Dziś minął kolejny dzień powrotu do zdrowia. Jaki stan? Ogólnie dobry. Poszedłem na spacer o kulach i zmachałem się jak nie wiem co. Strach pomyśleć jaka będzie forma jak wsiądę w końcu na rower...
Wieczór spędzony na oglądaniu filmów z Agnieszką.
Sporo rzeczy wylądowało na allegro.
Wyprzedaje jeden biały rower, i jeden czarny - i buduje z niego przełajowy na dobrych częściach. Obecnie do jesieni powinienem zakończyć projekt przełajowego shannona. Będzie o wiele bardziej uniwersalny niż szosa a jednocześnie nadal ukłon w kierunku lekkości i dynamiki.
Dochodze do tego dookoła, ale tworzenie i komponowanie nowych rowerów bardzo mi się podoba, rózne ich konfiguracje ujeżdżam i zmieniam, przebudowuje. Jak powiedział ktoś kiedyś - mieszam style jak dobry DJ:D
Dzień trzeci mojego wracania do zdrowia upłynął pod znakiem chodzenia bez kul. Kroczę jak kaczka, bo nie bardzo jeszcze to kolano zginam. W kwestiach bólowych nie pojawiają się żadne oznaki, jednak dyskomfort ciągnących szwów powoduje, że spacerowanie jest utrudnione.
Dziś zmieniałem również sobie opatrunek. Robię to samodzielnie ponieważ od zawsze interesowalem się sprawami medycznymi. Zresztą nikomu poza pielęgniarką w szpitalu nie dam dotknąć się do swojej rany. Szycie wygląda na czyste i dobrze się goi. W miejscu zszycia, szwy mają pozostać aż 14 dni. Zdziwiło mnie nieco to, że trzeba trzymać je tak długo. Poczytałem więc co-nieco o ranach i ich zszywaniu i porównałem sobie szkice z tym co mam w nodze. Udało mi się ustalić, że założony mam
szef ciągły śródskórny. 
Bardzo często w chirurgii plastycznej używany jest szew ciągły śródskórny. Stosowany jest on zamiennie ze szwem pojedynczym węzełkowym, szczególnie w sytuacjach, w których szczególnie ważna jest estetyka blizny, a więc w większości operacji estetycznych. Jego niewątpliwą zaletą jest brak pozostawiania śladów szycia w postaci tzw. "drabinki". Z tego samego powodu używany jest także w przypadkach, w których celowe jest utrzymanie szwów skórnych przez długi czas (np. w ranach szytych pod napięciem lub w ranach poddanych ciągłym naprężeniom). Założony poprawnie, szew ten ściśle zbliża brzegi rany (rys. 8).
Ciekawie to wygląda, bo brzegi skóry rany są wywinięte do góry i tworzą taką podłużną bruzdę. Po wyjęciu nici, rana spłaszczy się po pewnym czasie, jednak obecnie mam ciekawą zmarszczkę :)
Co do samej rany, lekarz usuwając zmianę, usunął ją z dość sporym marginesem. Poza tym umiejscowienie pod kolanem przy zgięciu, sprawia że zszycie musi być zarówno mocne jak i pozostaje dość długo. Usunięto mi około 1-2cm skóry. Czas na odbudowę i zrośnięcie rany wydłuża się.
Reszta dnia, upłynęła pod znakiem czytania artykułów o plastyce ran i sposobach zszywania. Trzeba być przygotowanym w końcu, sam bedę te szwy sobie wyjmował:)
I tak oto Księgowy się sam leczy!
Dzień dzisiejszy jest wielce różny od poprzedniego. Przede wszystkim, chodzi o ból. Dziś popalić daje mi noga, a raczej będąc dokładnym, jej łydka. Rano jak wstałem, czułem jakby mi mięsień za mięsień się zaczepił. Nie był to klasyczny skurcz, po prostu przy ruchu łydką, mnie napiernicza. Te wrażenia, sa po kilkakroć silniejsze od odczuwania rany pooperacyjnej.
