-21 a na slońcu -18 Załatwianie sprawunków na poczcie i powrót dookoła przez Rondo w Jabłonnie. Oj dziś to daje czadu temperatura. Nawet stojąc w twarz szczypie;)
Zawsze marzyłem, o wyjechaniu zimą na wyjazd określany przeze mnie jako „bike to hell”, nigdy jednak nie udało mi się zrealizować tego co zamierzałem. A to było za dużo śniegu i jazda była utrudniona, a to plucha, a to znów za dużo zajęć na uczelni i tak zawsze coś wychodziło. Potem zima się kończyła a zależało mi aby wyjazd był jednak typowo śnieżny!
Ten wyczyn planowałem, od kiedy tylko wyszedłem z ostatniego egzaminu w tym roku. Nie sądziłem jednak, że pogoda zaserwuje mi takie wysokie wymagania. Najpierw -6, -8, -10 żeby wczoraj osiągnąć -15 wieczorem.
Kiedy dziś rano wstawałem, na termometrze widniała przerażająca liczba -18 stopni. Gdzieś przez głowę, przemknęło lekkie zawahanie. „ A może jednak dać za wygraną, poczekać az mróz zmaleje?” Jednak było jeszcze przed wschodem i liczyłem na ocieplenie gdy pojawi się słońce. Zjadłem 2 kanapki z serem popiłem ciepłą herbatą i zapakowałem sakwę. Buty trekingowe, owinąłem dodatkowo folią spożywczą, aby mroźny wiatr nie dostawał się żadną szczeliną, nawet najmniejszą. Zwarty i gotowy, wyposażyłem swoją sakwę na kierownicy w termometr elektroniczny i ruszyłem na dół. Agnieszka tylko się podśmiewała: „a jedź niech ci ta dupka zmarznie, może ci się odechce i wrócisz szybko…”
Kiedy ruszyłem było około 8:45. Słońce było jeszcze nisko a pierwsze podmuchy zimnego powietrza stłumiły ostatnie moje rozleniwienie poranne. Tu nie było miejsca na sielskie kręcenie i rozglądanie się dookoła. Tu była zasada, im żwawiej kręcisz tym jest ci cieplej i mniej parują ci okulary. Trasa do Nowego Dworu Mazowieckiego to -18 stopni w cieniu i -16,8 na „słońcu”. Paradoksalnie nie odczuwałem tego -18 tak jakoś mocniej. Po prostu było zimno i tyle, zdawałem sobie sprawę jednak, że temperatura da się we znaki dopiero po dłuższym dystansie. Czułem respekt dla warunków jakie przede mną występowały i starałem się wewnętrznie motywować jak najlepiej umiałem. Streszczałem się więc aby pierwszy etap mieć za sobą w miarę jak najszybciej i aby chęć powrotu zmalała. Nowy Dwór, przelatuje na autopilocie. Na moście przez Wisłę spotykam się twarzą w twarz z nieprzyjemnym wiatrem. Wiało ze Wschodu i to dosyć znacznie. a kawałek do Modlina, musiałem pojechać pod wiatr. Aura wtedy naprawdę pokazała swoje szpony. Jechałem wiaduktem, pod górkę i pod silny wiatr a na termometrze za nic nie chciało być cieplej niż -18. Nie wiem ile odczuwały moje policzki, ale te 1.5km czułem się tak, jakby mi ktoś pazurami szarpał po twarzy. Wreszcie udało mi się dotrzeć do twierdzy Modlin, schowałem się nieco za blokami i drzewami a wiatr zmienił się na boczny. Od Wyjazdu z Modlina nareszcie zapowiadał się wiatr w plecy. Kolo cmentarza modlińskiego, zrobiłem postój na chwilę oddechu. Odkąd ruszyłem z Jabłonny, nie było okazji na postoje. Nawet na światłach w mieście udawało mi się przelecieć na zielonym.
