kilka rowerowych porad, jak zimą nosem ziemi nie zaorać...
Ostatnio mniej jeździłem w weekend, ale nie zmienia to faktu, że jak ostatnio co roku, zima przychodzi u nas w okolicy 15 stycznia. Choć krótsza i mroźna, to tak samo niebezpieczna. O tym, żeby nie upijać się cydrem na mrozie i nie spać pod altaną śmietnikowa chyba nie muszę pisać, za to o jeździe zimą w ten słoneczny poniedziałek - wspomnę kilka słów.
Pacz na drogę i bądź zauw-pacz-ony. Czyli oświetlenie, odblaski, kamizelki frędzelki i ledy! Do znudzenia powtórzę, lampa nie tylko na plaży w lato i na solarium, ale zimą OBOWIĄZKOWO! Przednia i tylna. Będę was wyśmiewał, gnębił, linczował i zrobię wam wojskowa falę, jak będziecie po zmroku bez oświetlenia pomykać. Zimą tym bardziej, bo droga hamowania aut jest sporo mniejsza, a ludzie w samochodach - jakoś tak - zapominają o rowerach gdy zimno i ble.
Ubranie. Ma być ci ciepło - KONIEC. Co tu pisać, ot każdy wie co lubi. Jedni lubią brunetki, inni większe cycunie, a jeszcze inni super anorektyczki. Cokolwiek stosujecie i wam ciepło i podoba - jest ok!
Jazda! No własnie kilka słów o samej jeździe. Zima to okres, gdy jest zimno. Dziękuję do widzenia. ;D A nie zaraz to chyba wiecie. Co jednak z tego wynika? Organizm zużywa więcej energii na ogrzanie mięśni, zjada kalorie nawet jak wam "nie zimno", żeby wam nie było zimno. Nogi chodzą trudniej, szybciej się męczymy - bo smok, smog, dymy i zamglenia. Poza tym, aby się ciepło ubrać, ważne jest, aby organizm zmotywować do ruchu. Co za tym idzie. Liczy się jakość a nie ilość. Porzućcie swe endomondy statsy i śmatsy - zimą 30km to czasem wysiłek godny sążnistej 50 tki latem. A jak dodamy do tego wiatr to klękajcie narody.
Pedałowanie dobrze jest przeprowadzać na niskich biegach. Robić większy młynek. Zobaczycie, że cieplej - to raz, a dwa że nogi wam tak marznąć nie będą. Zamiast na 3x6 jedźcie 3x5! Na początek! Prędkość spadnie nieznacznie, ale za to kompensacja energii będzie lepsza. No bo nie ma nic gorszego od przemarznięcia kolan ścięgien itp.
Dobrze jest przed wyjazdem rozgrzać się. Można sobie potruchtać, albo pierwsze 2 km jechać na jeszcze większym młynku. Nie katujmy kolan od początku na wysokich prędkościach. Jedźmy sobie 15km/h mieląc jak chomik, a zobaczycie, że potem o wiele lepiej nasze nogi zniosą ewentualne podjazdy, czy przyspieszenia.
Dobrze jest zimą mieć coś ciepłego do picia. Wiadomo z powietrza się ciepło nie weźmie. A organizm to wszak pompka ciepła, ale jak mu dodamy gotowego ciepłego wlewu, w postaci herbatki, czy nawet rosołku - to od razu poczujemy się jakby ktoś nam kroplówkę z protein zrobił.
Jazda po lodzie. Tu eopoeja powinna być i 4 strony A4 opisu, bo wiele lodu widział naród rowerowy. Nie będę was tu pouczał, po prostu sprowadzę się do kilku - jak to się teraz po amerykancku mówi - TIP`ów, jak jeżdżę ja.
Ciśnienie. Jak to mówi mój wujek - sędziwego wieku - gdy mu nakładamy obiad - "łyżkę mniej, łyżkę odejmij". I wy odejmijcie łyżkę z opon! W sezonie macie 3 atm w góralu? Zejdźcie do 2 w przełaju macie 4atm zejdźciie do 3. Nie ma co szaleć z jazdą na kapciu, ale lepiej "rozplaćkana" opona na śniegu, lodzie, daje wiele komfortu zarówno wstrząsowego, jak i psychicznego. Nie przeginajcie jednak bo dobicie opony na krawężniku i kapeć na mrozie to nie to o co nam biega...
Ocenić sytuację. Dobrze jest mniej więcej mieć świadomość po czym się jedzie. Za dnia łatwiej nocą ciemniej i trudniej. Ja sobie zwalniam prawie do zera i gdy nie jestem pewien co pod kołami, robię mały test hamowania tyłem. Wolno zaciskam klamkę !TYLNĄ! - żbyście czasem nie próbowali heblować przednim!!!! i sprawdzam jak koło się blokuje. Odradzam te testy gdy macie pewność, że lodowisko na ulicy i gdy za wami sznur kochanych cierpliwych kierowców. Nie ma wszak nic fajniejszego, jak sążnista gleba wprost pod koła suzuki grand witara czy innego suv`a.
Jadę... jadę... jaaaaa pierdooooooooole....
No właśnie, czasem jest tak, że już wiemy, że lód, wiemy, że ślisko, i wiemy gdzie mamy jechać. Planujcie manewry. Unikajcie gwałtownego hamowania, lub hamowania wogle. Szkoła bezpiecznej jazdy skoda - czy coś tam - jedziesz chcesz zwolnić, puść gaz! Przy niskim cisnieniu śniegu i mrozie rower zaskakująco szybko traci prędkość. Gdy musicie się zatrzymać, odpuśćcie korby a rower stanie.
Prosto jedź w drogę pacz! Podstawa - obserwacja. Nie ma co jechać na pewniaka, zimą trzeba widzieć wszystko z wyprzedzeniem. Przejazdy, skrzyżowania, dziwnie idących pieszych, auta wyjeżdżające z bram, czy nawet zaparkowane na włączonym silniku. Połączenie naszej obserwacji z tym co może nas spotkać pomoże nam nie przyziemić przy pierwszej jeździe po mieście.
Kolce Przereklamowane! Moje zdanie takie - kupę kasy opony z kolcami kosztują a wykorzystanie ich to 2-3 tyg w roku, no chyba, że planujecie wyprawę w góry rowerem i zjazdy z zaśniezonych dróg w tatrach spod Morskiego Oka czy Łysej polany. W Mieście, fakt czasem się przydają, ale moim zdaniem taniej i lepiej, jest kupc najtańsze grube klockowane opony enduro z bieżnikiem jak traktor i spuścić cisnienie, niż inwestować w cienkie oponki shwalbe za 150zł sztkua.
Jeśli moje rady kogoś olśniły - to się cieszę, jesli wy macie jakieś swoje sprawdzone metody jazdy po lodzie w mieście - napiszcie. Człowiek ciągle się uczy!
Wycieczka w kompletnej ciemności po lesie. Pojechałem do Choszczówki i spowrotem. Las cichy spokojny, tylko ja i lampka. Tylna wyłączyłem, byłem cieniem. Śnieg zamarzł ludzie rozdeptali i jechało się koszmarnie ciężko. Rypałem po tych bruzdach jakbym po jakichś wielkich korzeniach jechał. Prędkość 9 km/h do tego lampka oświetlająca drogę było - nie powiem - zjawiskowo. Odkąd nocami jeżdżę do lasów, czuje się tam inaczej - bezpieczniej. Człowiek ma wrażenie takiej integralności z naturą. Jak się umęczyłem, zgasiłem lampkę ukucnąłem sobie i nasłuchiwałem lasu odparowując nadmiar wygenerowanego ciepła. Jest się samotnie w lesie... nikt o tym nie wie.
To jak nurkowanie - schodzi się na dno i słychać tylko ciszę... tylko my i głębia. Las ciemny!
