Po maratonie jechało się spoko do pracy, jedynie było dość krótko i sporo chłodniej niż w weekend. Pracy nie było za wiele, ale cały dzień uzbierałem kilka dodatkowych napraw. Miałem w głowie aby umyć szosę po wyścigu, bo się upaćkała w błocie i piasku, ale w końcu nie znalazłem czasu.
Za oknami wyraźne ochłodzenie, mam nadzieje, że to tylko tymczasowe, bo wolałbym w MP jechać bez deszczu i nie w 17 stopniach.
Nie wiedzieć czemu budze się o 5:10. W pokoju z nami śpią cztery koty. trzy małe ślepe jeszcze kociątka i kotka. Przeciągam się na materacu a kotka już koło mnie i się łasi do głaskania. Biore malucha na materac i głaszczę go palcem a kotka lezy obok i mruczy. Maluch popiskuje słodko a ja nie moge juz spać. Słońce wpada do mieszkania i cały pokój rozświetla piękna jasność. Tak około 6 oddaje kotka mamie i jeszcze na chwilę kładę sie do Agi. Wpadam w letarg i drzemie.
Wstajemy około 7. Pakowanie ogarnianie i czas wyruszać. Żegnamy się z Moniką i juz przed ósmą jesteśmy na trasie. Droga do Nowej Karczmy jest nie dość, że dziurawa to jeszcze ruchliwa. Znów trzęsie nas niemiłosiernie. Jedzie się marnie bo nogi już nie te a ja na plecach mam jeszcze plecak a w sakwie cały majdan. Rower jest mułowaty, ciężki i mało zwrotny. I do tego te dziurawe podjazdy.
Za Nową Karczmą odbijamy na trasę na Gdańsk. Asfalt się poprawia a i morale wzrasta. Czasem mija nas sporo aut, ale jedzie się dynamicznie. Jest spoko bo pogoda słoneczna i nie za gorąco. Czuje spieczone wczorajszym słońcem ramiona a plecak troszkę uwiera. Zmieniamy się w wiezieniu plecaka z Agnieszką i tak jakoś turlamy się do przodu.
W okolicy Jodłowa zaczyna sie super zjazd malowniczymi lasami w dół. Pędzimy po 30-35km/h krętą droga w zielonym szpalerze drzew liściastych. Korony z liści łączą się nad nami tworząc tunel. Asfalt na początku super, potem troszkę słabszy - jednak ciągle w dół. Zakręty to w lewo to w prawo, potem znów w lewo. Łuki pokonujemy jak bobsleiści kładąc się na kierownicach.
Gdańsk witamy z radością. Przedmieścia - zwykłe, nie urzekają, ale wpadamy na główną i szukamy objazdu. Objazd wybiera nam GPS, wczesniej wgrana trasa prowadzi nas bokiem po najgorszym bruku, pod górę i po dzielnicach przypominających Warszawską Pragę. Czerwono-ceglane kamienice jakieś odpadające tynki, i kocie łby z rozjechanego na wszystkie strony bruku. Ulica "Na stoku" jest więc wstawką rodem z Paryż - Roubiax.
Na Dworcu kupujemy bilety i chwilę przed odjazdem odpoczywamy w klimatyzowanym KFC. Pociąg przyjeżdża prawie o czasie, za to na miejsce docieramy z prawie godzinnym opóźnieniem. Najważniejsze, że już w domu. Najważniejsze że burza, którą widzieliśmy z okien pociągu, juz przeszła. Ponoć nieźle wiało i padało. Teraz tylko mokre ulice prowadzą nas do domu.
Herbata kolacja i spać... szkoda, że ten weekend i czas wolny się kończą:(
Wstajemy wcześnie, szybkie ogarnianie się, jakieś chaotyczne śniadanie - życzenie szczęścia od Moni i w drogę. Problemów kilka jest. Pierwszy to tylne koło, które po zmianie dętki nie dało się napompować moją "klasyczną - nieszosową" pompką. Jadę więc na prawie kapciu i mam nadzieje, że na starcie, ktoś z szosowców będzie miał pompkę do wysokich ciśnień.
