Dziś dzień zapowiadał się spokojnie. Ludzie już po zakończeniu roku szkolnego, wszystko się uspokaja i tu nagle <JEB> Na początku cisza, a potem dowaliło. Jedni, drudzy trzeci, piąci... szóści. Solo, duo, quatro... funto czy tam fifto...Kotłownia była nieomal taka jak na Żeraniu w środku zimy...
Udało się rozruszać towarzystwo, ale robota tak paliła mi się w rękach, że nie miałem czasu nawet na obiad. Piłem tylko co jakiś czas kubek zimnej wody i napierałem dalej.
Ratowałem samotne przebite dętki, koiłem pisk zapłakanych hamulców. Ratowałem młodych chłopców przed jazdą na za małym rowerze po bracie i wreszcie. Wyzwalałem niewiasty z objęć smoka... eee to nie był chyba smok. Nie to był, hmmm to eee. To na pewno było coś strasznego. I z tej traumy sprzedawałem im rower i rękawiczki i kask.
Trup ścielił się gęsto, a ludzie napływali i napływali. Kazdy na rowerze. Każdy "COŚ CHCIAŁ" i każdy był w kolejce i każdy...
Każdy był każdy! Miałem moment zwątpienia, kiedy nas dwóch, a w kolejce 5 osób i cztery na dworze. O Bożeno nasza! Wszystkie kary na mnie idą! Blondynki, brunetki, ciemne, jasne rude... duzi mali, średni...
Wytrwałem, obroniłem fortecę. Obroniłem się z panem <S> jak super men!
"K" na wywczasach, to znaczy na zawodach, jako mechanik. Na straży pokoju czuwam ja! Super Księgowy!
Po pracy rundka, ale najpierw nalot na fast fooda. W Macu, tłumy, dzieciarnia, średniarnia, starszarnia i wieśniarnia... No to jadziem pod okieneczko. W auta rządku się ustawiłem. I rzeczę w tę słowa do gadającego głośnika!
- Proszę kanapkę, frytkę, i polewkę!
I podano mnie, jako żywo! Podano mnie jako temuż królowi! Ludzie dziwnie patrzyli jak do MC-driva podjeżdżam na rowerze. Pan w okieneczku, też cokolwiek był zaskoczony.
- Jak się pan z tym zabierze?
- Na rowerze:)
- Ale ja szklankę mam dla pana....
- to zamówię dla szklanki taksówkę;)
- he he. Oto pana zamówienie i "Szklaneczka"
- Szklanka wsiadaj na pakę - jadziem!
Z humorem odjechałem, zaparkowałem, zasiadłem i zjadłem. Jak mnie te kaloryje rozpasły, że nawet pisk dzieci w zjeżdżalni tortur, mi nie przeszkadzał. Endorfiny, zaatakowały jako ta armia husarii i chciały mnie chyba w płynny stan zmienić. Rozpływałem się z radości. Mój żołądek, pożądał czegoś kalorycznego, czegoś <FAT>.
![]()
Upasion we frytce i kanapce - zapijąwszy napojem ze słomki, udałem się na rozjazd. I podążyłem zużywać łańcuch na okolicznych drogach. W Komornicy, przemówił do mnie koleś z Magnumem. To było moje sumienie. Zatrzymałem się w sklepie i dopełniłem tego czego żądał! Wchodzę do sklepu. Biorę w dłoń loda w polewie z trzaskającej-czekolady-jak-w-reklamie i kroczę do kasy.
Nima - nikogu przy kasowni. Kamery obserwują, magnum stygnie... Wtem wypada z zaplecza niewiasta i lekko zarumieniona przeprasza, że musiałem czekać. Myślę sobie, nie mnie przepraszaj, tylko Magnuma. Chłopak już nabierał rumieńców z tego upału:) Szybka eutanazja loda i dalej w trasę.
Nawrót w strone Powiatowego miasta Legionowa i odbiór dostawy żony. Żona została dostarczona pociągiem na peron. Oboje oddaliliśmy się w kierunku domowego zacisza. I ona i ja!
