Księgowy | strona 147 | Księgowy

Jesiennie || 65.00km

Sobota, 2 września 2017 · Komcie(5)
Poranek jest chłodny i mglisty. Janek tego dnia wstaje dość wcześnie, bo poprzedniego wieczoru wcześnie poszedł spać. Jego pierwsze przebudzenie wypada jeszcze przed świtem gdy jest totalne ciemno. Udaje się jednak opanować naszego małego partyzanta i ‚śpi ‚ do 6.30.
Jest nijak… Nie mamy bułek na śniadanie...

czytaj więcej



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Pożegnanie - częściowe || 0.00km

Niedziela, 27 sierpnia 2017 · Komcie(9)
W najbliższych miesiącach moja aktywność skupi się na nowym/starym blogu. Przenoszę się na nową platformę. Decyzja o tym, czy BS będę prowadził tylko jako dziennik dystansu - jeszcze nie zapadła. 

Czekam na was na nowym blogu i liczę, że czytelnicy którzy odwiedzali mnie tu, zajrzą i tam. 
Tym samym liczę również na wasze komentarze, opinie i wnioski - pozdrawiam

Księgowy


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Zale-nadrabiam-głości - CYKLICZNIE!!! || 135.00km

Piątek, 25 sierpnia 2017 · Komcie(3)
Kategoria Pojeżdżawki
Chciałem wszystkich przeprosić, za swoje ostatnie niedociągnięćia blogowe, ale naprawdę wiele się dzieje i brakuje mi doby na pisanie. Po dwutygodniowym szkoleniu u boku mega pozytywnych ludzi na Marszałkowskiej, przyszedł czas posadzić roślinki na swoim poletku. Przenieśliśmy się do Galerii Północnej. Wreszcie możemy ruszyć do przodu. 

Otwarcie Galerii przewidziano dla VIP-ów chyba na 13 z tego co wiem a potem dla "reszty". Czasu jest mało, bo mieliśmy opóźnienia z wejściem na obiekt i teraz nadrabiamy. Generalnie sklep ma już ściany podłogi i cały "social", ale nadal pełno jest w środku kurzu i pyłu, bo jak to bywa w naszym kraju, najpierw się kładzie płytki, a potem przypomina się ekipie, że kabel od IT miał być pod nimi. I tak tu zrobią, tam rozbiorą i jeszcze to wszystko w powijakach. My jednak nie możemy zwlekać bo kilka tysięcy sztuk towaru jest do zaklipsowania.

* klipsowanie - zabezpieczenia antykradzieżowe specjalnymi plastikowymi "dynksami", które piszczą na bramce jak kradniesz.

Pracujemy w pocie czoła, zwozimy dostawy, a sterta kartonów na placu budowy rośnie. Kiedy już mamy wrażenie, że jakoś nad tym panujemy i towaru ubywa, to jeden telefon niszczy nasze nadzieje. Kurier czeka i jest osiem palet do zwiezienia. I wszystko powraca do poprzedniego stanu. 

Generalnie więc, od 8 do 18 każdego dnia uwijam się z grupą ludzi, aby wszystko domknąć na czas. Co nie zmienia faktu, że sama galeria wygląda jeszcze jak w rozsypce. Ogrom prac jakie tam nadal są do zrobienia przerasta moją percepcję. Ludzi kręci się po glaerii kilka tysięcy. 3/4 to robotnicy, którzy wykańczają sklepy dla firm, ale są i budowlańcy dokańczający sama galerię. Tu przykleją płytkę, tu znów skują inną, bo popękała od naprężeń pracującego obiektu. Inni znów latają i domalowują ściany, a jeszcze inni - inni pomagają tym pierwszym:D


Żeby nie było tak całkiem nierowerowo, to wrzucę wam info i kilka fotek z trasy dokoła zalewu z zeszłego tygodnia z wtorku, gdy to jeszcze udało się wyrwać jeden dzień wolnego.
Wyjazd zapanowywałem oczywiście dłuższy, miała być znośna pogoda, mówili o powrocie lata etc. Wyszło klasycznie, czyli fronty deszczowe przewalały się nad Mazowieckim jeden po drugim. Efekt?

Mój wypad dookoła zalewu Zegrzyńskiego był totalnie pokręcony.

Zacząłem z Legionowa i ruszyłem na Dębę, skąd przez Jachrankę miałem jechać do Serocka i do Wyszkowa. Jakaś niepisana tradycja sprawia, że zalew Kręcę w stronę wskazówek zegara. W Jachrance zaczęło lekko kropić mimo, że słońce nadal świeciło. Zdecydowałem się więc nie jechać dookoła zalewu i pojechać do MC-donalda w Nieporęcie na Kawę. Z Macdonalda nie wyszło nic, bo wpadłem na pomysł, że odwiedzę Kamila w sklepie. Jak dojechałem do Cyklisty w Nieporęcie zaczęło konkretnie padać. 40 minut siedziałem i gadałem, a deszcz padał i padał. Obejrzałem sobie w tym czasie katalog Krossa na 2018 r. Nic porywającego nie zwróciło mojej uwagi. 

Ten front, poszedł bokiem. Zdjęcie robione w okolicach Miejscowości GAJ. Chmura poszła na wschód.