W biurze zawodów Aga ustawia się w kolejkę a ja pożyczam pompeczkę i dmucham koło. Odbieramy pakiety i witamy się z Pająkiem z naszego forum sakwiarskiego. On jedzie na poziomce i pewnie odsadzi nas na trasie. Tuż przed startem przesuwamy się bliżej linii rozpoczęcia wyścigu. Pająk użycza mi smaru, którego resztki z łańcucha wypłukał deszcz dzień wcześniej. Około 4 minuty do startu czuje, że rower pojedzie, nie wiem jak przerzutki, nie wiem czy chodzą, nie regulowałem po zmianie koła, rower w piasku cały, biały i brudny. Dookoła wszyscy pro. Rowery lśnią czystością, jedni podjadają coś przed startem inni obserwują jak ja swoich rywali. Zaraz ale jakich rywali? Rozglądam się dookoła, widzę Agę i pytam się - To co żona ścigamy się? No pewnie - odpowiada podekscytowana. Czy ja mam tu rywali? Czy ja umiem się ścigać? Nie ja tu przyjechałem zrobić trasę sprawdzić się i wypróbować opony 24 c w szosie.
7:18:01
Słychać wpinanie się SPD i grupka rusza. Ledwie zdażyłem sie podnieść z siodełka przed nami już się wąż wyciąga. Start ostry - klik, klik - słychać jak łańcuchy spadają na niższe koronki. Na liczniku już 35km/h. Odpuszczamy bo przed nami rodno. RObi się ciasno. Tuż za rondem długa prosta w dół. Eksploduje testosteron i prędkość wchodzi sporo powyżej 40km/h. Puszczam koło świadomie i jadę swoje. Rzut oka za ramie - Aga jedzie. Adaś spokojnie jedźmy swoje oni niech pędzą. Racja! Pedałujemy więc sobie w dół pięknym zjazdem do Sycowej Huty a potem na Grzybowo. Przypominamy sobie widoki tej samej trasy, gdy jechaliśmy ten odcinek zimą podczas zimowej wyprawy. Wszystko niby takie samo, ale krajobrazy i rozpoznawane miejsca szybciej się zmieniają. CO jakiś czas to ja to Aga na głos wspominamy sobie "o a tu zatrzymaliśmy się i do Asi dzwoniliśmy". "Noo a ten las pamiętasz jaki był pięknie biały?" Droga znana, ale odkrywana przez nas na nowo. Nie wiedzieć kiedy robimy kolejne kilometry.
Wdzydze to ostry 90 stopniowy łuk w lewo. Jest troszkę piasku - trzeba uważać bo to nie 17km/h a prawie 30 na licznikach. Za łukiem dochodzi nas kolejna grupa puszczana po nas. Kolejne peletony będą nas mijać co jakiś czas na trasie. Przez chwilę chcę podłapać koło za kimś, ale gdy dochodzimy do 35km/h to rezygnuje. Jedziemy dalej we dwoje.
Nie wiem co znaczy to "B" w kółku - mówie do Agi, pokazując na namalowany żółty znak na asfalcie. Nie zdążyłem uzyskać odpowiedzi, bo widać już tłumek kolo stolików i masę rowerów.
BUFET 1 - Jaja w Leśnie
Hura - coś na ząb, śniadanie było słabe, to jajecznica i chleb z żurawiną wydaja się akurat na ten moment trasy. Zagryzam całość pączkiem i popijam wodą z cytryną. Kilka słów wymieniam z pająkiem i ogarniamy się dalej. Pająka będziemy widywać jeszcze kilka razy na bufetach, za każdym razem, my zaczynamy, a on kończy popas.
Z nową energią, dalej na trasę. Rowery przestały nas już mijać, jakbyśmy stali. Pro wypadli na czoło a teraz spora część ludzi rozciągnęła się i na trasie spotykamy co jakiś czas jakichś ludzi. Na tym odcinku dołącza do nas kolega na MTB. Jedzie na slickach 1,5 cala i kołach 26. Mijamy go, ale robimy na tyle wolno, że podłącza się do naszego już trzyosobowego peletonu. O jego obecności dowiaduje się dość późno, bo pewnie dobre kilkanaście kilometrów dalej na trasie.
