takie tam nic... byle co

Piątek, 25 marca 2011 · Komentarze(2)
Kategoria Pojeżdżawki
Miało być coś więcej, miał być długi dystans, ale jakoś mi morale spadlo. Woczoraj zapowiadali deszcz, i wiatr i słońca nie było i... tak człowiek sobie to wszystko do serca wziął i wewnętrznie sie przekabacił na NIE:P

Pojechałem małą pętelkę po przeokropnych dziurach w okolicy Michałowa Grabimy i trasą wzdłuż torów PKP Choszczówka... Jużem ci ja w domu kupuje Niemiecki cukier z importu za 3,5zł!!! a nie 6 jak u nas w sklepie na osiedlu!!!!


grrrrr, ja pierd-le ten kryzys, ja nie umiem herbaty bez Cukru pić;/

pętelka wczesnowiosenna

Środa, 23 marca 2011 · Komentarze(4)
Miałem wielkie nadzieje dziś, miałem wiele planów, ale wiosenne przesilenie dopadło mnie wczoraj z takim hukiem, że słaniałem się na nogach nie wiedzieć z jakiego powodu. Dziś zamarzył mi się Lublin i tylko z powodu wczorajszej niemocy nie zrealizowałem planu. W zasadzie pluje sobie w brodę bo pogoda idealna na taki dystans, cóż...

Kiedy wstałem rano(8.00) byłem nareszcie wyspany, nie bolała mnie głowa, ścięgno w kolanie przestało dokuczać a ja czułem się zresetowany. Czułem się cudnie i żałowałem, ze nie wprowadziłem w czyn jednak mojego Lubelskiego planu...

O poranku odprowadziłem kawalek moją Pchełkę na standardowej trasie do pracy a potem ruszyłem "z wiatrem". Nie mogliśmy sie dogadać z tym wietrznym kolesiem bo dmuchal jak chciał i bynajmniej nie odczuwałem, że wieje tylko z tyłu. Przeleciałem przez Kąty Węgierskie i na Rembertów. Trasa 631 (tak to ta z dziwkami przy drodze) nie jest najciekawszym miejscem na poranny rozruch. Chyba sądziłem, że tirów będzie mniej... myliłem sie i zrezygnowany odbiłem z niej już na wysokości Zielonki.
Tam natrafiam na korek w środku miasta i gubię się totalnie, znajdując się w pewnej chwili na obszarze jakiejś wielkiej elektrociepłowni "Watenfall".
Bladząc i kierując sie rowerową intuicją w gąszczu miejskich uliczek i ślepych zaułków, wyjeżdzam w końcu kolo wiaduktu na Marsa i Nieopodal Kin`s Cross Praga?
No to mnie nieźle zdziwiło, bo spodziewałem się Karczewa/Otwocka co najwyżej...

Dalej Grochowską a następnie Targowa jadę do Dworca W-wa Wileńska i przez Most praski przeprawiam się na Starówkę. Tam odpoczynek i powrót już standardowo ścieżka rowerową przy Wiśle i Modlińską...

PS. Jak k-wa trzeba to nie wiało, a jak wracałem to mnie za łeb z siodełka zdejmowało.... w dup# je#ny wiatr!!!!!

Wiosna wiosna, wiosna ach to ty???

Poniedziałek, 21 marca 2011 · Komentarze(1)
Kategoria Pojeżdżawki
Wiosna wiosna, wiosna ach to ty!
Nikt by nie przypuszczał, że po wczorajszym mordowaniu się na rowerze, dziś wstąpi we mnie nowa siła i pogna mnie tak jak ciągnie owa siła młode pędy ziółek i Chwastków ku wiosennemu słońcu.
Poranek zapowiadał się miernie, mgła spowijała nasz blok a z księżycowej nocy, pozostały zaledwie wspomnienia. Z za okna nie było nic widać poza mlekiem rozciągającym się na całym widnokręgu.
Poranne „obrządki” moje i Agi były już tak naturalne i nieomal machinalne, że nie zauważyłem nawet kiedy wybyła 9.30 i wyruszyliśmy z domu w siodełkach. Dziwne myśli tłuką się po głowie kiedy jadąc rano przez pachnący wczesnowiosenną wilgocią mam obok siebie swojego rowerowego skrzata!

Szybkie zakupy i odprowadziwszy Agę do pracy wracam do domu, aby odwieść przesyłki spożywcze wprost do domowej lodówki. Po mgle nie ma już ani śladu kiedy zajeżdżam pod blok, szybko wypakowuje co trzeba do spiżarni i niesiony „tajemniczą wyspą” Juliusza Verna ruszam sobie w kierunku Warszawy.