Gdy przestało padać, pojechałem dalej na wycieczkę. Planowałem zrobić sobie pętelkę do Kuligowa i wrócić, ale wiatr w plecy jakoś mnie poniósł i wylądowałem w Wyszkowie. Tam nie było już tak kolorowo. Z mostu nad Narwią, wiedziałem już wielki burzowy front, który szedł pchając mnie wiatrem na Wyszków


Wyszków - widok na Lewo:D


Wyszków - Widok na prawo.

Opady zbliżały się dość szybko, więc przeczekać postanowiłem na stacji. Zamówiłem Czekoladę w płynie i rozsiadłem się jak król. 
Lunęło...
Padało i padało i nie planowało przestać. Wreszcie, gdy wydawało mi się, że już się przejaśnia. Wyszedłem z baru na stacji i pojechałem na Serock.
Niestety deszcz wrócił, a na domiar złego okazało się, że wiatr jest w twarz. W zasadzie nei tyle wiatr, co wiatro-deszcz.
Łoiło mnie po gębie woda, jak siemasz. Z 25 stopni zrobiło się 13 a ja tego dnia miałem dodatkowo przypiętą do kierownicy tylko lekką dobrze wentylowana wiatrówkę.
Efekt? No do samego Legionowa jechałem w deszczu, a temp max, jaką osiągnął na tej trasie termometr - to  15 stopni. 

Zmoczony, zmarznięty, wziąłem kąpiel i zrelaksowałem się. Potem przyszedł czas na prawy rodzinne i tak oto wpis czekał aż do dziś. 




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do pracy - powrót || 39.00km

Piątek, 18 sierpnia 2017 · Komcie(5)
Kategoria Do pracy!
W grafiku ostatnio zamieszanie. MIeliśmy w piątek wejśc już na galerię północną, ale coś im się wszystko przesuwa i kolejny raz nas przesuwają na Marszałkowską. W sumie mi bez różnicy, bo godzinówka musi sie zgadzać, ale z dojazdem jest trudniej mimo wszystko, bo na 9 rano musiałbym bardzo rano się zrywać, a tego nie chcę.

Do rzeczy - przypadło mi pracować od 9-17 więc do roboty pojechałem SKM z rowerem. Aby sobie jednak nie odmawiać przyjemności dojazdowych - wsiadłem do SKM S9, która jedzie na Warszawę gdańską, skąd mam do Centrum kilka kilometrów. Poczyniłem je rzecz jasna, rowerem. Uwaga moje spostrzeżenie. Skąd tyle tych matołów na Veturilo! Ja wiem, ja rozumiem... [ to znaczy nie rozumiem] , ale wiem, że dzięki nim i tej całej sieci wypożyczania czołgów  [ jak inaczej nazwać te kloce z 3 biegową piastą i bagażnikiem rodem z jeepa cheerokie ] nasze ścieżki rowerowe się budują i inwestorzy budują więcej infrastruktury. Kurka wodna, tylko powinno się edukować ludzi jak z tego korzystać. Na naszych ścieżkach rowerowych wolna amerykanka. Każdemu wydaje się, że wie jak jechać a efekt jest taki, że wiemy tyle co nic.

 Tego dnia rano o mało nie zostałem stratowany przez veturilo-trio co to mknęło po drodze rowerowej. Zapomnieli, że ustąp pierwszeństwa dotyczy także innych rowerzystów jadących drogą i ścieżka rowerową. Droga moja rowerowa, łączyła się z inną rowerową pod kątem ostrym. Z podporządkowanej, jak te 3 świnki, V-trio wpadło na mój tor jazdy. 

Na światłach spytałem ich grzecznie czy wyjeżdżając spojrzeli się na drogę na która wjechali. Tych trzech facetów spojrzało na mnie jak na kosmitę i jakbym mówił po Japońsku zdołało wykrztusić tylko "słucham?". Szkoda było mojego gadania. Za niskie siodełka, sandałki, spodnie sztruksowe... jakieś korpo jechauo do robo... Pojechałem więc na zielonym zostawiając ich w pogardzie z tyłu. 

Lud lud na rowery wsiada, do miasta wjeżdża i masakruje system. Czasem z utęsknieniem patrzę na pierwsze wiosenne miesiące, gdy jeszcze jest poniżej 10 stopni, gdy na drogach są w zasadzie tylko ludzie umiejący jeździć codziennie. Masa nieogarów - tak się to teraz histpersko nazywa - jeszcze kisi w domach. 

No ale starczy tego jadu - w pracy zrobiłem swoje i o 17 wyekspediowałem na autsajd by do domu powracać. Buchnęło w mą twarz takiem żarem, że ażem się zląkł, czy to nie jakaś katastrofa ciepłownicza nastała. Po opuszczeniu klimatyzowanego budynku dostałem szoku termicznego. Spociłem się więc czym prędzej stojąc na światłach i zanim było zielone, dołączyłem do groma ludzi spoconych, tyle że na rowerze. 