Do Leśna jedziemy we trójkę i wydaje się, że kolejni ludzie pojawiają się to za nami to przed nami. Tempo mamy konkretne, bo na tym odcinku maratonu dobrze ponad 27km/h udaje się średnią utrzymać. Przez większą część trasy prowadzę ja. Czasem zmienia mnie Aga, a sporadycznie 26-tka. On w czasie rozmowy, umartwia się, że w tym roku jego największy dystans to 15 km i że do tej pory jeździł na zimówce i niedawno wyjął rower z piwnicy i takie tam. Wspomina, że chyba lekkomyślnie to 225 wybrał i że gdyby nie my to on chyba by nie dal rady. Nie daje zmian, ale czasem się pojawi przede mną. Dobre i to - może jeszcze czwartego do tego brydża co?
W Lasce spotykamy kilku ludzi. Pojawia się opcja powiększenia peletonu do 5ciu osób. Dyskusja wymiana spojrzeń i szacowania "jakie tempo macie?". Na takiej imprezie nikt nie wstydzi sie tak spytać. "Jedziemy tak 25-26km/h" "Hmm to tak jak ja, ale ja chyba nie pojadę z wami, bo wole szybciej" - kolega na szosie wygląda na mocnego, ale wspomna także coś, że wcześniej przeciągnął się za szybszymi i teraz woli uważać na grupki i jechać swoim tempem. "Dobra to lecę to jak mnie dogonicie to najwyżej się podczepię" - kwituje i rusza. Jeden odjechał. My nadal we 3. "26-tka" wyraźnie na nas czeka. Dobrze jechać z kimś - zawsze to raźniej. Już mamy czwartego na oku. Kolega z Sakwą Crosso i na Trekkingu na slickach 23c. Nie ustalamy współpracy - ona się sama nawiązuje, po prostu kończy się popasać w podobnym czasie jak my i ruszamy wspólnie. Zabieramy z trawy numerek startowy "piątki" , tego co wolał jechać przed nami. Zostawił go na trawie z kawałkiem jakiegoś paska. Trzeba mu go jakoś oddać, albo do biura zabrać.
Od ruszenia z postoju, droga od razu wspina się w górę. Kiedy zdobywamy podjazd "piątka" pojawia się z naprzeciwka, pędzi w dół po numerek. Mija mnie zanim zdążę coś powiedzieć, ale w tyle słyszę krzyk "26tki" "Czekaaaaaj". Podjazd robi się ciężko, bo nogi sztywne po przerwie, poza tym jest dość sporo dziur. Nasza niepisana ekipa się rozciąga. "26tka" zostaje w tyle sporo, bo oddaje numerek "piątce", a ja i Aga niezmiennie razem! "Crosso" też gdzieś w zasięgu wzroku za nami.
W okolicy Asmusa, znów zbieramy się w grupkę. Tym razem dołącza do nas na chwilkę "Starszy pan". Widzieliśmy go na postoju w lasce, ale pojechał sporo przed naszym wyjazdem. Koleś ma około 60tki pewnie i jedzie na rowerze szosowym bardzo retro. Tak bardzo retro, że patrząc od tyłu na rower widać, że przednie i tylne kolo nie tworzą jednego śladu. Przed pewien odcinek trzyma się z nami, ale jeszcze przed Asmusem znika w tyle.
Peleton prowadzę ja, ale w sumie to nie jest peleton. Droga jest miejscami tak dziurawa, że każdy slalomuje po całej szerokości szukając sobie przejazdu. Dobrze, że ten odcinek nie jest uczęszczany przez auta, bo pewnie znalezienie miejsca aby nas wyprzedzić wozem, byłoby dość frustrujące.
Do Swornych Gaci "Crosso" jedzie kawałek przodem, jest z górki, a peleton znów w wężu. No to zacznie się prawdziwa jazda - myślę. Będzie współpraca itp. "Crosso" Szybko oddaje prowadzenie mi, mimo, że jeszcze jest z górki i w sumie całość w lesie i bez wiatru. Prowadzę więc znów ja. Przez Swornegacie lecimy dość dynamicznie miejscami sporo ponad 30km/h. Na skręcie do Małych Sworncyh Gaci zmienia mnie Aga i jedziemy piękną średnią do samego zwodzonego mostu pomiędzy jeziorami. Zaraz za nim krótki postój na banana. Nasza grupa znów czteroosobowa. 26tka, Crosso Aga i Ja.