Dawno w pracy nie było tak spokojnie. Wszedłem, posprzątałem sobie sklep, poukładałem wszystko na miejscu, odpaliłem internet i zacząłem wystawiać przedmioty na allegro. Dzień mijał powoli i wreszcie mogłem odetchnąć od tłumów w sklepie i całej masy serwisów.
Po pracy, nadal jeszcze zmęczony tygodniem, jechałem sobie wolno przez Wieliszew. Na ulicach pojawia się cała masa rowerzystów "wakacyjnych". Dziś wyprzedziła mnie gromada czterech przypałów na rowerach. Jeden jechał na jakiejś retro szosie. Jeden na crossowym, a dwóch na góralach. Wszyscy bez kasków, wszyscy z euforią dzieci-po-zakończeniu-roku-szkolnego. Dwóch z nich goniło busa od ronda, jadąc w jego cieniu, wyprzedzili mnie z dobrym 40km/h na liczniku. Pozostała dwójka próbowała ich nie zostawić.
Jechałem jakiś czas za nimi "swoim" 30km/h i miałem ich ciągle w zasięgu kilku obrotów korbą. DObrze, jednak że miałem się na baczności. Dwóch od busa odpadło i postanowili od razu zachamować i skręcić w prawo < też bym się ujechał za takim Wolkswagenem> pozostała dwójka zrobiła to samo. Gromadka przystanęła na ulicy aby podzielić się swoimi wrażeniami. Wyminąłem ich i pojechałem dalej. Na rondzie w Zegrzu, nieomal pchając się pod tira wyprzedzili mnie i polecieli jak wariaci na Legionowo. Ja sobie popedałowałem na Wieliszew... noga za nogą.
Może uda mi się sklecić jakiś wyjazd w weekend? Moc wróci?
Znów zalegam, ale jest szansa, że w końcu odetchnę. Udało się dotrzeć bezpiecznie do końca roku szkolnego i teraz zaczynają się wakacje. Ludzie na urlopy wyjadą i serwisów jest już wyraźnie mniej. Mniej trupów do reanimacji, tylko zmiany dętek, jakieś drobiazgi no i czas oddechu.
Znajdzie się czas na większe dojazdy do pracy i siła aby po pracy jechać sobie na rundkę. No i wogle miło poczuć zmianę i mieć wrażenie , że teraz będzie coś innego przez jakiś czas. Ogarnę sobie serwis, posprzątam, poukładam, odmiotę podłogę znów wszystko nabierze kształtu...:)
No i szykujemy się do małej wyprawy po Polsce, jak dobrze pójdzie w Lipcu wyskoczymy na jakieś 700-900km po Podlasiu. Oby tylko się pogoda udała... lato w tym roku mamy słabe.
Dobry kalkulator z całkami i silniami, muszę wziąć do ręki aby ogarnąć ile to kilometrów mi zjadły gremliny przez moje leserstwo. Księguś na BS nie był to i pewno nie jeździł? A gdzie tam, tak nie było! Było całkiem inaczej. No tak jakby jeździłem, ale miałem splot kryzysów, regeneracji, przemęczenia, jedno wesele i jedne poprawiny.
30 km (słownie: trzydzieści kilometrów)
Po czwartku był piątek, jak wiadomo. W piątki się pracuje - jak wiadomo! I jak wiadomo ja też pracowałem. Serwisowałem - jak wiadomo i co jeszcze bardziej wiadomo sprzedawałem ludziom dobroć i swoją poradę! No rowery też sprzedawałem. Z efektów powyższych wynika, że nie mogło sie owo to - odbyć bez roweru i dojazdu do pracy. W liczbie kilometrów 30 (słownie) trzydziestu.
Sobotota - Bo to ta sobota to ta, to ta!W sobotę poza pracą miałem jeszcze kurs na rodzinne strony bo szykowało się wesele brata Agnieszki. W sklepie więc nie handlowałem za długo, bo gnać musiałem na pociąg. Oczywiście pogoda wiedziała, że jadę w ważnej sprawie, że spieszę się na pociąg. Jak zawsze ułatwiła mi życie i lunęło deszczem tuż przed Legionowem. Wszystkie kary na mnie idą... jadę - pada, zaraz przejdzie, bo przecież nad zalewem w sumie słońce świeci. Jadę dalej - pada mocniej... no już prawie miasto! Już widzę Centrum Szkolenia Policji... jeszcze bardziej leje... staje - ubieram kurtkę i jadę dalej! Muszę jechać bo pociąg mam o 14 ej a o 13ej z roboty wyszedłem. Wjeżdżam na górkę koło Kauflandu na os Piaski i co? Golgota - cud - łaska pańska. Mam zielone i w jednej chwili przestaje padać... W mieście już słońce, już witam się z gąską i co? No nie dojadę... muszę tą/tę kurtkę zdjąć, bo się uparuje jak jakaś duszona wołowina. Duszno, wilgotno... a do pociągu 15 minut. Jaaaaaa cieeeeeeeee. Potem już nie padało a kropiło jak kropidełkiem.
Palenie szkodzi... międzyludzkim stosunkom.Dojechałem, na peronie stałem i jak wszyscy na niego czekałem. No dymu się też nawdychałem... pańcia papierosa dymiła pod dachem, bo padało. No co jak co papieros zamoknąć nie może. To nic, że leje, i że ludzie się pod daszkiem wejścia podziemnego skryli, i że kocmołuch dymi na wszystkich wkoło. Gdzie tam paaaanie - dawaj nikotynę!
- zgasi pani tego papierosa łaskawie, bo nie mam przyjemności tego dymu wdychać. - mówię do kobiety.
- to niech pan stanie gdzie indziej.
- słucham?
- mało masz pan miejsca na peronie?
- Na peronie jest zakaz palenia. Będzie pani łaskawa zgasić.
<wffffffffffff pfffffffffff> poszła chmurka, a cisza oznaczała "wal się pan".
- Czy ten pan nie do końca wyraźnie do pani powiedział? - odzywa się facet z dwójką dzieci stojący niżej na schodach. Koleś ma jakieś 190cm i jest solidnej postury ciała. - Zgaś pani tego kiepa!
- Nie musi pan stać tutaj.
- Kobieto, gaś tego szluga, albo ci zaraz sam go zgaszę. Nie będą moje dzieci dymu wąchać.
<wfffff pffffff>
Facet nie wytrzymał podszedł do niej i tak zwinnie pstryknął jej w kiepa że ten pofrunął na tory. Kobieta była totalnie zaskoczona
- WON z tym smrodem!
- Chamstwo... pan się idź lecz!!! Odwaliło panu do reszty? - oburza się kobieta i zaczyna awanturę
- Odpal jeszcze jednego, a zobaczymy, czy tobie leczenie nie będzie potrzebne.
Na szczęście podjeżdża pociąg i wszyscy wsiadają do środka. Ja zostaje sam, na peronie, bo mój pociąg jedzie z Warszawy, a nie do.

Wesele trwało od soboty 17 ej do Niedzieli do 19 ej. Tańce, hulańce swawole. Potem poprawiny i do domu dotarłem o 22:30 w niedzielę. Niewyspany, niewypoczęty, ale za to z dawką ciast, kotletów i zasmażek, na kolejny miesiąc.
Niedziapołek - czyli jak to wszystko wspak pisane jest bez sensu...Dziś w pierwszy dzień tygodnia pojechałem do pracy - dacie wiarę? JA sam!!! I to rowerem - czadziooooooo... No waliłem jak szatan pod ten wiatr. Nie miałem siły, chęci i nie miałem obiadu od żony w sakwie, ale jechałem jak nie wiem cooooo. Dziś przyszło zbawienie. Mniej serwisów, zbliża się koniec roku, zbliża się okres wymiany dętek i wakacje. A jak wakacje, to w rowerówce spokój i stabilizacja. Może wreszcie troszkę luźniej się zrobi i uda się odkopać z serwisikami.
Co to był za dzień. Od rana nie miałem energii. Później bylo tylko gorzej, w sumie przez cały dzień nic nie jadłem, nie licząc ptasiego mleczka.
Serwis za serwisem, ciągłe kłopoty z serwisami i w sumie wyszło jak zawsze. Im prostszy serwis się wydawał, tym trudniejszy potem był. A to konusy wyrąbane w piastach, a to nie mogłem znaleźć innych pasujących, a to znów suport zatarty potem znów korba krzywa i regulacja przerzutek to katorga. ITD
Męczyłem się dziś strasznie, na koniec dnia ledwo do domu dojechałem. No siły mi odeszły. W mieszkaniu dosłownie "padłem na łóżko" i poszedłem spać.
