnia deszcz postanowił nie padać, mało tego nawet świeciło słońce!
W pracy powoli nabieram rytmu bo po dość długiej przerwie jakoś nie mogłem się zebrać w sobie i codzienne wstanie jakoś totalnie mnie powaliło. Niby zmiany nie 11 tylko osiem godzin ale jakoś gdy człowiek miesiąc czasu się leni to ciężko wpaść w rytm. Pmwmjg się to stabilizuje i mimo że dni chłodne to jakoś wracam na koła. pracuje pół etatu na serwisie a pół na sklepie. Moja praca na sklepie to głównie sprzątanie po klientach układanie towaru zapinanie kurtek no i oczywiście pomaganie przy zakupie rowerów i akcesoriów. W brew pozorom sporo ogarnięcia jak jest tłum ludzi. Życie na sklepie toczy się swoim rytmem a pytania ludzi jak zwykle są kopalnią wiedzy dotyczącej naszego gatunku - Pan tu pracuje?
Ostatnio nie miałem czasu ma pisanie codziennie bo musiałem przestawić się na codzienne dojazdy do pracy. Praca w trybie ośmiu godzin powoduje mniej dni wolnych, a te jak już są to najczęściej wypełnia je masa obowiązków domowych. Dzisiaj jest przełom bo w reszcie mój telefon pozwolił mi zalogować się na portal i postaram się wam pisać więcej w trakcie fascynującego dojazdu koleją:)
Tylko spokojnie, rower bierze w tym czynny udział bo do pociągu mam kilometr a potem w Warszawie znów kilometr do pracy bo daje około 4km łącznego dystansu dziennie zakładając że tylko PKP bez dodatków. Jak wiadomo dodatki się zdarzają i będą się zdarzać;)
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.