Nareszcie dotarł telefon, samsung Solid, ma sporo funkcji i jeszcze ich nie rozgryzłem, ale najważniejsze jest to, że jest solidny. Walczę o zainstalowanie w nim Trek Buddy, ale coś oprogramowanie nie łyka systemu i czasem błąd wywala... Jutro pewnie przysiądę to coś będe modził...
Dziś jechałem przez las z lampką jaką ma wbudowany ten tel... świeci conajmniej tak samo dobrze jak moja rowerowa:P
Topić to go nie topiłem, ale najważniejsze, że już jest w moich łapkach i będzie ze mną podróżował:D
Wyjechałem dziś ja załatwiać sprawy w naszej wielkiej roweropolii... Waszał Syty!!! I wsio byłoby niby wypaśnie, gdyby nie seria nieszczęść i seria przypadeczków. No jakby sie jakis szyderca bawił w grę przygodową na konsoli bike-stejszon...
I tak oto najpierw od rana nie mogłem znaleźć kluczy, potem kiedy wyjechałem, okazało się, że jednak mrzy/pada/bźdźi!!! No a miało być tylko "brzydko za oknem". Jednak trudno, jechało sie z wiatrem dobrze, więc nie narzekałem zanadto.
Na Uczelnie rowerkiem docierałem o czasie i w miarę rozluźniony. Jednak okazało się, że xero nie czynne na wydziale. Więc znów kurs rowerem na Polibudę metro, szybki druk i bindowanie Dokumentacji Geologicznej. Nawrót i na wydział... po pokonaniu rowerowego ślimaka nad 2-pasmówką KAPEĆ. No i zaczęło mocniej padać. Nie będe się grzebał w tym teraz - zdecydowałem pieszo dojść na wydział i tam wymienić.
Zanosze dokumentacje pukam i... kolesia nie ma, musiał wyjść zanim wróciłem z polubudy. Daje więc zrezygnowany sekretarce i wracam zmieniać dętkę. Oczywiście SZYKŁO!!!! Pierdzielone opony maxis worm drive nadaja się tylko do jazdy po robakach, jak nazwa wskazuje, bo jakiekolwiek najechanie na SZYKŁO, powoduje trwałą perforację powłoki opony twardej i jednoczesną powietrzna przepuklinę dętki i tkanek miękkich koła. No to wymienił ja dentejszyn, ale pompka nie chciało mi sie już dymać mocno, więc na napompowanej ale miękkiej lekko oponie, pojechałem do dom. Po drodze, koło Wisły pompuje oponę kompresorem. Od stacji do Mostu grota jest może 600m, po pokonaniu mostu na drugiej stronie Wisły, okazuje się, że obręcz tylna ma raka. Rozeszła się tworząc zgrubienie wzdłużne powłok aluminiowych. Jadąc więc z górki i lekko hamując, czujesz jakbyś miał ABS. To hamuje to poopuszcza.
Etap trzeci armagedonu, to rozwalenie sie przerzutki. po tym jak znów upuścilem nieco powietrza z opony aby dalej nie katowąła osąłbionej obręczy, i po tym jak miałem nadzieje dojechać już do domu, przerzutka się zaczęła blokować. Dolne kółko, wytarte od błot i od wód, stawiać się zaczeło. Takie małe a fika mi! I jak sie tak boczkiem ustawia to zrzuca łańcuch z wózka, który klinuje się i ciągnie za sobą całe ramię przerzutki. Mało nie wyrwałem tego ustrojstwa z hakiem... Nie da się jechać... - poddaje się. Czas wezwać super hiroł! Zy Ty My! przybywaj!
Jej, nie było w okazję nic pojeździć - ale może między świętami coś się uda. To straszne a jednocześnie podniecające, że rok nam sie kończy. Jeszcze tydzień i nasze statystyki od początku się zaczną i od nowa liczniczek zacznie kręcić sie w korbie...
Takie mnie sentymenty naszły, że ten rok już się kończy... Sporo działo się w tym roku. Udało mi się wreszcie przekroczyć tysięcy kilometrów a nie będę ukrywał, że nie liczyłem na 12;) A jednak:)
W tym roku udało mi się także 330 przejechać kilometrów, czego rok wcześniej nie udało mi się dokonać. Nie do pominięcia jest także wspaniałą alpejsko-włoska wyprawa. Było sporo jeżdżenia, soporo wycieczek i tych większych i mniejszych i tak koło sie zamyka roczne...