Nie mam celu jako takiego nie mam jakiejś super silnej nogi z rana, jednak jadę i dumam nad losami bohaterów z Audiobooka i tylko szum samochodów na ulicach zatłuszcza czasem sędziwego lektora… Im dalej na południe tym więcej słońca, po zamotaniu się na Białołęce(zapomniałem, że na Płudach budują wiadukt i przejazd jest niedrożny)

wracam na Modlińską i na wysokości EC Żerań mam już nad głową pierwsze promienie wiosennego słońca. Jedzie się tak jakoś przyjemnie, bo po pierwsze nikt mnie nie gna nigdzie(jak to często bywa na tej trasie, która towarzyszy mi w porannych dojazdach na uczelnie) a po drugie wiaterek choć lekki dziś mi wyraźnie sprzyja.

Mijam Wisłę, potem pierwszy, drugi i trzeci most, a potem znów czwarty i… ile u licha tych mostów mamy w tej Warszawie. Mijam straż miejską, która łaskawie czyhała dziś w swoim peugeocie na wagarowiczów wczesnowiosennych. Mijam ich bodajże ze 3 razy kiedy to raz po raz zatrzymują się na rozmowę z opalającymi się „dziewannami” na betonowych schodach lewego brzegu Wisły. Kilkukrotnie spoglądają na mnie i racząc się zimnym łokciem w wozu patrolowego strażnicy obdarowują mnie przenikliwym spojrzeniem stróżów prawa. Owo spojrzenie tchnie tak silną przenikliwością, że zapominają aby skierować je przed siebie i nieomal przejeżdżają po trawniku, który „nagle” zbliża im się do radiowozu.
Szybko korygując tor jazdy, niejako pewnie w pewnej pogardzie dla mojej podejrzanej osoby, mundurowi dodają z rykiem gazu i zostawiają mnie w tyle rozchlapując kilkanaście metrów dalej wielkie strugi wody z kałuży, której pewnie także nie zauważyli.

Stolica ciągnie się zdając się nie mieć końca. O zgrozo, ile lat ludzie musieli układać te piekielne tory przeszkód. Czy naprawdę nasi włodarze oraz projektanci przestrzeni miejskiej nie widzą jak bardzo chodniki są nie przejezdne? Oczywiście jakbym śmiał pisać tu w swoim własnym marnym celu rowerzysty. Mam na myśli młode matki z dziećmi w wózkach, któ®ych kółka SA po kilkakroć mniejsze od moich 26 cali. Czy polityka prorodzinna stolicy nie mogłaby iśc w kierunku poprawy komfortu młodych mieszkańców, albo przynajmniej w kierunku poprawy tranzytu dóbr materialnych przez wszechobecnych Złomiarzy? Bo gdyby taki pan(spotkany przeze mnie zresztą tego dnia w tym miejscu) codziennie nie przemierzał ulic i chodników ze swoim wiernym wózkiem, czymże byłaby stołeczna gospodarka odpadami? Dtacje unijne na segregacje odpadów zainwestowane w miejsce ciągi pieszo-rowerowe zapewne uradowały by nie jednego pana z kupą złomu na wózku a nas rowerzystów oczywiście także choć nie my jesteśmy tu najwaźniejsi!

Wilanów w ciekawym stylu przetrząsa mnie po bruku, który wybaczam mu gdyż podyktowany pewnego rodzaju przeszłością miał pewnie w Historii tego miasta o wiele większe znaczenie niż ja jadący sobie „ot tak”.

Dopiero Konstańcińska droga, tudzież autostrada rowerowa, jako przykład bezsprzecznej (i chyba wręcz ośmielę się określić, genialnej), myśli konstruktorów obszarów zieleni miejskiej, wprawia mój pojazd i moje siedzenie w przejmujący spokój dup… eee DUHA.

Kabacki las zaplątał się na mojej drodze nie wiadomo skąd, miało być tylko do metra a tu las ciągnał się i ciągnał a rower zdawał się chcieć go więcej. Na jednym z odcinków nie tyle jemu co mi się lasu odechciało. Masa śniegu zmieniina w wodę zamieniła ścieżki leśne w bagienka i urokliwe śnieżne single-tracki, przekształciły się w single-krzaki, bo drogą nie dało się jechać.

