Weekend po wczorajszym nocnym rowerowaniu zapowiadał się ... rowerowo. Pewnie i nic w tym dziwnego, bo jestem rowerowym pasjonatem, jednak kiedy planowałem wyjazd kilka dni wcześniej z Agnieszką nie sądziliśmy, że pogoda będzie taka buro-ponura.
Od początku było średnio... Wstawało się ciężko. Człowiek jakoś mniej gibki jeszcze chyba na takie harce w wysokim tętnie nocą. Czułem plecy i barki o poranku, choć to może zasłutga nie tyle nocnego harcowania, co polskich dróg. Śniadanko pyszne kanapkowe. Sakwy zapakowane no to wio! Tylko to "wio" samo w sobie nie było takie "wiśta wio"! Raczej zakrawało o "łojezusmaria". Wiatr od początku dbał o naszą kondycję i regularnie przez większość trasy do Nowego Dworu podnosił obciążenie, jednocześnie pomniejszając zapas sił jakie posiadłem na śniadaniu. Dałem ciała z ubiorem bo temperatura na termometrze zmyliła mnie i z -2 za wiatrem było -5 odczuwalnej a zimno wciskało się we wszystkie dziury kurtki, któa mimo, że z mębraną, zdecydowanie przegrywała z trudnymi warunkami.
W okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego, wilgotność powietrza wzrasta a z nieba spada niby to mgła niby deszcz. W lasach koło pomiechówka mam poślizg na asfalcie. Jakież było moje zaskoczenie kiedy okazało się że nie mogę ustać na tym "suchym" jak pieprz asfalcie. Lód przykrywał go milimetrową warstwą i totalnie nie było tego widać.
Swoja drogą, kop adrenaliny, wywołany poślizgiem, kiedy już nie masz siły, to niezła dawka dopalaczy:) i to za free! Po explozji tego specyfiku do krwi jechało sie o wiele lepiej.
Do Zaborza docieramy zmarznięci ale dumni, że się udało:) - Jutro cz 2 naszych poczynanań~!
Czasem glowa staje się tak ciężka, że nie ma innej możliwości jak tylko wrócić do domu i mimo późnej pory udać się w trasę, w transie. I tak w transie jedziesz i mimo, że czasem pod wiatr, że czasem zimno bo za zimna kurtka to trzeba i mało tego że trzeba to pomaga!
Gnając po Modlińskiej przy nieomal pustych ulicach, wyciskałem z siebie siódme poty, które zamarzały w temperaturze około zera. Musiałem przekręcić to co mi siedziało w głowie... rower to zajebiste lekarstwo jak się nazbiera problemów.
Jeśli ktoś umie mi zdefiniować jak wyglada trening to poproszę. Ktone kiedyś powiedział "ważne jest by się zmęczyć". No to się zmęczyłem, ale dystans i "zasięg" jaki moje zmęczenie osiągneło dziś, i na jaki pozwoliło mi wybyć jest zaiste zaskakujące:D
Celem miało być napompowanie tylnego koła, a raczej dobicie kilku ATM po wczorajszym incydencie w lesie, (zajeb@ł bym sie ta małą pompeczką). Modlińska pognałem do Białołęki a dalej skręciłem na Płochocińska i drogą numer jakiś tam, pognałem na Nieporęt. Chwilka popasu przy zamarzniętym jeszcze(choć czuje że juz nie długo) Zalewie Zegrzyńskim. I przez Wieliszew wróciłem do domku:) pedałowałem dziś szybciej niż zwykle z kilku powodów: * bo mi sie spieszylo żeby w najmniejszym czasie zrobić najwięcej km * bo tak jakoś noga podawała
Jazda wiosenna się zaczyna, zdecydowanie, czuć już w nogach to co wypracowałem przez zimę. Myśle że jak zacznie sie robić cieplej to zasięg jeszcze wzrośnie. Dziś momentami to się gotowałem totalnie. W cieniu i lesie - zimno wieje a na słońcu +10;/
ech w marcu jak w rondlu jak to mówi staropolskie przysłowie....
PS. Wreszcie udało się i pękł pierwszy tysiąc;) pfff jeszcze 9 i jesteśmy w domu:D
Dziś po powrocie z uczelni wybrałem się na wycieczkę. Znów na rowerze się kręciłem bez sensu. Obrałem sobie za cel traskę dobrze mi znaną, jednak mimo, że jechałem nią już w tym roku parę razy, nie zawiodła mnie. Była śniegowa, mało samochodów a słońce dodane do tej mieszanki powodowało ciągłe "ochy" i "achy". nie mogłem sie nacieszyć tym przecedzającym się przez drzewa, żarem z nieba W Lesie Chotomowskim nieoczekiwanie łapie kapcia:D nie ma to jak szczyt zręczności! Zimą, na śnieżnej bocznej drodze w lesie złapać szkło w tylną terenową oponę;D Zmiana dętki na środku lasu i mycie rąk w śniegu:) he he było przede wszystkim zimno:P a dopiero potem fajnie;) i zabawnie. To pierwszy kapeć w tym sezonie, i w tak wyjątkowych okolicznościach przyrody:D
Trasa później wiodła mnie przez miasto, załatwiałem dla Agnieszki parę spraw w Legionowie i kilkukrotnie kursowałem to tu to tam walcząc z niesprawiedliwościami tego, że to zawsze chodnik a nie ścieżka rowerowa, są odgarnięte;) I udowadniając kierowcom, że wcale im się nie przyśniło i że to ja ROWERZYSTA jadę własnie zimą przez skrzyżowanie
Dziś od rana chodziło za mną wyjście na rower, wczoraj było tak pięknie a od rana dziś pochmurno i wietrznie. Jednak pouczyłem się nieco mechaniki na jutrzejszą poprawkę i po obiadku przygotowanym przez moją Agniesię(był pyyyszny makaronik i sosik i kurczak) wybraliśmy sie oboje na małą pętelkę. Najpierw z wiatrem przez Jablonną do Rajszewa i dalej na Skierdy a potem przez lasy do Chotomowa. W lesie bez wiatru dało radę pogadać nawet, a mój amortyzator jakby przywykły do mrozów -12 chyba poczuł wiosnę i znów zaczął się uginać:D
Dalej ścieżeczkami śniegowo-leśnymi udaliśmy się wzdłuż torów do Legionowa a na sam koniec dynamiczny odcinek już przez miasto do domku...
