Dziś dzień od rana w ruchu - mimo, że sobota to, trzeba było zrobić co należy. Nie mogę w nieskończoność jeździć tylko komunikacją miejską, toteż przyprowadziłem do jaskini naszej zimówki.
Kurs 3 krotny na piaski i troszkę grzebania. Przez cały rok sól zakrzepła i stwardniała. Trzeba było więc pomocować się ze śrubkami itd. Udało się jednak doprowadzić rowerki do ładu. Mój accent niestety zgubił błotnik, który zwyczajnie pękł podczas zdejmowania rowerów z haków. Będę musiał więc w wolnym czasie wymyślić coś co osłoni mnie zimą od deszczu i słoty.
Jazda śnieżnikiem na oponach smart sam 2.1 i buczenie po ścieżkach to jest to;D Dawno nie czułem, że rower to czołg. Jedzie się ciężko, ale czuje się ta potęgę i masę. W porównaniu z szosóweczką to ten rower - zdecydowanie przypomina zimowego morderce pieszych na ośnieżonych DDR-ach.
Agi zimówka jeździ również i również coś tam niedomaga. Jednak do konkretnej zimy jeszcze troszkę jej zostało wiec może jeszcze cieszyć się dojazdami na szosie. Ja niestety zacznę od poniedziałku testować opcje - rower - SKM - rower. Zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce i jak sprawdzi się w przeciągu kolejnych dni. Mam nadzieje, że nie pozostanie mi tylko sen o rowerze :(
Kolejny dzień w pracy. Na froncie sprawa wygląda tak. Dziś otrzymaliśmy dostępy do kont pocztowych na outloku i dostępy do programu dzwoniącego. Pod koniec dnia nawet udało mi się wykonać z 5 połączeń. Jak się oceniam? hmm pewnie z czasem przestanę się stresować schematem rozmowy i będzie mi szło płynnie, jednak jak to się mówi pierwsze koty za płoty, lub leady za lady.
Co do pracy i jej rowerowego aspektu to jestem nadal na etapie wymyślania "jak to zrobić". Wasze porady aby siedzieć w mokrym nie sprawdzą się do końca, bo w sali jest 20 osób a biurko jest dosłownie obok biurka więc moja estetyka może nie być kontenta dla innych. Obstawiam plan aby, rano do SKM ( około 5km) jechać w cywilach i od skm też (w miarę oczywiście nie-padania) a wracać już w rowerowych, które sobie przywiozę w sakwie.
Zapas zupek instant, kaw 3 w 1 i kubeczka w pracy już mam. Przydała by się jeszcze łyżka. Praca bowiem jest monotonna i wielokrotnie powtarzająca się. Próba więc nie wpadnięcia w mega znudzenie po ośmiu godzinach pracy będzie zadaniem nie do przecenienia.
Od kilku dni dodatkowo słucham ze wszystkich stron kobiet. Dziwne, że jeszcze sobie włosów z głowy nie rwą, bo w jednej sali zamkniętych ich jest nie przymierzając z 15. Mieszanka więc wybuchowa, ale o dziwo ja narazie stabilna.
Faceci ( w liczbie 3 - ja, szef, kolega Mateusz) nie mają tam lekko. Od wtorku słucham opinii o: dzieciach (młode matki wymieniają się informacjami jak hodować te pokemony której jak dziecko i co je, co lubi i jak to było jak była w ciąży itd), butach (o tym, że ta tam znalazła takie buciki za tyle i tyle - reszta z uwielbieniem zapisuje w smartfonach nazwy sklepów), o płaszykach (temat na czasie bo przymrozki), o torebkach (dziś hitem była koleżanka, która dopadła torebkę po "okazyjnej" cenie przecenioną z 250zł na 100zł a wyglądała - ta torebka - ni mniej ni więcej jak worek z uszkiem...)
Kto tu zrozumie kobiety? Moja żona jest wyjątkowa i strasznie doceniam jej nie-dziunio-watość w sprawach mody i zakupków nowych bucików, torebeczek i innych pierdołek.
Szanse na konstruktywną rozmowę na poziomie w czasie pracy mam więc tylko czytając wpisy na forum lub pisząc z kimś mailowo - dookoła bowiem roztacza się morze szerokie i głębokie oceanu feminizmu i młodo-matczyzmu!