Wielu z was pokonuje kilometry w mrozie, a ja rozgrzebałem rower w piwnicy i w cieple - o ile temp 14 stopni można nazwać ciepłem - dłubię sobie. Nie, że za zimno, tylko jakoś tak wyszło. Ale po kolei:
Najpierw po naprawie odblasku w bagażniku stwierdziłem, że tragicznie podrzewiał i przydałby mu sie jakiś niewielki refresh. Później znalazłem puchę farby w spray`u matowej, a jeszcze później pomalowałem bagażnik. Nie demontowałem go z roweru tylko przeczyściłem rurki papierem i paćnąłem o-tak:
Osłoniłem co trzeba papierami i foliami, a farbę nakładałem małymi porcjami. Pewnie super profesjonalne to nie jest, bo powinienem zdemontować bagażnik i odkręcić odblask, ale efekt wyszedł poprawny i zadowalający, toteż nałożyłem kolejne warstwy i schnie sobie w cieple.
W przypływie kunsztu artystycznego, dopadł mnie dysonans, jaki tworzył kolor przedniego widelca przełajowego z resztą ramy mojego roweru. (Katana też to zauważyła na fb) Wiem wiem... zimówka, ma być brzydka. Worek mówi nawet, że już jest ohydna, że pooklejany tymi białymi taśmami odblaskowymi itd, ale począłem rozmyślać. Jako, że miałem - całkiem przypadkiem - butelkę cydru w piwnicy, rozmyślanie poszło cokolwiek sprawnie i zdemontowałem widelec z przełaja. Pomaluje go na czarno! Padł pomysł. No to szast prast zacząłem przygotowywać wideł do malowania. Mycie ->odtłuszczanie-> mycie-> znów odtłuszczanie Później papierem ściernym jął żem szurać jako ten rzemieślnik. Jechałem gościa ostro, aż mnie ręce omdlewały. Nie wiedzieć jak minęło 30 minut i efekt był... hmm połowiczny. Uprzedzam pytanie to to, tamto to. To jest wygięcie widelca pod tarczę, nie zaś efekt mojego szlifowania. Rękami nie umiem giąć aluminium - jeszcze. Nie sądziłem, że zdarcie kilkumilimetrowej warstewki lakieru to tyle pracy i szurania. Popijając łyk napoju z jabłek, przymierzyłem się do drugiej strony i znów poszła w ruch siła! Efekt poprawiałem przez kolejne 30 minut, a po 1h15 byłem zadowolony ze szlifu i znów przyszła pora na czyszczenie: Mycie ->odtłuszczanie-> mycie-> znów odtłuszczanie Gdy już wideł był czysty bez pyłków trzeba było w piwnicy zbudować mu miejsce do stania. Mini lakiernie. Po jej przysposobieniu, naniosłem farbę, a potem drugi raz i jeszcze...
Widelec zaczął robić się afroamerykańsko czarny i z każdą warstwą było tego murzyna coraz więcej. Wprawne oko dostrzeże, że nie zabezpieczyłem bieżni sterów przy główce - prawda! Z tym, że bieżnia zostanie wybita a stery przejdą remont i z kulkowych łożyska zmienione zostaną na maszynowe. Dlatego nie bawiłem się w oklejanie tego miejsca.
W ten oto sposób, rower uzupełniam kolorystycznie i spędzam w cieple - 14 stopni - mrozy :) Mam nadzieje, że smród lakieru nie przysporzy mi wrogów wszak to piwnica a lakier szybko wyparował - alkohol z mojej krwi też - to przez to tarcie.
O tym, że nikt mnie nie rozumie wiem już od dawna, jednak miałem cichą nadzieje, że moi rodzice jakoś już po prawie 10 latach zaakceptowali moje "himery" rowerowe. No niestety. Wielkie zdziwienie ojca, jak podjechałem do nich na chwilę. Jakieś teksty w stylu, "po co marznąć" "jesteś niepoważny" "przecież masz auto" no i moje ulubione: "wiosną i latem jeszcze się najeździsz"
O my wielcy ludzie niezrozumieni przez świat;)
DO pracy dojechać miałem na rowerze, ale z powodu wiatru zdecydowałem się na las. Napadało sniegu i wydawało mi się, że jazda po sypkim (jak sądziłem) puchu będzie tylko formalnośćią. Cóż, sypki to on może i był, ale zamarzł, bo z wierzchu od słońca podtopniał, a potem go ścieło. No i tak w lesie mieliłem jak w jakimś młynie. Kurzyło się z oponek przepięknie. Prędkość znamionowa jakem osiągnął wyniosła10km/h, a energia potrzebna do poruszania pojazdu to jak przy 35km/h pod wiatr. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że moje szosowe manetki są 2x8. Mając więc na uwadze, że ostatnio posiadałem 3x7 teraz mam w zasadzie sporo mniej kombinacji. Szosy mają to do siebie, że na nich jeździ się szybko i nie potrzeba im jedynki na korbie - choć Trolking chyba ma. Aby być precyzyjnym. Moja korba z szosą ma tyle wspólnego co słoń z wieprzem. To truvativ 42x32x22. I już to 22 mi odpadło, bo manetka jest 2 biegowa. Ech tłumaczyć by wam znów cyferkami to nie zrozumiecie;) Generalnie ciężko jest i ta ma być. Jakby to powiedział ktoś od szosy - masz 3 blaty jesteś leszczem!
Wzdłuż gazociągu - długa "sztywna góreczka" Ranger w wersji SNOW.
Znów pod górkę... Znów gazociąg. Słabe zdjęcia bo z telefonu, a mobilny aparat nie ogarnia tej ilości bieli. Generalnie umęczyłem się nie mało i z przyjemnościa zawitałęm do cichej spokojnej pracy gdzie rozpaliłem w kominku i zrobiem sobię kawy! Gdy już okrzepłem i odsapnąłem, a w powietrzu unosił się zapach mielonej arabiki z papierowego kubka, czas przyszedł na codzienne sprawy. Ogarnięcie allegro, pracę z magazynowym programem, oraz... walka z bagażnikiem. Dawno temu ten bagażnik miał odblask, odblask podczas jednej z wypraw - chyba właśnie w śniegu - się połamał i została tylko plastikowa płytka. Płytki ie dało się odkręcić, bo śruby się " kręciły - trzeba było więc podziałać siłami szlifierek. Generalnie efekt obiecujący osiągnąłem bo odspoiłem połamany plastik i zamocowałem prostokątny odblask do błotnika. Zawsze to cokolwiek widoczniejszy jestem na drodze gdy ciemno.
Bagażnik po szlifowaniu i uwolnieniu od plastiku.
Przy okazji demontażu bagażnika wymieniłem zardzewiałe śruby mocujące i przeczyściłem podrdzewiałe elementy. Może uda mi się jeszcze tej zimy pomalować bagażnik, tak aby wyglądał lepiej niż teraz. Choć kto tu pyta o urodę?
Szosowy kokpit to wyjątkowo mało miejsca, więc już przyprawiam miejscówkę pod nowe mocowanie dla lampek jakie znaliście z shannon.
Powrót z pracy to jazda przez las po ciemku - powoli wchodzi mi to w krew. Na ulicach, którymi niestety musiałem dojechać do domu na końcu, pełno lodu i szklanka taka, że nie mam pytań. To co podtopiło to zamarzło. Na głównych niby czarno, ale boczne ulice miejscami są pokryte takimi rozjechanymi "brudami" ze śniegu, który zmienił się w lód. Oj trzeba było uważać - kilku\krotnie "sprawdzałem tył" i jechał mimo blokownia koła.
Przez to, że wpisy dodaje z jednodniowym opóźnieniem, zapomniałbym, że wczoraj też byłem na rowerze. Czyli jeden epizodzik by mnie umknał. W szarości dnia codzienności nie ma wielkiego znaczenia czy dodaje wpis i histioryje z dnia X czy Y bo w sumie mój blog to taka niekończąca się opowieść. Jeśli jednak chodzi o większe rowerowe eventy będę je wpisywał o czasie. No ale do rzeczy.
Podejmuje próbę dogadania się z Barankiem po raz chyba już trzeci. Pierwsza próba na rowerze 26 cali i hamulcach V break, zakończyła się fiaskiem, bo hamulce były prawie żadne. Drugie było podejście do szosy i znów hamowanie bez polotu i bolące nadgarstki od mocnego chwytania klamkę na hamulce a efekt - mizerny. Szsowe hamulce są do kitu Teraz nadeszło kolejne podejście. Zauroczony gravelami i przełajami na tarczach postanowiłem i swojego zimowego padalca ubrać w baranka - tym razem z hamulcami Tarczowymi!
A było to tak - Uwaga drastyczne zdjęcia!
W zimie mój accent Ranger przeszedł metamorfozę jakiej nie powstydziłby się żaden rower.
Najpierw założyłem mu zamiast 26 cali koła 28 cali. Później Koła przeplotłem na piasty pod tarcze i postawiłem go na hamulcach tarczowych. Początkowo tylko tylne koło było pod tarcze, a przednie hamowało na v break. Z czasem jednak i przednie się takim tarczowym hamulcem się objawiło (pozdrawiam z tego miejsca Wojtka WIlcze Stado i jego bb5) . Części kompletowałem na zasadzie - jak znajdę za bezcen to biorę, inwestować dużo nie zamierzałem. Tu sprzedałem stare zbędne klamoty to kupowałem nowe do projektu accenta. Jako, że troszkę luzem cześci jest, to raz po raz coś upłynniałem. Później zamiast stalowego widelca rower dostał "amelininowy". Przez przypadek wpadł mi w oko na OLX`e, a pochodził od przełajowego speca. NIe mogłem przepuścić tej okazji. Widelec dodatkowo ma dwa oczka po bokach na śrube od bidonu i pewnie zostaną one z czasem wykorzystane na zamocowanie jakiegoś koszyczka na picie także po bokach. W międzyczasie, rower został ozuty w rogi, które następnie ubrałem w pianki. Sama kierownica to można powiedzieć zabytek. Jest to pierwsza kierownica zoom aluminiowa, jaką miałem w rowerze accent inferno w 2006 roku. Od tego czasu pojawiała się i znikała w moich projektach. W tym procesie twórczym została zwężona z 58 cm do 52 cm co nieco usportowiło rower i sylwetkę. Na celu było najbliższe go Shannon ułożenie ramion. Teraz udało się w dobrej cenie dopaść zestaw kierownica + klamki 2x8 i zamontowałem Baranka. ( Tu podziękowania dla Remigiusza). Rower czeka jeszcze na czarną owijkę!
Tak oto przebiega proces tworzenia. Wielu zapyta po co? Nie można jeździć na 26 cali? Ogólnie można i pewnie mógłbym teraz dorabiać teorie, że ten rower będzie lepszy, szybszy lub wygodniejszy. Co jakiś czas odświeżam sobie wizerunek jednośladu. WYchodzi dość tanio, bo nie inwestuje w nowy rower a tylko pozmieniam cześci. I w ten sposób zmieniam sobie co jakiś czas "rower". Pracuje w serwisie, jak jest czas to dłubie, jak jest coś używanego po serwisie ja to wykorzystuje. Generalnie rower jaki powstał nie powala osprzętem, ale na moje potrzeby wystarczy. Karbun to nie jest i nie ma być.
Ma być fan dla mnie i dla was, mam nadzieje, z budowania nowych maszyn.
