Nerwówka

Czwartek, 20 czerwca 2013 · Komentarze(2)
Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że jaram się jak dziecko. Nie mogę również przestać sie niecierpliwić. Jak mały chłopczyk odliczam godziny do wyjazdu jutrzejszego.

Dziś dali listy startowe, startuje w IV grupie o 10:15 i będę miał 5 minut straty do Radka. Nie pozostanie mi nic innego więc, jak skubańca godzin. Policzyłem, że w 5 minut jak złapie dobra średnią to ze 2-2,5 km może mi odjechać. Jestem przekonany jednak, że uda się go dość szybko dojść.

Zapowiadają się warunki, że tak to określę, "Jak na igrzyskach śmierci". Ma być upał a do tego dość silny wiatr. Meteo nie pozostawia złudzeń, wiatr będzie zielony, nie zawsze w twarz bo wiać będzie na południe, a pętla ma kształt elipsy położonej zachód wschód, jednak spodziewam się odcinków pod dość silny wiatr.

Zaraz kładę się do łóżka, może szybciej usnę i już będzie jutro. Spalam się niesamowicie przed tym wyścigiem, ale naprawdę nie mogę tego powstrzymać;/

Ostatnia prosta

Środa, 19 czerwca 2013 · Komentarze(1)
Ostatnia prosta, jak i jest w temacie. Ostatnia przed wyjazdem. Prawie ostatnia, eee no generalnie, jakoś to trzeba przeczekać to nerwowe oczekiwanie. Im bardziej czuje się, że prosta jest ostatnia, tym lepiej człowiek jedzie, więc powiedzmy, że ta prosta wczoraj była ostatnia.

Najpierw w znoju do Ojca na Piaski, potem z piask do przychodni po receptę, potem z przychodni do rowerowego, potem znów na piaski spisać model opon i felg w garażu, jakie próbuje ojcu sprzedać.

Generalnie jeździłem wolno. Upał nie motywuje do takich przyciśnięć a ja zachowuje sobie siły na maraton. Samo słońce doskwiera jednak tylko podczas postojów, jak jedzie się wiatr schładza całkiem przyjemnie i jest naprawdę spoko. Trzeba będzie się olejkować, bo słońce potrafi naprawdę osmażyć w ciągu dnia.

Po południu znów po Agnieszkę. Wspólnie już do domku przez opłotki i lasy.

Wielkie odliczanie

Wtorek, 18 czerwca 2013 · Komentarze(2)
Miałem ostatnio 3 fazy związane z maratonem w Radlinie. Pierwsza była to faza euforii i podekscytowania, kiedy tylko się zapisałem. Jarałem się tym, chodziłem jak na jakimś prochu, nie mogąc się doczekać kiedy to "już" będzie.

Druga faza, po zakończeniu praktyk to było coś w stylu fazy - spokoju i dobrze przemyślanych przygotowań. Moje 200km potem kilka większych dystansów z szybszymi średnimi.

Obecnie jestem w fazie PMS. Napięcia przed maratonowego. W sumie do wyjazdu jeszcze dwa dni, ale czuje się taki nieswój. Z jednej strony czuje brak sił, bo upał daje tęgie baty, z drugiej zaś taką nerwowość w środku odczuwam. Dziś mam jechać kupić bilety na wyjazd i pewnie zabiorę się za przygotowywanie zapasu zasilania bateryjnego na wyjazd.

No sami zobaczcie, co pojawia się na mojej czek-liście:
- naładować paluszki małe,
- baterie do GPS,
- 3 bidony,
- naładować nokię do zdjęć,
- mp3 + słuchawki,
- skarpetki stópki,
- psik psik od słońca,
- solida naładować,
- kamizelka odblaskowa,
- kupić bilety do Katowic,
- lampka czarna świecąca zabrać...

I mimo, że wyjazd dopiero w piątek wczesnym rankiem to jakoś tak czuje się osaczony. Nawet już nie czuje podekscytowania, tylko takie poukładane przygotowanie, jakbym robił coś zgodnie ze schematem, robił coś pod przymus.
To nie tak, że odechciało mi się maratonu. Nie prawda! To raczej całokształt, tego, że słońce pali, że jakieś nerwy są i że gdzieś w głębi, całe te przygotowania zjadają mnie nerwowo. Może gdybym nagle się obudził i to było: JUŻ! Poczułbym się jakoś lżej, a takie rozkładanie tego w czasie tylko mnie rozregulowuje.

