Targowisko i tanio wszystko

Czwartek, 24 marca 2016 · Komentarze(7)
Kategoria Do pracy!
Na ten dzień zaplanowany był targ... żona mi zapowiada takie newsy wcześniej abym okrzepł i pogodził się z mylą wizyty w mocherolandii. Zakupy warzywne, zakupy jabłkowe... zakupy wszelakie. Przed świętami na targu ciężko i zachowanie równowagi umysłowej i podziwiam tych co tam handlują. 

Udaje się po targowisku wykrzesać jeszcze kilkanaście minut na ogarnięcie się i pojechanie rowerem do pracy. Dziś ewidentnie nie mam siły. Jakoś tak jadę jak duch. Noga za nogą... nada mroźno o poranku więc nie ma co liczyć na ciepłe pedałowanko. 

W firmie znów dzień pełen zadań, choć nie związanych z serwisami. Dla ludków i świeżaków jeszcze za zimno. Za to dostawa goni dostawę i towar trzeba sprawdzić obcenować wystawić na pułki wymyślić mu miejsce, jeśli takowego nie ma. Generalnie na brak pracy nie narzekam od rana. A za plecami kilka serwisów się czai i mimo prób, nie wiem czy uda się wyrobić przed świętami z oddaniem wszystkich rowerów. 

Czy coś po pracy? Nie wiem jak dojadę coś więcej to dopiszę. Na chwilę obecną zdycham zmęczony i nawet nie miałęm czasu na obiad. (15:30) zaraz siadam do miski, bo ludzie pracę kończa i się czarno w sklepie zrobi. 

Wiosna choć zima

Środa, 23 marca 2016 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Wreszcie po kilku dniach przerwy słońce znów wyszło i znów chciało się chcieć. Samo się jakoś wstało... bez marudzenia. Katar w formie zaawansowanej zamienił mój noc  w hydrant. Choć może lepiej pasowałoby "smarkant". Nie miałem zamiaru rezygnować z jazdy z tego jakże zasmarkanego powodu. W końcu najlepiej oczyścić zatoki mroźnym powietrzem. Mam nawet wrażenie, że na dworze to mnie tak nie kręci w nosie niż jak siedzę w ciepłyn pomieszczeniu gdzie mnie świdrują zapachy.

Na rowerek startuje po ósmej z minutami. Słońce jest - to fakt, ale jest też w okolicach zera i lekki wiaterek. Czuje się to zwłąszcza na twarzy. Udaje się jedna przepchnąć te 30 kilometrów przed pracą. Nawet bez specjalnego zmęczenia mi to weszło. Gdyby tyklo z nosa tak nie leciało to byłoby fajnie!

Po pracy powrót już klasyczny. Na nic więcej nie miałem siły. W serwisie tłoczek, w internecie sporo zamóień i całą masa paczek do zapakowania. Kończę pakowanie jednego a tu kolejne. Potem jeszcze jakiś klient przeszkodzi ze dwa trzy razyi  tak jedna wysyłka schodzi mi prawie godzinę od rozpoczęcia pakowania, do skończenia procesu zamawiania kuriera. 

Tak więc po robocie decyduje się tylko na kurs Praca Dom.

Dokładam starań

Sobota, 19 marca 2016 · Komentarze(2)
W Sobotę do pracy postanowiłem znów pojechać na rowerze, jak to u mnie ostatnio bywa, pogoda była co najmniej wątpliwej jakości. Nie dość, że od rana 0 stopni to pod koniec "mikro dokrętki" przed pracą zaczęło sypać śniegiem. W pewnym momencie nawet nieźle kurzyło. Dojeżdżam więc pod bramę dobrze zmrożony.

Szybko rozpalam w kominku i gdy już przyjemnie strzelają płomienie siadam do komputera. Kawa w dłoń i delektuje się ostatnimi chwilami spokoju. Ta sobota, będzie wyraźnie Handlowa!

Powrót wyszedł 20 minut po czasie. Do 16 mamy czynne a bramę zamykałem o 16:20, chmurzyło się, a front ciemnych chmur nadciągał z wiatrem z oddali. Nie zdecydowałem się aby jechać gdzieś po pracy.
Całą drogę powrotną lodowaty wiatr robił mi na złość i wiał w twarz.

