Nadrabiam nieco zaległości, bo o ostatnio mnie na strave trochę przeniosło, ale tam w sumie kolekcjonuje tylko suche dane a tu nadal będę czasem coś do was ryja otwierał. W sumie klawiaturę bardziej, niż ryja - ale czujecie różnice prawda?
Popylam sobie na fullu i troszkę ostatnio też popylałem w lasach. Przygotowania do pomorskiej trwają choć ostatnio pogoda nieco w kotka i myszkę z nami gra. W sumie było ciepło, to wiało a czasem padało. Zdarzał się nawet śnieg. No ale nie ma lekko. Taka zima to nie zima.
Kolejne dni to zbliżająca się decyzja rządu w okresie pandemii. Najpierw padły urzędy - czyli żłobki:P i przedszkola i szkoły. Sektor prywatny wolno zaczął iść w defensywę dość niedawno. Obecnie do końca nie wiadomo co będzie dalej i jak rozwinie się sytuacja. Jak trzeba będzie pracować i czy w ogóle.
Na chwile obecną czekam (w siodełku) na rozwój sytuacji i korzystam z dni wolnych. Choć dzisiaj zima postanowiła sypnąć śniegiem.
No to po kolei. A w sumie chyba wypadało by powiedzieć po torach. Bo i wzdłuż torów jechałem. Wpis kilometrowo jest z wyjazdu na północne Mazowsze, gdzie dotarłem na dwóch kołach i dwóch amortyzatorach. Jako żywo było po kolei, bo szło sporo wzdłuż torów kolejowych, ale więcej o mapce średnich i te pe znajdziecie państwo w mojej stravie, którą uprawiam od niedawna. Nowy telefon nie blokuje mi gie pe esa gdy ekran wyłączony, wiec strava zyskała poklask. Ba ona taki poklask zyskała , że nawet żem se licznika nie zaczepił był odkąd żem rowera wymienił.
Tera tak... Długo żem myślał i żem kombinił, kombinował, wykombinowywał, i podjąłem ( podjęłem) decyzyyje, iż, że, ponieważ, JADĘ NA POMORSKĘ PIŃĆSETKĘ! - tu czas na okrzyki podziwu - . . . . . . . . Ok dziękuje! Postanowiłem jednak zmierzyć się z tym maratonem z kilku powodów, lub powódek. Po pierwsza powódka - to taka iż limit czasu jest długi i mogę go nagiąć byle dojechać. Nie będę więc łamał rekordów dwudziestoczterogodzinnych [trudne słowo] jednakże pojadę sę [sobie] turystycznie. Wiecie - plażing, piasing, opalajing... Generalnie jako wyprawę na 3 dni to traktuje. Od rana do nocy - spać -> od rana do nocy - spać I tak będę sę jechał ciupciał pedałkami aż dojadę!
Po drugie - zapas urlopowy na ten wyścig wziąłem sporawy, więc nie pili mnie żadna PILICA ani praca, więc tym bardziej mogę sobie chill uprawiać i jechać dla funnu.
Po cze-cie rowera nowego mam i powiem wam - matko Bosko kochano! Jaki Łon jest gibki. Nic nie częsie! Nic nie czącha! No generalnie zajarany jestem, bo w terenie na fullu to bajkowa jazda. Mniej dupiszon trzeba z siodełka podnosić. Maraton ma się począć za jakieś dwa miesiącyje, toteż mam czas na dokładne dorechabilitowanie kręgosłupa. Pobieram zatem zabiegi, wcierki masaże, pobieram również pensję - chodząc do pracy. W pracy przeniosłem się z serwisu, aby plecy miały lżej, na sklep. Pewnie na serwis wrócę znów zimą na narty, teraz za to będę miał pracę na dziale i wytrwale będę kręcił rowery dla ludzi z ludi Warszawy.
No dobra słuchajcie trochę mnie tu nie było, ale jestem cały czas. Jestem raz dłużej raz krócej, ale jestem. Mój kręgosłup powoli wraca do zdrowia. Wszystko wskazuje na to, że dojdę do prawie pełnej sprawności natomiast muszę pamiętać o tym, że raczej dźwigać ciężarów już nie będę także rekordy świata muszę zostawić dla innych . Ja skupię się tylko na jeździe rowerem. Nowy rower sprawuje się świetnie. Całkiem inna przyjemność z jazdy, nie muszę uważać na korzenie, mogę troszeczkę olać nie duże nierówności na zjazdach wymagających można pozwolić sobie więc na nieco więcej.
Co zaś się tyczy spraw imprez długodystansowych, jeszcze nie wiem do końca jak to będzie. Jeszcze nie zdecydowałem, obserwuję na razie. Plecy są okej, chodzę na rehabilitację, rozciągania trochę ćwiczę w domu, no i oczywiście praca. A jakże któż żyłby z nas gdyby nie praca gdyby nie to światełko w tunelu.
Pogoda ostatnio zrobiła się nieco kapryśna, bym powiedział nawet bardzo kapryśna. Na przykład dziś kiedy pojechałem na rower miałem na zmianę słońce i śnieg w zasadzie nie tyle śnieg co śnieżyce . Sypało aż miło i było biało i ciągle sypało jeszcze sypało i jeszcze sypało. Wróciłem do domu zrobiwszy zaledwie 24 km, ale mimo wszystko troszkę pojeździłem podgórki i noga pracowała. Jest kilka fotek, jest oczywiście banan na ryju więc jestem szczęśliwy z tego co udało się mi dzisiaj pojeździć.
Dzisiaj w terenie, w celu wyznaczenia kolejnego odcinka Legionowskiej Katorgi. Dodatkowo sprawdzałem jak pracuje zawieszenie po dopompowaniu do 110 psi. Nadal miękko trochę z tyłu, ale będę to jeszcze obserwował, bo wydaje mi się, że zbliżam się do stanu satysfakcjonującego mnie. Muszę nauczyć się jak jeździć, bo tylkny zawias łądnie wybiera teren a umiejętne równomierne pedałowanie sprawi, że nie będę się tak bujał. Dodatkowo inny układ kierownicy niż w treku powoduje że nieco niewygodnie na początek się ją trzyma. Zmieniłem dzisiaj więć chwyty na te co miałem w treku. Nowe/stare są również opony bo Huthinsony są bardzo agresywne bieżnikowo i nie potrzebuje aż takiego klocka. Założyłem więc swoje Mezcale z Treka. W ruch poszło też siodełko z treka i pedały.
Rower jest więc już coraz bliżej ideału. Muszę tylko popracować nad zgraniem się z przełożeniami, bo wiadomo są całkiem inne niż w poprzedniku, za to jest ich więcej i jest z czego wybierać.
Troszkę Toksynka latałą dzisiaj po lesie i pierwsze podjazdy zaliczyła. Muszę jeszcze doregulować zawieszenie aby było pod moją masę i oswoić się z nowym układem jednośladu.
W terenie przyjemnie się pedałuje a przełożenie 34x50 mam wrażenie, że wpuszcza mnie pod każdy podjazd;)
W mieście blokuje manetką oba amortyzatory i lecę prawie na sztywno. Prawie bo mikro ugięcia są więć lekkie nierówności czy nagłę dołki amorek lekko zbierze.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.