Normalnie jaja. Wsiadłem na rower odebrałem paczkę z poczty, przyjechałem do Agnieszki i co? Gardło mnie boleć zaczęło... i wiecie co? Nadal boli i to całkiem porządnie;/
FUCK ;/ Pierdziele to jutro jadę rowerem - musi samo przejść;D
Na uczelnie pojechałem dziś choć w głowie miałem plan odwiedzić Siedlce. Jednak w końcu zdecydowałem się na Warszawę. Jechało się z wiatrem przyzwoicie rano, choć po prawie tygodniowej banicji nieco odwykłem od tego sztywnego widelca i jakby ze zdwojona siłą odczuwałem kopnięcia przedniego koła o nierówności asfaltu!
Sama jazda była mimo, wiatru w plecy toporna - psychicznie załączył mi sie taki mega ciężarek na tylne koło, że hej. Nie mogłem sie wyluzować, ciągle miałem w głowie myśli poprzedniego weekendu, obrazy łez, trumny, pogrzebu, zasypywania grobu tego, jakie to życie jest krótkie i jakie ono jest czasami beznadziejne. Tłukło mi się wszystko we łbie tak ciasno, że nie wiem kiedy dojechałem do Żerania. Tam musiałem wyłączyć autopilota, bo na ścieżce rowerowej nad kanałkiem, kują stary most kopią, wiercą walą a przejazdu na rower nie zostawili.
Droga przy Wiśle szutrowa, również wymagała pełni skupienia. Po nocnych wiatrach i hihołach, na drodze leżały całe masy gałęzi, patyków a wszystko to jeszcze co jakiś czas poryte przez sprzęt dokonujący oczyszczania wybrzeża Wisły. Ech jesienne porządki...
Na uczelni zajęcia trwały 17 minut i 35 sekund... Nie ma to jak 5 rok, przy okazji pogadałem trochę z kumpelą pożaliłem się i przebrany zabrałem się za wracanie do domu. Jechało się względnie na początku nawet 18-20km/h potem, gdy byłem już przy Wiśle, zaczęło mocniej mnie powstrzymywać wietrzysko. Znów okazja do przemyśleń, ale jakby tak lżej w głowie, wolno bo wolno sobie to układam w głowie. Ciarki mnie tylko przechodzą jak myślę o tym.
Końcówka szła topornie, wiatr zdecydowanie się za mnie zabrał ostro i 14-16km/h to był mój max.
Odpoczywaing uprawiam właśnie i zaraz po raz kolejny ruszam załatwiać sprawy w mieście-do miasta:D
W końcu jakiś ruch... można oderwać się od myślenia... kurs na cmentarz na składaczku i rozwiesić dwie klepsydry. Na tym samym cmentarzu byliśmy przed pierwszym i jeszcze mówiłem do Agnieszki " zobacz ludzie 50 parę lat tak jak nasi ojcowie;/" gdybym wiedział, nic bym sie nie odzywał:(
Ostatnie pożegnanie: aurtor: Marta Jakobsze
Odchodzę od Was moi mili Nie czekam dłużej ani chwili Nie czekam na brawa, oklaski Niedługo przysypią mnie piaski
Chcę, abyście mnie pamiętali I nadal mnie kochali Swe szczęście odszukali Ogrom miłości zaznali
Choć mnie przysypią ziemie Miłości nie pogrzebię Miłość zostawię z wami Abyście się kochali
Choć ja w ciemności ruszam Zostanie moja dusza W myślach waszych zostanę I kochać was nie przestanę
Świat ziemski mój dobiegł końca Przede mną droga lśniąca Droga ta powrotu nie ma Bo jest to droga zapomnienia
Kilka dni mija już jak nie jeżdżę, w domu nastały trudne czasy. W rodzinie pogrzeb i tak człowiek z dwóch stron osaczony. Tu wspomnienia tęsknota, a tu gdzieś w głębi czuje się potrzebę oderwania się od rzeczywistości. Niestety w kraju naszym biurokracja nawet po śmierci może człowieka przyprawić o zdarcie podeszw... od kilku dni młyn i setki spraw do wyjaśnienia... Rower... przyjaciel czeka na swój moment on nie zniknie nie skończy się. Przynajmniej nie stanie się z nim nic bez naszej decyzji, mamy na to jakiś wpływ, jakieś decyzje do nas należą. Nawet gdy nas okrada ktoś, możemy się bić walczyć, lepiej przypiąć, lepiej zabezpieczyć. Kłódki zamki, szyfry... A w życiu nic do nas nie należy, jakaś niewyjaśniona siła tym kieruje, jednego dnia jesteś a drugiego cię nie ma. Nie da się zamocować stalowej bramy i nie wpuszczać śmierci, nie da się wstawić alarmu, i wreszcie nie da się śmierci dać po ryju, gdy przychodzi zabrać ci kogoś bliskiego. Ile kilometrów w siodełku, ile sytuacji zagrożenia, a nadal żyjemy. Z perspektywy czasu wydaje się, że mam ogromne szczęście.
Nie da się "cofać do tyłu" a nawet jeśli się da, to z punktu widzenia logiki poruszalibyśmy sie do przodu. Może więc jedynym sposobem, na powrót do rzeczywistości, na zachowanie równowagi, nie jest ciągłe oglądanie się za siebie a właśnie pójście dalej swoja ścieżką?
Dokąd nas ta ścieżka zaprowadzi, tego nigdy na pewno nie jesteśmy pewni...
Wieczorna wyprawka po 4 piwa zakończona sporym nocnym dystansem. Jechało się miło, choć szybko zrobiło się ciemno. Nocne leśne odcinki po asfaltach wprawiały mnie w lekki dreszczyk emocji. Droga znikała w ciemnościach jakby dalej był już koniec istnienia...
Dreszczowiec mówie wam... i ta psy po wsiach co to wyskakują z każdej niewidocznej dziury. Słyszysz szczekanie i... pach - juz jest, a kiedy słyszysz kolejne spinasz mięśnie nawet jeśli pies się nie pojawia!
W życiu czasem bywa tak, że im bardziej czegoś chcemy tym gorzej nam to wychodzi. Z moim wyjazdem było dokładnie tak, choć nie zrzucam wszystkiego tylko na karby pogody. Co było jak się po toczyło? O tym dowiecie się za chwilę.
Zaplanowałem sobie wczoraj fajny wyjazd. Środa była słoneczna a zakupy w mieście napawały mnie taką pozytywną energią. Pomyślałem, że czas zmierzyć się z 200km jesienią. Poniekąd zmotywował mnie do tego Radek i jego powrót z wyprawki. Zapakowałem się, przygotowałem. Zrobiłem kanapki naszykowałem rower, liczniki i wybrałem kilka wariantów tras i... sprawdziłem pogodę. Miało być lekko mroźno rano, potem do 5 stopni i lekki prawie nie odczuwalny wiaterek w plecy na północ. Taką prognozę serwowało Meteo jeszcze o 18, gdy kładłem się do łóżka.
Ranek budzik dzwoni o 5 rano. Szybkie śniadanie, pakowanie i nalewanie zupy do termosu. Odstawiając garnek na balkon, coś mnie tknęło... Patrze na termometr a tam -6! No to ładnie. Zmiana ubrania, puchowa kurtka idzie najpierw a Bergsona w zapleczu technicznym chowam do sakwy. I jedziemy!
Noc ciemna, pustki na ulicach. Przez łąki jadę a para bucha mi z ust. Jedzie się przyjemnie. Czuć mrozek na udach, ale jest w sam raz. Światła wyłączone przy wylocie z łąk, więc przemykam na dziko na migającym żółtym. Ludzie stoją na przystankach i tuptają z zimna. Oczywiście jak te święte krowy chmarami zalegają na ścieżce. Przelatuje przez Legionowo ścieżką przy głównej drodze. Mijam jednego pana na składaczku i panią z koszyczkiem. Oboje mają lampki tylne – wielki plus dla nich! Jedzie mi się super lekko, czuje moc. Na mniej krętych odcinkach ścieżki rowerowej jest 25km/h. Jednak muszę uważać na niespodzianki pod liśćmi, ostatnio leżą tam nawet tulipany od butelek po piwie.