Slicki założone wiosną nie dawały szans jazdy efektywnej po tak torfowym podłożu. Tak więc przy nadarzającej się okazji opuściłem las mówiąc mu pa pa.

Ostatni ocinek po opuszczeniu leśnej głuszy to seria błędów, pomyłek i przeczuć. Chyba wczesnowiosenne powietrze i dystans jaki pokonałem totalnie pokiełbasił mi w głowie. Jechałem PO Kabatach a potem zgubiłem się na Służewiu żeby na koniec wylądować koło mostu Siekierkowskiego.

Zrezygnowany wiosennym zabłądzeniem, nie chciałem jechać znów po drodze przeszkód, którą pokonałem rano. Skierowałem się więc na Wał Miedzyszyński i po Praskiej stronie wróciłem do domu.

Jazdę po Trasie od Mostu Grota do Jabłonny pozostawię bez opisu, dla chętnych polecam jako pewnego rodzaju odcinek specjalny.

Dziś ( w momencie kiedy pisze te słowa jestem w sowim dawnym pokoju w Legionowie) mam już na liczniku zacne 98,58km co daje ciekawy wynik jak na przywitanie wiosny!



[edit] dotarlem z AGą do domku i dystans łaczny zmienia się na 104,31km

Powitanie wiosny jakoś tak jesiennie;/

Niedziela, 20 marca 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Pojeżdżawki
Miało być powitanie wiosny... a było pieruńsko jesiennie.

Od rana nie szlo wyjść mi z domu na kółka dwa a kiedy już z Agnieszką wyjechaliśmy tylko z wiatrem ejchalo się przystępnie, powrót pod zimny "blee" wiatr był do kitu. Ale pokolei.

Najpierw do Pałacyku w Jabłonnie a potem wałem do Tarchomina i w okolice mostu północnego, żeby popatrzeć jak im tam idzie budowa. Oj chyba do Euro to nie dadzą rady:D

Przeskoczyliśmy przez Modlińska i przez przedmieścia Białołęki i osiedla domków jechaliśmy do domu. Jakie tam jest zróżnicowanie domów, spotykaliśmy stare z czerwonej cegły ledwo stojące, a także wille z kamerami oraz drewniane nieomal zabytki. Czuło się tam dziwny klimat, obok jakiegoś bidula z starych spróchniałych desek stała seria segmentów z pałacowymi ogródkami.
Na jednej ulicy boisz się o swój portfel, zęby cie nie skroili i spotykasz typków w dresie z piwem a już za skrzyżowaniem równorzędnym masz na podjeździe przed willą dwie audiole za 300tysięcy. A jeszcze dalej elitarne przedszkole wielkości mini pałacyku....

nigdy nie byłem w tej okolicy ale przeraża mnie i chyba się tam na "weekendowe kręcenie " nie wybiore więcej... po prostu czuje się tam złe emocje.

Na sam koniec już koło Jabłonnej spotykamy jakiegoś żwawego dziadka na góralu z przed wieków, który zatrzymuje nas głośnym "EEEEJJJJJJ"
prosi o pomoc bo koło mu się obraca i tak strasznie chrobocze. Pomagam mu bo przyczyna tkwi w dynamie które włączyło mu się na wertepach i tarło o gruby bieżnik opony. Uradowany naprawieniem usterki, dziękuje nam i zanim my zdążyliśmy się zebrać, on już zniknął za zakrętem rozradowany.

Krótko treściwie ale bez zapału był ten wyjazd. Po prostu nie lubimy siedzieć w domu jak nie pada, jednak żeby mnie ten wyjazd jakoś naładował energią pozytywna to nie powiem;/

Włocławek na raz!

Środa, 16 marca 2011 · Komentarze(10)
Gdy wiatr zaczyna wiać a z nieba nie leje się deszcz w Głowie lęgnie się pewien pomysł. Pojedźmy gdzieś razem czerwony smoku! Czym by był mój nędzny żywot gdyby nie iskierka światła jaka daje mi ten czerwony wariat na dwóch kołach. Może gdyby pozytywne endorfinki sprzedawali w sklepie jak dopalacze mniej bym jeździł, ale czy to nie jest tak, że ja to po prostu kocham?

Dziś znów mnie pognało, dosłownie rzecz ujmując „wywiało”. Nie planowałem tego wyjazdu, jak i nie planuje żadnych tego typu „piekielnych pojeżdżawek”. Po odwiedzeniu Siedlec, całkiem niedawno, nie sądziłem ze okazja pobicia dystansu siedleckiego nadarzy się tak szybko.