Mam nadzieje, że reszta marca będzie cieplejsza. Tak bym chciał wygrzać kości po zimie.

pluje piaskiem

Czwartek, 17 marca 2016 · Komentarze(0)
Kategoria ciekawsze wpisy
Po zawirowaniach z pogodą, wolnym czasem i obowiązkami domowymi w końcu udało się wybrać na rower. Oczywiście nie było już słonecznie, a temperatura powalała na kolana (okolice zera) no i wiało... udało się jednak wyjść, choć troszkę na przekór własnemu sobie, bo z jednej strony nie chciało mi się ruszyć tyłka, a z drugiej tak miałem żal że nie jeżdżę.

Do pracy pojechałem więc z małą dokrętką. Od samego wyjazdu z domu wiatr przeważnie przeszkadzał. Nogi jednak mało jeżdżone miały zapas energii i mogłem z nich wycisnąć nieco więcej. To się czuje. Nie jeżdżenie do pewnego momentu daje mi taką ukrytą moc, takie nitro w udach. Niby na "logikę" powinienem nie mieć z czego dokręcać, ale świeże mięśnie, nie styrane codziennymi regularnymi dojazdami, pozwalają mi na więcej. I tak właśnie w przypadku walki z wiatrem, po prostu mi wchodzi te 22/23km/h pod wiatr. 

W robocie serwis, za serwisem... ludzie budzą się ze snu.

Na koniec dnia kilku irytujących klientów a potem w siodełko. Zaplanowałem sobie dokrętkę i pognałem. Do Płochocińskiej leciało się jak za darmo, ale do momentu skrętu w prawo na Modlińskiej, nie zdawałem sobie sprawy, jak silny jest wiatr. Gdy obrałem kierunek do Legionowa, boczne podmuchy nieomal wpychały mnie pod koła. Piasek za to wdmuchiwało mi w każdą szczelinę...

W domu plułem piaskiem i wysypywałem go z uszu.

Połóweczka

Środa, 16 marca 2016 · Komentarze(3)
Tego dnia co to rano wiosna wieczorem zima... rano rowerem do pracy udałem się. Na dzień po niedzielnym dystansie - nogi szły jak trzeba, bez zastrzeżeń. Bez zakwasów, bez bólu. 

W pracy dzień zapełniony po brzegi po słonecznym weekendzie. Serwisów przybywa i to lawinowo. Wieczorem lekko umęczony dniem i z powodu śnieżycy musiałem odpuścić i skorzystałem z podwózki znajomego do Legionowa. 

Za wszystkie grzechy serdecznie żałuje;P

Dookoła Kampinosu z ochyłami

Niedziela, 13 marca 2016 · Komentarze(4)
Prognozy pogody ostatnio potrafią się zmieniać z dnia na dzień. Gdy jednego dnia o 16 patrzysz na meteo to już o 20 jest całkiem inne wskazanie. O ile samo to, że pada lub nie, jest kluczowe to dobrą informacją o 20 jaka wyświetliła się na meteo, było to, że poza brakiem opadów ma jeszcze być słonecznie. 
Route 3 438 007 - powered by www.bikemap.net

Udało się więc zaplanować wyjazd dookoła Kampinosu. Obudziłem się sam, po prostu było już widno, a na niebie widać było pomarańczowy wschód słońca. Na termometrze w okolicach zera. W kuchni jakaś kawa, kanapka i bez spinki zebrałem się do wyjazdu. Buziak od żony na trasę i w drogę. 

Niebieskie - Królewskie

Słońca starczyło na dojechanie do Jabłonny, tam już się po chmurzyło. Był też wiatr. Wiatr to kompletnie odmienny aspekt bardzo zmiennych prognoz pogody ostatnich miesięcy na ,meteo. Poprzedniego dnia podawali, że ma być niebieski, potem przez chwilę pokazał się na zielono, aby znów na koniec dnia prognoza podawała niebieski wiatr. Czyli - pomieszanie z poplątaniem. Tak czy inaczej wiedziałem, że co najmniej polowe trasy wiatr powinien przynajmniej nie przeszkadzać w jeździe, a na końcowym odcinku do Sochaczewa, nawet pomagać.

Do Nowego Dworu Mazowieckiego mam zły poranek. Zimno, pochmurno wilgotno... pierdziu, jak taka pogoda ma być, to ja zawracam... Im dalej tym gorzej. Ledwo do NDM dojechałem i przekroczyłem most, zaczęło się z lekka przejaśniać za plecami. Pedałowałem więc dalej licząc, że jednak front słoneczny mnie dogoni. 
Niestety stopy w jesiennych butach atakowały miliony szpilek mrozu i chłodu. 