Dylematy - kolejne dni bez roweru przysparzają kolejnych problemów. W porównaniu z dotyczasowymi pracami ta totalnie odcina mnie od roweru.
a) nie mam gdzie przypiąć roweru b) nie ma gdzie sie przebrać c) nie ma gdzie trzymać zmienionych ubrań
W sali jest prawie 20 osób w "boxach" i jeden zbiorczy wieszak przy wejściu - jak w szwalni i nawet nie ma gdzie odwiesić ubrań, gdyby mnie mżawka złapała. Jazda w rowerowych narazie średnio możliwa, bo jak je zmienię to nie mam gdzie ich trzymać i ich suszyć a w rowerowych siedzieć kilka godzin, tego raczej nie zaakceptuje gromada kobitek w sali, które ciamgoczą i ćwierkają i codziennie w innych fatałaszkach przychodzą.
Dwoje sie i troje, do końca tego tygodnia aby wymyślić system jak przyjechać rowerem do pracy i jak znaleźć miejsce aby się przebrać i na czas pracy zostawić rowerowe ciuchy do wyschnięcia. Jutro zapytam jeszcze portierki na dole, czy może na dole w portierni budynku nie ma jakiegoś miejsca abym mógł sie przebrać i na czas pracy zostawić sobie ubranie rowerowe czy mokrą kurtkę.
Generalnie na razie nie widzę codziennego dojeżdżania rowerem do pracy - wiem, że idzie dżdżysta jesień i bardziej sucho nie będzie. To, że zimówka przez 8h będzie przypięta do odsłoniętego płotu, mi powiedzmy już przeszło przez świadomość i zrezygnowany jestem w stanie na to przystać, ale w ciasnym pomieszczeniu pełnym kobiet nie chce uchodzić za śmierdziela bo odwrócą sie ode mnie wszystkie osoby w sali.
Dzień numer dwa - dziś dodaje z przebiegiem rowerowym, ponieważ taki się pojawił. Niestety jeszcze nie był to dystans do i z pracowowy, ale jako że post dotyczyć będzie mojej dzisiejszej pracy dodaje w temacie.
Dzień odbył się pod tytułem "poznaj pracę kuriera" polityka firmy nakazuje abyśmy zanim usiądziemy na centrali i przy kompie poznali jak działa system "live" i spędzili jeden dzień u boku kuriera. Tak tez było. Nakazali nam byc przed 7 na magazynie zgłosić się do dyspozytorni i ruszyć w świat z kurierem siódemki.
Ni mniej ni więcej wstałem więc o 4:25;/ Matko kochana, co za pora... Ciemno zimno i nawet księżyc świecił. Zaskakujące jest to iż w tych mrokach poranka nawet miałem ochotę na kanapkę, co o takich porach mi się nie zdarza. Pojechałem i zasiadłem obok kolegi z regionu Jabłonna.
Praca kuriera jest osobliwa. Koleś z którym jeździłem miał obcykane w jednym palcu wszystkie adresy nie używał GPS i ludzi znał na wylot. Pamiętał nawet kto jakim autem jeździ, bo niektórzy umawiali się z nami po odbiór paczek gdzieś na mieście: " o tą niebieską fiestą jedzie ta babeczka z Polnej 12" po czym fiesta włączała awaryjne a pani wychodziła i odbierała paczkę. Czułem się troszkę dziś, jak w tym amerykańskim programie Boss Under Cover, gdzie szef wielkich spółek wciela się w pracowników niższych szczebli aby poznać swoją firmę i doskonalić ją od podstaw.
Kurier wysadził mnie w Jabłonnie i pojechał dalej wozić paczki po regionie mojej dzielnicy.
Powiem wam, że o ile praca jaką będe wykonywał nie jest może najwyższych lotów ani najwyższej płacy, jednak podejście do pracowników i zaznajamianie ich z pracą w firmie na różnych szczeblach to coś dla mnie nowego. Spokojnie mogliby posadzić 20 studentów dać im Umowę Zlecenie i robiliby to samo nie mając pojęcia o pracy firmy. A tu proszę! Dziś praca u boku kuriera, a w przyszłym tygodniu będziemy towarzyszyć przedstawicielom handlowym na spotkaniach, gdzie sprzedawane sa pakiety dla firm i prowadzone rozmowy z kontrahentami.
Dzień kończę jako zombi. Mimo, że po powrocie do domu przespałem się do 16 ej to nadal czuje się jakoś taki "chory" z niewyspania. Nie są to moje najbardziej ulubione pory pobudek (no chyba, że planuje jechać 250 km w marcu czy kwietniu)...
Dziękuje wszystkim za uwagę i życzę dobrej nocy - zjem i idę spać! Jutro znów na 5:25 budzik nastawiony!
No i byłem dziś w pracy - nie rowerowo, ale pomyślałem, że skoro ma jednego bloga a wpis mój po części będzie z rowerem związany to napisze go tu. Tak tez czynię!