Do pracy dziś dojechałem w pogodzie na granicy zera i minus jednego stopnia. Jechało się... cokolwiek dziwnie, bo koło uciekało. Dla sportu jechałem nawet po chodnikach i ścieżkach, bo ulice były pokryte czarnym lodem i nie chciałem ryzykować upadku. Ostatnie dni na czarnej damie, bo niebawem wskrzeszam Ranger`a na 28 cali. W nowej wersji... a jakiej? To się niebawem dowiecie.
Bardzo miły incydent mnie dziś spotkał w drodze do pracy. Pan zaparkował koło świateł MC-Donalda tak, że pół auta wystawało na ścieżkę. Zrobiłem zdjęcie, a pan wysiadał z auta: - niech pan robi zdjęcia, może nam parkingi wreszcie zrobią. - a czy mógłby pan cofnąć 30 cm do tyłu, bo pół maski panu wystaje na ścieżkę rowerową? - jasne, widzi pan, nawet nie wiedziałem, że mam taki długi przód! Nigdy nie zwracałem na to uwagi - teraz będę tu uważniej parkował. - dziękuje. A zdjęcia robie dla siebie, nigdzie ich nie wysyłam. - wie pan ja nie mam do was żalu wy rowerzyści też musicie gdzieś jeździć! Ja was popieram bo sam z dzieciakami latem jeżdże - miłego dnia - nawzajem!
W pracy walka z systemem magazynowym oraz niedziałającym monitoringiem. Udało się i wszystko znów chodzi, ale kamerki fiksowały nie wiedzieć dlaczego. Może nie lobią niskich temepratur. Zdolny ja, jednak je naprawiłem.
Powrót do domu w deszczu ze śniegiem. Generalnie pogoda nie lubi nas rowerzystów...
O tym, że mamy perfekcyjne panie domu, to już wiemy. Generuje je pewien program i latają z białymi rękawiczkami, a kotleta smażą na wysterylizowanej patelni. Każdą kroplę tłuszczu zmywają domestosem, by ślad po niej nie został. Wszystko to w wymalowanych paznokciach i pełnym makijażu.
Myślicie, że jak wstawię zdjęcie Rozenek - to więcej osób przeczyta ten post?
Jeśli jednak spojrzymy na świat pełno tam również nieperfekcyjnych pań domu, matek i równie, a może przede wszystkim, nieperfekcyjnych ojców. Chyba dumnie się do nich zaliczam. Po pierwsze primo - łamię zasadę z dzieckiem w zimie na rowerze, a po drugie no właśnie - jestem nieperfekcyjny. I ową nieperfekcyjnośc znosi moja zona i mój syn. Czasem jednak się do czegoś przydam i coś naprawię, czy pomogę w domu - nie jest źle:) Radośnie z synem po piasku i lesie.
I tu pytanie do ojców innych rowerowych i nie tylko - wam też czasem sił brakowało? I wtedy żona przychodziła z pomocą? Czy my faceci mamy mniej cierpliwości czy tylko ja mam z tym problem? Ząbkowanie wyraźnie nadwyręża moje pokłady spokoju i wytrzymałości.
Mamy za sobą piękną wycieczkę nowroczną po lesie , a Jasiek ją w połowie przespał. Pociągi, też mu pokazywaliśmy, ale nawet jak trąbiły to się nie budził. Wstał tylko jak wracaliśmy już i przypominało mu się, że JEEEEEEEŚŚŚŚŚŚĆĆĆĆ będzie pierwszym słowem które powie jak tylko nauczy się mówić.
Dziękuje wszystkim, za czytanie mojego bloga, Nawet gdy boli was ręka, czy doskwiera wam noga Dziękuje gościowi, że za serce chwyta Jemu zawsze odpowiem gdy mnie zapyta
Czyli zbliżamy się do nowego roku, za kilka godzin wszystko się wyzeruje i gdybym chciał to wystarczy dodać datę styczniową i zostałbym BS-owym trollem roku. Pierwszego stycznia być na głównej? Ech kusi ten pomysł;) Kiedyś za czasów, gdy smarfony były mniej popularne, dodawanie wpisu to było coś. Człowiek jechał, ba, bo leciał na skrzydłach do domu, żeby najszybciej jak się da dodać wpis, bo była szansa na okienko. A teraz? Jeszcze dobrze piwnicy nie zamknie taki jeden z drugiem... a już z ajfona dodają endomondy i logi. A to mnie się zarzuca spiskowanie przeciw prawilności.
Co nowego? Dziś wyszła zacna przejazdóweczka z synem i żoną, a potem dokrętka do 47 km, bo nie mogłem sobie odmówić wyrównania dystansu do pełnych tysięcy. Oto fot kilka, bo na fejsie nie wiem czy się poprawnie dodały. Zwariował ten FB na sylwka.
Słupek kilometrowy z dedykacją dla Złotego Jurka! Pies? Kulka? Słodziak:) Gdy się pochylimy... pod nogami widać szron! Kto mi powie, co robi ludek na piktogramie? On sika? Czy co? Bo dumam i wydumać nie mogę! A może to taniec? Warszawa... Stoję patrze, a tu nagle JEBUDU! Tak pizdło, że aż się do tyłu obejrzałem, czy jakiś samolot na Tarchomin nie spadł. W domu dowiedziałem się, że to w Łomiankach ktoś petardami dom wyburzał:) Po szarej toni kaczka kaczkę goni... Słońce zaczęło zachodzić, więc czas było do domu wracać. Tata i patyk.
Dziękuje wszystkim czytelnikom jeszcze raz i życzę wam dobrej zabawy sylwestrowej. U nas od kilku tygodni ząbki rosną i mamy imprezę sylwestrową co noc można powiedzieć! Tej nocy, więc w odróżnieniu do wszystkich planujemy SPAĆ:) Do zobaczenia za rok!
Na wstępie tego wpisu chciałbym wszystkich gorąco pozdrowić - kiedyś każdy list zaczynało się podobną regułką. Jak wasze żołądki, tłuszczyki, boczki po świątecznym obżarstwie? Świetnie - bo u mnie również dobrze. Nie miałem ostatnio czasu zrobić wpisu, wiec czynię to dziś. Pewnie zniszczę dzień Gościowi, bo wyjazd łączony i data nie z wczoraj i pewnie już szykuje palce na cięty wpis, cóż. Taki mamy klimat.
Święta przeleciały jak orkan Baśka przez Polskę, sporo jeżdżenia, kurtuazji, sporo wymieniania życzeń, a rok powoli dobiega końca. Skoro dni do końca coraz mniej, to pewnie czas na jakieś podsumowania.
Zarejestrowanych wpisów do pracy wyszło 59 z czego uzbierało się 2235km. Sporo z nich pewnie pominąłem, ale nie będę teraz grzebał i odznaczał dojazdów. I tak sumka niezła.
Bike to hell to trzy wyjazdy. Ostatnia masakra Kampinowska, Wiosenne dookoła Kampinosu no i rzecz jasna Maraton Północ Południe.
Z planów jakie miałem wiele nie wyszło, bo mam synka, ale to moje największe szczęście i jaram się nim jak głupek, choć czasem daje popalić. Mam nadzieje, że za rok już będzie można z nim więcej podziałać w przyczepce, bo obecnie zima i jeszcze długo w pojeździe nie wytrzymuje.
Summa summarum wyszło mi tych kilometrów z całego roku przyzwoicie bo podszedłem pod granicę 8000km. Z tego miejsca gratki dla Kesa za 15tkę w tym roku - Biedne napędy które zajeżdżasz Krzysiek!
Plany na nowy rok? W sumie chciałbym wykorzystać poranne pobudki syna i wiosną troszkę przed pracą dokręcać w miarę rodzinnych możliwości. Zapisany jestem na dwa maratony MP i TDP wiec pewnie jeśli nic nie wyskoczy mi przed koiła, uda mi się zaliczyć te dwie imprezy.
Czekam na wasze podsumowania i opowieści co planujecie na 2017
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.