Ruszamy dalej a na czole znów ląduje ja. Czekam na zmianę, ale nie pojawia się chętny. Na chwilę wychodzi 26tka, ale wieje mocno, więc oddaje wodze mi. Znów licze na zmianę. Znów nic. Pedałuje leżąc na lemondce i jedziemy 28-29km/h. Spoko - dobry ten trening będzie dla mnie. W głowie mam, że w Charzykowy, będzie obiad. Zaczynam czuć głód a energia spala się, bo wieje całkiem mocno miejscami.
Charzykowy - Banan i Chałwa
Punkt kontrolny z minimum jedzenia, banan i chałwa, do tego dolewka wody. Kurcze, a gdzie obiad? Jestem rozgoryczony. Odpoczywamy w cieniu i dociera do nas kolega "piątka". Zmywa się szybciej niż my. Ja popijam wodę i obserwuje co kto zarządzi. 26tka chce ruszać. Mnie morale opadło, niby do następnego juz obiadowego punktu "tylko 40km", ale to jest "tylko 40km". Ruszamy, i co? Znów ja na czole, zwalniam, aby puścić kogoś, ale nikt się nie kwapi. Głodny i zmęczony już prowadzeniem łapie kryzys. Aga mnie zmienia co jakiś czas, ale kurza melodia - mamy tu jeszcze dwóch facetów w grupie! Na postoju przy chałwie usłyszałem znów od 26-tki, że tylko dzięki nam daje radę itd. Super - gracjas sinioras, ale włącz się w jazdę.
Nawrót na Bytów to zmiana drogi na dziurawkę. Jazda makabra. Pełno łat dziur i spory ruch, podupadamy na prędkości i to mocno. Ja mam kryzys więc w końcu Crosso - robi zmianę. 26tka na jednym z podjazdów nam odjeżdża i spory odcinek jedziemy we trójkę bez niego. Na dziurawej drodze 26tka - ma przewagę, grube opony, amor powietrzny i takie tam bajery. Crosso spisuje się nieźle. Jedzie na czole, jest wyższy, pokazuje dziury - nawet to gra. Odpoczywam, rany jak w tunelu jest cicho - gdyby nie te dziury, gdyby nie ten asfalt, nei te tiry co nas wyprzedzają i nie potrzeba jazdy slalomem i na stojąco.
Na choryzoncie widać 26tkę, niby jest, ale go nie ma. Pojawia się co jakiś czas w oddali, jakieś 500m przed nami. Nie da się jechać więcej niż 23-24km/h. Nie na szosowych kołach. Nie po przygodzie z dnia poprzedniego. Nie zaryzykuje dziury i rozwalenia opony w tym miejscu. Wreszcie - gdy droga się lekko poprawia doganiamy 26tkę. Zdziwiony wita nas tekstem: "czekałem, czekałem na was, ale w końcu nie było was nie było i pojechałem swoim tempem" Spoko, rozumiemy, lepszy rower, lepsze koła - no problem.
Czteroosobowy peleton znów prowadzę ja. Crosso Osłabł i podczas mojej zmiany, decyduje sie na postój. "Jedźcie - ja się tu zatrzymam na dłużej". Mamy się na postoju spotkać obiadowym. Do obiadowego wjeżdżamy więc we trójkę. Ku naszemu zaskoczeniu na obiadowym siedzi "piątka". Narzeka na kolano i rozważa wycofanie się. W tajemnicy przyznaje się nam, że troszkę udaje, aby go zabrali karetką na start. Opuszcza więc obiadowy autem. My zjadamy obiad, pomidorowa z kubeczka to za mało, zamawiamy dodatkowo większe danie z baru obok. 10zł za obiadek? Dobra cena i dobry obiad!
Obiadowy opuszczamy znów w komplecie. Szybko droga się psuje i znów nam 26-tka ucieka. Po pewnym czasie znika z pola widzenia. Do nawrotki przed Bytowem jedziemy we trójkę. Crosso znika za nami gdzieś zaraz za skrętem. Piękny asfalt i droga w dół. Zjazdy i podjazdy na rozpędzie. Mijamy zabawną nazwę miejscowości - Ugoszcz a zaraz za nią Studzienice.