Na osiedlu piaski zaczyna nieśmiało szarzeć. Im bardziej widno, tym więcej mgły. Niczym jakaś niesamowita nieokiełznana moc pojawia się znikąd. Spomiędzy bloków wylewa się na ulice a zanim opuszczam osiedle okala je w całośći jak wielki potwór. Lecę zachowawczo, bo widoczność spada z każdą chwilą a po osiedlu kręcą się ludzie wyjeżdżający do pracy i nieco zaspani za kierownicami. Lampki nie wyłączam, aby cokolwiek było mnie widać w tej mgle. W Wieliszewie mgła już szaleje na maksa. Z łąk przelewa się jak woda zasłaniając ulice.
Prędkość jednak wzrasta, bo ruch jest niewielki a trasę do Dębego bardzo poprawili. Lecę 30km/h a wiatr smaga mi twarz. Kilka razy na chwilkę przystaje aby zrobić zdjęcie (dodam je jutro – obecnie nie mam kabelka;/) Ku mojemu zaskoczeniu, wieje w plecy i nawet to czuć.
Chrcynno to pierwsze kłopoty z nogami. Stopy zaczynają marznąć. Dokładam więc do butów torebki foliowe i rozcieram sobie stopy. Do Nasielska od Chrcynna wiedzie już gorsza droga, więc zwalniam. W mieście ludzie nie zwracają na mnie uwagi, co nieco mnie wkurza, bo 25km/h to nie jest wolno a mam sakwy i jak mi ktoś lezie pod koła ( nie po pasach) , to nie wiem czy na tym mroźnym asfalcie wyhamuje w odpowiedniej chwili. Za miastem na drzewach osadza się szadź. Jest tak pięknie, że aż się nie mogę napatrzeć. Im dłużej jadę tym jest bielej! Jakby śnieg pojawiał się znikąd na gałęziach.
Za Nasielskiem przerwa, jem zupę i znów rozgrzewam stopy a raczej stopę bo wiatr mam po lewej i właśnie lewa pęcina mi marznie. Do Nowego Miasta jest kilka kilometrów a mi noga nie daje spokoju. Dokładam skarpetkę na każdą ze stóp i znów rozcieram je. Poprawa jest na chwilę – to znaczy na jakieś 10km... Za Nowym Miastem znów muszę się zatrzymać. Średnia jest 25km/h!!! jestem w szoku, jednak coraz mniej liczą się dla mnie liczby a zastanawiam się jak wytrwać ten piekielny ból z zimna.
Prędkość mi spada do 20 a morale z hukiem rozbija się o asfalt. Z drzew odrywa się szadź i smaga mi twarz ostrymi igiełkami. Myślę sobie, co u licha śnieg pada? No gdyby nie drzewa tak to by wyglądało. Jadę więc w „mini zamieci”. Płońsk wpada sam z siebie ledwie go rejestruje swoją świadomością... Wywlekam się na wiadukt rzut oka na trasę pod spodem i powrót.
Dopiero kiedy odwróciłem się poczułem jak wieje. Jadąc pod wiatr moja noga sprawiała mi jeszcze inne, nieznane mi dotąd katusze. Na zmianę, piekła, kuła, bolała i szczypała a czasem nawet było mi w nią zwyczajnie zimno. Z czego odczuwanie zimna to była łagodna pieszczota w porównaniu do czego to zimno doprowadzało moje zakończenia nerwowe na stopie. Przerwy na roztarcie były częstsze i naprawdę zacząłem się obawiać odmrożeń. Do Jońca lecę 21 – 20 km/h, jednak ból jest przerażający.
W okolicach Wrony, robię dłuższy postój, zaczynam biegać jak wariat. Interwałowe odcinki po 100m i nawrót. I tak kilka razy. Po chwili dopiero dostrzegam, że przygląda mi się jakiś facet z rowerem idący ulicą. Musiałem wyglądać jak niespełna rozumu. Miałem to jednak gdzieś i biegałem dalej, bo przyniosło to odczuwalny efekt! Zabiegi, pomogły i dalszą trasę jadę już bez bólu nogi a prędkość znów w okolicach 25km/h. Tym razem czuje jak mi smaga policzki mróz. Przez Lelewo docieram do Agnieszki która czeka już na mnie z ciepłą herbatką...
Niestety nie udało się 200 zrobić i potwierdza się zasada, że nawet silna defensywa jest najsłabsza w miejscu gdzie jest najsłabsze jej ogniwo. Dobre przygotowanie kondycyjne, dobrze obrany kierunek jazdy nie pomogły. Pokonała mnie pogoda i zimne stopy...
ech... wstyd i Hańba!!!
[edit] A jednak główna i kto by pomyślał... sądziłem że spadnie w przepaść do wieczora;) Jakieś to pocieszenie, biorąc pod uwagę że miało być dwa razy tyle;) No i Jestem koło Wilka - a to już nieomal CHWAŁA
Po pięknych kilku dniach słońca, zaczął się poranek strasznie mgliście i mżawkowo. Zdecowaliśmy się więc jechać do AGi rodziców przy użyciu PKP. Droga była daleka a czasu mało. Poza tym średnio czuje się ostatnio co chyba związane jest z dość aktywnym jak na mnie sezonem i te ponad 11 tysięcy ka em ów organizm odczuwa, a może to co innego? nie wiem...
Dojazd był bez ekscesów, ale powrót? Ha ten był już ciekawy. W Pięknego niskopodłogowego Elfa wsiadaliśmy w pierwszych drzwiach, bo na peronie kasy nie ma więc bilet "cza kupić". No i wsiadamy powoli z 4 sakwami(2 ja 2 Aga) Rowery ciężkie bo mamy mięsa dużo i jabłek w nich. Na mostku kolo wejścia stoi sobie dziunia. Ma torbę NIKE przewieszoną przez łeb. Torba wielka jak wór na zwłoki, bo i pewnie całą kupę szmat nakupiła w galeriach w długi weekend. DO tego jeszcze posiada owa dziunia torbę na kółkach koloru różowego stojącą obok. Zaparkowane "to to" wszystko jest tuż obok niej. Nie ruszy taka dupci, nie przesunie się o kilka metrów dalej aby można było wejśc spokojnie do pociągu. Ona od Ciechanowa do Warszawy Gdańskiej musi stać koło drzwi! Stanie tak i tak stać będzie!
Zanim jednak wsiedliśmy najpierw wpuściliśmy ludzi przodem a potem kontynuowaliśmy wsiadanie, myśle sobie przepuści mnie bo inaczej nie wjadę. Niee bo po co. Wcisnąłem się więc z rowerem obok niej. Konduktor wypisuje nam bilet - czekamy. Pociąg ruszył zakołysało mną i jadziem. A ona (dziunia) trzepie torbę, jakbym conajmniej jej obszczał ją. Nawet nie zauwazylem że koło jej dotknęło. Miała jeszcze drugi mostek, obok gdzie nie było ludzi, miała miejsca miedzy siedzeniami w przejściu, ale nie! Nie ruszyła się ani o centymetr gdy pojawiły sie dwa rowery. my przecież możemy - Wyparować!!!
"och" - słysze za plecami "no żesz..." Zaledwie koło lekko dotknęło różowej tkaniny. Nie ma co sie dziwić Znak NIKE musi być biały jak śnieg, bo co koleżanki powiedzą na peronie? Szoruje otrzepuje, prycha na mnie a ja ledwo równowagę utrzymuje w przejściu. I tak jedną ręka trzymam rower druga płacę za bilet i nagle czuje jak mnie ktoś szarpie za kierownicę. - by pan uważał na ten głupi rower - wrzeszczy i szarpie kierownicą przycinając Agnieszce przy okazji rękę. Rogi się zaklinowały i jej szarpanie o mało nie przewraca nas obojga i dwóch rowerów. - Spokojnie - mówię rozeźlony i staram się odczepić zablokowaną kierownice, a ta dalej się szarpie i nogą mi rower odpycha. Sama sie nie przesunie tylko nas wypycha, bo moje koło dotyka jej pierdzielonej torby. No nie zdzierżę!!!! Myślę: "Osz ty sucza mać, nie będziesz mi kopać roweru". Udaje, że staram się odblokować kierownice i napieram na nią przednim kołem przenosząc cały piasek z roweru na wszystko co dotyczy owej głupiej niewiasty. I raz po raz atakuje ją kołem, na tyle mocno aby musiała sie odsunąć. W zasadzie wypycham ja z tego narożniczka, który sobie obrała. Myślę "ja ci pokopie suko". Oczywiście zgrywałem głupa że próbuje rower odblokować.