Na maratonie zapowiada się pogoda cokolwiek miażdżąca. Pierwsze 150 km zafunduje nam słońce niezły wycisk. Około 33 stopni będzie i duszno. Spodziewam się trudnej przeprawy związanej właśnie z tą pogodą.
Chciałbym pobić swój rekord 400km/24h, to po to tam jadę. Czy uda mi się w czasie zmieścić, czy wszyscy będą mnie wyprzedzać? Tego w sumie nie wiem i nawet chyba staram się o to nie martwić.

Pokonanie 400 km to będzie mój rekord życiowy, jedyna niepowtarzalna szansa z dobrym zapleczem organizacyjnym i żywieniowym. Jeśli wymiękne, to bicie rekordu będzie musiało poczekać. Motywacje jednak mam silną!

Jízda na kole 153 - Z marek na ochotę...

Poniedziałek, 17 czerwca 2013 · Komentarze(3)
Generalnie wyjazd od rana był chaotyczny. Nie tyle z samego nieuregulowania trasy jaka mnie czekała, co z jej kształtu. W planie najpierw miałem jechać na pocztę do Jabłonny - później na Marki do Decathlonu po spodenki a wreszcie do Offensiv`a na Rakowiecką po bagażnik.

Na poczcie.

Na poczcie życie płynie. Płynie sobie życie wolniuteńko. Dziś na przykład na przekór ludziom postanowiła odmówić posłuszeństwa klawiatura. Pani nie wiedziała jak to naprawić. Przyszedł pan zrobił reset i działa! Cud...
Od wejścia do wyjścia minęło dobre 40 minut. A trzeba wam wiedzieć iż była godzina 12 rano i 3 osoby w kolejce. Cóż ni ma jak: pyczta pylska.

Decathlon.

Przez Modlińską mknę z wiatrem bocznym na Żerań. Tam mosteczkiem nad torami PKP wskakuje w centrum osiedla Brudno. Dalej już ścieżkami tej dzielnicy aż do Decathlonu. No może cały czas nie jechałem ścieżkami, ale przynajmniej większość trasy. Ludzie jak święte krowy, tylko im kopyt i aureoli brakuje. To ja jadę sobie grzecznie ścieżką, uważając iż mogę i mi się należy a oni sobie deptak jakiś robią! Zlitujcie się - obok macie chodnik z pofalowanego, ale przynajmniej asfaltu. Doceńcie, że ja toczę się po tej wyrympałowatej kostce i że nawet na was nie krzyczę, czemuż, więc o zgrozo wyrażacie swoją dezaprobatę na głos?
"Wolniej tu przystanek jest".
Zaiste jest i przystanek i drzewo i ptaki są co srają na głowy. Nawet kota widziałem. On też kuźwa jest! I co! To jest powód, żebym ja jechał wolniej? I tak uważam na was ludki, bo mi szkoda zębów jak mi się siata z zakupami jednego czy drugiego wkręci w koła. A mielone truskawki z warszawiakiem cepem - to żaden rarytas!

Etap trzeci drogie dziatki, młodzi, dzieci!

Z Marek rowerkiem przez Brudno na ochotę. pomotałem się totalnie po Warszawie. Wszędzie rozkopane. Tunel nie otwarty, remont bulwarów. Wzdłuż Wisły nie bardzo da się jechać przyzwoicie. Człowiek kluczy to na chodnik, to na ulicę i te zasapane mordeczki kierowców bez klimy, ech bezcenne...

Do Offensiv`a dojechałem przed czasem i posiedziałem sobie w cieniu. Pogadaliśmy chwilę, chwila medytacji i on na busa a ja w upale do domu.

Za mało wziąłem picia i kiszka wyszła, bo na końcu mnie odcięło. Odcięło mi prąd koło KFC na Modlińskiej i resztką sił jechałem czując jak wielka silna ręka upału mnie płaszczu jak placek.

Wyjazd dystansowo ok, ale po dupce dostałem od pogody. Zrobiłem sobie źle, na własne życzenie, cóż. Będzie nauka na przyszłość.

Långfärdscykling 152 - Po okolicy

Niedziela, 16 czerwca 2013 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Dzień upłynął pod znakiem lenistwa. Rano w mieszkaniu było 28 stopni a słońce ganiało po pokoju jak kot na pigułce... Fajnie widno, fajnie ciepło, nie fajnie bo gorąco. Pokój trzeba było odizolować roletami od słońca.