W Półcznie na bufecie spotykamy 26tkę. Odpoczywa i czeka na nas. Zjadam placek drożdżowy, i popijam woda z miodem. Tuż obok lezą małosolne ogórki. Mam smaka na takiego. Biorę jeden a potem kolejny i upajając sie ich smakiem wsuwam chyba z cztery kawałki. Z postoju ruszamy we trójkę razem z 26tką. Nie mija jednak chyba więcej niż kilometr a mnie zaczyna mdlić. Jadę twardo, ale robi mi się słabo i czuje, że mi się odbija. Sól z ogórków niestety podziałała jak środek do płukania żołądka i kończy się to awaryjnym postojem przy drodze. Rzygam jak kot przez dobre kilka minut. Puszczam 26tkę przodem, aby nie patrzył jak się męczę. Nie wiem co będzie ze mną dalej. Brzuch co jakiś czas zbijają torsje a ja nie mogę nad tym zapanować. Rozważamy, czy nie wycofać się z wyścigu.
Mija mi jednak, popijam wodą i nagle jak ręka odjął. Po prostu czuje się lekko sponiewierany. Aga - obawia się czy jechać dalej, ja nie chcę się wycofać. Dam radę - mówię. Powoli dam radę - jak coś to staniemy - mówie uspokajając ją. Jedziemy więc dalej. Nie jest ok, bo odbija mi się nieprzyjemnie, ale popijam wodą i im dalej tym lepiej mi. Wracam do "pełnej" sprawności, jakieś 5 km dalej.
Do mety jedziemy już wolniej, mimo dobrej drogi. Nawet zatrzymujemy się na placki ziemniaczane na ostatnim puncie kontrolnym. Wpadamy po placki (jej jak mi się chciało jeść po tym nieoczekiwanym "zwrocie" sytuacji). Finał naszej 225 km, nie jest huczny, ani w wielkim stylu. Wjeżdżamy na matę robimy PIIIIP a potem spokojnie na rynek na dekorację. Na końcu czeka Monika i robi nam kilka fotek. Wymieniamy się gratulacjami z 26 tką, którego spotykamy w miasteczku startowym. Odbieramy pakiety żywieniowe i zasiadamy do szybkiej "na gorąco" relacji podczas miski makaronu. Jedząc makaron we trójkę opowiadamy Monice o trudach jazdy. Posileni wracamy rowerami do Kwatery na kolację i ciepłą kąpiel.
Padamy bardzo szybko, nie wiem nawet kiedy usnąłem... To był fajny dzień. Naprawdę fajny udany dzień w gronie super ludzi. Dzięki Monika!!!
Na ten start czekałem dlugo, chciałem sprawdzić jak to jest wystartować w zawodach długodystansowych w nieco innej odsłonie niz Radlin. Tu jechałem z założeniem, przede wszystkim sprawdzenia swojej formy, oraz treningowym. Jedno i drugie udało się zrealizować w 100%. Jak było? Co się działo? I czemu małosolne - są słabe na zagrychę? O tym w tym opisie.
Dojazd
Wsiadamy do pociągu w Legionowie o 9:38. Mamy wielki przedział rowerowy na 15 rowerów i miejsce w przedziale. Stan błogości psuje tylko kilka rzeczy. Przede wszystkim mega duchota w pociągu i ekipa z wieczoru kawalerskiego bawiąca się w przedziale za nami. Fakt, że w wagonie trzy przedziały od rowerowego sa bez luster i szyb, sprawia, że chłopaki bawią się tuż za moją głowa. Nie mogło się obyć bez wrzasków i rozpijania wódki. Zanim wysiedliśmy w Tczewie, oni mieli już dobrze w czubie, a nasza przygoda się zaledwie zaczynała.
Wyjazd z miasta robimy na podstawie śladu GPS, jest duszno. W powietrzu czuć skwar a droga jakoś się nie klei. Choć może właśnie słowo"klei się" byłoby tu na miejscu. Pierwsze podjazdy idą ciężko. Nie mija półtorej godziny a zbiera się na burzę. W miejscowości Skaryszewy z nieba zwala się ściana wody. Wali gradem i deszczem, a my schowani pod daszkiem sklepu czekamy aż nawałnica przejdzie.
I owszem przeszła... Temperatura w pół godziny spadła z 33 stopni do 23 a w ciągu kolejnych godzin, do 18 stopni. Ruszyliśmy w mżawce. Na dziurawej drodze kałuże pozalewały i tak dość popularne wyrwy. Agnieszka chlapie na mnie niemiłosiernie, a ja klnę bo co chwila bije mnie po nadgarstkach jakiś wybój. Jakby tego było mało, wiatr po przejściu frontu wezbrał na sile i osusza wszystkie liściaste drzewa wprost na nas. Czyli pada, ale nie z nieba - choć równie gwałtownie.
Droga do Nowej karczmy jest Masakryczna. Łata na łacie, dziury popękany asfalt a do tego śliska i mokra szosa. Ani tu robić szybkie uniki, ani pedałować rytmicznie. Na jednym ze zjazdów w ostatniej chwili zauważam "podejrzaną kałużę" i podrywam przednie koło. Tył niestety z impetem wali w krater. Kolejne 30 m to już jazda na obręczy i nagły postój. Pięknie - myślę sobie - tylko rozwalonego koła mi brakowało. Całe szczęście, że Monika - nasza koleżanka z Kościerzyny - wcześniej zaproponowała nas podwiezienie z nowej Karczmy autem. Szybki kontakt i odbiera nas ale jeszcze przed miastem.
Do domu docieramy więc mokrzy, nasze rowery upaćkane a ja mam kapcia. Efekt? Cieszymy się jak nie wiem, że udało nam się z transportem. Podczas gdy ja zmieniam dętkę, Aga ogarnia z Moniką miejsce do spania a potem szybkie zakupy prysznic i wieczór przy winie spędzony na integracji Kaszebskiej i Mazowieckiej ziemi:D Super wieczór, ale planowany start o 7:18 sprawia, że musimy się kłaść spać.
Poranne hałasy na budowie, zbudziły nas z Agnieszką już po 6:15 - więc mimo prób zaśnięcia - na nogach byłem wcześnie. Jeszcze po siódmej, ruszyłem więc w porannym słońce, na trasę. Standardowe pedałowanie wzbogacone o walkę z wiatrem. Jechało się przyjemnie i przyjemny dystans wyszedł.
W pracy kocioł i młyn. Dużo by opowiadać, ale "Świeżak" znów wyszedł zostawiając majdan podczas gdy ja z rpacy wyszedłem 19:15. Mało tego namotał dziś strasznie! pomieszał tak, że jedni mówili "X" a on twierdził "Y" i klient latał w te i nazad od sasa do lasa.
Z radością wróciłem do domu - dobrze, że to już piątek!
Do pracy w krótkim rękawku. Ciepło cieplej - bryza... lubie jak jest ciepło, ale nie aż taka żarówa od razu. W pracy sporo roboty, troszkę kombinacji troszkę patentów do zrobienia. Odwiedził nas "X" w poniedziałek w raca do pracy po zwolnieniu. Wygląda już na zdrowego. Przebadali go na wszystkie strony i zdrowszy już nie będzie.
W pracy obrobiłem się bez kłopotów, ale wracałem jakiś taki przytłumiony wieczornym ciepłem.
Dzień wyszedł całkiem ok, choć dystans tylko troszkę większy niż zazwyczaj.
Do Warszawy nocą, po pracy na test nowych opon i ustawkę ze znajomymi. Miało być kilka osób była tylko Camilla. Pojeźdizliśmy pogadaliśmy, wymieniliśmy się doświadczeniami z jazdy na szosie. Ona poopowiadała troszkę o swoim trenowaniu do triatlonu i rozjechaliśmy sie do domów.
Celem wyjazdu był też test opon, które dostałem od kolegi. Vittoria Diamante Pro Slick - sa o 130g lżejsze na oponie od moich drucików czerwonych, a do tego są to opony w rozmiarze 24c. Nie sądziłem, że odczuje różnicę, ale odczułem i to dużą! opona jest wyższa choć nie wiele, ale jej właśćiwości są inne mimo 7,5 atm w kole są one dość miękkie a jednocześnie toczą się świetnie po ulicach. Nierówności dobrze zbierają i komfort jazdy poprawił się i to sporo. Nadadzą się w sam raz na nierówne drogi Lubelszczyzny na Maratonie Podróżnika.
