Czytałem sobie ostatnio kilka zaległych wpisów ludzi i naszło
mnie na wspomnienia. Połknąłem jeden z wpisów koleżanki z Sierpnia, inna treść,
opowiadała o wyjeździe w góry w lipcu. W sumie na takie czytanie naszło mnie
przypadkowo. Wszedłem na blogi które czytam codziennie i zagłębiłem się w
kategorie wpisów.

Uświadomiłem sobie, czytając te zapiski, jak ten rok szybko
zleciał, jak szybko uciekł czas i jak wiele dni już za nami, za mną w sumie, bo
to niejako o mnie ten wpis ma tyczyć. I tak sobie usiadłem i upiłem łyk ciepłego
kakao i zacząłem przeglądać moje wyjazdy
w tym roku. Sporo się działo i sporo zmieniło, a zapowiada się, że od nowego
roku zmian będzie jeszcze więcej w moim rowerowym życiu. Ta dynamika mojego
rozwoju jest dla mnie nowością. Moja sylwetka zmienia się, mój „profil”
cyklo-osobowościowy ostatnio przezywa dynamiczny renesans. Tak jakbym odkrył na
nowo wiele rzeczy. Zaczęło się to gdy wkroczyłem na nową nieznaną ścieżkę kół
28cali, lub jak kto woli 700c. Od tamtego momentu wiele różnych smaków szeroko
pojętego kolarstwa wypróbowałem. Jak to prezentowało się w roku 2015? –
Posłuchajcie!

Otóż początek roku to realizacja projektu roweru
uniwersalnego. Po roku posiadania szosówki, cienkich kółek i mega-zajawki tylko
na szosę, wyhamowałem. Odkryłem, że sama jazda szosą nie jest zła, jednak
możliwość zmiany nawierzchni na mniej utwardzoną, wielce ułatwia życie.
Pokazały to jesienne wyprawy na mazury w 2014 roku. Rozpocząłem więc projekt
Shannon. Rower powstał już na jesieni 2014r, jednak w pełni poznałem zalety
roweru dopiero w roku obecnym. Postanowiłem skupić się na posiadaniu jednego
roweru będącego rowerem uniwersalnym. Sprzedałem części z FRANCY, uwolniłem
miejsce w piwnicy a zainwestowałem w lekki bagażnik, opony przełajowe i
wygrzebałem w pod sterty opon opony 29 cali, które o dziwo weszły, dodając do
uniwesralności sahnnon wersję 29er. W ten sposób, posiadłem jeden rower, który
był – szosówką, trekkingiem, przełajówką i 29erem. Nadal mam jeszcze swojego accenta, jako
zimówkę, ale nie wiem co z nim będzie zapowiada się też pewna zmiana w tym
zestawieniu.
Moje rowerowe perypetie wzmacnia zmiana stanu skupienia.
Zmieniam pracę i odciążam głowę. Zmiana pracy, to też diametralna zmiana mojego
rowerowania. Tu pojawia się niepowtarzalna okazja codziennego pedałowania. W
pierwszych miesiącach uważam to za super przełom, niestety około czerwca i
lipca dostaje przesytu i z trudem udaje mi się przejechać kilka większych tras
zaplanowanych na ten rok. Codziennie 30km, codziennie 9h w pracy, codziennie
mnóstwo wysiłku bo praca ma inny charakter niż w dotychczasowych firmach.
Wszystko to sprawia, że pojawiają się kryzysy giganty i niemoc. Całe szczęście
udaje mi się przeanalizować problem, i wyciągam wiele wniosków z tych dojazdów.

