PLANY Chciałbym pojeździć troszkę w terenie. Czy będzie się to objawiać startem w jakimś maratonie? Na pewno Czy będzie to jakieś ekstremalne jeżdżenie - na pewno. Kto wie może odnajdę się w ultra mtb ? haha W sumie cierpienie mam we krwi - stawianie sobie wyzwań to moje hobby od jakiegoś czasu.
Obecnie takim najbardziej klarownym planem jest MP 2019... co potem się okaże
A więc na pewno przeszła mi jazda szosą. Dziwnie bo tak definitywnie z roku do roku porzuciłem wszelkie ultra szosowe dla jazdy terenowej. Nawet mp 2019 odpuściłem. Jazda terenowa stałą się moją nową mantrą i ile mogłem to z głównych dróg w lasy zjeżdżałem. Udało mi się również parę razy przekroczyć sto kilometrów w lasach.
W 2019 pokonałem 200 km jadać 80% terenem. W roku 2020 stawiam sobie większe wyzwania. Przede wszystkim zamierzam wystartować w Pomorskiej 500 i pokonać trasę ponad 500 kilometrów lasami z okolic Szczecina do Gdańska. W tym celu będę zwiększał przebiegi terenowe systematycznie w ciągu roku, a jak czas i praca na to pozwoli to powtórzę wyprawkę 200km szutrami jak w tym roku.
W doku 2019 udało się wyskoczyć na jeden dzień na Góry Świętokrzyskie i złoić tam piękną, choć wymagającą trasę po lokalnych pagórkach. W roku 2020, także Ten obszar będzie w planach, ale raczej jako weekendowy kaprys, niż sztywny i zaplanowany punkt programu.
Pozycja kolejna to Mazovia 24h, na którą planuje jechać z ludźmi z pracy. Nowa ekipa jest bardzo pro rowerowa i wspólne uprawianie sportu to nieomal jak wyjazdy firmowe. W roku 2020 Mazovia ma zawitać do Janowa Lubelskiego więc spodziewam się piaszczystych terenów, ale i dobrej zabawy.
Reszta wyjazdów wyjdzie w praniu, bo rok jest długi i rozproszony, a na urlop na pewno rowery zabierzemy!
Wieczorny wyskok z D na rower. Miało być spalanie pieroga, i ostatnia okazja do jazdy w ciepełku. W jedną stronę z wiatrem w drugą - nie zgadniecie - pod wiatr!!!
To było tak... była niedziela, zaraz po sobocie pracującej, była pogoda "taka se". A ja i "D" mieliśmy trochę spraw do załatwienia. Oboje mamy jakieś tam rodzinne obowiązki. Zdecydowaliśmy, że jeśli uda się wspólnie na rower pójść to dopiero jak będzie ciemno, bo:
a) nie mamy czasu b) nie będzie widać jak h... pogoda jest Pojechaliśmy więc jak było ciemno. Wyszło solidne 40 kilometrów.
Dziś był poniedziałek. Rano miałem sprawy świąteczne do ogarnięcia, a potem około jedenastej znalazła się chwila na rower. Niestety pogoda nie rozpieszczała, i zaczynało kropić. Jak ruszałem padały dwie krople na krzyż, ale potem padało mocniej i mocniej. Summa summarum D też zdecydowała się wyjść na rower i moknąć ze mną. I tak na zmianę padało, wiało nie padało, potem znów padało i znów wiało i znów nie padało. Dziewięć - słownie stopni - sprawiało, że jechało się znośnie, choć momentami żygało spod kół fest...
Jak przed chwilą szedłem po bombki na choinkę do piwnicy - nie poznałem roweru.
Wpisy dopracowe znów łączę w jeden, bo to zlepki małych pypków tworzące moją codzienność niejednokrotnie monotonną, choć przeplataną również przedpracnikami ( przez las ) rzadziej zaś, popracnikami ( ciemno głodny spać ) Tak wygląda przedpracnik czasem...
czasem tak...
popracnik zaś tak... no chyba, że kończę o 17 (rzadko ale czasem kończę) i wtedy ludzie się ze mną kłócą o miejsce, że mój rower im siedzące miejsce zajmuje...
Ostatnio przez to że miałem górala w kawałkach musiałem jeździć szosą. Udało się umówić z D na rower bo akurat oboje mieliśmy wolne i trzeba było trochę odreagować. Oboje pracujemy w handlu i była wspaniała okazja aby porównać swoje odczucia świąteczne. Płakałem ze śmiechu jak jechałem. Mega spokojna jazda, ale wiatr masakra. Nie wiedzieć skąd i jak wyszło ponad 60kilometrów. Odwyklem od tych prędkości gdy podczas jednej wycieczki w 2.5 lub 3godziny robi się sześćdziesiątkę.
dzisiaj udało się prawie skończyć projekt roweru. Jest mega niedokładnie ale nikt nie odda mi frajdy z tego budowania.
Wpisanie 65 kilometrów w tym okresie roku może nie zniszczy nikomu życiorysu, toteż popełniam taki wpis. Jak zapowiadałem ostatnio czasu na regularność jest tyle co śniegu w grudniu! W pracy zaczęliśmy Grudzień, co oznacza, że logarytmicznie wzrasta ilość klientów, a odwrotnie proporcjonalnie do kwadratu odległości między nimi, maleje moja do nich moja cierpliwość. Nasza zależność wyraźnie jest asymetryczna. A tak po prawdzie to w sumie nauczyłem się już okresu świątecznego bo niezależnie czy sprzedaje lodówki czy sprzęt sportowy zachowania są podobne. Oczy zmącone, spokój zaburzony, i ta panika. Jak narkomani wpadający do sklepu z używkami. Może niedługo skutecznie uda się zaatakować dentystę, bo ostatnie nasze starcie jakie miało się odbyć, zakończyło się wycofem ze strony przeciwnika. Teraz mam termin na najbliższy wtorek i będę prawdopodobnie knalaił. No chyba, że będzie remis i ucieknę spod gabinetu:D
Kończę - kolejnym malarskim akcentem;)
Na koniec tym razem jednak dam bezbarwny lakier kilka warstw bo poprzednio nie dałem i ten kolor szybko sie wycierał...
Wypad w środku tygodnia (wolna niedziela:P) na rower ze znajomą. Masakracja jaka nastąpiła w lesie podczas jazdy i ilość potu jaką wylałem na trasie z "D", była nie do opisania. Nawet nie miałem czasu fot robić bo: a) marzłem b) pizgauo c) jechałem d) znowu pizgauo, ale już nie marzłem e) goniłem D f) było mi dla odmiany gorąco i w stopy tylko marzłem g) znowu goniłem D
Dużo się działo, a kilometry wpadały. Szkoda, że jak mogłem pojeździć to nie świeciło słońce jak w sobotę, gdy musiałem tyrać w robocie...
Jejku jejku jejusieńku - co tu się dzieje, nie ma mnie i nie ma. Otóż jestem, mimo, że umarłem to narodziłem się na nowo. Długo by opowiadać o tym co się zdarzyło wiec po krótce postaram się wam streścić. Otóż zaatakował mnie zaraz. Nie zaraz tylko teraz mnie ten zaraz zaatakował i przez owego zaraza musiałem sobie przysłowiowego "brejka" od "lajfa.
Dopadł mnie rota, bo mój dziedzic dni kilka przed moim rotem, też miał rotację. Jak to dziedzic mówi - "miałem tata złą ślinę". No to dziedzic wydobrzał w jedną noc i myślimy sobie spoko. Błąd! Jak mnie dzionek zacnie mijał i wtem od 17 zaczęło mnie mdlić. I tak mnie mdliło, że umierałem do czwartej rano. Przez grzeczność - nie zapoznam was ze szczegółami, jak bardzo nie_tylko_mnie_mdliło, bo ten kto żołądkową grypę przechodził, wie co z tego wychodzi i którędy.
Dawno tak nie zdychałem na rotę. Na domiar wszystkiego następnego dnia o ósmej już byłem w PKP do Wawy do pracy. Trafił mi się zajebisty okres na regeneracje po żołądkówce, czyli zmiany ranne... Niewyspany, obolały i pusty jak wydmuszka pojechałem. Prze wegetowałem cały dzień i wróciłem do domu. Nawet nie wiem kiedy padłem spać. Byla chyba dziewiętnasta... nawet dziedzic jeszcze hasał. Kolejny dzień, znów miałem na rano, a kolejnego dnia... znów na rano i wiecie co? Ten ostatni dzień z triduum porannego wypadł na wyrobienie 10 godzin.
I oto jestem! Co nas nie zabije to wzmocni, choć jedzenie przyjmuje jeszcze z lekkim obawieniem. Plus? 2 kg poszło w Polskę!!! No to ten... a u was jak?Nawet w sumie nie czytałem za bardzo fejsów i be esów, ino wrzuciłem kilka razy fotycz z morningowego pociągu.
Ostatnio znowu cięższy okres w pracy i nie miałem czasu na dużo pisania. Po prostu trzeba było korzystać z okazji i jeździć bo pogoda była, a na pisanie na blogu już czasu mi nieco zabrakło. No ale jestem tu i do was piszę - czyli chyba żyję. Ktoś śledzi mojego fejsa ten wie, że nawet popełniam tam jakoweś posty.
AŁOK <- czyli KOŁA
Koła udało się złożyć, choć jeszcze zostało ich docentrowanie i dobre równomierne naciągnięcie szprych. Przednie koło bez tarczy wyszło 855g, a tylne 937g. Musiałem do tylnego koła zamówić drugi zestaw szprych bo pierwsze okazały się za długie. Sapim Laser są co 2mm, a nie co 1mm jak "klasyczne" więc wybranie długości okazało się kompromisem. Niestety kompromistem w kierunku "za długie" niż "za krótkie". Całe szczęście sklep przyjmie zwrot tych o złej długości W przednim w sumie mogłyby być też krótsze z milimetr, ale już naciągnąłem i nie będę kombinował, w końcu tylne jest bardziej obciążane i to ono musi być idealne.
Na grudzień może pokuszę się o zakup jakichś lekkich tarcz pod centerlocka, ale to spokojnie. Obecnie dopieszczę koła, aby były równe. Dziękuje dobranoc;)
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.