Wracanie do domu z wiatrem to jazda po pustych ulicach Jagiellońskiej i Modlińskiej. Pysznie było! 30-35 km/h na liczniku.
Rano z Agnieszką wstaliśmy pełni energii, piękne słońce piękna pogoda. Niestety uderzający gorąc za oknem szybko nas stłumił. Ja nie czuje się dobrze, przy tak szybkich zmianach pogody zwłaszcza z 15 stopni na 25 czy 30. Jechało mi się spoko, ale każde zatrzymanie to potok potu, jakbym co najmniej maraton biegł. Organizm się przestawia na tryb letni powoli.
W pracy nie było "Szczupłego P" bo się rozchorował, byłem ja i Świeżak z czego ten drugi totalnie nie radzi sobie na kasie. Wszystko musiałem ja sam załatwiać, praca na serwisie stała i tak co jakaś pierdoła, to mnie wołał, bo nie mógł czegoś znaleźć. W końcu przyszedł "M" i troszkę się udało wypoziomować prace. Montowałem bagażnik i robiłem zmianę napędu w fajnym Cube. Potem serwis supportu w rowerku za 8 tysięcy, regulacje w tym samym sprzęcie i sprawdzenie sterów.
I tak powoli do końca dnia dłubałem rowery aż nastała 19ta. Dzień upłynął a ja jestem o jeden dzien starszy:P
Dzień rozpoczął się dość wcześnie. Musiałem być rano na badaniach krwi, więc nie dość, że rano wstałem, to jeszcze byłem głodny. Gdy dodamy do tego to, że położyłem się głodny, to mamy: głodnego, niewyspanego, ziewającego księgowego na rowerze i to jadącego przez miasto.
W Mediq`u ludzi pełno, nie lubię szpitali, klinik i innych zdrowotnych przybytków. Krew oddałem do badań, i potem polatałem po mieście w poszukiwaniu tła do akwarium. Wszystkie sklepy od 10ej. Szybka kawa i śniadanie u Agnieszki i do pracy fru.
W robocie nie było co robić, więc robiłem serwisy - taki żart. No obskoczyłem kilka rowerów na "zaś". Jednak zawsze ta sama zasada się sprawdza, jak tylko zaczynam roibić coś na zaś, to robi się młyn i muszę to na zaś odłozyć. To rower do wyregulowania przed sprzedaniem, to jakaś drobnostka komuś tam do poprawienia.
Najbardziej rozbawiały mnie telefony ludzi na serwis. Dosłownie kilka odebrałem dziś takich samych: - dzień dobry, ja chciałem zapytać czy można rower na serwis oddać - tak można... - dobrze to ja przyjadę dziś, do której państwo czynni? - do 19ej - dziękuje. <klik>
Czy aby rower do serwisu oddać, potrzebo mojego sądnego "TAK", mojego pozwolenia? Mam moc - to ja decyduje, czy dziś to twój rower będzie w serwisie - ho ho! Jeden z dialogów również mnie ubawił i poniekąd troszkę zmęczył. Właśnie wymieniam bębenek w pewnej piaście, kulki mi się wysypały na stół ganiam je magnetycznym śrubokrętem a tu telefon w najbardziej odpowiedniej chwili. Wycieram na szybko rękę szmatą i odbieram: - [...] Wie pan bo ja mam kellysa i mi na środkowej zębatce przy pedałach i na największej z tyłu coś obciera łańcuch. Bo mi wyregulowali w serwisie innym i tak mi się zrobiło! - no na takim przełożeniu się nie powinno jeździć, to za duży skos łańcucha. Powinien pan używać innych przełożeń aby łańcuch nie był pod skosem - Jejku jest pan już druga osobą, która tak mówi. A mi wie pan, obciera też jak jadę na największej z przodu i na największej z tyłu. - nie używa się takich biegów < tłumacze cierpliwie coś o przekosie łańcucha itp> - A ja kupiłem teraz DEOR <-cytuje dokładnie - i on będzie lepszy? Bo teraz mam ACER zamontowany i mi obciera, ten deor będzie lepszy? - Tak deore jest lepsza przerzutką niż Acera, ale to nie rozwiąże pana problemów z obcieraniem. Musi pan... (znów mu tłumacze) - A jak ja przyjadę to mi pan ten deor założy? - Tak - Dobrze a da się od ręki, bo ja z Pułtuska będę jechał z tym rowerem. - Nie wiem, czy od reki, bo zależy czy będę miał dużo pracy to może to się przedłużyć. - Ale tak ile to zajmie? 5 minut chyba więcej nie? - Muszę zobaczyć rower jak pan przyprowadzi, tak przez telefon to trudno mi powiedzieć. - Ale to normalny rower kellys taki czerwono czarny - <lol> No jak pan przyprowadzi to zobaczę. - On nowy jest więc w nim nic nie jest zepsute... - Dobrze to zrobię to od ręki <staram się skończyć tą "fascynującą rozmowę". - To mogę jutro przyjechać? - Może pan - A po jutrze? Bo nie wiem czy jutro będę mógł - Tak można po jutrze. - To przyjadę - Dobrze. - Czyli zmieni mi pan mi ten Deor, bo mi obciera....<znów mi opisuje jak mu obciera ... - Tak, mhmm, dobrze zobaczę... oczywiście - Czyli jutro mogę przyjechać? - Tak - Dobrze to ten to eee dobrze to do widzenia. - Do widzenia.... - UFFFFFF
I tak oto, włąśnie jak zaczynam coś robić, to telefon się odzywa. I pytają ludzie o najróżniejsze rzeczy. Dziś pytano mnie także o średnicę kulek jakie są w piaście XT, bo pan szukał takich w internecie i nie wie jaki rozmiar. Pewnie myśli, że mu z pamięci powiem. Inny znów pytał o to dlaczego podczas przeglądu zdjąłem mu ten plastik spod wolnobiegu. Wyjaśniłem - naprawdę spokojnie - że najzwyczajniej w świecie zapomniałem go założyć. Musiałem umotywować wieloma argumentami dlaczego ów plastik jest niepotrzebny. Inny znów pan pytał mnie o wężyki do "wentli "ze składaka.
Rowera, pedało, wentle, i Deor a na koniec Acer po tym jedzie! Tyle na dziś:) Dobrej nocy! Ludzie!
Po wycieczce do Decathlonu i sowitym obiedzie, nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Za oknem jeszcze piękny dzień, choć już jego koniec. Postanowięłm wyskoczyć na nocny rower i dokończyć pętlę, której nie dokończyłem ostatnio nocą z powodu opadów. Zamiast nocnego roweru wyszedł popołudniowy, a po zmroku nie wracałem, bo średnie wykręcałem astronomiczne. Jak dla mnie:P
Ogólnie? Ogólnie, to był ogień tam gdzie się dało i relaks tam gdzie trzeba było. Była też męka, gdy droga stawała się dla traktorów a nie dla aut.
Mapka powyżej obrazuje jaką pętelkę wykonałem. Na ulicach ruch duży a na ścieżkach cała masa rowerzystów, na światłach to się kolejki ustawiały. W największej grupie stałem pośród 15 osób. No prawie jak ustawka kibolska;) Piesi czuli się dziwnie jak nas mijali. A 2m szerokości ścieżka przez drogę była zdecydowanie za mała aby przejechać taką chmarą. Najgorzej w takim tłumie, że o ile na ulicy jeszcze ktoś sygnalizuje skręt to w tej zbieraninie, musisz sam zgadnąć gdzie kto ztłumu pojedzie. Dlatego ja jechałem na końcu i systematycznie ciągle wyprzedzałem...
Mój kokpit prawie jak u Hipka. Tu pytanie do wyżej wymienionego - czy tobie tez się tak telepie ta konstrukcja na wybojach? Ja zastosowałem zipy, ale może te obejmy są stabilniejsze?
Zachodzi słońce na Młocinach... ach.... Po tym zdjęciu szybko do domu bo temperatura z 23-24 stopni poleciała w dół szybko do 18 tu więc gnałem do domu aby nie wymarznąć do reszty.
Dobra jazda, choć wśród spalin, dawno po mieście w ruchu nie jeździłem. Przypomniały mi się dojazdy na uczelnie, jak jeździłem na jakiś wykład na 12 czy 14tą... ech to były czasy. A teraz? :D teraz jest jeszcze lepiej!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.