Trasa nareszcie zrobiła się przepiękna. Mróz przestał dokuczać, słońce iskrzyło się milionami kryształków na niebie. Na jezdni czaił się podstępny lód, odbijając promienie czasem naprawdę niefortunnie, prosto w oczy! Jechało się jednak naprawdę dobrze. Było zimno a z ust leciała gęsta para. Dymiłem niczym jakiś parowóz, a z licznika nie schodziło 23km/h. Dookoła na kurtce gromadziły się kwiaty z mrozu a czapkę pokrywała warstwa kilkumilimetrowego szronu. Przez Zakroczym udałem się do Henrysina. Niestety z powodu zimna nie zatrzymywałem się na skontrolowanie trasy z mapą. Oczywiście pobłądziłem i skręciłem za wcześnie co zaskutkowało tym, że wróciłem na okropną drogę nr 62, której jak ognia starałem się unikać. Aby się nie cofać, pojechałem więc kawałek 62jką i na tyle na ile było to możliwie bezpieczne skręciłem na Smoszewo. Trzeba wam wiedzieć, że trasa 62 to tranzytowa droga dla tirów bez pobocza z bardzo dużym natężeniem ruchu. Tam każdy kilometr, liczony jest jak 5, bo skoncentrowanym trzeba być naprawdę mocno a i refleks czasem się przydaje. Ja tego dnia raz uciekałem na pobocze zdmuchnięty przez pustą lawetę a kilka razy uciekałem sam sprzed wyprzedzających na czołówkę wozów. W Smoszewie, zaraz za cmentarzem, okazało się że asfalt im chyba ruscy wynieśli i telepałem się po strasznej szutro-kamienio-koleino-nawierzchni przeplatanej lodem i śniegiem. Było okropnie, bo nie mam przerzutek w tokaido i nie mogłem sobie ulżyć w jeździe. Ostro musiałem się siłować z pedałami na takiej fakturze a jednocześnie cholernie uważać, aby nie paść na pysk na lodzie. Koło Wygody Smoszewskiej, przed samym nieszczęsnym powrotem na główną, spotykam patrol policji, która łapie kierowców na 62. Dziwnie spojrzeli się na mnie jak ich mijałem. Całe szczęście mieli delikwenta i mogli na nim skupić swoją uwagę a mnie puścili wolno. Nie wiem na ile legalne jest jeżdżenie rowerem po TAKICH krajówkach.
Do Wychódźca mknę żwawo grubo ponad 23km/h i dojeżdżam zmęczony, ale szczęśliwy. Przede wszystkim mam chwile oddechu od mrozu a i dawno nie mięłam okazji podgadać z Radkiem i w sumie kawał czasu się nie widzieliśmy. W pokoju spotykam także Kasię, jego dziewczynę i Damiana brata.
Część numer dwa: Do domu, hej do domu już czas…
Przepyszne kotlety, ciepła herbata oraz wspaniałe towarzystwo pozwoliły mi odtajać. Około 2h po przybyciu zabieram się w drogę powrotną. Rusza ze mną do spółki Radek. Ogarniamy sprzęt i w drogę. Radek nie byłby sobą gdyby nie poprowadził trasy po swojemu, czyli na łubudu. Jedziemy szutrówkami i już na wstępie wspinamy się pod wielką skarpę. Tam próba zmiany biegu kończy się zerwanym łańcuchem. Próbowałem założyć łańcuch mechanicznie na zębatkę wyżej, licząc że nie jest tak naciągnięty i wejdzie na „ciasno”. Niestety łańcuch może by i siedział na zębatce, ale zanim tam się usadowił, musiał pokonać ciasny skos i przez mróz zwyczajnie strzelił… Zmuszony zostałem skrócić go o ogniwo. I zamiast polepszyć, pogorszyłem sprawę, bo bieg musiałem założyć jeszcze cięższy niż był a trasa była terenowa. Dalsza jazda do Zakroczymia, to szereg szutrówek przykrytych szklistym lodem i silny wiatr w twarz. O ile wcześniej do Radka jadąc, miałem pomoc, teraz zrobiło się nieprzyjemnie. Na otwartych przestrzeniach wiało niemiłosiernie do tego ciężki bieg sprawiały, że nie mogłem rozpędzić się więcej niż 12km/h. Przed samym Zakroczymiem wpadamy w super wąwozy. Wyglądają jak te na Lubelszczyźnie.
Wielkie, głębokie i takie na swój sposób mroczne. Osłaniają nas jednak przyjemnie od wiatru i mimo, że czasem podjazdy są ostre i musimy prowadzić rowery, to jest o niebo cieplej.
Przed samym miastem, rozdzielam się z Radkiem, który rusza w drogę powrotną do domu. Nieźle go przymroziło! Dotarł cały i zdrowy!
Jazda samotna smakuje inaczej kiedy termometr pokazuje -17 a słońce zachodzi za horyzontem. Niebo zrobiło się krwisto czerwone a ja opuszczałem Modlin. Krótka przerwa na moście na małe zdjęcie, i czym prędzej ruszam do domu. Po przedarciu się przez centrum Nowego Dworu, już w kompletnych ciemnościach jadę do Jabłonny. Okulary zamarzają od pary, i mam małe dziurki tylko do patrzenia. Wycieranie nie daje nic, bo za chwilę sytuacja sie powtarza. Lampka świeci, ale droga z Rajszewa to 4 podjazdy a bieg był cholernie ciężki. Droga zdawała sie nie mieć końca. Prosta i bardzo mroźna(podejrzewam, że poniżej -18) a stopy nieźle już wychłodzone. Męczyły mnie boleśnie aż do samego końca.
To była naprawdę trudna trasa a do tego na końcówce jazda na za ciężkim biegu z bardzo niską kadencją. Kiedy wchodziłem po schodach do domu czułem przeszywający ból w palcach u nóg. W zasadzie trudno powiedzieć, czy odczuwałem obecność samych palców;) Zmęczony, ale szczęśliwy dotarłem do celu.
PS: Szok jestem na głównej i na drugim miejscu - zapomniałem, że od dziś mamy luty
Wyjechałem dziś na wycieczkę. Wolny od sesji wolny od stresów. Poranne USG jamy brzusznej nie wykazało nieprawidłowości, więc ogólnie nie jest źle. Pojechałem do Ago po sprawunki a potem wróciłem i po zostawieniu ich w domu ruszyłem na wycieczkę. Najpierw standardowo do Rondka na końcu obwodnicy, a później nawrotka przez Jabłonną do Chotomowa i dalej do Skrzeszewa przez las drogą która, jeszcze jak zaczynałem jeździć, była szutrówką. Obecnie jest tam asfalt a nasi mistrzowie kierownicy dają tam popis swojej głupoty. Przez Skrzeszew do Rondek w Wieliszewie i skok na rondo w Zegrzu. Na zegrzyńskim kółku nawrót i przez Wieliszew kierunek dom:) Wracając niebo było już przy zachodzie słońca, i zrobiło sie pieknie czerwone:
Pojechałem dziś na plażę. Zabrałem ręcznik kąpielówki i płetwy... Wsiadłem na rower i pojechałem. Niestety na miejscu okazało się, że nici z pływania bo Zalew zamarzł:(
Zrobiłem więc zdjęcia i wróciłem dookoła do domu. Wycieczka zacna, choć wiatr dziś był koszmarny i na nosie odczuwalna około -14. Wracałem z bocznym wiatrem i troszkę z wiatrem w plecy, ale na plażę miałem centralnie w ryj i czasem boczny. Było conajmniej trudno jechać...
Dawno mnie tak mroźny wiatr nie wysmagał po gębie. Ubiór się sprawdza choć dodatkowe kalesony pod ciuchy rowerowe na uda by się przydały, reszta ok!
Dziś na mróz założyłem, nie swoje rękawiczki (PRO, rowerowe i mada faka) a zimowe rękawice narciarskie, które od kilku lat walały się po domu. Okazuje się, że są IDEALNE, komfort termiczny bajka! Teraz tylko kalesonów, mi brakuje na uda i mogę nawet 100km w takiej temperaturze robić;D
Oby do poniedziałku... potem będzie jazda zimowa na serio!!!! EDIT: Co ciekawe styczeń i tak jest już najbardziej licznym kilometrażowo miesiącem odkad jeżdżę. Poprzednio najwięcej w styczniu miałem 360km w 2009 roku a teraz mam prawie 2 x tyle;)
Jechać miałem dookoła, jednak rozmyśliłem się, mróz leciał na łeb na szyje. Elektro-termometr pokazał - 10.9 a jechałem pod wiatr. Z wiaduktu dokręciłem do 30 ale na końcu musiałem się zatrzymać na chwile bo czułem jakby mi ktoś igłami dźgał policzki i nos... Panie panowie paniska - zimę widzę z bliska Panowie panie rowerzyści - zima nas w tym roku wy-piździ
Dziś rano po odprowadzeniu Agi do pracy wybrałem się na standardową już wycieczkę. jednak wiele musiałem zweryfikować. Przede wszystkim WIATR. Wiał mniej więcej w kierunku Chotomowa, i był odczuwalny. Nie pojechałem więc do Wieliszewa a Właśnie do Chotomowa. Trasa podobna do wczorajszej:) Jednak o wiele zimniej. -9,8 stopnia tyle wskazywał elektroniczny termometr jaki miałem na sakwie.
Oj było mroźno, a do tego końcówka od Chotomowa z wiatrem bocznym w ryj i wiatrem w twarz. Odczuwalna temperatura około -16 -17.
PO powrocie z Warszawy, byłem jakiś taki z watą mózgu. 2h egzaminu ze statystyki sprawiło, że moje morale, oraz stan umysłowy wymagał natychmiastowej reanimacji. Jednak nic nie jest zawsze "hop i od razu", zanim wyruszyłem musiałem troszkę pozałatwiać w domu spraw egzystencjalnych. Przede wszystkim, mój przełyk zdawał się byc nad wyraz pusty a żołądek potwierdzał owe podejrzenie. Burczał/warczał/napierdzielał jak jakiś zajechany star podjeżdżający pod wiadukt... Musiałem coś zjeść, to było pewne. I dylemat, tu człowieka ciągnie na rower, a jednocześnie jeść się chcę. Szukam więc czegoś na szybko i na świeżo. Najpierw zaatakowałem martwą kurę w lodówce, jednak za długo leżała i nie smakowała najlepiej, druga próba trafiła na sałatkę, znów porażka miała 3 dni - OUT. Na koniec w akcie desperacji wchłonąłem makaron ugotowany dzisiaj.
No to go! Pierwszy kurs zorganizowała mi Agnieszka. No więc przez Miasto do niej do pracy po zakupy jakie zrobiła rano. Słonko pięknie świeciło a jechało się cudownie. Niestety niska temperatura spowodowała, że musiałem zmienić ciśnienie w oponach. Nawrót do domu, rozładunek i znów podejście do właściwej jazdy. Tym razem już robił się zachód słońca, a cholera tak liczyłem na mroźną jazdę po śniegu przy błękitnym niebie. Cóż ruszyłem bez przekonania najpierw w kierunku Tarchomina, jednak nie aby gdziekolwiek dojechać, ale aby wycelować z dystansem tak, że gdy będzie już prawie 18ta , dojechać do Agi i odebrać ja z pracy.
Jadę droga techniczną po lewej stronie i na wysokości rozpoczęcia się starej Modlińskiej, robię nawrót. Przeskakuje znów na "lewy bok" i jadę chodnikiem aż do rozwidlenia, gdzie odbija obwodnica. Tam kieruje się już wyremontowaną piękna droga do centrum Jabłonnej a dalej na Chotomów. Drogi suche i puste w miarę, udało mi się prześlizgnąć, zanim zaczęły się powroty z pracy. Dopiero na PKP Chotomów gdy przejazd zamknął mi sie przed nosem zaczyna się tworzyć rosnąca wykładniczo kolejeczka za moimi plecami.
Od Chotomowa jadę drogą przy torach. To co tam się dzieje teraz to już totalna masakra. Dawniej jechało się widać było pociągi można było pomachać kumplowi jak wracał ze szkoły do domu i jechał PKP. Krajobraz był jakiś taki urozmaicony, a teraz co? Ktoś wpadł na pomysł, że pociągi ludziom nagle zaczęły przeszkadzać, i prawie na całym odcinku torów przez Legionowo i do Chotomowa, postawiono ekrany dźwiękowe. I jedziesz rowerem i co masz po prawej? Szare byle-gówno-co. Po lewej zresztą też, jakieś domy - bidule stoją... I tak oto wszystko niedługo zostanie odgrodzone. Odgrodźmy jeszcze place zabaw dookoła ekranami bo dzieci jak się bawią to za głośno i proponuje także odgrodzić dyskoteki, sale balowe i parkingi i klatki schodowe niech maja ściany dźwiękochłonne bo echo niesie jak pani sąsiadka napierdala obcasami! I jeszcze chciałbym ekrany dymne od tych pojechanych palaczy co mi smrodzą na przystankach, i żeby ekrany były w autobusach jak koleś w długich herach słucha death metalu na słuchawkach ...
Żeby jeszcze te ekrany były przezroczyste, albo ja wiem, niebiesko - prześwitujące, a tu nic ino szaro-srare panele. No to będą mieli chłopaki ze sprejem gdzie mazać:D Nawet będe im wdzięczny jak to jakos ciekawie pomalują. Zastrzegam CIEKAWIE!!! A nie jakieś tagi... Ech kiedyś byłem gnojem, ganiałem po torach, kładłem kapsle na tory, towarowe piszczały hamując tak że w domu słyszałem, a teraz super ciche pociągi i jeszcze im za głośno. Do Agnieszki docieram z -5,9 stopnia na termometrze... Rękawiczki jakie dostałem pod choinkę są jednak ZIMNE:/ Szok, firma PRO niby do -10 a jednak pod koniec to już wierzch dłoni mi marzł... Po pracy Zakupy z Agą i test jej polarowych "Vikingów" i wiecie co? Miło-ciepło-miekko... ta dedykowana odzież rowerowa czasem ssie;/ a prawie 120zeta za rękawiczki szok;/
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.