W odmęcie sakwy znalazłem worek na śmieci  w którym czasem Agnieszka owija pudełeczka z jedzeniem do pracy. To było to! Worek niebieski - królewski - jak mawiają dzieci, ale jego funkcja jest nie do przeceniania. W wyniku dogłębnego szperania w sakwie znajduje również druga parę skarpetek. No to siup - skarpetki i worki na nogi i można jechać.

Zanim skończyłem się odziewać w foliówki, zaświeciło słońce. Była to chyba wieś Leoncin. 

Po ubraniu dodatkowych warstw na nogi siły wróciły - przede wszystkim te mentalne. Słońca coraz więcej, a w nogi już tak zimno nie było. 

Błądzący lecz na oczy widzący...

Gnam przed siebie, a wiatr o dziwo mam w plecy. 30-35km/h jedzie się jak po maśle. Dodatkowo wyremontowali kawałek dziurawej drogi w okolicach Gorzewnicy i Kromnowa więc leci się jak po stole. Tak jadę, że nie wiedzieć czemu mijam skręt na Sochaczew. Nie mam pojęcia jak to zrobiłem. Nagle mam most w Kamionie. 

Taki mały skrót przez las



Postój w Lasku

Dobijam do Głównej z Wyszogrodu i szybko skręcam na Witkowice. Kojarzę, te tereny bo kiedyś razem z RDK kręciliśmy się tu po okolicy, a nawet pieszo (pamiętny spacer nocą jak RDK złapał gumę:P) 

Znana Wąskotorówka w okolicach Sochaczewa

W Witkowicach odbijam na Brochów i przez most jadę polami do Miasta, dalej już wracam na trasę do Sochaczewa. Kilka razy błądzę w mieście, bo skręcam źle. Najpierw gubię orientację i odbijam na "Rozlazłów". Utłukłem sobie w głowie, że jak tam skręcę to prosto do obwodnicy dojadę. No i dojechałem, tylko kurcze od dupy strony. W końcu jednak się odnajduję i wracam na "trasę". Krajówka tiry i te sprawy. Ale jest i on MC-DONALD.

Siadam przy szybie, rowerek przypięty podchodzę do kasy i co? Śniadaniowa oferta... F#CK Miałem ochotę na tortille, czy choćby jakiegoś big maczka... Zamawiam więc kawę, a ta o dziwo jest w śniadaniowej ofercie za free. No to siadam sobie przy stoliczku z kawą i wykładam zwilgotniałe od potu kurtki. Jest jak w szklarni. Cieplutko milutko, kawowo-mlekowo....
Do klasycznej oferty jest chyba 30 minut, a że planuje zostać w maczku ze 40 minut ogółem, to czekam sobie, sącząc arabicę z mlekiem. 

W końcu zamawiam klasyczne menu, zjadam i mega wypoczęty oraz niemało rozleniwiony, siadam do walki z sukinsynem wiatrem. 

Od tego miejsca, czyli od opuszczenia Mc Donalda, wiatr, uparcie mnie będzie miażdżył, aż do samego końca jazdy. Jak tylko wyjeżdżam na drogę podmuch nieomal mnie zsadza z siodełka. 18-20 km/h to max co mogę jechać. Trasa Poznań - Warszawa i pędzące auta, jakoś w tym wietrze totalnie mnie nie nastrajają do jazdy i walki. Decyduje się, opłotkami przebić do trasy równoległej w nadziei, że bliskość Kampinosu lekko ten wiatr zniweluje (teraz jak patrzę na mapę to byłem naiwny z tym lasem i jego bliskością;P)
Przez Zosin i Feliksów, piękną równiuteńką drogą jadę sobie do Szopena. Wpadam sobie w Żelazowej Woli i ruszam już mniej uczęszczaną trasą na Leszno.

Miele, jak baba we młynie, a każde spojrzenie na licznik mnie frustracją powala. 20-19... odkąd nie jeżdżę na 26 calowych slickach 1.5 cala to takie prędkości 20 na godzinę dawno już nie są u mnie normą...
Morduje się tak pod wiatr aż do Leszna. Tam rozplanowuje sobie postój, ale to nie jest dobry pomysł. O ile człowiek jedzie pod wiatr i mu ciężko to przynajmniej ciepło, jak staje na tym wietrze to mimo słońca zimno mi momentalnie. Jak na złość wszystkie miejscówki "za wiatrem" są w cieniu.

Robię kilka skłonów rozciągam się i niewiele później ruszam zrezygnowany dalej. Nie ma rady, samo się nie dojedzie do domu. 
Im bliżej stolicy tym więcej aut, tym większe podmuchy, gdy mnie mijają i gdy wyprzedzają. Szarpie jak niewyregulowany gaźnik... jedno jednak się poprawia. Więcej zabudowań i mniej otwartej przestrzeni sprawia, że jest mniej wietrznie. Za to przeciągi tam mają ... paaaanie.
Jak z za bilbordu wyjeżdżam to mnie o mało z siodełka nie zdejmuje...

Świeże bułeczki...suchę łańcuszki
Arkuszowa to już Wawcia... Wawusia - Wawusiuńka...
Świeżaków!!! Od metra, pełno ich pełno wystrojonych w obciski panów i pełno tych panów w dresach, na ich fajowych rowerach za 1000 zł. Łańcuchy ćwierkają jak Poznańskie Słowiki. Na moście Północnym walę na czołówkę z kolesiem, który wpatrzony w Smartfona ląduje na barierce. Ociera się o nią tylko, ale nie mogłem mu zjechać bardziej bo za nim jechał już poprawnie drugi rowerzysta więc omijając X wpadłbym na Y. 

Modlińska - to pewnie nazwa wzięła się od Modlitwy - modlę się, żeby już przestało wiać. Nogi pieką, ale 23-24 się  wlokę. Ledwo jadę, ale jakoś widok tych świeżo wyklitych rowerzystów na wypasionych rowerach mnie motywuje. Ściga mnie jeden na ulicy. Najpierw wyprzedza (gdy jadę 21km/h), a potem stara się nie zgubić koła (gdy ja go wyprzedzam 2 km dalej jadąć 23km/h). Bawię się z nim w kotka i myszkę i tak co on mnie to ja jego...:) Ktoś by powiedział, że po zmianach idziemy, czy co... ale po zmianach chodzą to ludzie którzy najczęściej łańcuch mają nasmarowany, a jego to słychać było tak, że mi muzykę w MP3 przekrzykiwał:)

Dzięki igraszce z żółtodziobem jakoś szybciej mija mi cała ulica Modlińska i nie wiem kiedy ląduje w Jabłonnie (on został w tyle, ale potem widziałem, jak poleciał na Nowy Dwór Mazowiecki).
W domu jestem jeszcze pełnym dniem, ale ledwo wlokę się do mieszkania po schodach. Nogi nie tyle są zmęczone, co mam wrażenie, jakby mi spuchły. Pulsują mi i nieomal czuje jak sa nabrzmiałe ze zmęczenia. Teraz powiedzenie pro kolarzy - "weszło w nogi" nabiera innego znaczenia. Ostatnie 80km to była walka z upierdliwym wiatrem. Do tego szarpane tempo - wszystko razem do kupy dało efekt taki, że jak siadam na skrzyni w domu to siedzę bez słów z 5 minut i zbieram się w sobie.

Gorąca kąpiel, obiad, masowanie łydek ud i po godzinie nawet czuje się dobrze.

Podsumowanie 

Miało być 200km lecz nie wyszło. W sumie te 175km "zmęczeniowo" zaliczam jak odfajkowanie dwusetki. - Jak myślicie liczy się?Obserwacje mam takie, że dzięki jazdom do pracy autem co jakiś czas, nogi są bardziej wypoczęte, mogę bardziej się "zagiąć", bardziej wybaczają prze-tyranie, a nie tracę mocy. Wyjeżdżone mam mniej km przez to, ale spodziewany efekt lekkości podczas jazdy jest. Z perspektywy drugiego dnia, mogę również powiedzieć, że nie mam zakwasów, naciągniętych ścięgien ani bólu kolan. Dostały w dupę, nogi, ale miały zapas i były wypoczęte.

 Teraz trzeba by polować na kolejne przedziały:) To kiedy ustrzelimy jakieś 250?


Pan z Diaksem - Kradzione rowery...