Na główne podsumowania Księgowego przyjdzie jeszcze czas pod sam koniec roku, tymczasem już dziś wracam do domku i szykuje się do wyjazdu jakiegoś aby spalić to co zjadłem w święta:D
No moi mili, wczoraj nie było jak złożyć życzeń a więc dziś składam wam najserdeczniejsze życzenia w tym roku. Nie życzę wam za wiele, ot tyle aby wystarczyło! Wierszyk napisałem rok temu, ale spodobał mi się więc prezentuje go i wam tym którzy nie czytali:D
Moi drodzy rowerzyści czas zimowy już nam sprzyja W domach waszych wrzawa chaos a rodzinka zgłasza przyjazd! Z nieba sypia się nam śnieżek i na drogach jest gołoledź Gdy ma kto opony słabe, to jak pieprznie – będzie boleć! My się jednak nie troskamy, naszą siłą są rowery One zawsze dają radę, to nie z nami te numery! My się zimy nie boimy, bo i nie ma przecież czego Z zima sobie poradzimy, czas zimowy to nic złego Jakby tu próbować czasem podsumować roczek cały Ciężko sapię, dyszę, stękam, bo się wiele tutaj działo Od początku aż od stycznia wywrotowo się zaczęło Bo księgowy zamiast jeździć leżał jakby go pogięło. A domiar tego złego zima była śnieżna wielce Wielu ludzi zamiast jeździć, czas spędzało przy butelce. Potem wiosna się zaczęła i rowery poszły żwawiej Wszak to lepiej się położyć nie na lód, a huknąć w trawę. Jako że kondycja słaba, cały kwiecień szło opornie Się Ekipa rozkręcała i choć było niepozornie Majóweczka, choć bez Radka, rozpoczęła się udanie Była jura i rowery, było po kwaterach spanie, A najlepsze z tego było, że znów razem na siodełkach Czas spędziło czworo ludzi i to radość była wielka! Potem zaraz ku smutkowi, ropocząła się sesyjka Się studenty kuć zaczęły i się gmatwa historyjka. Każdy za książkami siedział, rower jakby trochę z boku W końcu rower to nie wszystko - nawet Adam musiał pokuć! Nagle nie wiadomo kiedy znów wakacje się zaczęły Wiele planów wiele marzeń ciągle przecież coś knujemy. Ale żeby wszystko było w odpowiednim tu porządku Będę mówił po kolei, choć nie zawsze od początku
Wziął Księgowy swoja lubą, co Agnieszka się nazywa I na rower ja posadził: „Czas wyprawy szlak nas wzywa!” Aga ucieszona wielce, że wyprawa się zaczyna Spakowała swój tobołek i już naprzód popędziła Wpierw od Morza zacząć warto, i tak robią dwa krasnale Czy Agnieszka dała radę? Nie stękała prawie wcale! Dwoje ludzi zakochanych przemierzało województwa Pod opieka Księgowego - to był biker i dowódca Przez Pomorskie i Lubuskie, przez pagórki i góreczki Szał to była ta wyprawa, nie obeszło się bez sprzeczki Bo tak czasem w życiu bywa, że gdy dwoje ludzi jedzie Jedno ciągle chciało jechać, drugie myśli o obiedzie. I tak sobie wędrowali aż od morza wpadli w góry Nie przestali na Jeleniej, pięli się wciąż dalej w chmury Bo Sudety to za mało - na Stołowe im się marzy Było ciężko i pod górkę i choć uśmiech znikał z twarzy, Wykonali swoje plany, ba zdobyli nawet Czechy! I się dwa radują ludki, nie ma końca ich uciechy Wszak to wieść jest dobrze znana ze rowery to potęga Że gdy ropa idzie w górę i gdy w kraju brak już węgla To na rower zawsze miejsce i kultura nam pozwala Zabrać swoje tobołeczki i pomachać gdzieś tam z dala
Po wyprawie księgowego obudziły się Pragnienia Radek wstał powiedział BASTA! koniec tego marudzenia I tak z Kasią wyruszyli, choć wyzwanie było wielkie Aby rozwiać wątpliwości i niedomówienia wszelkie. Pokazała Katarzyna, że i ona radę daje Że rowerem i bez wprawy można też przemierzać Kraje I nie bacząc na trudności, na upały i wzniesienia Pedałując zawsze mężnie, wykonała założenia Radek dumny przeogromnie, ze dziewczyna daje radę Nie poddawał się ni trochę, aby sobą być przykładem Niczym potężny muł juczny, obładowany sakwami Wspinał się mężnie na górki w dzień, spoczywał zaś nocami
Lato szybko się kończyło, a w krwi wciąż się gotowało Ruszył Adam znów w kraj wielki, bo mu ciągle było mało Biedne dziewczę rozeźlone, bo została w domku sama Nie ma z kim pogadać sobie, bo gdzieś popędziło chama. Było ciężko, beznadzieja, co będziemy tu kit wciskać Skoro się we dwóch wybrali, niech dokończą te igrzyska Bo to nic trudnego przecież, jak we dwóch się ładnie jedzie Żeby w góry polskie nasze dotrzeć jeszcze po obiedzie Nie jest prawdą, że się dało dotrzeć tam w dzioneczek cały Wszak jechali aż trzy doby i się przy tym namachali! Pierwszy dzień to było piekło, żar się z nieba lal bez przerwy Poradzili sobie świetnie, choć na trasie były nerwy Dzień kończyli już w ulewie, burza nadciągała z nieba A Noclegu nigdzie nie ma, gdy schronienia im potrzeba! Noc minęła bardzo cicho, spali twardo jak kamienie Kiedy rano powstawali, ciężkie było przebudzenie Bo ich nogi zakwaszone nic nie chciały współpracować „Jednak, Adam, trzeba było gdzieś u ludzi przenocować…” Choć na niebie ciemne chmury zwiastowały deszcz i słotę Nikt się tym nie troskał teraz - „O tym się pomyśli potem” I dzień drugi rozpoczęli, droga wciąż się pięła w górę Adam nie wymiękał prawie choć Marcinek dawał w Rure!! Kiedy na podjazdach obaj sapią, dysza nieustannie Z górki Marcin mknął jak strzała a z Adamem było marnie Nie zaszkodzi trochę wody, kiedy się ta leje z nieba Jednak kiedy jest jej wiele to się u nas zwie „ulewa” Wreszcie finisz gdzieś zawitał i z oddali widać Tamę Adam resztek sił dobywał,a Marcinek czyścił ramę. Jeszcze tylko kilka kilo, jeszcze troszkę, to już blisko Adam mknie pod górkę żwawo, Marcin wolniej, bo jest ślisko! I Solina ich już wita: woda, tama - nic wielkiego „Było ciężko, w deszczu, żarze, ale dokonałem tego!” „Nie ty jeden dokonałeś – śmiał poprawiać mnie Marcinek „Ja tu także dojechałem i zdobyłem też SOLINĘ!” Miejcie jednak na uwadze czas w jakim tam dotarliśmy Były to trzy dzionki ciężkie, ale wyszło Za######iście!
Opowieści moich trudów tu nie kończę oczywiście Przygód w roku było tyle, że się gubię w swojej liście Gdy się dłużej zastanowię nad wszystkimi podbojami To mi głowa pęka z trudu, lepiej to oceńcie sami Bo w tym roku dziwnym, trudnym na sam koniec mych wakacji Radek gotów był do jazdy, gotów znów do jakichś akcji! Więc się zebraliśmy szybko nie zastanawiając nadto Gdzie nas pogna wicher w plecy, tam potoczym swoje stadko W kilka dni nowe pomysły wybujały nader wielce Z domu od Agnieszki ruszam i znów szybciej bije serce I choć nie mam wstępnych planów i nie wiem też, jak się skończy Jedzie ze mną Radek Szogun, a z nim nie da się zabłądzić Wyruszamy wcześnie rano, a na liściach jeszcze rosa Aga śpi cichutko sobie, nie wyściubia nawet nosa. I gdy mija już południe, kiedy wreszcie bija dzwony Adaś wreszcie jest u celu, dotarł cały, lecz strudzony! Z Radosławem przywitany, reguluje swe ciepłoty „Dystans za mną, zacny panie, żar wyciska siódme poty! „ I radośnie na siodełkach już nie sam, a pędzę z Radziem To pod górkę to znów z górki powolutku sobie jadziem Jako ze jak konie stare znamy się we dwóch bezsprzecznie Nasza podróż żwawa, szybka i nie trwała przecież wiecznie I tak ciągle i bez przerwy przez dni trzy jedziemy żwawo Kiedy Radek mówił: "Prosto", Adam go kierował w prawo! Bo dnia ostatniego drogi, żeby nie przedłużać męki Razem z Radkiem rowerami dobijamy kilometry A że sporo nam zostało i że tęskno już do chatki Decyzyjny proces zaszedł, czas wyzwania i tułaczki! Bo to jeszcze ponad dwieście do przejazdu pozostało A wiec bez dyskusji większych - HOP na raz i się udało! Mimo górek i upałów, mimo wszelkich trudów, znojów Wracam do Zaborza rano i się wlokę do pokoju Tam Agnieszka ledwo żywa, bo to czwarta była rano Patrzy na mnie trochę krzywo, a mi piszczy coś kolano
I choć ciężko było wtedy, nikt nie mówi, że bolało Kiedy myślę o tym teraz w sumie mi wychodzi Mało…
Opowieści swojej snucie wciąż przedłużam nieustannie Lecz nie wina to jest moja, chce opisać to starannie Nie pominę przecież faktu i nie skryję nic przed wami Trzeba mówić jak to było, trzeba wszystko z detalami Bo to potem kto przeczyta i mi tu zarzuci braki Żem wymyślił sobie rower, że tu marazm wkradł się jaki A ja nie zamierzam kłamać - co pamiętam, zanotuję Radek pewnie to wyłapie i sam jeszcze skoryguje. Bo to chłopak jest bez skazy, łeb do trasy ma bezsprzecznie Jak jechałeś na wycieczkę, to bez mapy z nim bezpiecznie. Każdą dróżkę, każdy kącik zapamięta on dokładnie Nie pominie nawet trawki ani mrówki w trawie żadnej! Bo gdy w kraju zima trzyma, gdy nas śniegiem zasypuje Radek już w swoim umyśle nowe plany sobie snuje On wymyśla trasy nowe, opracuje te zwiedzone A gdy mówisz: "Zapomniałem" - on mówi: „To zaliczone!” Radek jednak chłopak twardy nie daje się komplikacjom Nawet gdy mu rower padnie, stara się być przed kolacją Gdy mu co w rowerze stuka, kiedy przeogromnie trzeszczy On z uśmiechem nikczemnika mówi, że wytrzyma jeszcze! Bo to Radek jest nasz wielki, on zwyczajnie ma to gdzieś Zamiast wsadzać kasę w rower, woli sobie dobrze zjeść. Po co przecież to naprawiać, gdy się koła kręcą ładnie Jeszcze działa, daje radę i choć łańcuch czasem spadnie Rower Radka nie zawodzi lub przynajmniej nie za często A gdy w końcu coś nawali, to się chłopak wije gęsto I tłumaczy ci on wtedy, że to nic wielkiego przecież Że jak koło odleciało, to na pieszo można lecieć
I choć forum czasem milczy, gdy zimowe dni nastają Nasi ludzie mężnie, dzielnie w swoich domach w naszym kraju Pochowani za mapami, tworzą plany, różne cuda I choć czasem coś nie wyjdzie, trzeba wierzyć że się uda To nie tak, że gdy na forum postów nie przybywa wcale To się ludzie obrazili albo poszli gdzieś poszaleć Oni tam zwyczajnie w domach bezustannie niecierpliwi Z utęsknieniem patrzą w okna, czy mikołaj już nie przybył Bo kto wie, może w te święta pod choinką ich zagości Super Wypas karbon rama albo inne wspaniałości W tym okresie świąt zimowych wasz księgowy życzy wam Życzy wam radości wielkiej i tych Karbonowych RAM!
Nie wychwalać moi mili moich tu talentów słownych wszak dokoła tutaj przecież mnóstwo ludzi siedzi zdolnych co nie tylko na rowerach, ale także w piśmiennictwie wiodą prym i pewnie każdy miał praktyki w wydawnictwie To nie ważne że rowery dosiadają karbonowe każdy prężnie w domu swoim umie pewnie władać słowem! Tylko z lęku lub ze wstydu że ich ludzie czytać zaczną Pisza skrzętnie do szuflady swoją twórczość jakże zacną
Bo od dziś wiadomo przecież że bikerzy to elita Że nie tylko sam Mickiewicz pisze wiersze no i czyta My się także tu liczymy w tej dziedzinie literackiej A że Eci dobrze idzie, gdy ja skończę ona zacznie
I tak oto rozpoczniemy nowy watek literacki O rowerach i nie tylko, niech się Chowa sam Słowacki On nie śmigał na rowerze, może właśnie tu przyczyna Że miast pisać o rowerach wyszła mu ta Balladyna Nie zwlekajcie moi mili i nie traćcie czasu teraz Przyszedł wreszcie czas i na was, trzeba pisać o rowerach!
W tym roku napisze pewnie jeszcze coś na zakończenie sezonu:D
To tu to tam , pomiedzy świątecznymi ludkami. * Po pierogi * Po mandarynki * Po wędlinę 30 dag * Po inna wedline 30 dag * Po jeszcze inna wędlinę 30 dag * Po zdjęcia do ramki * Po choinkę * Po prostu * Po Asfalcie * Po szutrze * prosto do domu:D
Renifery zimą to podstawa - dzisiejsza produkcja zakończona w 80%
Zimowa wyprawa ze sprawunkami okołoświątecznymi. Wyposażony w dwie sakwy stuknąłem dziś 80 dyszek:D Ha prawdziwie zimowe skawiarstwo, choć śniegu było jeszcze jak na lekarstwo. Jechałem na Krossie Agi, bo Tokaido miał kapcia. Krosik wyposażon w slicki worm-drive woził mnie na wszystkie strony. Na ścieżkach rowerowych po nocy zalegała 1,5cm warstwa śniegu a pod nią lód. Ile było frajdy na parkingu, ile było szaleństw na lodzie... Jednak na ścieżce do Wieliszewa nieomal zaliczyłem, przyłożenie, bo mi przednie koło uciekło z pod nosa. Na trasie do Nasielska jak zwykle tiry, poczułem sie jak na 17tce na Lublin, tyle, że tam pobocze. Do celu docieram w 2h z minutami, co daje średnią DO - ponad 22km/h!!!
Po zjedzeniu i napiciu się czegoś ciepłego i rozładowaniu a raczej przepakowaniu roweru, około 13 zaczynam powrót do dom. Jedzie sie jakoś mizerniej, ale mimo wszystko ciepło. Nowe buty zimowe dają radę zdecydowanie lepiej niż adidaski. W powietrzu czuć i widać święta, śnieg podenerwowani kierowcy i choinki...
Stoje odpoczywam i koleś zajeżdża na pobocze poprawić świerk, bo mu ucieka z dachu. Poprawia poprawia a do mnie mówi: "co k-wa się gapisz" Pewnie go Żona wysłała po drzewko i spierd-la przed leśnikami:) Gdyby wiedział, że "pisząc sms" robie mu zdjęcie;) Ha ha ha
Jadę podziwiam, podziwiam jadę;) Ech przydało by się tak troszkę więcej tego puszku na polach...
Pod koniec trasy zachodzi słońce i podsumowuje mój zacny wyjazd tego dnia;D
Tym razem nie przegrzewałem się:D O poranku na termometrze przywitało mnie -6. Wszechobecny szron, i szrono-szadź:D Jak jechałem do Warszawy było pięknie, mroźnie i bezchmurnie. Ludzie tuptali na przystankach i rozcierali ręce a ja? Ha ja tylko im dymek robiłem jak jakiś parowozik:D Ciuch ciuch i pognałem. Faktycznie jechało się zacnie. Mimo, że po 9 sporo wyjechałem, na M. Grota byłem "planowo" o 10:00 a na miejsce dojechałem po 11:05.
Ćwiczenia ciągnęły się w nieskończoność. Rozpatrywaliśmy posadowienie domku jednorodzinnego przy założeniu bardzo złych warunków gruntowo-wodnych:D Ciekawie było, jednak wyszedłem z zajęć 14.15 a głodny jak wilk byłem. Po pochłonięciu kanapki i Jogobeli ze zbożami, popędziłem do dom...
Jechało się ciężej, i chyba nawet było mi momentami zimnawo:D Brakowało zdecydowanie prędkości. Na odcinku przy Wiśle, próbowałem dogonić chłopaka z fotelikiem dziecięcym, który ruszał ze mną ze świateł, ale zaparowałem totalnie i odpuściłem. On na foteliku miał tylko plecak a ja 2 sakwy:D Nie mniej jednak interwał pomógł na mrozek:)
Na Modlińskiej zrobiło się ciemno a most na Żeraniu rozkopany jest w trzy dupy!!! Trzeba uważać bo ci robotnicy, nawet dziur po pękniętym włazie studzienkowym nie zasłaniają!!! Szybki kurs po schodach i zmiana obuwia na zimowe trekingi. I szybko do Agi. Odebrałem transport i po pożegnaniu się z nią popędziłem do domu sam (Aga dziś ma opłatek:P). Wracałem przez miasto z 2 sakwami obładowanymi po brzegi i jeszcze z plecakiem, również wcale nie lekkim. Jadąc do domu świat ogarnia armagedon. Opada dym/mgła/zasłona mroku. Na ulicach przewalają sie wielkie chmury "czegoś" niby to mgła a widać "bałwany". Wysokie ciśnienie i idący mróz na noc, pewnie zdjęły z nieba dym z kominów. Ciekawe zjawisko, bo w ustach czułem popielniczkę jakbym sie jakimś papierosem zaciągał. Widoczność również nie powalała...
Na uczelnie. Ha, jak prozaicznie to brzmi. Nie od dziś przecież na uczelnie jeżdżę, jedyne co nie było " jak zwykle" to pogoda. Rok temu o tej porze zalegały masy śniegu i błota a dziś? Hmm upalnie - nieomal!
DO szkoły miałem wiatr boczny i w mordewind momentami. Nie narzekałem jednak, bo powietrze chlodziło mnie i dało rade jakoś przyzowicie jechać te 17-18km/h. 25km zleciało jakoś tam nie wiedzieć kiedy.
Droga ZE szkoły była już totalną masakrą. No zazwyczaj nie narzekam na wiatr w plecy, jednak tego dnia powodował on, że moja kurtka nazbyt zimowa, zwiększała moją temperaturę bardziej niż POWYŻEJ normy!
Zanim dotarłem do Mostu Grota, miałem rozpiętą kurtkę w 70% zasięgu suwaka, bluzę pod kurtką w 74% zasięgu suwaka... I nadal było mi strasznie gorąco.
Kurs mój do domu zakończyłem dziś, jednak jeszcze wizytą na Tarchominie i poszukiwaniem Agentury PTU. Ile ja się naszukałem tego zakładu ubezpieczeń!!! O cię panie ganiałem jak kot z pęcherzem wokół jednego budynku gdzie uparcie było Światowida 47 a ja szukałem 47b! Wszędzie bramy na domofony, garaże podziemne banki, fryzjery, apteki a tego czego mi było trzeba nie znalazłem. No w pewnym momencie miałem już jak Harry Potter znacząc biec z rowerem w kierunku ściany budynku 47 w nadziei, że wniknę w nią i pojawię się na Światowida 47b lub jak kto woli i 3/4:D
Wreszcie znalazłem!!! Zapinam rower, wchodzę do środka a tam w progu wita mnie roześmiana pani w wełnianej spódnicy do kostek i jasnej garsonce z plakietką PTU lśniąca z jej kieszonki na piersi. "O Paczki przyjechały" "Słucham?" - pytam nie do końca rozumiejąc żart świąteczny. " A pan dla nas nic nie ma?" " No w zasadzie to nie, proszę pani. A co tak profesjonalnie wyglądam??" " No ja myślałam że pan jest kurierem i jakieś paczki pan dla nas ma" - była nieco zawiedziona. Jednak już po chwili zadała to samo głupie pytanie jakie zadają wszyscy. "Nie za zimno na rower?" Moje powalające spojrzenie, chyba sprowadziło ja na ziemię i nieco speszylo, bo szybko ogarnął ją słowotok. "Bo to, te spodnie to pewnie ciepłe, one takie na rower specjalistyczne, i pewnie w nich ciepło, ja to bym zmarzła, ja myślałam że teraz to rowerem tylko kurierz jeżdżą..."
No tom się nowiny dowiedział! Ludzie ludziska, PANY. Mówcie mi dzisiaj Kurrierros!!!
Na sam koniec, czekała mnie jeszcze przeprawa z kocimi Łbami i odkrycie, że ulica Światowida jest hmmm, ślepa;) Kończy się w lesie;) Od razu skok po Agnieszkę i odebranie jej z pracy co daje niezły wyniki kilometrazowy!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.