Poranne wstawanie to nie jest moja mocna strona, ale wstałem i pojechałem! Dojechałem i dzień nasz wyglądał dzis tak, że uzupełnialiśmy dokumenty kadrowe, a potem siedzieliśmy na sali gdzie pracowali ludzie z call`a i troszkę im przeszkadzaliśmy.
Praca generalnie nie będzie typowym call center. Obsługujemy połączenia wychodzące, ale nie musimy nic nikomu sprzedawać a pracujemy na bazach jakie dostajemy od firmy. Tak czy inaczej chodzi o to aby potwierdzić dane firmy zrobić mały rekonesans ile paczek wysyłają i zweryfikować dane jakie baza posiada.
Sympatyczny ludzie, osobne stanowiska, praca bez jakiegoś stresu, generalnie wydaje się że będzie ok. Nie było jednak różowo - okazało sie że dostępne miejsce dla rowerów przypomina zmorę koszmarów rowerzysty a prezentuje sie mniej więcej tak: Żal.pl Nie ma daszka nie ma nic. Nawet nie ma za bardzo jak tego roweru tam ustawić aby od deszczu był osłonięty. Po pertraktacjach z panią w portierni nie ugadałem nic... Efekt? Musze na zimówkę się przesiąść, bo nie ma innego wyjścia a rower będę zapinką do dobrej bramy zapinał. Ech... I tyle wyszło z moich nadziei na dobre mieszkanko dla roweru na 8h pracy. Cóż dobrze, że zimówkę przynajmniej mam do dojazdów. Jednak zanim ją uruchomię potrwa troszkę bo do końca tygodnia mamy siedzieć i nic nie robić a jutro dzień spędzimy w towarzystwie kuriera, toteż pewnie dojazdy na serio rozpoczną się dopiero od przyszłego tygodnia.
Nie poddam się! Dostałem firmowy kubeczek a niedługo dostanę kartę PIP to i o miejsce dla rowerów powalczę!!! Zrobimy z nich ludzi!
Po Agnieszke i na zakupy - Nic ciekawego. Dodać wpis musiałem, bo Kes mnie przegonił w statystykach z tego miesiąca a tak przynajmniej nie będę aż tak mocno do tyłu!
Dziś miałem ostatnią wizytę z serii "zobaczmy czy możesz korzystać z komputera i telefonu". Efekt nad wyraz pozytywny. Zbadano mnie i stwierdzono całkowitą przydatność społeczno-korporacyjną. Nadwątliłem swój image przybywając jednak do enel-medu rowerem. Ale po kolei...
Zanim jednak objawiłem się w przychodni zrobiłem sobie rundkę po stolicy relaksacyjnie marznąć na pomniejszych uliczkach. W SKM wygrzałem się do granic to i wyjście na 12 stopni poza pociąg sprawiło, że szok był powalający. Przez pierwsze kilometry nie mogłem się zdecydować, czy mi zimno, czy już zmarzłem do reszty. Dokręcałem więc na wysokiej kadencji. Efekt byl taki, że z każdym kolejnym ka-e-mem było mi coraz cieplej.
Znudziła mi sie jazda w kółko wieć zapętliłem do Arkadii i zostawiwszy rower na parkingu strzeżonym w podziemiach, poszedłem do centrum handlowego polansować się w obciskach. Wzbudziłem zainteresowanie w Carefourze, gdzie pan ochroniach omiótł mnie wzrokiem a pani z działu wędlin szepnęła coś do koleżanki. Cóż - kiedy emocje opadły dotarłem do kasy. Zakupiwszy ciastka dla żony i sobie maltanki poszedłem do lekarza.
Drogę powrotną wybrałem rowerową. Było już sporo cieplej toteż jechałem dodatkowo wylajtowany ze stroju porannego - zwanego kurtką. Do domu pojechałem rodzinnego - na piaski - potem do dziewczyn na Piłsudskiego a na końcu do domu Akademijnego. Czyli wróciłem tu gdzie teraz siedzę.
Wyjazd zacny - choć przytłacza mnie, że liście już żółkną a jeszcze przymrozków nie było... liczyłem, że dłużej wkraczać będzie jesień. Po ostatnim bombardowaniu przez żołędzie teraz obsypuje mnie liśćmi - no nie wygra z tą jesienią!
Jutro pierwszy dzień w pracy - niestety bez roweru - potrzebny rowerowy rekonesans, cóż zrobić:(
Wyprawka nazwana przez nas poślubna odbyła się tego weekendu w Trzepowie k. Pułtuska. Udział wzięło 12 osób. Na miejscu pojawili się:
Paweł 70 Olo Transatlantyk Borafu Jacun Marysia Piotr PrzemekR Ania Księgowy Agnieszka Fiołek2005
Gościnnie udział wziął Kes!