Pierwszy kurs był na piaski, żeby zmienić Agnieszce koła w rowerze na Kendy Karmy do Islandii. Od dziś więc Aga pomyka już na terenowych kółkach. Ja swoje ogumienie zmienię dopiero po maratonie w Radlinie.

Po przepysznym obiadku i kiedy słońce było sporo niżej, wybraliśmy się na wyieczkę po wale Wiślanym do Rajszewa i spowrotem.

Generalnie dziś dzień można by opisać jednym słowem: Panie masz pan pompkę?

Ratowaliśmy dziś dwoje rowerzystów pompkami z czego jednego kolesia właśnie podczas popołudniowo wieczornej wycieczki. Biedak przyjechał aż z Piaseczna (nie wiem czy na rowerze raczej PKP) i wracając z Legionowa chciał jechać Wiślanym szlakiem po wale. No się spuściło powietrze. Planował jeszcze dziś do Wawy wrócić. Tego samego dnia kilka godzin wcześniej, jak wracaliśmy po zmianie opon z Piask, koło kompresora bystry tatuś zamiast napompować synkowi rower spuścił mu powietrze z opony, bo: "wentyl za mało wystawał". Jak spuścił powietrze, to wentyl zanurkował jeszcze bardziej w obręcz i chwyt od kompresora i tak nie był w stanie go złapać.
Na ratunek przyszliśmy my - Pan i Pani Pompka!

Może nam jakieś peleryny uszyje a za pompowanie będę brał 10 gr? Byłoby na lizaka.

Wieczorny wyjazd po wale wiślanym to spotykanie całej masy rowerzystów. CO chwila trzeba było komuś zjeżdżać z singla na wale. Wreszcie stwierdziłem, że BASTA - teraz wy nam zjeżdżajcie. No ile można do licha ciężkiego uciekać przed nimi na te wyryte przez dziki rympały! Ślad jest po środku to chyba można czasem i mi ustąpić? I do końca wału już nie ustępowałem.

Dzika jestem bestia? Nie, chyba nie. Po prostu, ludzie idą na rower i jadą jak święte krowy. To trochę jak z dobrymi obyczajami na drodze. Chodzi się i jeździ prawą stroną, ustępuje pieszym na chodnikach itd... A że mamy na rowerach, bo ciepło same święte krowy - cóż poradzić?

Faire du vélo 151 - Karnąć się na kole...

Sobota, 15 czerwca 2013 · Komentarze(0)
Dziś dzień generalnie z założenia zakładał przerwę i regeneracje mięśni po ostatnich dniach zapier-turlania. Pojechałem rano z Agnieszka do pracy potem wróciłem do domu i drugi kurs był znów po nią do pracy.

Dzień temperaturowo dziwny. Wiatr bardzo zimny a jak się słońce rozkręci to daje tak popalić, że czuje się człowiek jak na jakiejś patelni - dosłownie.

Auf dem Fahrrad 150 - Nah Waschau gehen

Piątek, 14 czerwca 2013 · Komentarze(4)
Jako, że nastało to wczoraj a nie dziś, świadczy to o tym, że po raz kolejny mam obsóweczkę. Nie ma to jednak nic wspólnego z lenistwem. Bowiem zrobiłem 200 i 62km w 2 dni co daje nie mały łączny dystans. Ta 60 tka była już co nieco inna niż owe 200 poprzedniego dnia jednak nie można umniejszać jej jestestwa.

Na Warszawę pognały mnie sprawy ważne i ważniejsze. Odwiedziłem koleżankę na Ochocie. Razem broniliśmy się i miałem do niej ważną sprawę natury osobistej. Jeszcze za wcześnie aby i was wtajemniczać w ten cały mix co potajemnie szykuje!

No więc pojechałem na Ochotę, choć Ochota była słaba, bo nogi nie dawały z siebie wszystkiego. Teraz będzie obserwacji kilka które to ja poczynił jak jechał. Otóż nareszcie dokończyli newralgiczny moment ścieżki rowerowej w okolicy mostu północnego, który omija przepompownie ścieków. Nie trzeba jechać po błocie koło kładki, tylko można ładnie dookoła sobie popedałować.

Druga obserwacja to taka iż remontują PUB pod rurą koło gdańskiego, obijają go jakimś lanserskim aluminio-styropianem. Będzie się to ładnie prezentowało i totalnie z zewnątrz odmieni wizerunek tegoż miejsca.