niby nic... a jak człowiek zresetowany jak mu wody odeszły jak mu stres odpuścił... co te rowery robią z ludźmi:)
PS. Dokładam kolejne klocuszki do kolekcji. A do 10 tysięcy w tym sezonie jeszcze trochę. Puki co luty mam najliczniejszy odkąd jeżdżę (od2007) a suma od początku roku przewyższa wszystkie sumy z tych 4 lat(sty - lut). Tylko te liczba 9053km które mi jeszcze pozostają, jakoś taka wciąż całkiem duża;(
Dziś nie udało się mi wykorzystać pięknej pogody, sprawy do załatwienia zmusiły mnie do jazdy jak to określam, służbowej. Najpierw kierunek do Rodziców a tam cała masa rzeczy. Pomijam już, wstawianie ojcu do jakiegoś sprawozdania z badań 30 wykresów(sam biedulek nie umie) ale najważniejszym punktem odwiedzin tatusiów i Mazusiów była zmiana koła. Stare zostało rozebrane a obręcz (ta i poprzednia zajechana w ten sam sposób) wylądowały na wózku u znajomego osiedlowego śmieciarza;) ) No i oczywiście mam piastę samą teraz gotowa do zaplotu. Podmianka przedniego koła to Yoy-teh na obręczy Alexrims, używane ale na zapas dobre – przede wszystkim grubość ścianek obręczy przekracza znacznika zużycia. Słoneczko podczas jazdy napotkane było zgoła innym słoneczkiem, nie było to już to nieśmiałe mroźne świecidełko, a piękne wiosenne ciepłe i dojrzałe! Ha jadąc po rozpuszczającym się śniegu na chodnikach czułem jak wiosna leje się na mnie z góry razem z „żarem”. Dystans mały dziś i strasznie żałuje, że tak mało, jednak wymiana uszkodzonego koła była priorytetem niejako zdrowotnym …
Wczoraj zdychałem w domu, nos był zawalony a ja mówiłem jak kulfon. Zatoki pękały i moja głowa od bólu też. Po leczeniu jednodniowym i dzięki zasłudze mojej Agusi i jej pysznej zupki ogórkowej wyszedłem na prostą dziś. Jeden dzionek wczorajszy odleżałem w łóżku, jednak dziś już zdrowy.
Wziąłem rower i ruszyłem, najpierw na stację na uzupełnienie ciśnienia(co ta zima robi z kołami to ja nie wiem) Turbosprężarka mnie jednak pokonała, zapomniałem, że przednia obręcz jest osłabiona i przepompowałem a obręcz wypaczyła się z jednej strony. Jechałem przez chwilę a hamulce obcierając wybijały Break-BOX szurając i stukając. Kiedy wreszcie zjechałem na bok głównej ulicy(modlińskiej) opuściłem powietrze(tak skrupulatnie wcześniej pompowane przez machinę). Ech - obrączka jednak już była wygięta, nie mając większego wyboru pojechałem (z sercem na ramieniu - bo to przednie koło) do Legionowa, przez Jabłonnę. Przy każdej dziurze, modliłem się, aby koło nie złożyło się od uderzenia w dziurę, ale Diabełek Ranger mnie nosi nie pierwszy rok i wysłuchał próśb.
Nie mniej, jednak przednie koło czeka poważna operacja transplantacji - poszukuje dawcy obręczy a bidulek Accent okulały stoi w piwnicy...
Jutro podjadę i wymienię koło na zapasowe (mam jakieś w piwnicy - kto by pomyślał że się przyda) a to będę musiał ordynarnie rozebrać:P Zostanie tylko piasta
(novatec przeszedł reinkarnacje łożysk 4 miesiące temu)
dziś w ciągu dnia przesiedziałem w domu, katar mnie dopadł i zajęło mi zatoki. Wczorajsze wywieszanie pościeli w bokserkach i koszulce na balkon, gdy było -15 rano, chyba podziałało... Ale zawsze sobie tłumaczę, że to nie jest i nigdy nie będzie roweru wina(wszatk -12 stopni na rowerze śmigałem w poniedziałek) rower przynosi wzmocnienie zdrowia a nie je osłabia...
tym niemniej siedząc dziś w domu, wspominałem czasy jesieni kiedy to powstały dwa zacne filmy mego autorstwa....
oraz
Wyjazd w góry Świętokrzyskie, hmmm było morko było chłodno ale... było W górach i na rowerze było... a dziś? Ja dziś tylko ciepłe kapcie Herbata z cytryną i wspomnienia... byle do poniedziałku, wtedy na 100% bede już zdrowy! for siur!!!!!
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.