Nadal czuje plecy, choć dziś jakby zostały one wyparte na dalszy plan. Szwy w ranie sa tu dziś najmniej odczuwalne.
Co do samej nogi, bo to ona w sumie była operowana. Nie mam czucia wokół blizny, i w dość sporym od niej oddaleniu. Pół kolana jest "martwe". Obrzydliwe wrażenie, bo czasem tak jakby swędzi, a drapie się jak paznokciami po tablicy. Brrr
BLOG
Pogrzebałem ostatnio nieco przy estetyce banneru bloga. Jakieś opinie?
Dobrałem się również do strony statystyki postaram się ją systematycznie uzupełniać. Chcę przenieść w miarę możliwości najwięcej ze swojego pliku exela własnie tam.
Dzień rozpoczyna sie pięknym słońcem. Noga nie boli, a szwy jakoś mniej mnie ciągną. Jem śniadanie ze smakiem, choć 4 kromki wydaje się być dla mnie za wiele po szpitalnej dietce. W ciągu dnia spaceruje po mieszkaniu i naprawiam Agnieszce koło. W czasie mojej nieobecności złapała gumę. Wyjmuje profesjonalnie rozbite brązowe szkło:
- hmm brązowe? Wydawało mi się, że po zielonych jechałam.
Kocham jej bezpośrednie postrzeganie świata;D
W ciągu mijających godzin zabijam czas. Przymierzam różne opcje nowego kokpitu w przełajówce i sprawdzam jak konfiguracja podoba mi się "estetycznie". Jest sporo lepiej, ale czegoś tu jeszcze brak.

W czarnej Shannon obniżam również mostek o dwie podkładki, aby zrekompensować pozycję widelca, który okazał się całkiem wysokim, sztućem.
Serducho skamle do rowerowania, ale pokora musi być. Noga musi odpocząć i się zrosnąć. Ech... oby tylko mi tej słonecznej jesieni, nie zabrali, zanim wydobrzeje.
Chodzenie idzie jakoś koślawo. Znów odczuwam gdzieś w głębi ból pleców z przed operacji. Nie wiem sam, czy to nie jest coś poważniejszego. Anestezjolog powiedziała, że po znieczuleniu podoponowym, powinno być sporo lepiej. No niby jest, ale gdzieś czai się cień dawnej kontuzji. Obserwuje i nasłuchuje, troszkę jak stary emeryt - czy czasem mnie gdzieś nie boli:)
Pierwszy dzień planowanej rekonwalescencji mija mi dość wolno. W sumie to dość nudno w domu. Rany czyżbym odwykł od bezrobocia? SZOK!

A to moja trójca Awokado wyhodowana tego roku. Fiołek jest Agnieszki:D
Jestem już w domu. Powrót ze szpitala to dobry okres rekonwalescencję. Jako, że przez najbliższe dni czeka mnie dochodzenie do siebie to podobnie jak koleżanka Katana, będę opisywał swój powrót do zdrowia.
Zacznijmy od tego jak to się zaczęło. Otóż wybrałem się do szpitala na planowany zabieg nogi. Wycięcie takiego małego guzka spod kolana.
W poniedziałek pojechałem na izbę przyjęć. Przeszedłem przez cały proces przyjmowania do szpitala i przywitałem się z nowym domem- salą nr 6 na całe trzy dni! Leżałem na sali z panami sporo starszymi ode mnie. Efekt? Różnica pokoleń i słuchanie historii i narzekań. Czasem wesoło, czasem dołujące te historie... I weź tu się wylecz. Jak ten narzeka, tamten narzeka temu nie pomogło tamtemu nie pomogło... kurde, no czasem to zero wiary w lekarzy. Od razu zakładali, że im nie pomoże, nawet jak już im pomogło.
- "zobaczymy co jutro będzie, dziś jest ok"
No to chłopie co ma ci się pogarszać, jak ci się po operacji polepszyło!