Rowerzystów w mieście jak truskawek w cieście. Cała masa. I tak jak z truskawkami - jedni sa spoko i zjadliwi a inni jada jak rozlazłe owoce... Mijam kolesia na giancie - szeleści jak jakaś stara tokarka, inny znów piszczy przeraźliwie. Wspominałem wam, że Świeżaków po 2 miesiącach poznamy teraz już nie po markach rowerów a po ich nasmarowaniu. Not o właśnie ich poznałem.

Wracając z Ochoty leciałem przez Pole Mokotowskie gdzie pełno ludzi pełzało, a do tego lansowały sie dziunie z koszyczkami oraz moi "ulubieni" velturyści. O stylu ich jazdy nie będę sie rozwodził bo o tym już pisałem.

Na Brudno wpadam do kolegi wymienić pęknięte okulary. Odbieramy tez jego dziewczynę ze szkoły Angielskiego gdzie uczy. Zostaje nakarmiony przepysznymi tryskawkami z makaronem. MNIAM. Pogadałem chwile i zmyłem się na hatę. Jechałam po raz drugi wspaniałą ścieżką nad PKP toruńska. Nareszcie ktoś pomyślał o rowerzystach na tym odcinku.

Do domu wracam i na końcówce spotykam Kesa, który straszy mnie dzwonkiem.

No to trenujemy

Czwartek, 13 czerwca 2013 · Komentarze(3)
Treningowy wyjazd przed maratonem w Radlinie.

W skrócie:
Wstałem o 4 wyjechałem o 5 rano. Rano poniżej 9 stopni i mgły. Później już ok a nawet miejscami niezła patelnia.

DTS:200km
AVS: 20:55km/h


Średnio mieszczę się w czasie na 150 km miałem 5-10 minut zapasu to limitu czasowego zakładanego na Radlinie. Powód? Za dużo przerw, za dużo ze sobą na pace. Ranek był pieruńsko zimny i znów musiałem zabrać kurtki i kurteczki;/

Za radą Yoshka postaram się odchudzić rower maksymalnie do maratonu a tymczasem nie ma co się załamywać. Trzeba po prostu pedałować i nabierać sił do wyjazdu, bo w nogach drzemie siła. Do tej pory nie jeździłem pod dyktando czasu na takie trasy więc mam teraz obraz co to znaczy nie móc siku jak ci sie chce;P

Generalnie wyjazd miał być do Raciąża, ale zrezygnowałem z powodu upału i kończących się zapasów picia. I tak wyszło sporo terenu tam gdzie miał być asfalt. Na oko 5% było szutru i pewnie tyle samo piaskowych dróg przez pola.

Kilka fotek.











czasem gps pokazywał tu asfalt;)


Przez wioski w pogoni za lokalsami. Ten cisnął dobre 25km/h


Znów tu miał byc asfalt...




Stary GS sklep




Kolejny "prawie asfalt" wg google maps.


Było całkiem urokliwie, a słonce paliło jak oszalałe


Remont mosteczka.




Trasa:
Niepełna, w okolicach Płońska urwało mi z 10km, po postoju zauwżyłem, że GPS wyłączony.



PS. Poszukuje bagażnik na sztyce pożyczyć. Ktokolwiek widział ktokolwiek wie?

Te fotki z imageshacka wstawia jakoś z dupy;/ wiecie czemu?

On the bike 149 - Life on wheels.

Środa, 12 czerwca 2013 · Komentarze(3)
Sie kurczaczek nazbierało dziś kilometrów. W sumie nie wiem kiedy i jak, bo naprawdę to było tylko kilka drobnych kursów na miasto i na zakupy.
Rano z Agnieszką standardowo do pracy a potem do urzędu pracy. Tam jak zwykle tylko się zdenerwowałem.

Na wyjazd do Islandii muszę się wyrejestrować. Masakra jakaś;/ No ale nic.
Z UP odwiedzam rowerowy chwile gadam i wracam do domu. Niepokoi mnie coś obcieranie za głośne przedniego hamulca. Sprawdzam ustawienie klocka i dobrze przylega, co więc tak u licha obciera?

=========================================
Kupiłem na allegro tanie klocki hamulcowe za 5 zł para. Efekt po 2 tyg jazdy przeszedł moje oczekiwania:







Wniosek? Lepiej drogie kupić niż tanie wyrzucić;)

Kurs po nowe klocki na miasto i wracając z rowerowego zajechałem po Papier toaletowy do SS-MANA.

Trzeci kurs to już wyjazd po Agnieszkę i dłuższa pętla przez Legionowo przystanek w odwiedziny do kolegi.