Znów złamie zasady i dodam DWA DNI (capsem pisane) w jednym wpisie. Mialem w sumie zablokować komentowanie przez niezarejestrowanych użytkowników, ale w sumie mam niezły ubaw z kolegi Gościa, co to piwo i chipsy z nad kompa rozlewa, gdy widzi że spadł z głównej:D
W poniedziałek do pracy powoli, noga za nogą spokojnie. Nie bylo zmęczenia nóg, ani bólu tyłka. Po prostu czułem się chronicznie nie wyspany.
W sklepie? W sklepie Hit!
- dzień dobry. Ile u państwa kosztuje wymiana szprych w kole?
- 20zł centrowanie + cena szprychy.
- Ok przyjde po południu to mi wymienicie od ręki?
- Tak myślę, że tak
- Troszkę chyba się nie rozumieliśmy. Eeeee myślałem, że ze dwóchszprych panu brakuje. Co tu się stało? Wyciął pan te szprychy diaxem czy jak?
- Tak pociąłem synowi koło, bo nie chodził do szkoły.
- eeeee słucham?
- Nie chciał chodzić do szkoły, więc mu uziemiłem rower.
- Mhmm... dobrze, tylko jest problem, ciężko będzie odkręcić wolnobieg bez uszkadzania piasty. Tak luźne koło tak łatwo nie pójdzie.
- Ile będzie kosztowała wymiana szprych
- To kolo proszę pana to już na złom jest. Jak odkręcimy wolnobieg to zniszczymy piaste w imadle. trzeba kupić nowe koło i mieć nadzieje, że uda nam sie wolnobieg odkręcić
Facet zostawił w sumie 174 zl, bo w dalszej części rozmowy, przyznał, że pociął synowi jeszcze linki i pancerze od roweru. Przecież pocięcie szprych to za mało.
- Panie tyle? To prawie 1/3 tego roweru
- Co panu poradzę, trzeba było pomyśleć zanim pan za nożyce do metalu się wziął...
- No tak, ale gówniarz olewał szkołe notorycznie...
- a pomogło przynajmniej?
- no pomogło...
Ludzkość uratowana, dzieciak wrócił do szkoły. Czy ten rower to ofiara nowego społeczeństwa? W mojej rodzinie, słyszałem, że płaci się dzieciakowi 20zł za to aby odrobił lekcje. Hmm dochodowy biznes ta szkoła nie?
łem>
Od początku tego roku, nastawiałem się na wielkie
wydarzenie, które już rok wcześniej zaowocowało fajnymi przygodami. Maraton
podróżnika, powstał niedawno, a jego popularność i klimat, stały się tak bardzo
dla mnie odpowiednie, że postanowiłem wystartować po raz kolejny.
Ten maraton, to głównie ludzie. Nie jest to jednak grupa
wycieniowanych ultralajtowców, robiących strefy, idących po zmianach.
Tegoroczna edycja pokazała prawdziwy charakter maratonowo-podróżniczej
tułaczki.
Historia kołem się
toczy.
Ciężko opisać przygotowania do samego startu. Zmiana pracy,
bardzo mi pomogła odciążyć głowę od problemów, jednak zmiana ilości obowiązków
i odległość sprawiły, że na „rower na luzie” miałem mnało czasu. Dzień w dzień
jednak pedałowałem do pracy. Od Lutego nieomal codziennie, bez znaczących
przerw jeździłem po prawie 30km dziennie. Wolno szybko średnio? Trudno powiedzieć
jak. Moje dojazdy do pracy przeżywały okresy wzlotów i upadków. Wiosennie szło
dobrze, później w maju/czerwcu złapał mnie kryzys aż wreszcie tuż przed
maratonem udało mi się wyleczyć niemoc i wrócić „na koła”.
Pierwszym sprawdzianem przed maratonem była Kaszubska
wyprawka długodystansowa w kwietniu. Nie ukończyłem jej i to dało mi bardzo
dużo do myślenia. Wniosków nasuwało się wiele i bardzo poważnie rozważałem
opcje wycofania się ze startu w czerwcu. Przede wszystkim ostre ścianki na
Kaszubach, pokazały, że góry to zdecydowanie nie moja mocna strona, poza tym,
same dojazdy nie poprawiały mojej kondycji na tyle by móc trzasnąć sobie 300km
ot tak. Trzeba było przemodelować przygotowania.
Niestety, udało mi się w sumie dwa razy zorganizować wspólne
jeżdżenie na podjazdy w celach typowo treningowych. Nie wiem na ile to pomogło,
zdecydowanie jednak to nie był mój styl. Treningi, „robienie” górek na siłę to
nie jest to co lubię. Pomysł więc upadł, i w sumie tyle było z „treningów”.
Od Kaszubskiej wyprawki, moim największym przejazdem było
105 kilometrów z Agnieszką w czerwcu. Jak więc udalo się to wszystko upchnąć w
ciało i dać temu siłę by przejechać te 4000m przewyższeń?
Czysty umysł… lekka
głowa
Sposób, udało się znaleźć przypadkowo. Wpakowałem sobie do Glowy,
że to nie maraton, nie rywalizacja, a wyjazd towarzyski, tylko na 300km. Obliczenia pokazały, że średnia potrzebna do
przejechania nie jest ekstremalna i w moim zasięgu. Zasadę numer jeden udało
się więc wprowadzić w życie – Pusta, czysta głowa. Przestałem się zamartwiać,
„jak to będzie”, „czy dam radę” i „jej jakie to są wysokie góry”. Po prostu
wsiadłem i pojechałem.
Lider.
Liderem grupy zostałem w sumie z nominacji niż z wyboru, ale
powiem wam, że to było miłe. Dawało to poczucie zaufania jakim mnie obdarzono
(plus do morale) i przyjemnie połechtało ego. Bycie liderem sprowadzało się do
przeprowadzenia grupy osób przez Kraków. Dalej za Wieliczką odbywał się start
ostry.
Moim zdaniem takie rozwiązanie w tych warunkach wypadło
idealnie. Przede wszystkim w wielkim mieście, grupy jechały sprawnie, wspólnie
i nie blokowały połowy miasta. Nikt nie zostawał na światłach, nie musiał potem
na wariata doganiać grupy. Dodatkowo początek, pozwolił na dobre rozgrzanie się
przed górkami i rozruszanie nóg.
Po zebraniu wszystkich formalności jako grupa czwarta
ruszamy 8:09. Jedziemy wolno, trzymając się razem. W Krakowie troszkę mi
elektrony dwa się wyrywają na przód, ale suma summarum udaje się przejechać bez
większych scen przez miasto. Decyduje na drogach dwupasmowych ustawić grupkę
dwójkami, by zajmować cały jeden pas, przynosi to założony efekt, bo auta nas
wyprzedzają sąsiednim. Nikt nie trąbi,
nikt się nie denerwuje… Tylko raz pewna obywatelka, prosi nas przez szybę na
światłach abyśmy zjechali na ścieżkę rowerową. Bez ceregieli nie korzystamy z
podpowiedzi:)
Start ostry...
Na punkcie zbornym doganiamy grupę numer 3 i życząc im
wszystkiego dobrego, odprawiamy ich na 500. Sami ogarniamy się w cieniu i
korzystająć z chwili wytchnienia, reorganizujemy. Słońce przez cały czas pali
żarem z nieba. Dojazd na start ostry już kosztowało nas wiele sił. Na niebie
nie ma ani jednej chmurki, a wiatru nie czuć.
Gdy tylko dociera grupa piąta, zarządzam komunikat do
startu. Nie chcę za długo się kitrasić i przeczekiwać. Moja rola jako lidera
się skończyła. Od tej chwili każdy jest samoistną cząsteczką która decyduje do
jakiego atomu się przyłączy. Czuje się niezmęczony, więc idąc za ciosem ruszam.
Razem ze mną startuje kilka osób. Rusza Żubr, Tater i Hans. Inni widząc, że
zdeklasowany lider rusza, także się szybko zbierają i nie mija kilka kilometrów
jak znów jedziemy wspólnie. Nie jest to już ta sama zorganizowana 13 osobowa stawka,
ale uzbierałem stadko 5-6 osób, które później mieszając się sporadycznie z innymi, jechało równo prawie do końca.
Opis trasy, byłby bardzo nudny, gdybym co chwila opisywał
wam, że „tu zaczynał się podjazd”. Role lidera w grupie przejął Tater i Żubr.
Obeznani z górami i okolicami, podpowiadali nam czego możemy się spodziewać na
jakim odcinku. Mój spisany cue sheet zamocowany do ramy, nie był bardzo
precyzyjny:
„ostra i ciężka” „mała ostra hopa” „długa ciężka raczej
płaska”
Chłopaki dawali nam sporo więcej info o podjazdach i ich
stopniu trudności, co w znaczący sposób pozwoliło na uniknięcie niespodzianek
typu : nie mam wody. Czasem miałem im za złe, że tak dobrze znają te rejony, bo
wolałbym aby w kwesti stromizny się mylili choć raz… - niestety. Ich strzały
zawsze były celne.
Moja obserwacja z trasy była taka, że najtrudniejsze było
pierwsze 100-120 kilometrów. To zarówno dla dystansu 300 jak i 500 była chwila
prawdy. Albo ktoś pokonał upał i znalazł na niego metodę, albo wycofywał się. U
mnie było podobnie. Żar lał się z nieba a ja z każdym kilometrem czułem się
gorzej. Stawanie w cieniu, nie pomagalo tak jak bym tego chciał. Piłem
hektolitry płynów, ale nie dawały one ukojenia. Kupowane zimne z sklepach
momentalnie w bidonach robiły się jak zupa. Piło się je więc, z musu, niż w
poszukiwaniu ulgi dla kapcia jaki panował w ustach.
Kryzys cieplny pojawił się na ściance w Rdzawce(a w zasadzie tuż przed nią). Tam,
zanim jeszcze zaczął się konkretny podjazd, miałem chwilę zwątpienia i naprawdę
rozważałem wycofanie się. Glowa pulsowała od żaru, twarz piekła od slońca, od
soli, od wysuszenia. Ręce i uda, tak rozgrzane, że po prostu zdjął bym skórę…
sposób znalazłem dzięki pomocy kolegi, który powiedział, abym założył hustę na
lewą stronę. To zaizolowało mi głowę od słońca, bo husta od lewej była jasna,
biała. Gdy dodatkowo zmoczyłem hustę, ulga dla głowy była przeogromna.
Zmoczenie ramion i ud, i stóp… to był strzał w dziesiątkę.
Sposobem na upał było regularne co jakiś czas picie, i
schładzanie ciała w cieniu poprzez polewanie wodą. Brałem wodę z źródełek w
ściankach gór, z cieków melioracyjnych…
po prostu gdy czułem, że znów mi gorzej, stawałem w cieniu łapałem oddech i
polewałem przegrzane mięśnie i ubrania wodą.
Rdzawkę jadę… ale w końcu muszę zejść. Za mało biegów na 20%
ściankę a do tego jej kulminacja była na otwartej przestrzeni więc, w pełnym
słońcu. Udało się jednak dotrzeć na szczyt i zaliczyć PK 1 (16:05)
Na punkcie zbiera się grupka Księgowego i dojeżdżają
strzępki grupy piątej. Jem, chłodzę się, gadam i szukam sposobu na atakujące
skurcze. Dobrze robi mi zjedzenie kilku kanapek i kapiel w kranówie w wc stacji
benzynowej. Pociesza myśl, że to już 16 i , że „zaraz zrobi się chłodniej”. Co
prawda rzeczywiście wolno spada temperatura, ale już nie 41 na słońcu a solidne
36, więc jest progres.
Z PK1 wyjeżdżamy już strzępkami. Ja z Kahą i żubrem, ruszam
zaraz po Tatrze i jego mikro ekipie. W składzie trzy-osobowym jedziemy sporą
część pozostałej trasy. Kasia, naprawdę świetnie daje sobie radę i reprezentując
ligę kobiet na dystansie 300, trzaska każdy podjazd bez zsiadania z roweru!
Na Podjazd w Krowiarkach wjeżdżam z Żubrem. Kasia zostaje w
tyle. Jedzie mi się na tyle dobrze, że odłączam się od Żubra i atakuję grupę
Tatra. Udaje mi się dotrzeć na szczyt bardzo sprawnie. Tater, nawet żartuje, że
do tej pory oszukiwałem ze swoją formą. Fakt jest jednak faktem. Długie mozolne
podjazdy idą mi zdecydowanie lepiej niż sztywne 20% ścianki.
Na przełączy Krowiarki, dołącza do nas Żubr, który był za
nami. W akompaniamęcie całej masy owadów, puszczamy się zjazdem w dół do Zawoi.
Droga początkowo dobra, szybko zmienia się w dziurawkę i trzeba mocno uważać,
aby nie wrąbać się w dziurę jakąś. Na podstawie ilości łat można by tam
przeprowadzić geochronologie asfaltu i przeprowadzić badania nad erozyjnością podłoża
asfaltowego:)
W Zawoi jemy pierogi. Popas dobrze robi bo zaczyna się
zmierzch i przed nami jazda nocna. Jest sporo chłodniej niż za dnia, ale i tak
ponad 17 stopni. Przez całą noc niezmiennie pociłem się na podjazdach i marzlem
na zjazdach. Trudno powiedzieć co było lepsze. Z pierogów ruszam za grupą i
szybko złączam się z Żubrem i Kahą. Po małych perturbacjach na podjeździe
zostajemy tylko z żubrem i długi zjazd w dół do Makowa Podhalańskiego jedziemy
we dwóch. Noc w pełni, sobotnie imprezy trwają a my jedziemy i nie ma końca tej
jeździe. W Makowie spotykamy Tatra i jego podgrupę. Zamieniamy kilka słów na
rynku po czym, ruszają na podjazd. My z Żubrem jeszcze chwilkę siedzimy, ale w
końcu postanawiamy też jechać dalej, bo rynek wypełniają rozbawione i
rozkrzyczane typki. Na siodełku bezpieczniej.
Na podjeździe na „Golgotę” tuż za Makowem, Żubr mi odjeżdża.
A w zasadzie to ja czuje spadek mocy. Najpierw troszkę idę, a w końcu się
zatrzymuje. Mam kłopoty z żołądkiem. Kryzys leczę podczas gdy kolega wspina się
dalej. (spotkam go dopiero na mecie)
W oczekiwaniu na poprawę sytuacji dojeżdża do mnie Kaha. Od
tej pory jadąc we dwoje tułamy się razem. Spędzam noc w towarzystwie co pozwala
przetrwać trudności z poranka, no i jet po prostu fajnie z kimś pogadać o
marnościach świata.
Na jednym z postojów na kanapkę, chyba 35km przed metą,
dojeżdża do nas Goofy. Od tej pory trzyosobowa grupa napiera dalej.
Metę osiągamy we trójkę o 4:45.
Zalatany jestem przed maratonem i gubię dni... Musze wrzucić bo mi sie nie zgadza:) Jest to jednak okazja aby zakomunikowac wam, gdzie można sledzić jutro moje poczynania. Spływać będą tu komunikaty pisane przeze mnie z telefonu. Można będzie wyczyctać ile km mam za sobą oraz jak mi idzie na trasie.
RELACJA ON LINEMożecie także śledzić innych zawodników i przebieg całego maratonu;
RELACJA CAŁA
www.mrdp.pl
Dzień przed maratonem. Do pracy pojechałem rano przez Wieliszew. Chłodno z ranka, ale szybko się ogrzewalo powietrze. W robocie sporo duperelek do zrobienia i kilka potencjalnych żyć do ocalenia. Dziś uświadamiałem pani, że rower na którym jeździ ma widelec na lewą stronę! <lol> Wyglądało to nie tylko dziwacznie, ale rower z fotelikiem dziecięcym - o zgrozo - musiał byc jeszcze bardziej niestabilny.
Składałem do kupy to co sie popsuło, dokręcałem i doradzałem. W sumie dzień naprawdę aktywny! Dodatkowo szybki kurs na osiedle Glogi w celu oceny serwisowej dwóch rowerów. Nadają się do serwisu, pani przyjedzie... niestety, nie mogłem zabrać na plecy jednego z nich.