Awantura jeszcze troszkę potrwała, jej facet włączył się w rozmowę, ale uciąłem dyskusję, bo to jakiś spedalony gnojek był taki i nie zagrażał mi niczym specjalnym - (Aga go podczas jazdy i hamowania przyświeciła go kilka razy kołem za mnie;P)
Wysiadamy w Legionowie a ja wychodząc mowie na tyle głośno aby mnie usłyszała jakiś tekst o głupich dziuniach i galeriankach z różowymi torebeczkami. Jej facet jeszcze bojowo na mnie patrzy ale pociąg odjeżdża a my mamy ubaw aż do samego domu z całej sytuacji.
Dzień drugi zaczynamy już o 6.45. Wymarsz następuje o ósmej z minutami. Janeczka z niechęcią przyjmuje jakiekolwiek prezenty dziękczynne, najchętniej to nic by nie wzięła a pieniędzy już napewno nie. Udaje się nam ją jednak przekonać, że ma wziąć czekoladki bo "więcej nie przyjedziemy ". Żegnamy się i ruszamy na Świętokrzyski Szlak.
Gdyby tylko moje nogi nie chciały aż tak marznąć w butach... W Bolminie jemy śniadanie. Sklep zaopatrzony w zasadzie tylko w chleb wódkę piwo i "popitkę", udaje się jednak coś kupić na poranny posiłek. Na grubo zaszronionym stole wieczerzamy więc a po dwudziestu minutach, ruszamy dalej ponieważ zimno przeszywa. Trasa na Łosień, troszkę błądzimy, pytamy ludzi jednak w końcu udaje się. Dalej kierujemy się na Tumlin. Drogę znam tak pi razy oko więc korzystam z tego co pamiętam i tego co można wyczytać ze słońca. Tak, tak wielka kula ognista bardzo ułatwia orientacje w terenie.
Nogi mi marzną więc zakładam torebki do butów, pomaga lecz nie w 100%. Cienkie halówki to nie obuwie na rower przy -1 na dworze i -5 na zjazdach:)
Na trasie z Tumlina do Suchedniowa, obieramy trasę przez Belno. Bardzo polecam ten odcinek, jednak ostrzegam, ilość interwałowych górek na odcinku około 1km bywa czasem powyżej 5. Na zmianę Aga się gotuje a ja umieram z zimna;)Musze się dogrzewać i takie ciepłe postoje mamy na tej trasie jeszcze kilka razy. I tak parujemy i marzniemy aż docieramy do Suchedniowa, gdzie krajowa droga numer 7 okazuje się być pusta. Przez kilka lat zbudowali trasę ekspresową, która przejęła cały ruch na tym odcinku. Od Suchedniowa jedzie się bajkowo. Szerokie pobocze, piękny asfalt i prawie zerowy ruch...
Skarżysko witamy bardzo szybko a 1,5h do pociągu przesiadujemy w barku tuż obok dworca. Sympatyczna i mila atmosfera i przepyszny Kebab z Frytkami to coś co pozwala nam odpocząć po prawie 80km tego dnia.
Galerię przedstawię w ciągu kilkunastu minut;) Pozdrawiam i zapraszam na Sylwestra w Te rejony ( http://www.podrozerowerowe.info/index.php?topic=5034.0 )
PS> Serdeczne podziękowania dla ŚLIWKI za pomoc w rozkładzie jazdy PKP.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.