Na rowerze 148 - Dawno dawno temu...

Poniedziałek, 10 czerwca 2013 · Komentarze(1)
Kiedy na ziemi rosły tylko marchewki, żył na ziemi taki jeden.

Pewnie ta bajka byłaby pasjonująca a jej zakończenie wiązało by się z morałem, którego głębokie znaczenie rozkminiały by pokolenia polonistów, ale nie będę pisał o bajcie tylko nadrobię to co nie pisałem przez kilka dni.

Jak to się stało, że się zapuściłem? Jak mogłem dopuścić do tego, aby porosnąć mchem, jak ten kamień przy drodze, czy zapomniany krzyż na cemntarzu? Czy to uroki przemijania, że czas nas wyprzedza a chęci nie są już tak rzutkie jak dawniej?

Ech pieprzony egzystencjonalizm.

PONIEDZIAŁEK

W poniedziałek byłem na rowerze. Koła potoczyły mnie i Agnieszkę do Warszawy. W warszawie polataliśmy za sprawami, określiłbym je "niecierpiącymi zwłoki".

Swoją drogą, zwróciliście uwagę na stwierdzenie "niecierpiące zwłoki?" Że co zwłoki to martwe i już nie cierpią, czy że ktoś lubi a inny nie cierpi zwłok? Same w sobie zwłoki są nieciekawe, więc nie wiem czy jest ktoś kto lubi zwłoki, zwłaszcza te martwe i nie cierpiące!

W Warszawie ani basenu, ani armagedonu nie zastaliśmy. Dzień wcześniej pisali, że basen jakiś napełniali na AK:) A tu kiszka nie ma nic! I co? O co tyle szumy stadion przeciekł, nie dał sie napełnić, i ta trasa AK tez wody nie trzyma. Ech nic się radni stolicy nie uczą... - sylikonem uszczelniać czeba!

Wtorek

Wtorek, był dniem zagadkowym. Szorowałem po okolicy towarzysko. Agnieszka miała coś do załatwienia w Warszawie. Ja dokończyłem projekt ochraniaczy deszczowych na buty i jak tylko Aga wróciła pojechaliśmy do mamy, aby je uszyć.

Zwyczajnie chciałbym się z wami podzielić procesem produkcji oraz pokazać efekt prac nad ochraniaczami na buty, które wykonałem. Podpatrzyłem troszkę wizję kolegi lecz zastosowałem skromniejszy projekt i o niebo lżejsze materiały!

Zaznaczę, że ochraniacze mają przede wszystkim chronić podczas deszczu od wlewania się wody litrami do buta od strony języka. Mają posłużyć na Islandii podczas ulewnych deszczy, i będą głównie stosowane w komplecie ze spodniami przeciwdeszczowymi.


Nieśmiałe pociągnięcia ołówka, czyli rozkminianie, jak tu z karki zrobić but!


Zdecydowane rysy olówka - coś wreszcie rusza...

[img width=600 height=450]http://img841.imageshack.us/img841/7367/dscf8072rw.jpg[/img]
Drzwiczki do zamku, czy może wrota do nowej kopalni pomysłów


Kolejne podejście do głównej myśli.


Coś jakby się zaczeło dziać...


wariacje na temat bazowego projektu. Języki i zaszywki... za dużo dziur, za lekki materiał, za dużo wody w bucie.




Coś więcej nt. materiału. W sklepie odzieży używanej, nabyliśmy za 9zł płaszcz przeciwdeszczowy. To materiał z niego posłużył później do prac nad projektem. Na zdjęciu sprawdzam jego realną wodoodporność.


Nie da sie tylko na szablonach z papieru, no to w ruch ida spinacze biurowe i rękaw płaszcza. Koncepcje się mnożą. Jedne umierają od razu inne wahają się i dopiero potem zostają strącone w przepaść.


Najbliższe spojrzenie na to czego szukam.



Wizyta u rodziców i praca na maszynie, czyli końcowe etapy budowy projektu. Zaszywki, fastrygi i konkretne pociągnięcia ściegu!


But w wersji końcowej z ochraniaczem.


Uchylam rąbka tajemnicy - tył zapinany na dwa rzepy.


Zaszewka u szczytu buta.


Guma na podbiciu buta.


Rzut oka jak wygląda bokiem po złożeniu.


Prawda, że jestem rzutkim projektantem obuwia?:D Czy już mogę na siebie mówić VIP?