Pierwszego dnia na miejscu pojawiamy się my! Nowożeńcy – ogarnęliśmy na szybko pokoje, zapas alkoholu, przygotowaliśmy pompowane materace i w oczekiwaniu na członków społeczności zabraliśmy się za składamy zestaw kuchenny dla dzieci, który przybył w podobnej porze co my. Zabawa z chińskim plastikiem, sztuczną kuchenką i temu podobnymi gadżetami zajął nam prawie godzinę psując nerwy niebotycznie. Jak chce tradycja w takich „budowlach” nie wiele elementów do siebie pasowało idealnie. Projekt jednak zakończył sie sukcesem i uspokojeni spełnionym zadaniem konstruktorów - udaliśmy sie na obiad.
Po 17 zaczęły docierać pierwsze osoby a w miarę ich przybywania zrobiło się swojsko i gwarno. Początkowo impreza opierała się tylko na dyskusjach przy stole w kuchni, jednak kiedy wszyscy już zjedli kolację, przenieśliśmy się do piwnicy. Tam rozpoczęła się część muzyczno-taneczna. W ruch poszła dyskografia ponad 20 płyt zgromadzonych kolo sprzętu grającego. Były hity lat 80, 90 a także współczesne skakanki. W tan poszły damy i soliści! Na parkiecie wywijali zarówno długodystansowcy i sakwiarki. Ach skry leciały z butów! Dzień zakończył się w późnych godzinach nocnych.
Poranek dzień 2 to powolne budzenie się i szykowanie do wyjazdu. O ile ranek przywitał nas bezchmurnym niebem i słońcem, to zanim się wybraliśmy na wycieczkę, zaczęło padać! Padało delikatnie, z przerwami na zimny wiatr. Efekt był taki, że dojechaliśmy do Winnicy i tam po zakupach w sklepie część grupy zdecydowała się powrócić a część udała się do Pułtuska na żurek. Po drodze do pułtuska nie obyło się bez awarii. Szybka interwencja Piotra przy pomocy łatek Przemka, rozwiązała problem uchodzącego powietrza. Momentem kulminacyjnym był żurek w Pułtusku.
Wieczór sobotni to zagorzałe dyskusje na wysokim szczeblu! PrzemekR i Paweł70 roztrząsali najważniejsze nurtujące świat problemy! Było rzeczowo i dosadnie! Wszyscy wyszli z dyskusji zaspokojeni swoimi poglądami. Część grupy wybrała frakcję sportową i piętro niżej w piwnicy, znanej już nam z poprzedniego dnia i tańców, odbyły się mecze ping-ponga w stylu wolnym tj. „niech piłka się odbija”.
Na kolejne wycieczki pojechałem już tydzień po pamiętnej tragicznej „inauguracji”. Za cel do osiągnięcia na koniec wakacji postawiłem sobie – powrót rowerem z działki do domu. Było to ponad 70km. Uznałem, że to dystans idealnie przypieczętowujący moje zmagania rowerowe w sezonie 2006. Jazda samochodem tą trasą zawsze wydawała się długa, toteż odcinek określany jako 70km, był dla mnie niewyobrażalnie trudny i niedostępny.
O swoich planach nie informowałem rodziców. Oni byli i tak wystarczająco zmartwieni moim znikaniem na całe dnie. Jeździłem codziennie. Schemat ten sam, śniadanie, pakowanie plecaka i na rower! Z czasem gdy wakacje kończyły się a dni były krótsze, musiałem skracać wyjazdy bo szybciej zapadał zmrok i wieczorami robiło się chłodno. Nieubłaganie zbliżał się także dzień sądu i dystans jaki sobie wyznaczyłem. Jazdy na rowerze ułatwiał wtedy mój sprawdzony sprzęt. Odkąd tata przywiózł mi ulubiony rower z domu, dystanse były o wiele przyjemniejsze a pełna amortyzacja jednośladu dawała, jak mi się zdawało, komfort, którego nie potrafił zapewnić stalowy supermarketowy rower na działce. Jeździłem na stalowym rowerze z pełna amortyzacją i na grubych oponach. Na szutrówkach okolicznych wiosek sprawdzał się świetnie. Koniec wakacji to była powalająca informacja dla rodziców. Postawiłem ich przed faktem dokonanym. „Wy wracacie autem a ja rowerem”. Złapali się za głowę.
- rowerem? Oszalałeś? - tak rowerem. - ale jak tak tą główna droga? – mama była przerażona - tak do tej pory też głównymi jeździłem.
Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Prawda była taka, że gdy znikałem na kilka godzin, nie jeździłem tylko po szutrówkach w okolicach działki. Ja najzwyczajniej w świecie jeździłem głównymi drogami. Odkryłem że po asfalcie więcej kilometrów mogę pokonać i że o wiele lepiej się jedzie. Z plecakiem na sznurki przywiązanym do kierownicy na skrzypiącym rowerze przemierzałem więc okoliczne drogi wojewódzkie i krajowe. Świadomość jednak, że robie to „naprawdę” rodzicom chyba nie mieściła się w głowie. Rower przecież jest: do rekreacji, do sklepu, nad rzekę, ale żeby 70km rowerem? Niewykonalne.
Podczas próby sił w dyskusji pojawiały się także argumenty, że musze uważać na nogę, że chyba przeceniam siły, ale w końcu zgodzili się! Oczywiście zgoda okupiona była kompromisem. Miałem mieć telefon miałem dzwonić co godzinę i na wszelki wypadek miałem ruszyć zanim oni wyjadą, aby w razie potrzeby mogli mnie zabrać po drodze. W głębi duszy chyba naprawdę sądzili, że nie podołam wyzwaniu i chcieli mi pokazać „zobaczysz wsiądziesz do samochodu odechce ci się”. Sprawa nie wydawała się łatwa od tej chwili to była to rzecz honoru! Poranek był chłodny a na niebie nie było już, znanego mi z wcześniejszych dni, błękitu bezchmurnego nieba. Nad głowa wisiały szare chmury a pogoda skłaniała się to jesiennej niż późno-wakacyjnej. Dzień zapowiadał się być dużo chłodniejszy niż się spodziewałem. Wrzesień zbliżał się wielkimi krokami a ja zawsze na poprzednie wyjazdy ruszałem dobrze po 10. Rano w dniu wyjazdu nie mogłem wcisnąć nic do jedzenia.
trasa pamiętnej wycieczki
Podekscytowany wydarzeniem, czułem takie podniecenie, że jakbym mógł ruszyłbym już o 6:00. Spakowany z plecakiem, na plecach, kilkoma kanapkami, piciem i ubraniem na deszcz, ruszyłem na trasę po 9:00.
Z początku pedałowało się dobrze, choć nie mogłem powstrzymać się od szybkiej jazdy. Podświadomie chciałem udowodnić rodzicom, że potrafię. Pokazać jak dobrze sprawdziły się moje treningi poprzednie. Twarz smagał mi wiatr. Ku mojemu zaskoczeniu, wiał dość silnie w twarz. Na poprzednich wyjazdach nie zwracałem uwagę na ten czynnik, bo albo go nie było, albo przyjemnie ogrzewał. Późno-sierpniowy podmuch tego dnia, był o wiele chłodniejszy i przeszywający. Pierwsze 20 kilometrów zleciało mi nadzwyczaj dobrze. Miałem zapał, a energia mnie rozpierała. Za Postoliskami do głosu doszedł organizm, podniecenie się zmniejszyło i wreszcie mogłem coś normalnie i ze smakiem zjeść. Zrobiłem sobie przerwę na szybką kanapkę i picie po czym ruszyłem dalej na trasę. Świadomość, że gdzieś z tyłu zaraz ruszą rodzice, napędzała mnie do szybkiej jazdy. Nie chciałem wyjść na słabeusza i starałem się pokonać jak największy dystans. Nie wiedzieć skąd, zaraz po postoju zatrąbili autem i zjechali na pobocze.
„Jak to możliwe, już? Przecież mieli wyjechać kilka godzin po mnie” – dziwiłem się. Oczywiście pytali czy na pewno chcę dalej jechać mówili, że mogą autem zabrać rower, ale ja na wszystkie pytania odpowiadałem przecząco. Zrezygnowani i trochę z niepokojem w oczach, pojechali dalej, mrugając mi na pożegnanie awaryjnymi światłami. Od tego momentu zostałem sam. Tylko ja i rower. Zaczęła się długa droga. Gdy opadły emocje związane z pogonią rodziców za plecami, poczułem, że jadę wolniej. Licznik mi szwankował, więc prędkość liczyłem licząc sekundy pomiędzy mijanymi słupkami kilometrowymi. Pedałowałem dziarsko choć już bardziej miarowo, skupiony przewijałem w głowie różne myśli, wspominałem swój wypadek, przypominałem sobie rehabilitację. Momentami, docierało do mnie, że totalnie oderwałem się od otaczającej mnie rzeczywistości. Pedałowalem nadal, jednak myslami byłem gdzie indziej. To ciekawe doświadczenie spodobało mi się. Zrozumiałem, że jazda to nie tylko czas do wysiłku, ale i przemyśleń. Zanurzyłem się więc znów w odmętach swoich wspomnień.
Do Radzymina zbliżałem się wolno tracąc siły. Gdy wreszcie osiągnąłem miasto zrobiłem przerwę. Czułem się źle. Po raz pierwszy poczułem, że zapał. Zjadłem resztę kanapek i popiłem colą. Do domu wydawało się już blisko. Tak zawsze odczuwałem to w aucie. Od tego miejsca to „było już z górki”. Bardzo jednak przeliczyłem się, bo przede mną było jeszcze 25 kilometrów.
Droga wlokła się w nieskończoność a ja z każdym kilometrem żałowałem, że nie wsiadłem do auta. Z drugiej strony wiedziałem, że ojciec będzie na mnie zły jak zadzwonię, żeby przyjechał. Pewnie będę słuchał gadania, o dziecinnych zachciankach i dziwnych pomysłach itd. Nie mogłem sobie pozwolić na to. Mimo, że nie miałem siły a nogi odmawiały posłuszeństwa wlokłem się powoli do domu. Coraz trudniej było się zmusić aby myśleć o czymś innym niż własna niedola. O ile wcześniej różne obrazy bez trudu przychodziły mi do głowy, to teraz nie byłem wstanie oderwać się od swojego jestestwa.
Cierpienie nabrało innego wymiaru. Nie czułem zmęczenia, które mógłbym określić w namacalny sposób. Bólu też nie było, jedynym czynnikiem jaki mnie blokował, była moja głowa. Przez świadomość przebijały się znużenie i monotonia. Aby ukrócić te destrukcyjne myśli, zacząłem recytować wiersze jakie pamiętałem z liceum. Wyczerpawszy zasób liryki, zacząłem liczyć. Wykonywałem różne obliczenia. 222-111…. 1+9+8+7 ….
Kombinacje cyfr mojej daty urodzin, dat ważnych wydarzeń w historii. Kiedy i to mnie przestało odrywać od trasy, zacząłem nucić harcerskie piosenki bluźnierczo zmieniając kluczowe słowa w ich treści.
Wreszcie tabliczka z napisem Legionowo! Gdy wjeżdżałem pod blok w oknie widniała mama. Wyglądała mnie pewnie co chwila, bo kolejne godziny mijały a mnie nadal nie było. Kiedy więc w końcu pojawiłem się na parkingu, zeszła na dół zobaczyć, czy nie wymagam podobnych zabiegów jak po pierwszym moim wybryku. - no gratulację – uśmiechnęła się chyba zaskoczona moim dość dobrym wizualnym stanem – udało ci się. - nom – Odpowiedziałem lakonicznie i poszedłem do piwnicy schować rower. Nie bardzo byłem rozmowny, bo zmęczenie dawało o sobie znać. Ojciec z natury rzeczy nie wyrażał z łatwością pozytywnych opinii, no chyba że opinia miął być karcąca i motywująca mnie do pracy. Tu nie miał się do czego przyczepić. Powiedziałem co zamierzam, zrobiłem i uznał to za temat zamknięty. Uścisnął mi rękę i krótkim „gratuluje również” podsumował wyczyn po czym wrócił do pomagania mi w rozpakowaniu plecaka.
Ta wycieczka zapoczątkowała szereg wydarzeń w moim życiu, które wykreowały mnie takim jaki jestem. To od niej w zasadzie lawinowo rozpoczęła się moja przygoda z rowerem „na serio” to właśnie wtedy po raz pierwszy zachłysnąłem się podróżowaniem na długie dystanse.
Po maturze miałem 3 miesiące wakacji. Ojciec szykował się do operacji biodra a ja robiłem prawo-jazdy. Niejako zostałem przez sprawy zdrowotne taty „zmuszony” do tego, choć nie protestowałem. Miałem w czasie rekonwalescencji taty pomagać w prowadzeniu auta i robić za kierowcę. Czułem się bardzo zobowiązany bo gdy ja nie chodziłem on bardzo mi pomagał. Przykładałem się więc do jazd ale sporo siedziałem wtedy w domu. Jazdy mięłam 2-4h dziennie co kilka dni przez kilka tygodni w wakacje. Rodzice spędzali ten czas na działce, nie bardzo było więc co robić. Grałem na komputerze, troszkę pisałem opowiadania, ale to jakoś mnie nie satysfakcjonowało. Codziennie to samo aż do znudzenia. Budzik, jazda z instruktorem na mieście powrót i telewizja lub komputer. Niby laba, ale czułem, że najdłuższe wakacje w życiu przeminą, a ja spędzę się na nic-nie-robieniu.