Sobota, 12 marca 2016 · Komentarze(8)
- dzień dobry
- dzień dobry
- szukamy roweru, ale używanego
- nie sprzedajemy używanych
- a gdzie można kupić używane rowery? Gdzie tu jest komis?
- wie pan jako takich komisów ludzie nie prowadzą, bo to śliski temat. Rowery mogą być na giełdzie czasem, bo często trafiają się kradzione. Niestety tak to wygląda.
- a mi to nie przeszkadza...
- wie pan jak złapią na kradzionym zatrzymają rower, a pan ma sprawę w sądzie i sporo kłopotów szkoda ryzykować. Chyba, że z zaufanego źródła
- a jak mi udowodnią, że to ja ukradłem. Udam głupa, przecież mnie za to ścigać nie będą
- wie pan numery ramy są nabite, czasem w raportach policyjnych podają ludzie numer jak im rower ukradną. 
- a co ja diaksa nie mam w domu? Panie - zetre numery i moga mi naskoczyć, nie udowodnią, że kradziony!
- aha... skoro tak pan sprawę stawia i wspiera pan złodziejstwo w kraju, to ja nie mam pytań - jestem oburzony postawą kolesia. Tym bardziej, że mówił wcześniej że to dla syna, a żona stoi obok i ma te same poglądy.
- co pan myśli, policja jest od łapania złodziei a nie my! CO my możemy! A gówniarzow9i nowego kupować za 2 tysiąće nie będę a taki za 500 zł znajdę.
- pewnie niech złodziej ma na nowiutkie nożyce do metalu lub na diaksa. Może i panu kiedyś rower ukradnie...
- e tam panie naiwnyś pan jesteś. Takie czasy... do widzenia

Ciekawe podejście ludzi... jeśli dla 15 latka tatuś tak szuka roweru, to może niech lepiej sam go ukradnie?
Byłem oburzony dzisiejszym dialogiem i ledwo powstrzymałem się od naprawdę ciętych komentarzy. 

Nie chce mi się aż z tej goryczy pisać więcej w tym wpisie - jest to po prostu dno... teraz wiemy kto napędza koniunkturę złdzoejstwa w kraju. Rozwydrzone dzieci i poje^%$## rodzice...;]


Niedziela - szybkie pięćdziesiąt

Poniedziałek, 7 marca 2016 · Komentarze(2)
Od rana padał deszcz. W sumie przestałem już mieć nadzieje, na jakieś sensowne jeżdżenie. ZJadłem sobie śniadanie z żoną, przesadziłem kwiatki do nowych doniczkę, odkurzyłem potem załatwiłem opłaty wszystkie i gdy wydawało się, że już po wszystkim, że rower już trzeba spisać na straty.... wtedy znad łomianek zobaczyłem przebłyski.

Szybko się ogarnąłem, w bidon soczek i na rower. Gdy wyjeżdżałem to nawet świeciło słońce! 
Tego dnia poza niepewną pogodą spotkał mnie również wiatr. 
Do Dwóch rądek w Wieliszewie lecę jak na skrzydłach. Niesie mnie zefirek a nogi nie muszą za wiele robić. Planowałem że wpadnie jakieś 60-70km, ale za plecami widziałem już drugi front idący od tych samych zdradzieckich Łomianek. 
Na trasie do Dębego nawet już coś zaczęło kropić....

Skręcam na Komornicę i Lecę podjazdem na Wieliszew. W okolicach Kościoła stwierdzam, że już nie będzie deszczu bo się froncik rozszedł i znów nad Łomiankami rozeszły się chmurki. Decyduje się więc na jazdę do Nieporętu.

Przed skrętem na rondzie obok Maczka nad Zalewem jeszcze wiatr był znośny, dopiero po skierowaniu się do Rembelszczyzny, wiatr zaczął mnie ochrzaniać za decyzję! Nie było rady - noga za nogą i jakoś szło... O dziwo miałem przyjemność z jazdy pod wiatr. Nogi pracowały dobrze dogrzane, nie mordowałęm się jakoś ale lekko też nie było. Na dworze w sumie prawie 10 stopni ciepła, więc jazda była taka..."pokojowa".

Na Rondkach Podwójnych w Rębelszczyźnie decyduje się na jazdę do Płochocińskiej i do Warszawy. I tak też robię. Końcówka jest już ciężkawa, bo sił zaczyna brakować, wiatr natomiast siła ma ciągle pod dostatkiem. 

Przy Akademii FInansów w Warszawie robię chwilę przerwy robię skłony i skręty, bo walka z wiatrem troszkę mnie umordowała. postój nie trwa więcej niż 5-7 minut. 

Ostatni odcinek do sprint z wiatrem po Modlińskiej z prędkościami pod 35-38km/h

Na sam koniuszek znów pod wiatr do Domu wzdłuż Warszawskiej...

Wyszło 50 z haczykiem ale udało się wyżyć! Nogi zmiękły, są jak z waty! Wiosna idzie!!!

Sobotnie rowerowanie

Sobota, 5 marca 2016 · Komentarze(0)
Umówiłem się z lokatorami swoimi na obejrzenie (kontrolę) mieszkania. Wczoraj potwierdziłem na 8:30 dziś o 8:08 dostaje sms że musimy to przełożyć bo panu X coś wypadło i go nie będzie. Od tygodnia im coś wypada i ciągle im nie pasuje i ciągle coś...

Ręce opadają...
Ludzie są niepoważni, umawiają się potem odmawiają spotkanie, przekładają, przesuwają!
Pamiętajcie - nigdy nie bawcie się w wynajem mieszkania swojego - to podła praca, i cała masa nerwów i szarpania się z ludźmi!

Miałem więc poranną pobudkę, a spotkanie wypadło z harmonogramu. Postanowiłem jechać na rower. Szaro buro ponuro, ale czasu z zapasem, a byłem już prawie ubrany w drzwiach wiec pojechałem. Pogoda nie wiadomo jaka - ni to zimno ni ciepło. Nie wiadomo jak się ubrać miałem 3 warstwy, ale śmigały trzy suwaki jak nie wiem i ciągle coś nie było tak. To za zimno to za ciepło i tak troszkę się motałem... Suma summarum jechałem ciągle, ale jakoś nie mogłem się usadowić do tej jazdy. 

W firmie  sporo pracy - czuć wiosnę. To satysfakcjonujące. Po zimowej przerwie fajnie jest się spotkać z ludźmi człowiek ma tyle energii i tyle zapału. Niebawem logarytmicznie zacznie przybywać odwiedzających nasze centrum rowerowe i będzie po łokcie roboty. (a może po pachy? )

Dziś w sklepie odwiedziny dwóch turistasowych koleżanek. Herbata wypita, dupki ogrzane i dziewczyny poleciały dalej na trasę. Jak będziecie w okolicy - wpadajcie do mnie czasem:) Jak będę miał czas to pogadamy napijemy się trunu herbacianego lub kawowego... a latem nawet zimno-wodnego trunku mineralnego. 


Po pracy powrót przez Pieski (koło schroniska dla psiaczków). Do podwójnych rondek goniłem kolesia na przełajówce. wydawało mi się, że łoi nieźle i nie mogę go dojść, ale po dojechaniu na koło okazało się, że jakoś tak w sumie nawet mnie spowalnia. Odpocząłem sobie u niego na kole i po kilku minutach wystrzeliłem. On leciał na Warszawę, ja do Legionowa. Nie jechaliśmy więc długo razem. 

Od rondek już miałem bez przeszkadzającego wiatru no i więcej lasów się pojawiło, totez wiatr mniej utrudniał. 

W domu byłem przed 17. 



to tu to tam...

Piątek, 4 marca 2016 · Komentarze(3)
Kategoria Do pracy!
Po dłuższej przerwie wczoraj pojechałem do pracy rowerem. Jakoś nie składało się w tym tygodniu aby w siodełku zasiąść. To szkolenie w fabryce w  Krossie, to znów masa serwisów, a na dodatek zdarzyło się kilka dni marnej pogody. I tak oto przeleciał tydzień. 

Wstając rano czułem, że mi głowę rozwierca sąsiad niewidzialną wiertarką. Za oknami szarówka również nie motywowała do wyjścia na dwór "live". Generalnie jakimś niewiadomym sposobem udało się zebrać i w ostatniej chwili podjąłem decyzję aby jechać rowerem, a nie autem.  

W pracy mamy już marzec i zaczynamy pracę "sezonową" po 9 h. Klientów coraz więcej, coraz więcej serwisów, a do tego wysyłki allegro i tak oto czas zimowego snu się dla mnie kończy. I im cieplej tym więcej pracy w "polu". Wielu z was już planuje weekendowe wyjazdy, majówki, a ja mogę jedynie planować jakieś wieczorne pętelki i niedzielne wycieczki. 

W drodze powrotnej jechało się ciężko, jakbym jakiegoś kołatania serca dostał. Tak mnie jakoś w mostku dusiło, i tak źle mi się oddychało i w sumie do domu jechałem bardzo zachowawczo. Po kąpieli wszystko się ustabilizowało - nie wiem co to było, ale leko się wystraszyłem.