Przede wszystkim, codzienność. Jazda rowerem, stała się dla
mnie monotonią, dzień w dzień, ten sam odcinek, ten sam poranek, ten sam
dystans. Pogoda, nie pogoda, deszcz, zimno, wiatr, śnieg… Musiałem to zmienić,
ale nie wiedziałem jak. Udało się jednak zrealizować plan, i w sierpniu pojawia
się Auto. Nie myślcie, że auto kupiłem, by zaleczyć kryzys rowerowania – to byłaby
gigantyczna hipokryzja ;P Samochód po prostu jest, a w zasadzie był, w planach.
Jednak jego pojawienie się, totalnie zmienia postać rzeczy. Teraz gdy jest
jesień, deszczowo, zimno, wietrznie. Mam wybór – mogę jechać inaczej.
Myślenie że codzienne jazdy do pracy sprawią, że moja
kondycja będzie jak stal i nic mi straszne nie będzie, to był błąd. Codzienne
dojazdy spowodowały mega przetrenowanie. Wplecione w codzienność „rekreacyjne wycieczki”
ponadto co jeździłem, wcale nie ułatwiły organizmowi stabilizacji. Byłem
zmęczony codziennymi dojazdami i pracą, a dokładałem sobie jeszcze 60-100km
weekendami. Kiedy miałem się zregenerować? Nie było szans. A weź tu człowieku
się regeneruj, jak jest niedziela 25 stopni i słońce… Przesyt ten czynnik w
roku 2016 mam zamiar wykluczyć.
Rok 2016 to również Maraton podróżnika. Ten cykl to świetna
impreza, jednak chaos jaki wkradł się w moje jeżdżenie w tym roku spowodował
totalną klapę w starcie na tej imprezie – planowałem 500km, maraton był po
górach, chciałem się sprawdzić, ale znalezienie czasu, a przede wszystkim „chęci i sił” na trenowanie podjazdów to była
katorga. Nawet dystanse 200-300km w tym sezonie to była rzadkość. Po prostu mi
się nie chciało. Martwiłem się, że przestałem to lubić, ale wszystko znów
sprowadzało się do dojazdów. Szczyt sezonu miałem w marcu, a potem chyba w lipcu, po maratonie a potem schyłek i tylko
stagnacja. Gdzie się podział zrównoważony rozwój, gdzie podziała się wolna
wspinaczka kondycyjna w kierunku sezonu? Nie było jej. Orałem pole, dzień w dzień, potem je zasiewałem zarastało trawą i
znów orałem… nie było zbiorów.

Zdecydowałem się w ostatnich tygodniach przed MP aby jechać
na 300km. Nie chciałem odpuścić sobie tej imprezy, bo strasznie mi na niej
zależało, ale wiedziałem, że jeśli wogle przejadę to będzie sukces. Na tydzień
przed maratonem taka mnie niechęć dopadła, że najchętniej bym do pracy jeździł
autobusem – nie da się – lub hulajnogą – nie mam;/
To było koszmarne, startować w imprezie, na którą czeka się
cały rok i jechać na nią z poczuciem winy, że w sumie ci się nie chce, w sumie
nie trenowałeś i w sumie to poleżałbyś. Warunki nie były łatwe na trasie. Trasa
i pogoda na MP 2015 to jedna z trudniejszych tras 300km jakie przejechałem. Upał
wykluczył wiele osób, jakim cudem ja, bez przygotowania, bez nastawienia, bez
odpowiednich przełożeń, jakim cudem ja to przejechałem?

Nie wiedzieć skąd i
jak, trafiam jeszcze na czoło grupy, jako lider. Atmosfera, fajni ludzie – to wszystko
sprawiło, że pokonuje trasę. Dzięki wam udało się przepchnąć ten dystans.
Po MP – nadchodzi kryzys, kolejny. Sezon w szczycie. Pracy
po pachy, ludzie na urlopach, wakacjach, wyprawach, a ja tyram, codziennie…
sierpień i fala upałów sprawia, że nieomal ląduje w szpitalu. Czuje się wrakiem
człowieka! W sierpniu! Co do jasnej cholery! Przecież to ledwie 2/3 sezonu! Nie
mam ochoty na rower, nie mam ochoty na spotkania ze znajomymi, w domu upał w
pracy upał, najchętniej siedziałbym w piwnicy gdzie ciemno i chłodno.
Wyprawy w roku 2015 to miał być lek na problem z motywacją.
Wiecie, plan aby totalnie inaczej pojeździć, aby zmienić szosę na sakwiarstwo i
aby zapomnieć o zapierdzielaniu a skupić się na rekreacji. Wyprawa w Białostockie
rejony Podlasia – SUPER. Szkoda, tylko, że jechałem w 80% 20% głowy było wyłączone.
Takie poczucie, że jeszcze nie przeszło.
Dopiero jesień, gdy zapadł wrzesień, gdy ludzie poszli do
szkoły, gdy dojazdy rowerem rpzelatać zacząłem z dojazdami autem. Dopiero wtedy,
poczułem że odżywam. Epizod 29er i latanie po lasach super! Potem jesienne
wyprawki z żoną i znów trafienie. Rower znów mi smakuje, znów chce jeszcze
więcej.
I tak pijąc to kakao mam ambitne plany na 2016. Zmniejszyć
jazdę obowiązkową a zwiększyć tą przyjemną. Nie dopuścić to cyklu
przetrenowania dojazdami i urozmaicać je
choćby basenem. Tak włączenie basenu w zimie, to cel na przełom 2015-2016.
Organizm musi odpoczywać od siodełka, plecy, ramiona, nogi, płuca, wszystko
musi być w ruchu. Dni bez roweru gdy pada, gdy leje, gdy najzwyczajniej w
ściecie – nie powinienem jeździć. To jest CLUE całego podsumowania.
Myślę, że te zmiany przyniosą efekt w roku 2016. Bo czasu na
rower będę miał zdecydowanie mniej, a sił na życie muszę mieć co najmniej o
połowie więcej!
Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:
Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew