Sięjeń - rwakur!

Poniedziałek, 24 października 2016 · Komentarze(8)
Poranek przywitał nas... ciemnościami. No otwieram oko i patrze a tam co? NOC! Kuźwa o 6 noc? Kpina? Poszedłem dalej spać. Syn miał inne plany na ten okres jednak i tak jakoś po siódmej już spałem na pół. Pół okiem a pół guganiem... Co jakiś czas traciłem wątek i mi się podrzemywało, ale Jan zdecydowanie domagał się wtedy uwagi i oznajmiał to krzyko-gadaj ze mną-płaczem.

Kiedy w końcu pół śpiąc, pół gadając z synem dotrwaliśmy do 7:30, mozna było zlwlec się z łóżka i zasiąść do śniadania. Dziś moja kolej wypadłą na poranne zakupy, toteż jako pierwszy miałem styczność z autsajdem... No niby nie pada. WYstawiam nos dalej, tak nie pada... ale kurcze wieje. Nic to - mięsko do kanapusi się samo nie kupi. 

Podjąłem wyzwanie i pojechałem!

Po zrobieniu zakupów krótki pit stop w domu i szykowania syna do spaceru. Dziś była akcja "na śpiocha". Usnął po śniadaniu, gdy się zakupowałem, więc aga ubrała go "przez sen" i razem wyszliśmy z domu. Oni poszli do lasu na grzyby a ja do pracy. 
No powiem wam ludziki, że rześko było, mimo, że miałem chyba z 5 warstw na sobie... 

Po pracy jak się obrobiliśmy z zadaniami, wyrwałem się nieco wcześniej. Wszak w sezonie zaiwaniamy po 9h i kazdą sobotę to w takie jesienne dni można odebrać kilka godzinek wcześniej. Mając w zanadrzu dobrze ponad godzinę, wybrałem się droga przez las. Rower w ciągu dnia umyłem, nasmarowałem więc gotowy był na kolejne przełajowe szaleństwa. 


Las był już lekko szarawy, bo i noc zapadała. Jechałem jednak z bananem na twarzy i nawet mżawka, jaka padała nie zdołała tego uśmiechu zdjąć. Jeden pagórek, potem kolejny, tu listeczek, tam jakiś ptaszek... i nagle PACH!!!!
HUK i tryp tryp tryp... stoje...

         


No i dziura! Do tego szlak trafił oponę i musiałem bardzo małompowietrza napompować, aby dętka przez dziurę nie wyszła. Niestety i tak guz się zrobił jak balon, i chyba strata będzie całkowita tego epizodu. Nie poddałem się jednak bez walki. Dokończyłem sobie pętelkę i wróciłem do domu. W domu zabrałem się za szycie.

Dokładne oględziny rozcięcia, nie przyniosły zadowalających efektów. Jedyny "plus" to to, że nacięta jest tylko ścianka a główny bieżnik opony prawie nietknięty. 


Ścieg księgowego:) totallum chaosum!

Zaszyłem oponę, a dziurę podkleiłem od spodu łatką. Efekt? No cudu nie ma, ale kurcze jakoś może pojeżdżę tę zimę na tym. Będę obserwował jak będzie się zachowywało rozcięcicie. Nie da się niestety napompować gumy już na 5 atm, więc na jedynie leśne dróżki się nada. Zapobiegawczo założę tą oponę na przód a tą mniej styraną dam na tył. Może nie uceluje już szkieł w lesie;P

Przełajowe zwiedzanie kładki

Niedziela, 23 października 2016 · Komentarze(9)
Niedzielna wycieczka była w sumie wielką niewiadomą, bo pogoda ostatnio robi sobie z naszych rowerowych planów igraszki. Miałem wstać rano i polecieć na dwie godziny zanim pójdziemy z Jankiem na spacer. Niestety, poranek był tak beznadziejny, że zwyczajnie przewróciłem się na drugi bok i poszedłem dalej spać. 

Reszta dnia potoczyła się już wedle pewnego schematu. Najpierw Janek dostaje jeść, potem się go przewija - chyba jest wtedy jeszcze ciemno na dworze - potem Janek ląduje między rodzicami w łóżku i się z nim gaga... guga... uguga... Wiecie takie tam rodzinne gaworzenie z synem.
Cierpliwość Janka, jednak szybko się kończy i trzeba mu zmienić punkt zainteresowania. Ile do cholery można mówić do starych, a oni tylko głupio się śmieją albo stękają jakieś niewyraźne słowa. Jest wtedy płacz frustracji i Jan ląduje w wózku i zajmuje miejsce w kuchni, a my przygotowujemy śniadanie. Rad jest że może patrzeć jak się krzątamy w kuchni i na pewien okres czasu mu to starcza...

Na spacer z Jaśkiem poszliśmy w szczycie histerii . Po ubraniu go w ciuszki wyjściowe na jesień, wpadł w desperację i tak się rzucał, że nieomal do spaceru nie doszło. Jak tylko wjechaliśmy do windy włączyło mu się "zwiedzanie i poznawanie świata" i umilkł. Zawsze jak jedzie gdzieś wózkiem ( o ile się nie zleje, lub nie jest głodny) to tak z zaciekawieniem obserwuje otoczenie, że płakania nie ma. Tylko wyszliśmy więc z domu Janek najpierw zwiedzał, a potem zasnął.

2h spacerowania  lesie z małoletnim i powrót. Nogi czułem, i troszkę się dotleniłem, ale to było mało. Nie padało, a to ewenement od kilku dni, więc wsiadłem na rower i pojechałem na nowo-szykowaną kładkę dla rowerzystów i pieszych, którą niebawem otwierają. 

Wał wiślany - czyli Dzikie pole...




Kładka rowerowa zbudowana ze starej struktury podtrzymującej rury odprowadzające popioły z EC Żerań. Ostatnie przęsło przechylono aby dojazd na kładkę był łagodniejszy. Ciesze się, że nie zrobili durnych serpentyn!


Tak to wyglądało przed budową kładki... Nie udało mi się znaleźć zdjęć jak wyglądało to gdy jeszcze biegły tędy rury z popiołami. 


wnętrze rowerowo/pieszej kładki. 


Ścieżką szutrową docieram aż do ZOO i Mostu Gdańskiego - swoją drogą super ten odcinek jest. Teraz z tą kładką można sobie jechać rowerem omijając ulicę Modlińską aż do samych Siekierek. Oczywiście nie da się za bardzo szosą, ale na jesienne i zimowe "wycieczki" trasa jaką dziś jechałem, jest w sam raz!


Słupki warszawskie... 


Wracałem od Mostu gdańskiego drugą stroną Wisły aż do mostu Północnego. Tu na zdjęciu widać, ciekawą rzeźbę potwora z Wisły:D Fajny street art;)


Kolejny fajny odcinek to rowerostrada szutrowa po Młocińskiej stronie Wisły. Tuż za Spójnią zbijamy się na szutrówkę i śćieżkę terenową. Można z dala od Wisłostrady dojechać aż do samego mostu Grota!


Centrum olimpijskie z drugiej strony widziane...#kineskopy


Od Żerania do samego końca Tarchomina jest śćieżka na wale z kostki. Fakt, że to mega deptak, dla ludu i pewnie w dni wakacyjne, wiosenne będzie tam pełno ludzi, ale gdy wracałem z trasy nie było już żywego ducha. 


Gdy kończy się kosteczka, wał wygląda normalnie;)


W sumie przejechałem 40 kilometrów. Dodając do tego spacer z małoletnim to nawet czuje się usatysfakcjonowany aktywnością tej pochmurnej niedzieli. 

Liściem szumiąc kołem plując

Piątek, 21 października 2016 · Komentarze(2)
Kategoria Do pracy!
Udało się wreszcie odczarować jesień. I pojechałem na rowerze. W sumie nie czułem się w 100% zdrowy, ale moc mnie do tego zmusiła. Chciałem się przejechać w szumiących liściach, pięknie szeleszczących drzewkach. Tak sobie wyobrażałem ten wyjazd, bo zapowiadali, że ma być ciepło i słonecznie z rana. No i rzecz jasna wszystko szlak trafił. Pojechać pojechałem, ale w pochmurny dżdżysto siąpiący poranek, gdzie deszcz w sumie zastanawiał się czy ma spaść w postaci kropel, czy osiąść jako mgła i wilgoć.  Wybrał to drugie. Było ponuro szaro mgliście, ale na rowerze. To już coś. 

Aha no i było coś pod 8.9 stopnia - czyli relatywnie ciepło jak na okres poprzedzający ten wyjazd. 

W pracy remanent, siedzenie, dłubanie, liczenie, wpisywanie, kawa, wpisywanie, przerwa, wpisywanie, kawa, wpisywanie i do domu. 
Generalnie sielanka to nie jest, ale okres jesienno zimowy w sklepie i liczenie towaru to jedna z cech tej pracy. Do zajęć typowo zimowych i jesiennych zaliczyć można w sklepie rowerowym również:

składanie rowerów
palenie w kominku
serwis sporadyczny
oglądanie ju tuba
słuchanie radia
robienie zamówień rocznych
przyjmowanie dostaw towarów (np 80 kartonów rowerów w styczniu)
picie kawy!:@

Wątek o chrzcinach zrobił nie lada poruszenie w komentarzach. W sumie uspokoiliście mnie, bo już myślałem, że armia ludzi dobrej woli atakuje tylko mnie. Dzięki - sumienie mam spokojniejsze dzięki wam. Janek rozwija się zdrowo i mimo, że czasem jest strasznie marudny, to słodziak z niego nie z tej ziemi. Mam czasem wrażenie, że swoimi rzęsami poderwie połowę panien na podwórku!

Dzień zakończyłem wracając w deszczu z pracy. Jechało się przyjemnie, choć pod koniec już miałem dośc zapadanych okularów i z radością przyjąłem pojawienie się ciepłego mieszkanka! 

Czy lepszy trenażer czy real jesienią? Ciężko określić, w realu łatwiej się nabija kilometry, te same 12 km w realu a na trenażerze to całkiem inna bajka w realu połowe za darmo mamy. Niezmiennie jednak uważam, że w zdrowy sposób można łączyć indoor i outdoor cycling jesienią i zimą.

walka o głos

Środa, 19 października 2016 · Komentarze(9)
Kategoria trenażer
Czapeczke mu załóż
No uszka ma odsłonięte...
Te nóżki takie ma marmurkowe - chyba mu zimno
Oj nie wycieraj go tak mocno, zobacz jak się krzywi...
Załóż mu jeszcze kurteczke jakąś bo zimno na dworze...

I takie tam porady ludzi dookoła, którzy dokładnie wiedzą jak ubrać mojego syna i jak mu buzię wycierać. Ciotki, babcie, siostry cioteczne, brateczne niebezpieczne. Ostatnio Jan coraz częściej ma więcej opiekunek niż rodziców. Walka ze społeczeństwem to ciekawa sprawa. Nie uważamy się za indealnych rodziców, ale opiniotwórcze społeczeństwo wie dokładniej, lepiej, oni widzą to z dystansu.

Jak to przyczepkę? Nie będziecie go wozić w przyczepce!
- czemu?
- no tak. Wiecie ile spalin dziecko się nawdycha? Wprost spod rury wydechowej będzie mu dmuchało...
- ale jak jedzie w wózku też wdycha spaliny
- ale nieee. Przyczepka zaraz przy zderzakach. Nie przyczepki to wam nie pozwolę! Ja będę się o niego bała.
- Mamo, ale my tylko ci mówimy, ze za rok na wyprawę z młodym jedziemy z przyczepką, nie prosimy Cię o zgodę.
- Oj bo te przyczepki na ulicy to takie niebezpieczeństwo...
- Niebezpiecznie to z dzieckiem i wózkiem po pasach przejść, bo nie wiadomo czy cię poszczą...

Rodzice są bowiem, jak wiadomo nieświadomi zagrożeń i niebezpieczeństw jakie przyczepka stanowi dla dziecka. Nie wiedzą jak jeździć rowerem po ulicach. Mało tego pierwszy raz na rower wsiadają i będą dwupasmówkami jeździć z młodym aby ten dokładnie poznał dodatki uszlachetniające benzyny orlenu lukoilu i shella.

Jednym słowem, syn jest pod doskonałą opieką całego świata!

Udało się wsiąść na rower w piwnicznej. Miałem dość mało czasu, bo z pracy wróciłem, potem znajomy miał wpaśc i przynieśc nam zdjęcia z chrztu a do tego wszystkiego z niedoczasem byłem. Wpadłem więc jak szatan do mieszkania szybkie dwie kanapki popitka jakaś i sru do czeluści potu i znoju. Godzina to za duzo, nie wyrobilibyśmy się, więc podniosłem lewel i wsiadłem na pół godziny, ale jechałem z wiekszym obciążeniem. Przyjemnie i miło, choć cokolwiek krótko.
 
Upociłem się jako chciałem i do domu na pięterko wróciłem. Szybkie prysznicowanie i kąpiel syna. Potem zaplanowana wizyta i...

brawo ja! Udało się w tak ciasnym zestawie wcisnąć coś z siodełka.

Efekt?
Dziś jest środa i mam znów głos!
Rower leczy!

straciłem głos - klawiatury nie!

Wtorek, 18 października 2016 · Komentarze(4)
Od dawna chciałem by mój blog nie był tylko rowerowy, więc piszę dziś tego posta ot po prostu aby pogadać. W sumie jest to totalnie odmienne od mojego stanu, bo w realu pogadać za bardzo nie mogę. Zapalenie krtani pozdrawia. Moje przeziębienie jest już chyba w piątej fazie. To jakieś uporczywe świństwo totalnie mnie rozbroiło, choć przy użyciu wojny partyzanckiej nie zaś wytaczając duże działa.

Pierwsza bitwa zaczęła się bólem garła, i węzłami chłonnymi, później po gripexach śmexach i ferwexach przeszło mi na tyle, że zrobiłem dwa treningi w piwnicznej zdroju z chłopakami z Giro. Niestety dwa dni wolnego i chrzest mojego syna to okazja nie tylko do trenowania, ale także do latania po dworze bez czapki. 

W sobotę poszliśmy z małoletnim na spacer wykościołować się i oczyścić brudne sumienie przed ochrzczeniem maluszka. Fakt faktem ubrałem się za zimno, ale takiej zimnicy się nie spodziewałem. Zmarzłem w drodze do kościoła a i w kościele w sobotę wystałem się w chłodzie. Młody rzecz jasna przespał wszystko, ku memu zaskoczeniu.
Niedziela to już sam chrest, Latanie od rana i dużo wchodzenia i wychodzenia z lokalu domowego do auta, potem znów do kościoła,  z kosćioła znów do ciepłego auta - aby młody się nie zaziębił i na koniec obiadek w restauracji z rodziną i kilka kursów w stylu "weź przynieś z samochodu to czy tamto.

Jednym słowem dla mojej odporności to była jazda na diabelskim młynie - to w dół to w górę...
Straciłem głos! No odjęło mi mowę w Niedzielę wieczorem. Piszczałem jak kurczak już o 19ej. Jakie jednak sa tego zalety? No takie, że syn ochrzczony, szwagrowie ugoszczeni i jedna "impreza" za nami. Jeszcze tylko, roczek, komunia, bierzmowanie, osiemnastka, ślub i z bani:)

W sumie mam to szczęście, że pogoda za oknem w czesie mojego chorowania postanowiłą dać wam do wiwatu, abyście za wiele tych kilometrów nie nakręcili. Spisek taki mam z pogódką i was pociska.

