Na bazarek z Agnieszką. Dziś dzień lenistwa (znowu??) co poradzić. Opracowuje nieco trasę na majówkę i rozważam jak wrócić do domu. Agnieszka chciałaby zrobić 200km z sakwami i będę rozważał taki wariant powrotny. Tylko jeszcze nie mam pomysłu. Generalnie plan jest taki, że 2 dni na Podlasiu a trzeci tranzytem do domu.
O tym, że jechałem po Agnieszkę, nie będę wam pisał "po raz kolejny". Opowiem wam o swoich przemyśleniach. Ostatnio policzyłem ile jeszcze prawdopodobnie kilometrów zrobię do końca czerwca i obawiam się nieco o stan swojego napędu przed wyprawą. Owszem mam zimówkę accenta, ale jakoś tak, no sami wiecie;) Nie chce się na nim jeździć skoro ma się France i jest tak pięknie za oknami. Cóż, obserwuje zachowanie łańcucha (w końcu mam dwa) i będę coś myślał. Pewnie napęd około 8 tysięcy będzie miał w korbie jak ruszę z bagażem. Obawiam się nieco bo trasa wyprawy w dużej mierze terenowa i czy wsio podoła, ale trzeba być dobrej myśli.
Od kilku dni staram się o praktyki w Państwowym Instytucie geologicznym. Pojechałem więc dziś, troszkę popchnąć tą sprawę w kadrach i tak oto wyszło te 88km.
Najpierw skierowałem się do Laboratorium na Jagielońskiej. To tam - mam nadzieje - odbędę praktyki nibawem. Wszystko fajnie, ale dojazd jest tam trudny.
Najpierw jadąc ul Modlińska muszę uważać koło ratusza Białołęka. Tam jest pas do skrętu w prawo (dawniej korzystałem z niego jadąc do banku), teraz jadąc prosto powinienem korzystać z pasa "3ciego od lewej". Praktyka jest taka, że z tego "skrajnego prawego" do skretu w Prawo i tak wiele aut jedzie prosto a do tego o zgrozo Autobusy. Stojąc więc na pasie właściwym tuż obok z prawej pchają się prosto pod moje koła wszystkie auta.
Jakaś masakra
Niecałe 300m dalej mamy most północny i cokolwiek wątpliwie rozwiązaną sprawę skrętu w prawo na most. Są 3 pasy, nagle jeden po lewej robi się podwójny (wjazd na wiadukt nad skrzyżowaniem) pozostają dwa prawe. I nagle jeden się rozdwaja i znów rozdwaja i tak oto wśród pędzących aut muszę uważać na to gdzie jadę bo ląduje na bus pasie przecinając linię ciągłą.
Jedno wielkie zamieszanie. Podziwiam kierowców, że tam na siebie nie wpadają. Ja chyba jednak nie będę tego odcinka jechał Modlińską. Już kombinuje aby pomknąć bocznymi.
Trasa zmodyfikowana
Jest to coś niecoś dłużej, ale jest szansa, że nie będę w stresie porannych szczytów, musiał podnosić sobie ciśnienia. Okolice Pętli na Żeraniu jadę ścieżką i pod wiaduktem i na ulice wjeżdżam dopiero tuż kolo pętli tramwajowej. Ten odcinek na upartego też mogę sobie pojechać szutrem nad wisłą, ale powiedzmy, że obecnie mi się to nie widzi.
No dobra, tak czy inaczej. Dojazd to około 1h. Licząc światła, postoje i kombinowania. Nie jest źle. Nie wiem kiedy otwierają prace w LAB, ale niestety pewnie będą to godziny poranne 8 lub 9 rano. Tak więc zanosi się na dojazdy w porannym szczycie.
Po odebraniu pisma z Jagielońskiej pojechałem na Rakowiecką, tam jest główny instytut geologiczny. Tam złożyłem pismo w kadrach i czekam. Praktyki będą trwały miesiąc, a potem? Nie wiem co potem. Jak mówią, trzeba się zahaczyć! Jak się pozna ludzi i koneksje to będzie można coś myśleć. Obecnie chciałbym mieć potwierdzone praktyki z państwowego laboratorium geologiczno inżynierskiego - być może to pozwoli mi znaleźć jakąś prace w geologii.
Z Rakowieckiej pojechałem sobie z wiatrem najpierw przez Spacerową a potem znów ściezką rowerową przy Sobieskiego. Dalej niczym prawdziwy rowerzysta pomknąłem DDR przy trasie Siekierkowskiej. Jej gdybym naprawdę codziennie takimi szlakami jeźdizł to bym kręćka dosytał. Przez most to jeszcze łatwo. Później to było zakręcone! Na węźle ściezka kluczy jak nić w ściegu krzyżykowym. Pod wiaduktem, nad jakaś rzeczką znów ślimaczek, znów okrętka. Wreszcie nie wiedziałem jak i gdzie strony świata są!
Na Marsa, roboty drogowe, wcześniej żadnych znaków i tak dojechałem sobie i nagle krawężnik 40cm i skacz tu człowieku. Nawet nie ma znaków, że szlak czy chodnik dalej nie przejezdny. Za dnia to jak cie mogę, ale wieczorem, to nie życzę nikomu takiego "dropa" bo wyskok przez kierownicę murowany. Nie ma asfaltu, kładą tłuczeń układają chodniki i ścieżki z kostki a chyba momentami nawet będa asfaltowe. Niestety, roboty są tak zamotane, że rezygnuje z daljszego przebijania sie z wiatrem. Chciałem przynajmniej do Sulejówka dojechać i dopiero zamknąć okrąg.
Skręcam w ul Chełmżyńską. Wiatr który był do tej pory "jakoś tam" nie znikł. Teraz jest w twarz, lub delikatnie skosem. Jego siła jest - cokolwiek niesubtelna! W Ząbkach skręcam do Centrum i dalej jadę pod wiatr. przecinam kolejne tory. Kurcze, które to już z kolei? jedne przed Marsa wcześniej też chyba mijałem jakieś. Jadąc, zacząłem zastanawiać się czy czasem kółka nie zamykam za wcześnie i czy nie wyląduje znów na "Marsie".
Wreszcie docieram do ul radzymińskiej. Tak mi się ubzdurało, że jeszcze pojadę dalej. I zamiast w Lewo "pod wiatr" do Warszawy pojechałem w prawo "z wiatrem". Po drodze zostaje zatrzymany prawie przez patrol policji. Jadę dwupasmówką, jest dość ciasno więc jadę 1/3 pasa, bo obok studzienki i koleiny. A tu nagle syreny krótkie. Odwracam się, patrze jedzie "MONDEO" i mruga już tylko światłami z nieoznakowanego radiowozu. Myślę co u licha, którędy mam jechać. Ruch duży, nie ma ciągłości chodników co dopiero ścieżki rowerowej, patrze na policjantów i pokazuje na migi - " ja wam tu zjadę? gdzie?" Uśmiali się chłopaki, jeden uchyla szybę - "nie no spokojnie nie ciebie zatrzymujemy zjedź troszkę to dogonimy tamtego." Posłusznie na najbliższym "prawoskręcie" do jakiegoś zakładu zjeżdżam im, a oni na sygnale prują do przodu i już 500m dalej dwa auta stają na zatoczce. Pomachali mi tylko i pojechałem. Przedziwna sytuacja, ale pozytywna. Jak mało kiedy z policją i rowerzystami.
Dlugo jade w ruchu ulicznym zanim dojeżdżam do skrętu na Legionowo. Mimo, że trasa ruchliwa, to strasznie malownicza. Ładny nowy asfalt na tym odcinku sprawia, że naprawdę fajnie się jedzie. Robię robię postój w lesie i dopijam karotkę z kartonu. Nie czuje głodu, jest przyjemnie ciepło i za wiatrem.
Za mostem nad kanałem skręcam na szutrową drogę i wsłuchując sie w książkę Harlana Cobena, przemykam do Nieporętu.
Hej ludziska. Znów jednodniowe opóźnienie. Co ta pogoda ze mną robi. Sam nie wiem. Malo kilometrów (o zgrozo po śniegu więcej pedałowałem) i w dodatku laiczne wpisy.
Wczoraj wieczorem maięłm jechać do Poznania. Wieje dziś z Zachodu i chciałem zaatakować 300km. Czasem jednak trzeba podejmować właściwe decyzje. Agnieszka nie czuła sie z tym dobrze, że pojadę bez niej i ogólnie zdecydowąłem w końcu, że zostanę.
Ciężko było mi sie przełamać, bo już tylko bananów mi brakowało do szczęścia wyjazdowego, ale zostałem. Może to i lepiej. Sam nie wiem. Kusi, aby na majówce jakąś dłuższą kilometrowo trasę zapodać. Zobaczymy. Jak się uda to spotka sie mocna ekipa.
Bitels już mi grozi - 300tka na maj! Nie chciałem być gorszy, ale... po prostu czuje się OK wobec Agi, że zostałem.
Na piaski do rodziców po koszulę. Byłem dzień wcześniej robić komputer i zapomniałem zabrać koszuli. Tzn kupiłem ją dzień wcześniej ale wypakowałem z sakwy i nie zabrałem jak wracałem. Jak mówi staropolskie przysłowie - kto nie ma w głowie ten na w pedałach!
Tego samego dnia mieliśmy wesele koleżanki, więc niedziela bez rowerowa.
Po Agnieszkę do pracy. Wyjazd popołudniowo wieczorny. Ciepło wszędzie, głucho wszędzie ludzie i Świeżaki pasą się w ogrodach edenu!Pasą i wieczerzają trawą ziemistą, jeżdżą jak święte krowi od tej trawy edeńskiej...
To, że jestem magistrem pewnie wspominałem. Nabyłem tytuł jakoś 19 grudnia. Z duma moge powiedzieć, że teraz jestem magistrem drugi raz. W sensie, na tym samym kierunku. Bo odebrałem dyplom. Oczywiście nie obeszło sie, bez przekrętów. Kierwonik instytutu - nowy - jest jak duch nigdy go nie ma. Zanim został kierownikiem, tez nigdy go nie było, ale teraz ma więcej obowiązków, więc... jeszcze bardziej go nie ma.
Podpis na obiegówce, wziąłem więc od poprzedniego kierownika instytutu, który przestał byc kierownikiem jakoś w styczniu. Jako, że dat nie trzeba dawać, więć wszystko z tym kłamstwem jest ok. Kierownikiem był, przestał, a podpis mogłem wziąść od niego jeszcze jak nim był. No w sensie czujecie o co biega?
W dziekanacie znów problem: - nie ma pan legitymacji? - Otóż zgadza się, nie mam jej bo ja pani oddałem. - Nie oddał pan. - Oddałem - Nie mam jej, to pan jej nie oddał. - Ja tez jej nie mam, więc ją oddałem - Pan po dyplom? - No własnie po to chyba szuka pani mojej legitymacji. - O jest. Razem z dyplomem była
ZONK.
Dyplom odebrałem podziękowałem i pojechałem an rower. Pojechałem po drodze jeszcze do PIG-u zapytać o praktyki geologiczne w laboratorium a potem. gdzie ja potem pojechałem? Nie wiem. Była ścieżka rowerowa, przede mną jechała dwójka Świeżaków i za wszelką cenę próbowali mnie zgubić na DDR. Facet tak cisnął, że prawie swoją dziewczynę zgubił. Bidulka już nie mogła za nim nadążyć a ja spokojnie za nimi. Od świateł do świateł. (był to ddr na Sobieskiego).
Tak mnie pognało, że bym w Wilanowie u Surfa wylądował, ale się opamiętałem jak zobaczyłem, że do siekierek się zbliżam. No to koło EC przejechałem i potem na nieszcześcię skręciłem w ulicę Antoniewską. Cała zrobiona z dziurawych sześciokątnych betonowych "płytek". Jakoś udało się dojechać do Trasy siekierkowskiej a dalej już DDR na most i wzdłuż Wisły aż do Jabłonny.
Było zacnie. Zwłaszcza końcówka z wiatrem. Epicon poczuł wiosnę i jeszcze lepiej sie ugina. Jazda po wybojach to sama przyjemność jak zbiera nierówności.
Z rzeczy poza-rowerowych, to dziś koło smietnika odnalazł sie mój ficus. Ukradzono go z klatki schodowej jakieś 2-3miesiace temu razem z doniczką. Obecnie wygląda tak:
A dawniej:
No to go ratuje. Oczyściłem korzenie, nowa ziemia woda i jedziemy! Trzymajccie kciuki!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.