Wreszcie po naradach telefonicznych z kolegami, zebrała się kilku-osobowa ekipa i jeździliśmy rowerami to tu, to tam. Często wybieraliśmy się nad Zalew Zegrzyński kąpać się innym razem odwiedzaliśmy bunkry w okolicach Janówka. Takie wycieczki po okolicy zdawały się być lekkie spontaniczne. Frustrowało mnie jednak to, że zawsze byłem na końcu. Nie miałem siły aby nadążyć za kolegami. Noga po wypadku, jednak nie miała pełnej sprawności i o ile samo dojechanie do celu nie sprawiało kłopotu, to szybsza jazda totalnie mnie wykańczała i zostawałem wyraźnie w tyle. Chciałem to zmienić.
W czasie, kiedy się z kolegami nie widywaliśmy, brałem swój rower i jeździłem po mieście. Miałem wtedy przeświadczenie, że im więcej tym lepiej! Właśnie w tym okresie kupiłem sobie licznik i zacząłem jeździć i kolekcjonować kilometry. Moja fascynacja cyframi była coraz większa. Z czasem organizowałem wycieczki coraz dłuższe i pewnego dnia podczas jazdy ze znaną mi ekipą kolega stwierdził, że chyba oszalałem bo już pewnie ze 20km jedziemy a ja chciałem jeszcze kolejne 10 dołożyć. Zrezygnował więc z dalszej jazdy i odprowadziłem go do domu. Po chwili wahania się pojechałem sam. To były wyjazd po znanych mi z innych wyjazdów dróg, ale tego dnia zrobiłem swoje pierwsze 35km. Był to późny lipiec 2006 roku.
Po zrobieniu prawka wróciłem jeszcze na działkę, aby zaznać końca wakacji. Tam nie wiele było do roboty. Długie prawie trzy-miesięczne wakacje przed rozpoczęciem studiów ciągnęły się w nieskończoność. Znajomi z działek byli w rozjazdach więc nawet posiedzieć nad rzeką nie było z kim. Brakowało mi roweru i tych kilometrów. Pewnego dnia podczas krzątania się dopadłem stary atlas samochodowy ojca. Był chyba z 1960 roku. Usiadłem i zacząłem oglądać drogi. Wpadłem na pomysł, aby pojechać na wycieczkę rowerową. W przybudówce znalazłem jakiś zdezelowany rower co to tam stał. Napompowałem koła a na kierownicę doczepiłem plecak na sznurki. Wyposażony w mapę z PRL ruszyłem na wycieczkę przed siebie. Połowy dróg jakie wiodły wsiami nie było zaznaczonych, musiałem więc jechać trochę po omacku. Nie przejmowałem się tym drobiazgiem wtedy liczyło się to, że znów pedałuje i przybywa kilometrów. Jazda szutrówkami przez letniskowe miejscowości sprawiała mi przyjemność. Kierowałem się słońcem i pytałem czasem ludzi o drogę. Mój strój składał się z kremowych, bawełnianych krótkich spodenek i lekkiej, bardzo siateczkowej koszulki bez rękawów. Na głowie miałem założony „kaszkiecik” w kolorze również kremowym, który dopełniał stroju.
Nie przejmowałem się, ani tym, czy mam co pić, ani czy mam co jeść. W planowaniu tras miałem zerowe doświadczenie, tak jak w diecie podczas takich eskapad. W mieście, do domu zawsze było blisko i na wycieczki wyjeżdżałem najedzony. Tutaj jechałem w dość sporym upale a decyzje o wyjeździe podjąłem bardzo spontanicznie. Cieszyłem się z pomysłu i doceniłem w duszy swoją kreatywność spędzenia czasu. Nareszcie perspektywa kolejnych tygodni na działce nie była pusta i nudna.
Jechałem więc przed siebie, mijając kolejne wioski aż dotarłem do Liwu. Odwiedziny zamku były niesamowite. Kojarzyło mi się to z wycieczkami szkolnymi. Jechało się gdzieś autobusem z klasą oglądać zamek lub coś równie wyniosłego. A tu ja sam dojechałem i oglądam tą potężną budowlę. Poczułem wtedy takie coś w środku, jakby satysfakcję, że wycieczką po za dystansem może mieć również cel. I nie musi być to błahy cel, jak kąpanie się w rzece czy jeziorze, może być to wyniosły i dobrze sprecyzowany cel! To były proste i Malo skomplikowane doświadczenia, jednak odkrywałem świat totalnie nie znany mi z wcześniejszych doznań. Czułem, że wreszcie mam coś swojego, intymnego, wspomnienia i przygody które zostają tylko w mojej głowie i stanowią trofea, którymi mogę dzielić się z innymi podczas opowiadań.
Wracając do domu byłem z siebie bardzo dumny. Gdy jednak spojrzałem na zegarek okazało się że już późno a ja znajduję się daleko od domu. Przyspieszyłem znacząco a rower pomknął niosąc mnie na sobie. Po jakimś czasie poczułem się źle. Z każdym kilometrem nogi pedałowały coraz wolniej. Picie w plecaku na kierownicy skończyło się batony i wafelki też. Portfela nie zabrałem bo wycieczka z założenia miała być po okolicy. Droga przestała być nagle przyjemna, a stała się przerażająco trudna. Upał lał się z nieba a na niebie nie było ani jednej chmurki. Przestawałem co jakiś czas, aby odpocząć, ale wracanie na siodełko wcale nie przysparzało mi ulgi. Wręcz przeciwnie odpoczynki zdawały się pogarszać sytuację. Odczuwałem głód, który narastał dodatkowo pogarszając mój stan.
Ostatnie kilometry jechałem bardzo słaby. Nie miałem licznika, nie wiedziałem jaki dystans przejechałem i nie mięłam pojęcia jak daleko do domu. Kiedy kryzys się nasilił do granic możliwości zjechałem z głównej drogi na Łochów i usiadłem pod drzewem. Usta miałem spieczone, upał odciskał piętno na mojej pulsującej i spalonej od słońca szyi a ja siedziałem w cieniu oddychając głęboko. Niebo nade mną zdawalo się emanować gorącem. Było mi źle i rozbolała mnie głowa. Kryzys zdawał się powiększać. Chciało mi się spać a miękka trawa i cień aż krzyczały, bym skorzystał z ich gościnności. Siedziałem tak dochodząc do siebie i przypomniałem sobie chwile, które przeżywałem jeszcze kilka lat wstecz. Godziny rehabilitacji i cel jaki sobie postawiłem. Czy wtedy ze łzami w oczach podczas ćwiczeń na Sali rehabilitacyjnej, wyobrażałem sobie, że pojadę na taką wycieczkę jak dziś? Zdałem sobie sprawę, że się pieszczę ze sobą! Nie! Nie mogę się poddać! Zacisnąłem zęby i poderwałem się z ziemi. Wsiadłem na siodełko i pomknąłem drogą.
Jechałem skupiony, przestałem się uśmiechać, jedyne co w głowie miałem to cel, dotrzeć do domu za wszelką cenę. Pot spływał mi stróżkami a ból siedzenia przypominał mi, że poza zmęczeniem fizycznie też cierpię. Ostatnie kilometry, ostatnie metry i jest! Brama działki. Pies szczeka, skacze na mnie, merda ogonem rodzice biadolą, a ja? Ja byłem cholernie szczęśliwy, że dotarłem do domu. Czułem się jak zwycięzca. Zwyciężyłem, pokonałem swoje słabości i dotarłem do celu. Czy to ważne, gdzie cel się znajdował? Wtedy nie miało to znaczenia, cieszyłem się z tego co udało się zrobić!
Tamtego dnia wiele się nauczyłem o sobie i o swoim jeżdżeniu. Zrozumiałem, że popełniłem wiele błędów, że zabrałem za mało picia, za malo jedzenia. Jednak nauka jaką wyniosłem pokazała mi jak silna jest ludzka psychika. Pijąc zimną cole na werandzie domku nie mogłem uwierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej dosłownie nie mogłem wstać z ziemi. Zrozumiałem, wtedy jak wielką siłę w naszym organizmie stanowi psychika.
Kolejne dni odchorowywałem swoje lekkomyślne poczynania. Zakwasy i obtarcia pachwin dokuczały mi przez prawie tydzień. Mama, wieloletnia pielęgniarka szybko postawiła mnie na nogi kiwając tylko z politowaniem głową nad moją lekkomyślnością i śmiejąc się poczciwie z mojego pomysłu. Mój zapał do jazdy na rowerze jednak wcale nie osłabł. Podczas gdy nie byłem wstanie jeździć i chodziłem jak kaczka ledwo powłócząc nogami, dopracowałem mocowanie plecaka na kierownicy i wyczyściłem rower. Opracowałem sobie także na mapie kilka tras i wyliczyłem ile kilometrów mogą one mieć. Ponadto zarządziłem, aby tata, będąc w domu przywiózł mi mój rower.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.