Śmiechy śmiechami... ale za tydzień chce wrócić do realnego świata i znów na rowerze się przejechać, ale jak patrze za okno to zastanawiam się czy na kalendarzu nie powinien być listopad a nie październik, bo dawno tak zimnego i brzydkiego października nie widziałem. 

Z ciekawszych rzeczy - to moja paczka wysłana z paczkomatu we Wrocławiu na początku września z rzeczami do  przebrania po maratonie MPP jeszcze nie dotarła. RDK nawet nie zapytał, co z jego sakwą, bo jego graty idą też, ale chłopak liczy na moją obrotność i zwinne palce chyba. Już dwa razy reklamacje zgłaszałem i dwa razy na infolini siedziałem i dziś dopiero dostałem maila od inpostu, że "zgodnie z procedurą status mojej reklamacji zmienił się na [w trakcie rozpatrywania] i że mają na rozpatrzenie 30 dni od daty złożenia" ŁO DA FAK?

Dobrze, że mam mało ważne rzeczy w tej paczce, ale kurka miętka domagam się zadoścuczynienia, Nie może mnie inpost pozbawiać jednych portek do jazdy na rowerze na 3 tygodnie !Nie pozwolę! Nie żebym miał tylko jedne, ale kurcze, no portki dla kolarza to jak świętość!

Zasiewając bulwersacyjność żegnam się z wami! Do usłyszenia!

Godzinne Giro - Etap II

Sobota, 15 października 2016 · Komentarze(0)
Kategoria trenażer
Godzinne pedałowanie w sali tortur. Dziś szło mi sporo lepiej. No i ciekawszy etap "grali" w tablecie. Nareszcie roszady w peletonie a nie nudny time-trial. 

Motywacja do jazdy stacjonarnej jest... jak wyszedłem dziś z młodym wiecozrem to aż ręce po kieszeniach bez rękawiczek musiałem szukać!

Oszukuje, kłamie!

Sobota, 15 października 2016 · Komentarze(6)
Kategoria trenażer
Nie wyszło kózce na dobre to jeżdżenie w deszczu. Oj nie wyszło. Fala mnie zalała i pokonała. Zaczęło się po 3 dniach od ostatniego jeżdżenia sensu stricto. 3 dni się nie składało do pedałowania, a tu nagle w dzień pewien październikowy poczułem chrypkię... I chrząkam chrząkam a tu nic. W te pensy poszedłem spać. Wszak chrypka to nie grypka... no ale jak mnie obudziło o 3 kwilenie dziecięcia, co to po cyca wstał, poczułem jakby mnie ktoś kijem nakładł po szyi. W czeluściach mych rozgorzała fala żaru. Tak mnie gardło bolało i szyja, że jąłem się martwić, co będzie. Szybko gripex i wyprowadzka do drugiego pokoju aby syna nie razić swoim niezindentyfikowanym tworem chorobowym. 

No i wyszło szydło z pisu, następnego dnia czułem się lepiej, ale wyraźnie było coś nie teges. Gripexon co 4-5h, i ssawki doustne przeciwbólowo gardłowe. I takem sobie zafundował choróbsko. Nie Angina, ale zapalenie gardła rodem z bitwy o tron, lub przynajmniej bitwy o migdał! Migdałek!

Nie było rady, na te zjawisko. Trzeba było odpuścić realne pedałowanie i przeremontować sobie piwnicę. W domu bowiem nie za bardzo teraz warunki do trenowania w mieszkaniu. Zwęziłem biureczko, które znalazłem na śmietniku swego czasu i stało sobie w graciarni. Z dwóch połówek owego zrobiłem sobie wąski blat przy ścianie. Na ścianie wylądowała półka na głupotki. Rower także zyskał tymczasowe zimowe mocowanie do tableta na rower na czas treningów. Wszak internetu nie mam w piwnicy i trzeba będzie jakoś spędzić tam na siodełku czas. 

Czego nie da się zbudować, nie może zostać zbudowane - tak mówi starożytne przysłowie Księgowego. Poczyniłem więc, używając mocowań od odblasków, stand na tableta mocowany do kierownicy.

Mój Kokpit na zimowe treningi - gotowy. 

No i usiadłem na trenażer i popełniłem pierwsze 40 minut pedałowania. Niestety trafił mi się nudny pierwszy etap giro i zmagania zespołów na czas. W kółko te same grupy po 5-8 osób i krótka trasa... Następny występ mam nadzieje, przejechać już w akompaniamencie jazdy peletonowej i jakichś ciekawych ucieczek i podjazdów pod premie. Pedałowanie bowiem najlepiej wychodzi mi gdy:
a) słucham audiobooka
b) oglądam  relacje z tourów europejskich...

Po treningu wyglądam tak:D

Dla osób nietrenażerowych.
Jazda na trenażerze może być fajna. Serio. Wbrew pozorom nie jest takie to złe, jak się wydaje. Takie przesiedzenie 40 minut czy nawet 1,5 h na siodełku, wzmacnia naszą odporność psychiczną na monotonię długich dystansów. Nie traktuje tego w sumie nawet jak trening, po prostu lubię jeździć. Nie zamierzam całkiem rezygnować z "cywilnej" jazdy, jednak chciałbym dobrze przepracować zimę w tym roku aby na sezon 2017 być dobrze przygotowanym do ciągania syna w przyczepce;)

Aby nie pozostawiać tematu rodzicielstwa dodam kilka fotek ze spaceru z małoletnim. Tym razem byłem z nim sam. Żona została w domu a ja i Jaś pomaszerowaliśmy na 2 godziny do lasu z aparatem! Sprawia mi ostatnimi czasy sporo frajdy z łapania fotkami nieuchwytnie zmieniającego się świata. Nie jestem może tak lanserski jak 15 latek z lustrzanką i pewnie robię wiele błędów fotografując, ale jestem bardzo wybredny i sporo zdjęć trafia do kosza! Zapraszam do galerii ze spaceru z Janem:





















Różności krawężniki

Sobota, 8 października 2016 · Komentarze(5)
Kategoria Do pracy!
Co to za dzień dzień dżdżysty jesienny
O kuźwa zęby dzwonią, ach dzwonią niezmiennie...

A tak na poważnie. Kolejna sobota pracująca się trafiła, toteż wybrałem dziś jako środek transportu rower. Pierwsza, sprawdzić temperaturę na zewnątrz, pojechała Agnieszka. Obskoczyła targ, podczas  gdy ja zostałem z małoletnim i "gugaliśmy" sobie o głupotkach. Jak się Jaśkowi guganie znudziło, zaczął marudzić. Szybka akcja butla i odbeknięcie no dalej w wir zabawy. Nogi wyzej jak głowa, ręce i nogi w zdezorganizowanym machaniu. Wszystko podskakiwało wszystko latało. Ileż enegii ma ten mój syn. Mówimy teraz na niego ośmiorniczka, bo każda kończyna jest w ruchu!

Gdy Aga wróciła, za oknem nadal była szaruga. Buziak, szybkie śniadanie z kukurydzianych płateczków na mleku i kurs praca. Znów nie wiedziałem jak się ubrać. W końcu wybrałem up-grade`owany zestaw wczorajszy. Doszły rękawiczki cieplejsze, a zamiast polara drugi windstopper. 

Pierwszy odcinek do pracy zawsze mam pod górkę, bo do pokonania jest wiadukt kolejowy. Mam więc okazję się rozgrzać. Później ul Szwajcarska i Mural (najdłuższy w Polsce) i dalej już standard. Na ścieżce rowerowej w Wieliszewie po moim zgłoszeniu ekipy remontowe pracują i podsypują piaskiem osunięte i zapadnięte kosteczki. Kurka wodna tylko co to za logika, skoro na ścieżce stoi auto robotników i swoim  "jeżdżeniem" pewnie dodatkowo niszczy szlak. Jadąc w głowie obliczałem sobie jakby to był, gdyby opona samochodowa miała pokonywać nierówności proporcjonalne do tych jakie my pokonujemy na ścieżkach:


żróło. Polskanarowery:

Opona 32 c rowerowa - wysokość opony od obręczy = 32mm 3,2cm
łączenia ścieżki rowerowej/ krawężniki/wypustki i "rynsztoki odprowadzająće" mniej więcej od 1-1,8cm czasem nawet 2 cm, ale bądźmy "hojni" i wyrozumiali do obliczeń weźmy 1,8 cm czyli półtorej palca (jak Kargul na Miedzy liczmy!)

A więc mamy

1,8 cm to aż 56% wysokości mojej opony 32c!

Dla porównania:

opona 29 cali 2.1 cala to wysokość 5cm
A wiec mamy

1,8 to 40% wysokości opony 29 cali

Opona samochodowa ma wysokość przyjmijmy 10cm - dla ułatwienia obliczeń.

Krawężniki i nierówności dla kierowców, na drogach będące proporcjonalnymi do naszych na ścieżkach rowerowych, powinny więc wynosić:

40% z 10cm to 4cm krawężnik
56% z 10cm to aż 5,6cm!

Polecam przejechać autem z prędkością 50km/h na kawężnik 5,6 lub nawet 4 cm
 
Mało obrazowe? No to weźmy krawężnik klasyczny:

Krawężniki
§ 229. 1. Jezdnia obiektu inżynierskiego powinna być ograniczona krawężnikami lub znakami poziomymi przewidzianymi na nawierzchni jezdni.
§ 231. 1. Krawężnik powinien wystawać ponad poziom nawierzchni jezdni:
1) jeśli między jezdnią a chodnikiem dla pieszych lub obsługi bądź ścieżką rowerową:
a) nie ma bariery — nie mniej niż 0,14 m i nie więcej niż 0,18 m,
b) jest bariera — nie mniej niż 0,08 m i nie więcej niż 0,14 m,
2) jeśli umieszczony jest przy barierze zamocowanej na skraju obiektu — nie mniej niż 0,14 m i nie więcej niż 0,18 m.
2. Górna krawędź krawężników powinna być dostosowana do pochylenia niwelety jezdni


Weźmy więc ten najmniejszy 14 cm krawężnik. Jest to więc aż:
437% mojej opony 32c
311% opony 29 cali

wiec klasyczny krawężnik 14 cm to :
140% opony auta...

Gdyby zachować proporcje i budować takie krawężniki "proporcjonalne" dla aut miałyby one wysokość.

43cmlub 31cm!!!


Policzyliśmy, ponarzekaliśmy, zasialiśmy ferment więc już jest nam lepiej. Teraz czas wrócić do jazdy rowerem jesiennej. Ostatnio zastanawiam się jak pogodzić bycie ojcem z krótkim dniem, masą obowiązków i jesiennym pedałowaniem. Jazda w deszczu i złą pogodę, to tylko jedna z opcji, która już wdrażam. Trenażer pewnie też będzie rozwiązaniem - swoja drogą szum rolki mega spodoba się mojemu synowi. Cokolwiek szumi - wzbudza w nim zachwyt i zaciekawienie nie do opisania. 
Są głosy, że zima ma być sroga, skoro już październik jest taki brzydki i pogoda za oknem listopadowa. Ja niestety na zimę przestałem liczyć od kilku lat. Jedyne czego możemy być pewni to zniczy na pólkach na 1 listopada, a śniegu raczej bym nie obstawiał. 

Wkraczamy w okres ciężkiej rowerowej "niemocy"gdy  sraczka i biegunka za oknem, a na rower patrzymy z tęsknotą. Liczę po cichu, że jesień piękna i złota jeszcze nadejdzie i, że uda się skoczyć na rowerek w akompaniamencie szumiących liści. Cała ta jesienna otoczka jest jednak w pewien sposób pozytywna. Co roku, gdy zapada taka pogoda na drogach rowerowych, drogach dla zwykłych ludzi i ogólnie na dworze, pojawia się coraz mniej rowerzystów. Zapadają w sen zimowy. Szosowcy, robią bazę na sezon i kardio na basenach, siły i rzeźby na siłowaniach, a my? My zwykłe codzienniasy, gdzieś czasem przemykamy w tym szale jesienności i wirujących kropel. 
Czuje wtedy takie fajne mrowienie w  mostku - nie nie to nie zawał - gdy widzę rowerzystę na rowerze, który tak jak ja walczy z przeciwnościami pogodowymi.

Walczmy!

do pracy

Piątek, 7 października 2016 · Komentarze(6)
Kategoria Do pracy!
Rano termometr wskazywał 2 stopnie, a na dachu supermarketu Owad - pojawił się biały nalot. Nie była to jednak pleśń, a nic innego jak szron. Chyba muszę porządnie zabrać się do nwoego jesiennego bannera bloga, bo kwiatki motylki pewnie tej nocy już pozamarzały! U nas w sklepie skitrał się jeden paź królowej. Wczoraj nieźle mnie nastraszył, ale pościłem go wolno i lata po sklepie. Kuźwa czujecie? Mamy własnego motyla, jesienią w sklepie! Może zrob młoe i będziemy  mieli motylandię!

Motyla noga!

A tak już bardziej serio i wracając do meritum - czas wygrzebać z szaf warstwy i odzienie jesienno-zimowe. Moje rękawiczki, na ten przykład, definitywnie nie ogarniają już bazy i me szlacheckie dłonie - się mrożą. Czy wy też macie tak na przełomie: "da się jeszcze" i "kuźwa jak zimno" ze znalezieniem odpowiedniego stroju na rower? Niby co roku ta sama pora, te same temperatury, niby jeździ się już kilka lat, a zawsze co roku, jesienią człowiek głupieje. Jakby cofał się w rozwoju. Patrzy w tę/tą szafę i nie wie co założyć. A wiecie co jest najgorsze? Gdy ubierzecie się w domu, nie mija 10 minut, a jesteście mokrzy! Leje się z was jak z sopla na wiosne. Latacie jak oparzeni i w pędzie zbiegacie do piwnicy - cali spoceni. W biegu zdejmujecie jedną bluzę i wsadzacie ją do sakwy i co? Wyjście na dwór uświadamia was, że nie tylko zaraz założycie tę oto schowaną niedawno bluzę, ale zastanawiacie się czy nie wrócić po jeszcze jakąś dokładkę. 

Nasz organizm przeżywa szok z 20 stopni przestawia się na 5 jakoś opornie. A wiosną? Kurde niech będzie pierwszy raz po zimie poajwi się na termometrze 5-10 stopni to już w podkoszulkach chce się latać - PARANOJA:P

Ja dziś ewidentnie zmarzłem w ręce. 5 stopni i super oddychające z długimi paluszkami to nie dla mnie:D


Z deszczu pod rynnę

Czwartek, 6 października 2016 · Komentarze(5)
Tytuł chyba dokładnie opisuje to co dziś mnie spotkało. Lało, wiało, było zimno a ja? Ja na rowerze. Dzisiejszy wyjazd był kolejnym z serii przygotowawczych do trudnych warunków. Sprawdzam jak się zabezpieczyć przed wilgocią i jak SKUTECZNIE wyprzeć z głowy stan "jak mi się kuźwa nie chce w tym deszczu jechać".

Udało się, bo pojechałem.
Nie udało się - bo ręce zmarzły mi tak, że o-e-sus...

W pracy kominek zapaliłem, lufcik na maksa i jazda z tym koksem. Uparowałem we firmie całe 20 stopni celcjusza i po rozwieszeniu majdanku na wszelakich krzesełkach w promieniu rażenia kominka, udałem się do czynności zawodowych. Nie było wiele do roboty, ale czasem nie wiele, nie znaczy łatwo.

Powrót z pracy o dziwo trafił się w błękicie nieba i zachodzącym słońcu. Czyli chmury i deszcze poszły spać jeszcze, a ja spokojnie wróciłem sobie suchy i wesoły do domu.