Szybki rzut oka na prognozę i na plan lekcji. Wiać miało na „zielono” a to w tłumaczeniu z języka meteo.pl na nasz, znaczy wiatr o sile 18km/h. Śniadanko o poranku zjadłem w towarzystwie mojej ukochanej Agusi, pakowanie troszkę na wariata było, do sakwy wyładowały tylko najpotrzebniejsze rzeczy naprawcze butelka Hoop Coli i 4 kanapki. Na kierownice jakieś cukierki z bombonierki Mieszko, która nam została z weekendowego podarunku od rodziców.

Ruszam przed godziną dziewiątą i kieruje się na Nowy Dwór Mazowiecki, jadę bocznymi drogami przez Rajszew, aby ominąć z rana serię pagórków. Trasa początkowo idzie nadwyraz zwyczajnie. Kiedy w końcu wskakuje na trasę główną, zaczyna się jechać przyzwoicie. W uszach znów zagościła niedosłuchana wcześniej „Tajemnicza Wyspa” Verna.

Za Nowym Dworem kieruje się już na Kazuń i tu droga się pogarsza, asfalt jest marny a wiatr chował się za lasem. Na domiar złego wybieram trasę nie taka jakiej się spodziewałem. To znaczy wiodła w tym samym kierunku, ale nie jechałem nią nigdy w całości i niestety stan jej jest fatalny… Skręcam mianowicie na Głusk i Leoncin.

Trasa wiedzie blisko północnego obrzeżenia Kampinosu, dookoła wioski wioseczki, ludzie łażą po ulicy jak święte krowy, albo święci rolnicy. Kilkukrotnie atakuje mnie sfora psów i nieomal zabijam się próbując ominąć kurę, która niczym Rambo, wyskakuje z przydrożnych krzaków wprost pod moje koła. Wiejskie klimaty, może i na początku wydają się sympatyczne i swojskie jednak owa swojskość przeradza się w zacofanie, kiedy kilka kilometrów później asfalt zaczyna być „domowej roboty”. Nie ma co narzekać Unia i tam dotarła. Budowa kanalizacji we wsi to wielkie wydarzenie, nareszcie wszystko pójdzie w rury a nie do ziemi. Przez wieś jak okiem sięgnąć stoją chłopy z piwem i pośród wykopów i rozrytego asfaltu oraz nowych studzienek, dywagują o przybytkach swoich. Droga już chyba przestaje być asfaltowa, więcej jest gruboziarnistego tłucznia wypełniającego niedawno zasypane rury kanalizacji, niż asfaltu. O zgrozo, co przeżywają moje ręce, nadgarstki i tyłek. Mam zapewniony masaż wibracyjny 4literowego siedziska, przez ładne kilka kilometrów. Lawiruje jak na slalomie pomiędzy dziurami i kilka razy obrywam kamieniem wystrzelonym spod kół wprost w moją piszczel…

Wreszcie nastają „Nowiny”(mała wioska ostatnia na mojej drodze krzyżowej) i opuszczam tą marną obwodnicę nadkampinoską. Pogoda wietrzna, choć nie czuje aby jechało się super lekko. Faktycznie średnia powyżej 20km/h, jednak samopoczucie jakieś takie byle jakie. Poranne słońce zamieniło się w stertę bałwaniastych chmur na niebie. Krążą one nisko i tak jakby zastanawiały się „zlać deszczem czy poczekać do jutra?”. Całe szczęście ich narady trwają na tyle długo, że udaje mi się opuścić obszar zachmurzony.

W okolicy miejscowości Kamion, przeprawiam się drewnianym mostkiem na druga stronę rzeki Bzury.
Jest mi zwyczajnie zimno. Słońca nadal nie ma, a mi jakoś morale spada. Tak siadam kolo mostu schowany za betonowym ogranicznikiem ruchu, i biadolę. Kiedy próbuje sięgnać do sakwy okazuje się, że na domiar złego, mapa została na stole w domu i jestem nawigacyjnie zdany na swoja wzrokowa pamięć. Wciągam szybko dwa czekoladowe wielościany z bombonierki które mam w sakwie na kierownicy i zrezygnowany ruszam dalej.
Na wysokości Wyszogrodu w miejscu skrzyżowania z trasą nr 50, z pomocą idzie mi mój ukochany nawigator. Aga podnosi mnie na duchu i obiecuje pomoc w nawigacji, która w późniejszym etapie mej wietrznej tułaczki zdała się być bezcenna. Tuz za miejscowością Uderz, w lesie decyduje się wreszcie na postój, postój w całym tego słowa znaczeniu, zakrawający nawet o przydrożny popas. Na zdezelowanym przystanku siadam chyba po raz pierwszy od 70km. Wyciągam nogi i zjadam kanapkę(jedna z 4 jakie miałem). Torebki z posiłku wkładam do butów, bo nowe buty nie dawały sobie rady z zimnym wiatrem tych okolich i od wielu kilometrów marzłem w stopy. Dokładam tu także dodatkową warstwę na pierś i obleczony w nowe szaty wreszcie zasięgam ukojenia. Jest cieplej, milej a zjedzony posiłek pozytywnie wpływa na moje ego(Energetyczne Grzejniki Organizmu).

Z nową siłą ruszam więc dalej. Ha no robie się inny JA! Ja ale jak nie ja! Tylko, że to ciągle ja i to nie nikt inny ale ten sam ja, co od początku, tylko moralne doładowany. Do Iłowa mknę z prędkością 30km/h, Tam krótka lokalizacja na lokalnej mapie i ruszam dalej. Kierunek Sanniki. Odcinek ten także pokonuje nadzwyczaj sprawnie. Nareszcie jedzie się tak jak powinno, noga podaje a 3x7 nie schodzi z przełożenia. Przez Krubin docieram do Lwówka. po drodze mijam wiele zrujnowanych i opszczonych domostw.




Tu niestety już moje pamięciowe zarysy trasy nie sięgają. Podparty na nawigacji Agnieszki(naprawde bardzo dobrej) udaje mi się jechac dalej. Jednak w wioskach nowe asfaltowe drogi i zerowe oznakowanie zmuszają mnie do zasięgania rady miejscowych.
„Tędy dojadę?”
„Tak ło tędy prosto a potem w prawo i za sklepem w lewo”
„A ta droga? Dokąd prowadzi?”
„Tędy, też pan dojedzie tu prosto a dalej w lewo”
„Dalej też jest asfalt?”
„tak jest, no tylko piasku dużo”
„Marian – toż ja się tam wiosną traktorem zakopałem , gdzie ty masz tam asfalt!”
Decyduje się jechać droga wskazana jako najbardziej asfaltowa, i jak się później okazało nie pojechałem najkrócej a wiatr boczny dosłownie spychał mnie do rowu. W okolicy Waliszewa docieram do drogi krajowej. Wydmuchany przez wiatr głośnym „o ja pierd$#&” kwituje koniec trasy na tym odcinku.
Drogą krajowa jest gładka jak stół, lekko faluje na dłuższej panoramie jednak jej nawierzchnia jest równa. Wiatr zdaje się przybierać na sile, bo prędkość nie spada poniżej 34km/h. Jedzie się jak na motorze, nawet nie pedałując rower te17km/h zdaje się utrzymywać.

Gostynin witam z zaskoczeniem, że to już. Przerwa na ostatnie dwie kanapki jakie mi zostały i w drogę. Na Kowal jedzie się średnio na jeża. Pojawiają się tiry a trasa jest popsuta akurat po tej stronie którą jadę. Ci z przeciwka mają ładny pas a ja mam akurat dziury i łataniec z przeplatańcem pod sowimi kołami.

Kowal oglądam z siodełka i wiedziony rada Agi, że pociąg do domu już blisko, trasa nr 1 kieruje się na Włocławek. Droga z tirami ale pobocze szerokie jest, i przyzwoicie się turlam. Kiedy przelatuje przez miasto razem z Ciężarówkami Tranzytu, budzę zainteresowanie przechodniów. Dworzec PKP znany skądinąd witam szerokim uśmiechem. Uśmiech znika kiedy widzę czerwono zielony pociąg zmierzający po torach w kierunku stacji. Nie pytam o nic tylko pędem biegnie po schodach na peron. Gdyby czerwony na twarzy gnam po schodach na ostatni peron, widzę oddalające się wagony i panią konduktor w drzwiach.
Daje radę Wysapać resztkami sił „jeszcze ja!!!!” i pociąg staje.
Doprawdy uradowałem się, że wsiadłem, szkoda tylko, że przez 2h15 jazdy przy toalecie żaden z konduktorów nie poinformował mnie, że w pociągu jest rowerowy przedział… Cóż podejrzane było nawet, że mnie z mostka w środku składu nikt nie przeganiał. Jednak szczęśliwie docieram do Stolicy i potem z kolegą Wracam także rowerem do domku na pyszna Kolację!