CIężka jazda przez godzinę. Jakby trenażer dopiero teraz ustawił się na wyższe obciażenie. Wrażenia estetyczne niskie, bo pot mnie zalewał litrami. Bez zachwytu i bez dumy
Do rowerowego aby zmienić napęd. Nie chciałem tego robić, ale czeka nas niebawem wyjazd a Agnieszce skacze łańcuch jak oszalały w zimówce i jechać się nie dało, więc zmieniłem jej napęd. Po kosztach, bo po kosztach, ale teraz przynajmniej będę pewny o nia na wyprawie najbliższej, że nic się nie stanie, i że w trudnych warunkach będzie mogła jechać spokojnie.
Jak ruszałem do miasta, to mnie taka śnieżyca dopadła, że myślałem, że zwątpię. Normalnie apokalipsa powiedziałby jakiś nostradamus. Musiałem się zatrzymać przy lesie, bo byłem taki biały, że na okularach nie pozostawała już żadna przestrzeń, przez którą mółgbym patrzeć na świat. Wiało w twarz śniegiem, więc potrzeba "przejrzenia" na oczy" była nieodparta;D
Jazda po mieście dziś rowerem to wyzwanie i to nie powiem - całkiem spore, mało miejsca dla aut, nadgorliwi kierowcy chcący wyprzedzać, a niemogący, bo jadę ja... itp. Ogólnie nie jest źle z jazda w głębokim śniegu czy czymś temu podobnym, i przejeżdżam cały las prawie bez przystanku a warunki w lesie są... no cóż wystarczy spojrzeć za okno.
Na koniec zakupy w mięsnym i do domu! Mogłoby przestać już padać, bo przejezdne drogi by nam się w przyszłym tygodniu przydały na Kaszubach:)
Te pół godziny dziś było trudne, nie wiem skąd takie odczucie, ale po prostu źle mi się jechało, nie było nawet ciężko fizycznie, po prostu miałem kryzys pedałowania. Nogi jakieś ciężkie, głowa "nie ta" i ogólnie słabo mi się jechało. Wymęczyłem te pół godziny i zszedłem. Może powodem była zupa, której potężna ilość zjadłem wcześniej? Nie wiem, ogólnie dziś jeden trening i to bez melodii.
Znowu zapomniałem dodać wpis "po-agnieszkę-do-pra-co-wy". No to uzupełniam, z pozdrowieniem, dla tych co przestali wierzyć, że ja jeszcze jeżdżę w realu:D
Jeszcze pół godzinki, jeszcze kawałeczek. Jazda słuchająć opisu Kota z rajdu Wyszehradzkiego. Zacna jazda, choć chyba czuje sie dziś zmęczony, koniec dnia a mi sie ziewa, jakbym nie spał pół nocy. Dziwne. Chyba sobie kawę zrobię.
Postawiłem sobie za cel, zrobienie dwóch godzin jazdy. Nie robiłem wcześniej żadnej rozgrzewki, po prostu wsiadłem na rower i pojechałem. Końcówka była już wyczerpująca. Czułem, że siodełko nie jest "wygodne" czyli klasyczny symptom jazdy ponad siły. Na rowerze też często zdarza się takie coś, zwłaszcza pod koniec dłuższych bardziej wyczerpujących wycieczek. Pod koniec również musiałem uważać na lewe kolano, znów trzeba było zejść z cięższego biegu i jechać pokorniej.
Średnia nie powala, ale za to mam świadomość, że było naprawdę trudno i przejechane w domu kilometry nie idą na marne. W śniegu nie udałoby mi się tyle wysiłku przepracować stacjonarnie mogę więcej "wymagać" od siebie.
Pierwszy sprawdzian już niebawem, czeka nas kilkudniowa wyprawa z Agnieszką po zaśniezonym pomorzu i okolicy Borów Tucholskich.
Przez te swoje treningi zapominam o dodawaniu cegiełek do jazdy "klasykiem". CO też naprawiam. Popełniłem "klasyk" tu i tam - i nie tak, że zwyczajnie - bo było przez las w śniegu z lampeczkami!!
Miało być pół godziny kręcenia, miało być lekko i tylko na dokładkę do poprzedniej jazdy, a wyszło klasycznie. Nie wiem co sprawia, że jeszcze mi się to nie znudziło, może kolejny etap tour de Pologne, a może po prostu jak mam siedzieć i się nudzić to wsiadam i jadę. Oglądanie trasy wyścigu też super pomaga, w Polsce (mówie o etapie TDP) może nie ma takich malowniczych krajobrazów jak we Włoszech, ale sama jazda i podziwianie czegoś "innego" nie białego i nie mokrego, jest super.
Godzina zleciała a obiciażenie jakoś już mniej przeszkadzało. Zaskakujące jak organizm szybko sie przyzywczaja. Pewnie do końca tygodnia będzie to lekkie pedałowanie z ta piątką.
Wymyśliłem trasę, na pętle, gdy będzie już bez śniegu. Chciałbym zrobić kilka kółek nocą - koniecznie po zmroku - po takiej trasie.
A tu druga opcja pętli.
W takie dni jak dziś, kiedy dookoła sniegu po kostki, czlowiek tylko patrzy z utęsknieniem, aż na ulicach zrobi sie sucho i będzie można poszusować na szosie;D
Po weekendzie na luzie, postanowiłem dziś troszkę ponieść poprzeczkę. Przełączyłem obciążenie z 4 na 5 i wiecie co? Ciężko:) O ile w początkowym etapie tak tego nie czuć w nogach to jednak pod koniec odczuwa się już zmęczenie. Przełożenia też inne na czwórce spokojnie 3x6 a 3x7 aby poczuć "podjazd", dziś na piątce było inaczej. 3x5 na spokojnie a 3x6 aby poczuć podjazd 3x7 też bywało ale tylko aby wstać na pedały jak chłopaki z peletonu TDP wstawali.
Przejechanie 1,5h to było dość wymagające zadanie, nie ukrywam, ze miałem nadzieje, że jazda pójdzie łatwiej. Końcówka to już nawet troszkę bolące lewe kolano. Musiałem więc zejść z biegu i dojechać na 3x5. To oznacza, że jazda naprawdę była trudna a tego się nie spodziewałem. Nie zejdę na 4, bo mi honor nie pozwala, ale zdecydowanie ta "piątka" bardziej odpowiada jeździe w realu.
Baju baju a herbata się parzy. No to do usłyszenia. Przede mną dziś jeszcze - tak sądze - dwie 30 tki o których tu usłyszycie!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.