Zoperowali mnie lekarze jeszcze w poniedziałek. Dostałem igłę w plecy i miałem pół swojego pół "obcego ciała". Dziwne uczucie, widząc swoje nogi i nie mogąc nimi ruszać.
Po operacji
Budzę, się stopami ruszam, a kolanami nie . Jeszcze dziwniejsze uczucie. Aż ciarki po plecach przechłodziły. Widzisz własne palce, mówisz im "ruszajcie się" reagują. Widzisz kolana, chcesz napiąć mięśnie a tu co? Sprzeciw - zero reakcji.
Jeszcze w poniedziałek wieczorem wracam na ogólną salę. Trafia mi się okres przed nocny. Chwile gadam z panami, a potem sala cichnie. No może nie do końca cichnie. Najpierw cichnie, a potem rozlega się kanonada chrapania. No to noc mam z głowy. Noga mnie boli. Słabo przesypiam noc. Budzi mnie ból, biorę lek i znów próbuje zasnąć. Udaje się takimi wyrywkowymi partiami po 1-2h. Na stałe budzę się o 4ej i tego dnia już nie śpię.
Kolejny dzień mija mi spokojnie. Wreszcie stawiają mnie na nogi. Niestety nie obeszło się bez incydentu. Zemdlałem w łazience. Pff tak z niczego. Zrobiło mi się gorąco i odpłynąłem. Za szybko? Nie wiem... strachu trochę było, a choć samo zemdlenie to bardziej ulga, w ogólnym odczuciu jest to raczej wątpliwa przyjemność. To troszkę jak nurkowanie w ciepłej wodzie. Jednak z tą różnicą, że gdy się zanurzasz, to zanim czujesz ciepło i ulgę to masz wrażenie, jakbyś się topił a wody przybywa i przybywa. W końcu zalewa ciemność, cisza i odgłosy jak z oddali. Widzę jak przez mgłę. Gdy wracam do żywych, jadę już na wózku na salę. Na łóżko hop i jestem ocalony.
Godzinę przesypiam tak twardym snem, że nie słyszę nic. Pewnie to po tym zemdleniu tak mnie przyćmiło. Jak budzę się jest środek dnia. Obiad, a potem nie wiedzieć kiedy kolacja.
Dzień był, dość bogaty. Kolejną noc przesypiam dość dobrze. Padam zmęczony o 19ej i śpię do 7 rano.
Wypisują mnie w środę. Wreszcie! Witaj domu! Witaj swoje łóżko, rower? Rower musi poczekać, pewnie z dobry miesiąc. Noga nie boli. Tylko szwy ciągną, strasznie dziwne to uczucie.
Do pracy pojechałem na rowerze. Było dość chłodno, ale do zniesienia. Wszedłem, a w sumie wjechałem, do firmy. Zaparkowałem rower za ladą i poszedłem na magazyn. Chłopaki wypakowywali busa. Wziąłem więc koszyk jakiś i podałem go dalej robiąc skręt ciałem. Coś mi strzyknęło i po zabawie. Resztę dnia było tylko gorzej. Czułem jakby mi ktoś za nerwy szarpał w plecach. Chodziłem pochylony jak Gandalf w Hobbicie, a podpierałem się na lasce - kij od miotły.
Wytrwałem do 18 ej. W końcu się kolega zlitował i mnie do domu puścili. Okazało się jednak, że nie mam kluczy do mieszkania więc musiałem pojechać do Agi. Na rowerze siedziałem jednym pośladkiem i kręciłem jedną nogą i za nic nie mogłem sobie znaleźć pozycji aby było bez bólu. Jakoś dojechałem do Agi. Zabrałem klucze i wróciłem do domu.
Wszedłem do mieszkania położyłem się i myślałem, że nie wstanę... 15 minut kombinowałem jak ponieść się z łóżka. W końcu udało się. Gorąca kąpiel, do tego lek przeciwzapalny. Voltaren na plecy i do wyra. Cholibka, miałem testować jutro nowy rower, a tu dupa blada.
W kwestii budowy roweru:
Dziś doszedł widelec i opony.
Ze względu na to, że mnie połamało ostro w krzyżu, nie mogłem zważyć całego roweru, ale widelec nowy aluminiowy waży 820 g (z za długa rurą sterową) tymczasowy poprzednik ważył 1150g (ważone wagą do rowerów) -
330g zyskuopony szosowe vittoria diamante pro radiale - 220g x 2 - 440g a opony drugotowe maxxis raze 2x 400g = 800g -
strata więc 360 gWaga więc, nie powinna się była zmienić drastycznie, bo wyrównała ją masa opon. Oczywiście dętki też są grubsze, bo szerszy balon opony, więc pewnie jednak na minus wyszło. Jestem zadowolony z osiągniętej wagi. Dziś mimo problemów z kręgosłupem, musiałem do Agnieszki podjechać do pracy po klucze. Rower prowadzi się spoko. Bieżnik opon nieodczuwalny, a ciśnienie 6,5 atm w gumkach powinnno być odpowiednie aby rower pomykał dynamicznie nie tylko po równej szosie ale i dziurawych ścieżkach, czy krawężnikach.
Aha - nie mogę zrobić fotek to wrzucę co doszło (pożyczone z sieci):

Miał być kurier z częściami i przysłowiowa dupa;) Nie pojawił się. Rower jednak już po przeszczepie. Tymczasowo jest w specyfikacji szosowej, ale kierownice, linki i przerzutki ma już dawcy. Jedynie przednia przerzutka jeszcze nie pasuje, bo inna obejma. Póki co będę więc jeździł na 8 biegowym przełaju. Zawsze można piętą z trójki zredukować na korbie;)
Pierwsze jazdy tylko po sklepie, bo nie ma pogody jeszcze. Jak wracać będę do domu to coś popedałuje na dłuższym odcinku niż po salonie.
Wymiary docelowe rower ma prawie identyczne jak moja szosa. Jedynie baza kół jest szersza. Wysokości i odległości są niemal niezmienione. .
Do pracy we Wtorek i Środę. Dwa dni łącze w jeden bo pierwszy to były - powalające 3km za to w drugim coś tam więcej dokręciłem.
W ciągu dwóch dni przerobiłem kilkaset pozycji z przeniesień i sprawdziłem łącznie chyba 200 sztuk towaru. Mało tego papierologii wcale nie ubywa. A mi już się w oczach mienią te przeniesienia magazynowe i ilości, sztuki, komplety...
W przerwie od rozkminiania czy wszystko się zgadza w dokumentach, postawiłem szkielet roweru - który buduje.

Koła będą inne. Nie na tarcze, te są pożyczone z innego roweru na sklepie.
Widelec będzie nieco wyższy - ten jest 26 calowy stalowy. Docelowo wyląduje tam wideł 28 cali aaluminiowy
Opony będą nieco cieńsze. te są chyba 40c. Moje bedą 35c. Nie zmienia to faktu, że rower docelowo może być też ubrany w grubsze gumy, nwet grubsze niż te. Spokojnie zmieścić powinienem tam również 28x1,75.
Jutro, jak wszystko sie powiedzie. Dojdzie osprzęt - Widelec, i opony.
Projekt budowy nowego roweru ruszył. Rama już jest, teraz czekam na widelec.
Osprzęt przejdzie z Tour De France, którego wyprzedaje.
* WIdelec Epicon
* Rama
* Koła komplet.
Jeśli ktoś zainteresowany to zapraszam.
W tym tygodniu powinienem zmierzyć epicona, i podam wam jaką ma sterówkę. Jednego chętnego na widelec mam! Może komuś coś? Kółka w dobrym stanie piasty toczą się gładko. Jeśli szukacie fajnych kół pod V-ki na 26 cali to pisać!