Po przebiciu się do Metra Ratusz zjechałem pod Starym Miastem na drogę rowerowa wzdłuż Wisły. Tam bulwarowe laseczki, bulwarowi panowie, bulwarowe ostre koła, dupeczki na Holendrach... Gdzie nie spojrzeć tam pędzi jakiś trzepak. No ja wiem, że nie każdy musi w obciskach i że nie tylko moje JA jest najmojsze.  Tylko jak patrzę na dwie dziunie obok siebie jadące na "fafuniastych" dameczkach z koszyczkami, trzebioczące jak idnorki w okresie godów, które WALĄ MI NA CZOŁOWE - to czuje się zaniepokojony nieco. Owe niewiasty, rzecz jasna niebiańsko zwiewne jak łupież u marynarza, chichocząc i bąkając "oj przepraszam", nieomal wpadają na siebie, na mnie i na słupoalatarnie.

Pan znowu na ostrym kole - pociska niewolno wyprzedzając mnie. Dumny jestem, że wreszcie jakiś użytkownik z głową. Wyprzedza, zjeżdża od razu na prawą stronę ścieżki i... nagle staje i zawraca w lewo z prawej strony drogi rowerowej. Chyba zapomniał numeru od laski z bulwarów, bo pomknął w druga równie żwawo co, gdy chwilę wcześniej mnie wyprzedzał.

Suszy mnie, bo upał, a ja nie mam picia. Jako ten liść, wpadam na Tarchomin gdzie spotykam Roberta. Łykam browarka od niego bo delektuje się nim nad Wisłą. We dwóch jedziemy do Legionowa gawędząc sobie o byciu ojcami (ja 1.1r a on 0.9r). 

W domu jestem o czasie. Zmęczony i spalony slońcem


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Szutrowa wyprawka i opalanie dłoni! || 140.00km

Środa, 16 sierpnia 2017 · Komcie(4)
Tak się ułożyło, że mam obecnie kilka dni wolnego zanim wejdę do pracy na Galerię Północną. Od piątku zapowiada się codzienny młyn, bo pracować będziemy już na nowym obiekcie przy zatowarowaniu sklepu. Będzie sporo pracy sporo pyłu, noszenia, ustawiania i generalnie sporo wszystkiego. Grafik więc pozwala mi teraz nieco zregenerować siły przed tym etapem. 

Po spędzeniu dnia wolnego z rodziną 15 ego, na paradzie Wojskowej, ten dzień przypadł mi na rower. Długo wahałem się gdzie pojechać, a jednocześnie chciałem aby to był jakiś większy wyjazd. W końcu sposobność przyszła i umówiłem się z Radkiem i Kasią na rowery w ich okolicach. Celem były drogi polne i szutrowe oraz wąwozy okolic Zakroczymia. Radek topografie tych miejsc zna na pamięć, więc prowadził mnie szlakami bardzo malowniczymi (pokrzywy) i bardzo piaszczystymi. Jeśli dodać do tego upał jaki tego dnia panował, wyszedł całkiem solidny wyjazd!

Prędkość moja 27km/h prędkość WSS - 14km/h....

Twierdza Modlin i moja Shannon w nagości swej pełnej. Bez bagażniczków i pierdyczków - jak to powiedział kolega ostatnio. 

Chcecie góry? Macie góry - Wjazd na skarpę tuż obok Zakroczymia. 

Przez wioski i wioseczki po bruku gorszym od kosteczki!

Miejsce Masakry Romów w lesie skryte....

Pozostałości dawnego PGR-u.

Dokąd ta droga? Wie tylko Radek!

Druga część wycieczki była już tylko we dwójkę. Kasia się odłączyła a my z Radkiem pognaliśmy hen dalej na szutry, pola i lasy!




Stróż porządku i figurki Matki Boskiej!

Koło tego kościoła zaczepia nas sympatyczna pani. Zagaduje sama z siebie i gdy dowiaduje się że ja jestem z Legionowia w ciągu kilku chwil dowiadujemy się, że jej siostrzenica ma na imię i na nazwisko "tak a  tak" i pracuje w Mac Donaldzie w Legionowie. Może szukała dla niej bratniej duszy. Niestety obaj z Radkiem już żonaci jesteśmy! hehe

Accent SHannon x 2 :D 

Malowanie Widelca w ujęciu RDK:)

Malowanie bagażnika wersja bądź widoczny na drodze.




Z dworku i jego okolic pozostała tylko Oficyna.




Na tym odcinku czułem się jak w wysokich Karkonoszach. 

Osobliwe miejsce, ani to skup aut, ani serwis... facet dookoła posesji ma poustawianych pełno samochodów. Większość nadal z rejestracjami. Bałagan totalny panuje dookoła. Niektóre to fajne bryki!








Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Rowerem po Drogach || 55.00km

Niedziela, 13 sierpnia 2017 · Komcie(6)
Ostatnio moja jazda rowerem jest poszatkowana jak kapusta do bigosu. Jeszcze chwilę i wróci wszystko do normy, bo kończy się okres gdy pracuje w centrum i będę miał więcej możliwości dojazdu rowerem. Wykorzystałem jeden dzień kiedy miałem na 11 godzinę i pojechałem do pracy również do centrum. Był zapas czasu, Janek rano wstał więc wybrałem się o zwykłej porze. 

Ranek zimny, żeby nie powiedzieć mroźny - wszak po  nocach gdzie temperatura była po 27 stopni, poranne 15 to nieomal szron. Udało się jednak jakoś przemóc i po pół godzinie, moje wnętrze się skompensowało z zewnętrzem i uzyskałem komfort termiczny.
Na drogach rowerowych Warszawy, mimo niedzieli, pełno rowerzystów. Byłem zaskoczony ilu ludzi jeździ rowerem o tej porze. Kopenhaga to jeszcze nie jest, ale powoli robi się podobnie jak u nich. Zwłaszcza na wlotówkach do stolicy tych wzdłuż Wisły. 

W pracy bite 11 h na nogach. Pracy niby nie wiele, ale w tak sporym sklepie ciągle jest pełno zadań do zrobienia, a to trzeba ogarnąć dostawy, a to oblecieć zamówienia internetowe, a to znów stać na kasie. Generalnie, wszystko w mega miłej atmosferze super ludzi. Nie czuje się tych 11 godzin, jeśli nie liczyć nóg wchodzących w 4 litery aż do szyi, ale atmosfera bajka. Na zamkniecie jak już nikogo nie było w klepie, kopaliśmy sobie piłkę pomiędzy sobą miedzy polkami. Śmiechowo było, nawet kierowniczka przyjęła kilka podań. 

Wracanie do domu przypadło mi w zachodzacym slońcu. Pięknie i nostalgicznie....




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Nagość i Gołość jej królewskiej mości. || 108.00km

Poniedziałek, 7 sierpnia 2017 · Komcie(3)
Po chwili oddechu od maratonu i ogarnięciu spraw w nowej pracy. Mogłem wreszcie wsiąść na rower. Organizm się zregenerował, dupka odtajała i nawet popęd cykliczny wrócił. 

Po kolei....

Sklep sportowy Martes Sport - to tam podjąłem pracę. Będę pracował w nowo otwieranej galerii północnej koło ratusza Białołęka. Obecnie wszyscy pracownicy, łącznie ze mną szkolą się stacjonarnie w wyższej szkole butów i obuwia na wydziale klipsowania i metek. Nasze studia są zaoczne, bo pomagamy obsłudze istniejącego już sklepu. 

Co nowego?
Praca zmianowa, głównie po 12h, czyli 15 dni wolnego w miesiącu. Zaleta? Wada? Nie wiem ocenię z czasem. Ogólnie robię potem dwa dni przerwy znów ze dwa dni robię itp... Wyjątkiem będzie najbliższy czas, bo wchodzimy na galerię i tam "ciurkiem" przez 2 tygodnie będziemy od zera zatowarowywać sklep. 

Co mają?
Sklep to sporotowa siecióka od rowerów, przez narty, rolki hulajnogi i wszelkiej maści ciuszki plecaki i inne takie. Coś w podobnie jak go sport, czy intersport. Jak będziecie potrzebowali czegoś sportowego - zapraszam. 



Rowerowo odpoczywałem, a do pracy jeździłem hulajnogą. Miało to na celu zregenerowanie się po maratonie, ale i warunki gdzie obecnie się szkole, średnio pozwalają na przyprowadzanie roweru. Zdecydowałem więc , że do jazd na hulajnodze pozwoli odpocząć i zregenerować się nieco.  

Hulajnogą fajna sprawa, sporo to szybsze od chodzenia i w sumie wszędzie można wejść. Nawet do carefoura na zakupy poszedłem z hulajnogą. Nikt ie protestował. Po sklepie, co prawda nie jeździłem, ale przynajmniej odszedł mi problem jej przypinania, czy przechowywania. 

Praca zmianowa to z jednej strony trudna sprawa, bo jednak na nogach jestem cały dzień, ale ilość godzin musi się zgadzać i po kilku dwunastkach w pracy są  dni przerwy, nawet kilka. Ja jeden z tych dni wykorzystałem właśnie rowerowo. Rano na zakupy, a potem, gdy już wszystko było ogarnięte, wybrałem się na wycieczkę. 

Rower ogołociłem z bagażników i założyłem mu dawne czerwone opony rubinio. Jakoś dawniej je kupiłem, ale szybko na nich gumy łapałem i lekko przytyrane były. Potem jakoś wisiały na haku. Wybór koloru wpadł mi jakoś przypadkiem aby ożywić nieco zmęczoną sezonem Shannon. W sumie ładnie wygląda rowerek. 

Plan był na solidne 150km, ale już na trasie do Nowego Dworu Mazowieckiego wpakowałem się na jakieś gówno i rozciąłem oponę, a co za tym idzie, dętkę również. Musiałem zmienić, i tym samym już na starcie zostałem bez zapasowej dętki. Decyzja zapadłą, że wrócę do domu i uzupełnię zapas, aby nie dymać z buta na pieszo jak bedę 80km od domu. 


Swoje koła skierowałem do Chrcynna koło Nasielska. Nowy asfalt na tym odcinku ułatwił jazdę na najbardziej dziurawych odcinkach. 

Finałem mojej rowerowej eskapady jest Serock i rynek. A tam perełka drewniana. Dom drewniany pośród murowanych kamienic. 

Na plaży jem sobie pyszne lody i chowam się od słońca pod parasolką. 


Trasę zamykam przez Nieporęt i ulice Małołęcką po drugiej stornie kanału. Trasa wyszła przyjemną, choć dystansu spodziewałem się nieco wiekszego. W sumie nie żałuję, bo był i relaks i pedałowanie. 
W uszach odkryłem nową formę słuchowiska. To tzw. PODCASTY coś jak audycje radiowe na jakieś fajne tematy. pełno tego za darmo w internecie. Obecnie słucham podcastów "koło roweru" na tematy około rowerowe, są też fajne nagrania "mała wielka firma" o przedsiębiorczości, czy "kropka nad M" znów o sporcie. Jak się człowiek zagłębi w te podcasty to duża biblioteka multimediów się wyłania.
Polecam wam tę formę audiobooków, bo można się nawet nowych rzeczy nauczyć i poszerzyć swoją wiedze, no z przedsiębiorczości, czy innych dziedzin.


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Tour De Pomorze || 720.00km

Poniedziałek, 31 lipca 2017 · Komcie(22)
Maraton tour de pomorze, czyli 740km non stop. 

Do Śwonouścia docieram po prawie 10h w pociągach. Łącznie z przesiadkami, promami i es ka em kami dojazd był masakryczne długi. W Bazie jest już Mariobiker, którey zaznajamia mnie z ty co gdzie i jak. Ide do biura biorę przepaki i pakiet startowy.
Pakowanie i szykowanie roweru na start trwa do 22 z kawałkiem. Zanim się ogarniam i kładę jest już 23 a może nawet wita nas północ. Nie powiem dokładnie - zaczął lecieć spiderman na Polsacie - to sobie sprawdzicie :)

Rano pobudka o 6. Mario śpi, a ja wstaje i zaczynam szykowanie. Potem już obaj krzątamy się po pokoju. Decydujemy się jechać wcześniej na prom, bo w tv nic nie ma ciekawego, a na promie przynajmniej oklaszczemy sie za wszystkie czasy. Pomysł w zasadzie super - bo na BIeliku spotykamy forumowiczów i forumowiczki. Jest Eranis, Starsza, Miki Piki, Yoshko, Memorek no Mario I JA. Chyba o kimś zapomniałem? A tak Elizjuma też widziałem i Rapsika.

Pogoda jest słaba. Pochmurno, nawet zaczyna kropić. Niby prognozy nie są złe, ale niebo mówi co innego w sumie nie wiadomo było jak się ubrać. niby 16-17 stopni z nadzieją na "lepiej" ale w sumie jak wiatr wiał to było chłodno. A miał wiać...
W końcu startuje i ja. Gwizd z trabki organizatora i pojechalimy. Grupa się rozpędza, ale jakoś nie mogę się z nimi zgrać. Szybko, oddzielają się 2-3 osoby na przedzie. Potem muszę stanąć na zdjęcie kurtki i... jadę solo. Grupa przede mną jedzie jakieś 20-30 metrów potem 50m potem 100. Nie gonię! Jeszcze jest czas. Do Wolina Jadę spokojnie, choć jak to się mówi - bez polotu. W zasadzie mam odczucie "ee jakoś nie chce mi się".

Gdy skręcam na Kamień Pomorski - zaczyna się średni/zły asfalt. Telepie jak na tarce. Wali tłucze, wszystko mi podskakuje i wybija z rytmu. Kolejne grupy startujące po mnie mnie dochodzą i biorą jak narkoman amfę. No jednym słowem wciągają mnie nosem. Raz, drugi i trzeci łapie się na ogonku i dociągam kawałek, ale suma summarum odpuszcza i jadę swoje.
Niszczy to morale, bo myślisz sobie - kurde ledwie 50km a ja już zostałem wyprzedzony przez 15 osób. Nie poddaje się i metodycznie prę na przód.

PK1 - 11:57 62,5 km

Południe i pkt 1. O dziwo spora grupa ludzi tam poczywa. Ja nie zamierzam. Szybki stempelek, puszka napoju wypita duszkiem. jakiś baton w rękę i ruszam dalej. Jedzie się ok, choć znów dochodzą mnie osoby kolejne. Nie gonię, pozwalam im się wystrzelać.
Odcinek do Kołobrzegu bardzo przyjemny. Droga nawet w miarę równa. Jedzie mi się naprawdę dobrze, a morale podnosi się z kolan.
Okolice ustroni Morskich, jak i sam Kołobrzeg to jeden wielki deptak i piknik. Pełno dzieci, balonów jakieś melodyjki - istny jarmark. Ludzie oklaskują nas ( tak mnie tez oklaskują) i dopingują. Dzieciaki coś piszczą, nawet jakieś nastolatki do mnie piszczały i machały balonikami. Kurka wodna - no taki doping to nie ma wyjścia trzeba jechać.

PK 2 14:45 125,5 km

Nie bawię długo na punkcie tylko dalej ruszam. Bez sensu jest się rozsiadać, jak to zaledwie 125 kilometr. Szybko załatwiam formalności i ruszam dalej.

Wreszcie dogania mnie grupa. Nie wciąga mnie jak odkurzacz tylko wolno dochodzi i w efekcie dołączam do nich. Jedzie tam chyba z osiem osób. Tempo mamy podobne i decyduje się utrzymać tym razem w ekipie.
Jest o wiele raźniej. Poznajemy się, rozmawiamy, żartujemy. Jednym słowem zaczyna się prawdziwe clue programu. Partnerstwo w cierpieniu. Wiatr przeszkadza, ale wieje z boku i jazda na kole nie jest niezbędna.

PK3 BOBOLIN 17:30 186 km
Wspólnie wpadamy na punkt w Bobolinie. Jest ciepły makaron, jest WC. Jest chwila oddechu. Na takich imprezach jak ta, punkty kontrolne robią mega robotę. DO tej pory jeździłem w Maratonach Podróżnika, czy Innych imprezach, gdzie przerwy trzeba sobie organizować samemu. Wymagana jest od zawodnika większa logistyka. Tu zaś "wystarczy tylko jechać i co 60-70km cię nakarmią i napoją". Niby łatwo jest powiedzieć, ale im więcej kilometrów, tym trudniej te odcinki przeskakiwoać.

PK4 - Polanów 20:40 243km

Z Bobolina ruszamy znów wspólnie. Zbliża się koniec dnia. Przed nami jeszcze postój w Polanowie, ale tego punktu, specjalnie nie kojarzę. Jedzie mi sie dobrze, kilometry mijają, a dzień ma się ku końcowi. Gdy zapada zmrok, zbliżamy się do już do Szczecinka. Znajduje się tam pierwszy duży punkt kontrolny z możliwością spania. Grupa rozmawia i dywaguje, czy nie przespać kilku godzin na punkcie. Ja odradzam ale zażarte analizy trwają. Do Szczecinka wjeżdżamy o północy

Pk5 -23:59 Szczecinek 300km

Na liczniku jest już lekko ponad 300km. Co jade mi całkiem niezły - jak na moje założenia - czas. Tu pojawiają się pierwsze problemy. Planowany odjazd umawiamy na 1:00 w nocy. Każdy bez trudu ma czas zjeść, ogarnąć się i nawet zdrzemnąć chwilę. Efekt jednak jest tragiczny. Bo dłuższy postój to spore lenistwo. Udaje mi się jednak w końcu zebrać ale ku mojemu zaskoczeniu grupa nadal się grzebie. 3/4 osób stoi już na starcie, ale jeszcze jedna czy dwie latają, bo ten poszedł jeszcze siku, tamten brał prysznic i się ubiera. Denerwuje się i nie podoba mi się takie zwlekanie. W końcu ruszamy o 1:15, choć i tak przy nie zadowoleniu kilku osób, że tak poganiałem.

Nocą jazda nabiera innego sensu. Dobrze jest miec akompaniament innych osób. Nie chciałem rezygnować z dość dużej grupy na noc, bo jechać mieliśmy przez Borne Sulinowo, a słyszałem, że nocą nie jest tam super bezpiecznie. Była noc z soboty na niedzielę, a wiadomo, że w wioskach trwają wakacje.

Borne Sulinowo z tego wyścigu zapamiętam tylko jako lasy i płyty betonowe. W ciemnościach słychać było szelesty zwierząt biegających przy ulicy a kilka razy przebiegały przed nami sarny. Jedziemy jednak tak długo i monotonnie, że mam wrażenie że noc nigdy sie nie skończy. Rytm wybijany przez płyty betonowe przyprawia mnie o senność i przeżywam mega kryzys "niechęci do jazdy". Koszmarnie ciągnie mi się ten odcinek.

Na PK6 wpadamy dopiero o 5:27 a to "zaledwie" 75 km od poprzedniego. Zanim tam docieramy grupa zaczyna znowu "szwankować". Jedzie nas w sumie z osiem osób, a gdy proszę o zmianę, jakoś tak nie ma chętnych. Zwalniam do 18 km/h, ale jakoś nikt nie wychodzi na czoło i nikomu nie chce się mnie wyprzedzić, czy dojechać do mnie jako "dwójka" (jedziemy dwójkami w podwójnym peletonie). Po raz kolejny postanawiam jechać szybciej 23-24km/h i czekam aż ktoś powie że za szybko. Dociskam do 25 km/h i gdy się odwracam uświadamiam sobie, że grupa została jakieś 15 m za mną. Jade równo kilka minut w nadziei , że ludzie zmotywują się i mnie dojdą, ale grupa jest coraz dalej i dalej. Decyduje się więc na oderwanie. Trzymając prędkość w dolnym chwycie pedałuje sobie równo i zbliżam się do Mirosławca. Jest tam jeszcze dziesięć kilometrów, i strasznie zależy mi aby już tam być. Nie odwracam się długo, bo nie czuje potrzeby, ale wreszcie ktoś mnie dogania i jedzie nas już 3 osoby. Kilka "elektronów" widząc, że odjechałem z grupy odrywa sie i goni mnie.

We trójkę jedziemy do PK6.

Na punkcie ku mojemu zaskoczeniu, dogania nas reszta ekipy z nocy. W sumie nie mija z 5 minut i docierają zaraz po naszej trójce. Czyli jednak można było szybciej. Stałem się takim impulsem do działania. Wymieniam opinie z ludźmi że troszkę wolno, i że trzeba jechać i że duży pkt kontrolny będzie po 500 i tam będą łóżka i że warto się tam doczłapać. Wszyscy się zgadzają, ale wykrzesanie sił o tej godzinie, to już trudna sprawa. Przełom dnia i nocy jest trudny. Zaczyna słońce doskwierać i pojawia się wiatr. Nie wiało nocą, ale za pk 06 już nie można bagatelizować wiatru - to on na zmianę z upałem będą dużą niedogodnością przez kolejne setki kilometrów.

Za Mirosławcem, droga faluje. Są długie podjazdy łagodne i zjazdy. Niby nie jakieś straszne te wspinaczki, ale czuje jak pulsuje mi całe ciało. Nogi w butach pieką z gorąca, a dłonie i ramiona targane słońcem, wysychają na wiór.
W zamęcinie, moje ciało woła o pomoc. Mam wrażenie, że głowa mi eksploduje od słońca, nogi spuchły, a w ustach wiór. Woda z bidonów smakuje jak pomyje i morale mega spada. Szybkie jedzenie, które wcale nie smakuje. Nie dlatego, że jest niesmaczne, tylko ze względu na upał. Popijam bułkę z wędliną, wodą z bidonu. Nie jestem wstanie przełykać suchego pieczywa. W WC refresh. Obmywa glowę kark, uda nawet nogi polewam wodą. Oczy pieką od soli, usta spierzchły, ale po 15-20 minutach doprowadzam się do ładu.

Start z punktu znów jakiś rozwleczony. Nie patyczkuje się - oznajmiam, że jadę i już! Szybko są chętni aby pojechać za mną. Nie mam siły na zapierdzielanie, ale wole się toczyć 15km/h niż leżeć a potem zasuwać 25 aby nadrobić. Stempel jest, zjedzone, woda w bidonach to wio!
Cel jest jasny Myślibórz i duży punkt kontrolny gdzie mam nowe ciuchy i chce się wykapać. Droga do przepaku drugiego jest usłana cierpieniem i samoumartwieniem. Długo by tu opisywać, jak mi źle było, i jak mi było źle... Ten odcinek zaliczam do najgorszych. Od Lipiany do samego punktu wiatr niszczy mnie do końca. Jedziemy pod taki wicher, że klękajcie narody. Prędkość 15 km/h szarpie, dmucha a do tego pali słońce. Jedzie ze mną zawodniczka "JANA" nawet nie wiem czy ja jej jadę na kole, czy ona mnie, słabo pamiętam co po kolei działo się na tym odcinku.

PK 8 - 12:00 W samo południe;)

Na punkt docieram w samo południe czyli 12h po wizycie w punkcie 5. Czy to szybko? Nie wiem - nareszcie jestem i padam! Jem zupę pomidorową, jem obiad z ziemniakami. Kąpie się przebieram w drugie ciuchy. Wreszcie leżę i odpoczywam. Nie mam pojęcia ile spędziłem czasu na tym punkcie. Może za dużo , może powinienem szybciej się zebrać. Wiedziałem jednak, że muszę dobrze się zregenerować, bo kolejne ponad 200 kilometrów to nie będzie łatwy kawałek chleba.

PK9 16:51 Moryń

Do Morynia jedzie mi się ok. Mimo, że ruszamy z punktu w miarę wspólnie to grupy jako takiej już nie ma. Czasem się zjeżdżamy razem, czasem chwilę jedziemy wspólnie, ale generalnie raczej są poszarpane elektrony niż zbity atom. Jest ok jakoś to gra. Nikt nikogo na siłe nie spowalnia, ani nie blokuje. Po prostu jedziemy w zasięgu wzroku. Mam tu kryzys i na PKT w Moryniu dojeżdżam po wielu osobach z mojej nocnej ekipy. Nie martwię się tym, bo z punktu w Moryniu ruszam już jako pierwszy - przed nimi. Nie mam po co stawać na dłużej. Wciągam 3 arbuzy pije colę, myje szyję, ręce i kark, a na koniec wchodzę nogami do fontanny i ruszam na Chojnę. Efekt? Osób ze swojej grupy już do końca wyścigu nie spotykam na trasie - dopiero na mecie kilka z nich dojedzie za mną na pk 12.
Do Szczecina i punktu kontrolnego wjeżdżam sam. Mam moc, energię, upał zelżał, nawet zdarxzyłą się ulewa. Organizm się regeneruje duzo lepiej z mniejszej spiekocie a rower jakoś sam jedzie. To już koniec, prawie sam koniec. Jeszcze stówka! Głowa ma się ok.

PK 10 Szczecin 610 kilometr

W Szczecinie, na PK10 - mam kłopoty żołądkowe i przedłuża mi się postój. Nie jest to problem, który by zagrażał mojej dalszej jeździe, ale wolałem spędzić tam 15 minut więcej niż cierpieć na trasie. Zjadam i piję, a gdy żołądek się uspokaja ruszam na ostatni punkt przed metą!
Idzie noc. Lampki działają a drogi psują się. Szczecin zapamiętam jako miasto widmo. Pełno łat, dziur, woda w kałużach to zdradziecka suka. Nigdy nie wiesz czy pod kałużą jest tylko asfalt, czy 10 cm wyrwa! SZOK takie duże miasto, a ulice zmasakrowane jak po bombardowaniu.

W nocy doganiam dwoje zawodników. Jedziemy chwile wspólnie. Przeżywam katusze, bo po dziurawym Szczecinie, wysiadała mi prawa ręka. Jakiś przeszywający ból wszedł mi w mięsień ramienia. Jest źle. Jadę z nimi, ale nie mogę się utrzymać, bo jak dotykam dłonią kierownicy od łokcia, do obojczyka czuje straszny ból. Jakby mi ktoś mięsień rwał. Jadę więc z jedną ręką na kierownicy, ale to powoduje, że jechać muszę wolniej no i trudniej jest omijać dziury.

Nowo poznani kolega i koleżanka ratują mnie altacetem w sprey`u i silnym przeciwbólopwym lekiem. Udaje się wyleczyć kontuzję i już po kilkunastu minutach jedzie mi się zdecydowanie lepiej. Głowa jednak już nie tak pracuje, jak trzeba. W okolicach goleniowa odłączam się od nich, bo błądzimy. Jakoś w sumie ciężko powiedzieć, to tam się stało. Ja na GPS miałem ślad jakoś źle zaznaczony, oni chyba mieli tylko traseo trasę wgraną.

Mieliśmy jechać X pojechaliśmy Y, potem wróciliśmy znów do Z, aby jechać X, a ja w końcu pojechałem na Goleniów, w nadziei że sam rozwikłam zagadkę i jak sie pozbierałem psychicznie, spostrzegłem że nie ma ich. Potem wmówiłem sobie, że są przede mną i goniłem duchy jak głupi. Potem chwile czekałem, mając nadzieje że są za mną, ale nic. Logiczne myślenie to był trudny aspekt w tej chwili. Zmęczenie i druga noc... totalnie się rozsypałem. Gdyby nie gps, to bym jechał chyba na NIemcy i był święcie przekonany, że to polskie nazwy miejscowości.

Stępnica 23:47 - 659kilometr trasy.
Na pkt w Stępnicy dojeżdżam 23:47. Zaskoczony jestem tym, że dwójka znajomych jest nadal za mną. Nie czekam na nich, pewnie przyjadą sporo po mnie. Wypijam coś, zjadam kanapkę i ruszam w noc. Czas walczyć o metę!
Na trasie do Wolina spotykam kolejne dwie osoby. W sumie w tym trzyosobowym składzie wjedziemy już na metę. 
Jedziemy wolno, ale systematycznie. Wtaczamy się pod górki i pędzimy w dół. Na metę docieramy o 2:50

META 2:50


Kawał porządnie, zorganizowanego wyścigu. Wszystko tak jak być powinno. Nowe doświadczenia zdobyte. Klasyfikacja na BBT za rok jest! Czy zdecyduje się na BBT - nie wiem. Nie sądzę, niezmiennie jednak mam satysfakcję z jeżdżenia takich tras. 

Sporo osób poznałem i miło spędziłem czas. 

Zdjęcia wrzucę w tekst później  - jeśli mimo braku zdjęć doczytaliście opis do końca - należy wam się chrupek szczęścia w nagrodę. Starałem się wychwycić literówki, ale korektę jeszcze raz będę robił. Teraz czas spać!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Hulajdusza i Dymanko w piwnicy! || 0.01km

Środa, 26 lipca 2017 · Komcie(8)
Nie ma to jak na dwa dni przed wyścigiem, kupić sobie pompkę do szosy podręczną. Lepiej mieć niż nie mieć w sumie. Do tej pory miałem pompkę "Beto" do trekingów, ale pompowanie nią opon szosowych to była porażka, powyżej 4 atmosfer było ciężko nabić. Na MP 2017 pożyczyłem pompke do amortyzatora i kół od Kamila ze sklepu, ale swojej w szosie nie miałem. 

Wybór padł na topeak race rocket.

Wydaje się solidna, a w piwnicy napompowałem do 7,5 atmosfer koło. 

No oby się nie przydała -  bo ja nie mam kół mavica...:(
Aha - właśnie - zapomniałbym! Hulajnogę kupiłem. Będzie odskocznią od roweru i urozmaici - mam nadzieje - mi poruszanie się, gdy na przykład będę musiał jechać komunizacją... męską. W sumie chodzenie jest nudne i strasznie wolno się chodzi. Więc poruszanie się na dwóch kółkach, odpychanych nogą wydaje się szybsze niż marsz, a uprzedzam, że trenowania biegów i maratonów biegowych - nie planuje. 

Koła 22 cm - jakieś tam amortyzatory i ogólnie - jaram się;) Powrót do dzieciństwa, choć coraz więcej osób porusza się hulajnogami po chodnikach i ścieżkach. 

Czy hulajduszą można po ścieżce? Hmm? Po prawej stronie z oświetleniem na plecach i z przodu? Jaka jest wasza opinia? W końcu to pojazd na dwóch kołach. W Wawie sporo ścieżek, ale czy mnie tam wolno?  



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew