Luźne z głowy - o zimnie.

Środa, 7 października 2015 · Komentarze(2)
Jaram się ostatnio jak małe dziecko tym rowerem. Jakby mi ktoś wsadził miedzy nogi wibromłot i kazał ubijać bruk. No mowie wam, jesienny renesans przeżywam. Taka mnie energia zbiera na te chłodniejsze wyjazdy, a do tego KOT serwuje rarytasy Paździerzowe i jesienne kasztanowe paznokcie. 

KLĘKAJCIE NARODY!

Nawąchałem się dziś chyba za dużo dymu z kominka w pracy, lub za bardzo mi ścisło zwoje od tego chłodu z rana, ale no zajawkę mam że nie wiem co. Na ten oto przykład, wyjechałem se < z polskiego: sobie> na rower gdy jeszcze słońce było nisko. No wiatr był już zdecydowanie na wysokim levelu. I jął żem jechać w ten wiatr, jako ta husaria. Łopotało mnie wszystko, furgotało, że ludzie się łodwracali po ulicach. W sumie do tej pory sądziłem, że patrzą za mną, bo jestem modny, stylowy i piękny, ale dziś zrozumiałem. Furgocze na wietrze!

DO rzeczy! No więc furgotałem tako przez to/tę miasto. Kierunek najpierw Chotomów. Jako, że nie daleko jechałem, nie brałem namiotu, termofora, śpiwora, ani kuchenki. A szkoda, w sumie wszystkie te elementy mogłyby złagodzić odczuwanie chłodu tego dnia. Na wiadukcie w mieście na "Ce Cha" tak mnie wydmuchało, jak panią króliczycę na wiosnę. Jakżem już w dół na ścieżkę do Legio zjechał, aż się rozglądałem, czy już nie zaszłem. Nie zaszłem, za to za-mar-złem.

Wnioski - kochaniutcy - wnioseczki mi się rozsypały po ulicy, po kierownicy i po pedałach. Poczołżem te wnioski wyciągać i zbierać i tak to mniej więcej się wykoncypowało:

  • Należy w trybie - cokolwiek natychmiastowym zwanym także pilnym - wprowadzić do odzieży buty o zmniejszonej wentylacyi. Kiej by mnie te małe grube serdelki u stóp nie drętwiały z zimna.
  • Pnadto, jako żywo należy rozpocząć zbieranie zapasów zimowych w postaci tłuszczów złożonych pojedynczo, mnogo oraz wielokrotnie. Zalecane jest iż by owych nie było więcej niż rok wcześniej.
  • Stwierdzono - organoleptycznie, stosując do pomiaru organ podwójny zewnętrzny, zwany Dłońmi, iż pokrycie rękawicowe, jakie zostało tegoż dnia zastosowane, nie spełnia normy PNG/CIEPŁO98/2015. Należy zatem w oparciu o stany termometru rtęciowego bądź elektronicznego - rozpocząć stosowanie odpowiednich izolacji termicznych naręcznych. 
  • Użytkownikowi, przypomina się takoż samo o tym, że zestaw warstw pod soft shellem, nie może być większy od czterech. Zdecydowanie odradza się, zakładanie Pięciu bluz, koszulek, rękawków i szalików na raz. Państwowy instytut normatywno-termiczno-rowerowy zaleca stosować odzież termoaktywną jako warstwę ZERO wzbogacając ją o ubiór dodatkowy izolujący.
I tak sobie gnając do pracy ustawiałem te wnioseczki. Gdybym tylko miał jak je tego dnia zastosować... Cholibka. Wpadam do firmy a tam? Kominek... zimny. Ło da fak? Zimny kominek? Posiała się zapalniczka - styrta polan lezy papierzyska leżą, a palenie "leży". "K" nie ma zapalniczki. Co w tem robię ja? MC Giver. Szufelka stalowa - raz! Ręcznik papierowy - raz! Dwie Krople aromatycznej benzyny ekstrakcyjnej! Pręt stalowy - RAZ! No i Szlifierka stołowa kamienna na piąty bieg. Iskra - ogień - Ciepło... zapach benzyny, pożar w kominku - Księgowy uradowany, "K" uradowany, od dziś jestę Prometeuszę;)



Ej DŻEJ:D

Poniedziałek, 5 października 2015 · Komentarze(3)
Kategoria Do pracy!
Dotarłem na miejsce o czasie. Otwieram sklep. Już rower stoi sobie oparty, zaczynam zdejmowanie kurtek, bluz i innych termoizolatorów a tu z za sklepu słyszę jakąś wrzawę... Nie bardzo rozumiem, co kobieta krzyczy na zewnątrz, ponieważ jej słowa w sumie nie przypominają  mi żadnej Polskiej mowy ani dialektu jaki znam.
Wtem otwierają się wrota.

- EJ DŻEJ CHODŹ TU DO JASNEJ CHOLERY! - recytuje pani ze wzrokiem na granicy świadomości i obłędu.  -  CHOĆ TUTAJ PRZECIEŻ CIĘ WOŁAŁAM.
- przepraszam słucham? - odpowiadam i wpatruje się w nią zaskoczony a oczy mam jak pięć złotych. 
- CHOĆ TU! Nie to nie do pana, NO CHOĆ TU DEBILU To na tego szczura wołam. EJ DŻEJ ILE MOŻNA DO CIEBIE...
- W czym mogę...
- EJ DŻEJ NIE WŁAŹ TAM, o Jezu. CHwila.... - pani wybiega z pola widzenia i leci za "ej dżejem" gdzieś wgłąb sklepu.
- No więc? - ponawiam poirytowany i spoglądam na klientkę. Pani jednak ma oczy wszędzie i zachowuje się jakby dostałą oczopląsu i świądu afrykańskiego jednocześnie.
- Tak tak... eeeee no rower przyprowadziłam na serwis. I ten noooo eeeee tu te takie o te trzeba ten. EEEEJJJJDŻŻŻŻŻEEEEJJJJ!!!!! ZOSTAW!!!!!! Tu trzeba te rurki przymocować. 
- Pegi mhmm rozumiem - Piszę sobie na kartce co kobieta stara mi się przekazać....
- W tym tym trzeba ten wentyl ustawić. Bo on się wcisnął i ten... GDZIE JESTEŚ?  EJ DŻEJ!!!!! - kobieta bez słowa wybiega ze sklepu, jakby co najmniej sraczki dostała albo przepukliny. Rower stoi drugi własnie zamierza się wywalić, a ja stoję z miną i głową pełną myśli "zaraz zatłukę tego kundla tą gaz rurką co mamy na serwisie".
Pani wraca po schodach zdyszana i niesie psa pod pachą. Puszcza go w sklepie i jakby nigdy nic kontynuuje dalej...
- Chwilkę! Przerywam jej. Najpierw pani weźmie tego psa do auta zabierze i potem będziemy rozmawiać.
- Ale on nie nasika spokojnie. EJ DŻEJ ZOSTAW!!!!!
- Weź pani tego psa bo skończymy rozmowę!
- Dobrze. EJ DŻEJ CHOĆ TU DO CHOLERY BO LATASZ JAK DEBIL!
- Aha i będzie pani łaskawa nie krzyczeć już tak. To ledwo wszedłem a pani robi wrzawę, jakby tu tłum ludzi był.
- Wie pan, bo ja wiozłam dziś dzieci do szkoły i te rowery i.... EJ DŻEJ! Tak tak już go... ZOSTAAAAWWW!

Przyjąłem rower, ejdżej do końca psyho-dialogu nie dał się ze sklepu wygonić, nie dał się pani złapać. Zjadał jakieś śmieci, zjadał jakieś papierki. Może przeżyje:P Ja dialog przeżyłem...

Dzień doprowadziłem do końca i udało się nawet zacny dystans całkowity z tego dzionka wykręcić. W sumie z dystansem Przedpracowym i popracowym wyszło 64 kilometry. Ostatni odcinek, rzecz jasna po ciemku. Jazda w ciemności po mieście to troszkę jak totolotek. Zawsze "zakładasz, że ten pan z bocznej widzi cię".

Jesienno - Legio z Agnieszką

Niedziela, 4 października 2015 · Komentarze(2)
Wiele do pisania nie ma. Ot wycieczka z żoną;) Fajnie, spokojnie - tak majestatycznie!












Nie wiem jak, ale to jeden z dwóch znalezionych przeze mnie grzybów.


- o ten też ładny...
- nie jadalny... 
- ale ładny
- niech zostanie
- ni niechże !


Agaaaaaaa Grzyyyyyyyb
Zostaw go tam...
Ok:(


Żeby nie było, że tylko niejadalne znajduje;)


Małe lśniące cacko w trawie...


Do czego przydaje się tank-bag?


Wy też macie tak, że czasem więcej jest niejazdy niż jazdy?


Koleżanka spotkana na maratonie - przypadkiem.


Jak mawia staropolskie przysłowie koncupcjonistów - Z pustego to i Salomon nie naleje. Czyli trzeba wpaść na jakieś zakupy, najlepiej do Biedronki:D

Latający Księgowy

Sobota, 3 października 2015 · Komentarze(2)
Dzień zaczynam nerwowo. Czemu? No cóż, żona wydumała sobie wizytę w Lidlu. Niby nie jest to coś na co można by się denerwować, ale jak weszliśmy do środka to już wiedziałem, że stajnia żyje. Dziś wrzucili jakieś jesienne kurtki na Lidla. Tłum buzował, a w powietrzu dosłownie "latały" ubrania.
- IVOOOONAAAAAA. Chcesz tą trzydziestkeósemkęęęęęę? Bo jak nie to rzucam...
- Nieeeee nie chceeeee
- To rzucam, Fajna zabawa! - i fruuuu zapakowana kurteczka leci w powietrzu nad tłumem na stertę rozdziobywanych towarów. Hot dogi w Łodzi? Plisss, LIDL dostarczy wam emocji:D

A tak się jedzie po promocje do Lidla... To zdjęcie już jak ruszałem na trasę, ale wcześniej takich aut było postawianych chyba ze 20 po obu stronach ulicy. 1,5 metra? No pewnie - w pionie proszę pana jest!

Drugi kurs po odwiedzeniu Lidelka, to bazarek Legionowski. Nie bardzo lubię to miejsce, ale moja żona często tam jeździ. Tym razem ja byłem jako osoba toważysząco wioząca. Tj, stałem, czekałem, wiozłem, znów stałem... to mięsko, to kurczaczek, to chlebek. I ten napierający tłum, co lezie jak cielęta, każdy swoją stroną, każdy swoim tempem. Odległość miedzy straganami mała. Ludzie stają zawracają przepychają się, do tego wózeczki, rydwaniki i czołgi z kawą, herbatą, zupkami hińskimi a ostatnio chyba nawet hot-dogi jeździły. 

I to wszystko w centrum miasta powiatowego 12 kilometrów od Warszawy. Auta zaparkowane tak, że nie da się iść chodnikiem. Ulicą też się iść, nie da bo jadą... no klękajcie narody!!! I jak już wszystko obkupiliśmy, to my pojechali każde w swoją stronę. Ja zawiozłem jedzenie do domu, a Agnieszka pomknęła do pracy. 

Wreszcie przyszłakolej na mnie - teraz ja będę jechał. Nerwa takiego miałem po tych bazarach i Lidlach, że normalnie gul wystawał spod suwaka!!! Tym żwawiej się więc przemieściłem w rejony, gdzie nie ma już ludzi, aut i tabunów. Kierunek Nowy Dwór Mazowiecki. Na tej trasie rozbieram się już z pierwszej warstwy

Słońce zaczyna przypiekać, a niedawne jeszcze 5 stopni zmienia się w 12 w mgnieniu oka. WIatr nadal zimny, więc moja przemiana termiczna zachodzi spokojnie i miarowo. 

Dzień zapowiada się cudnie. Słońce się rozpędza, a dookoła czuć jesień, ale taką fajną jesień - ciepłą schludną i potulną. Taka mogłaby być aż do opadów śniegu;)

Za Nowym Dworem Mazowieckim, robią rondo, zablokowana wylotówka z miasta i postawione wielkie Wahadło. Korek się tworzy nie z tej ziemi. Wszystko stoi, nic nie jedzie. Budowa rozpaprana na wszystkie strony. Współczuje, ludziom jak mają się tu po pracy do domu dostać. Gruby remont potrwa jeszcze pewnie kilka ładnych miesięcy. Budowa ronda, jednak to moim zdaniem dobry pomysł, na tej trasie. Zawsze był tam problem z wyjazdem na główną. Rondo, trzeba wam wiedzieć, będzie wielkie powinno rozładować korki i upłynnić ruch. 

Z remontowego pobojowiska, jadę w dół po Parir Rubiax. Serpentyna wiedzie mnie w dół. Idelanie wyszlifowane kostki ze śliskiego granitu, tuż obok dawnej (obecnej?) bramy Ostrołęckiej to miejsce, gdzie powinny odbywać się zimą pokazy drifterów. No jazda na lodzie bez trzymanki, nawet jak tylko popada, a nie zamrozi. 

Kolejny postój na przebranie się, organizuje sobie pod kolejowym wiaduktem w regionie zwanym przez ludzi, jako "Bronisławka:

Ciekawe miejsce, bo za wąskim przesmykiem, asfalt wspina się pod skarpę i jest podjazd jakieś 12-15%. Ja tym razem nie jadę tamtendy. Tą miejscówkę wybieram z przyczyn estetycznych i potrzeb termincznych. 

Jak za wiatrem to i ciepło, ale w krótkim nie pojadę przecie... no to może choć jeszcze tę kurteczkę sobie zdejmnę i podesuszę na swoim jakże zacnym, wielofunkcyjnym rowerku. 

Dalsze ślady mych kół prowadzą do Kosewka. Tu jestem miło zaskoczony, bo wyremontowano spory docinek asfaltowej drogi, której dawno nie używałem. Powodem była, rzecz jasna - jej nawierzchnia. łata na łacie z okresu PRL. Teraz frezowanko było, asfalcik UNIA dała i można szaleć. Szkoda tyko, że od Goławic, znów wracamy do epoki kamienia dziurawego... No co zrobić taki mamy klimat.

Końcówka do mostu nad Wkrą, jest już znośna:) Co widać na powyższym zdjęciu. 

Od tego moemntu proces rozbiórki Księgowego z ubrań przebiega nieco bardziej dynamicznie.

Osiem kilometrów od Nasielska, czas przejść na tryb "pokaż łydę" i przebrać się w krótkie portki. 


Jak widać, po moich - cokolwiek rzadkich włoskach czołowych - deczku siem spociłem:)

Oj jak przyjemnie było na tym słoneczku, oj jak miło, aż nie chciało się ruszać dalej, nie chciało się jechać. Tylko bym tak legł na tej trawie, na tym ziemniaczanym kartoflisku i jął bym leżakować na tem słońcu jako ta Dynia jesienna, jako Kabaczek dorodny!

Z Nasielska, mknę na Chrcynno i dalej bocznymi drogami, przebijam się do Zegrza. Na jednej z ulic, zostaje zaatakowany przez żołędzia - kamikadze! Zatrzymuje się, więc aby odnaleźć drania. Wyprawiam mu najpierw
są, a potem solidną egzekucję - kopniakiem w las. 

Dalej już znanymi rejonami, przez Zegrze docieram do Ronda i przez Wieliszew sunę do domu....

Piękna stówczyna... oj piekna!



Do pracy, do zimy - pedałowanie

Czwartek, 1 października 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Do pracy jechałem zimnym rankiem... Pięć stopni na zegarku zaglądało, że aż strach. Na termometrze na dziedzińcu to nawet zdarzało się o poranku trzy stopnie wypatrzeć. Nic to panie hrabio, czas jechać na zakupy. Kierunek Biedroneczka. Zakupki po sam sufit, a potem kierunek Rynek. Tłum do chleba, dobry chleb i pieczywko maja to tłum.
- pan tu stoi?
- tak
- Aha - pani po 50 tce lekko zdenerwowana. Przede mną jakieś pięć osób, za mną owa pani a za nią kolejne pięć.
...
- a nie może pan odejść z tym rowerem ludzie chcą kupić pieczywo.
- czekam w kolejce do pieczywa proszę pani.
- ale ten rower zajmuje trzy miejsca co najmniej w kolejce!
- Czy to coś zmienia w pani położeniu? Dalej jestem ja i pięć innych osób przed panią.
- proszę pana tu jest bazarek, a pan z tym rowerem.- kobieta jest oburzona, i brak jej argumentów. Nagle odzywa się facet z kolejki  
- Czego sie pani tak unosisz, stój pani a nie dyskutujesz, przecie chłopak też czeka. Matko jakie te baby niecierpliwe.
- no co pan...
- no tak, bo siejesz pani ferment, zamiast stać.
- A co pan tak na tę panią, naskoczył ...

W kolejce dyskusja trwa. Nawet nie zamierzam się wtrącać. Żyła własnym życiem, aż odjechałem. 

Droga o poranku, jesiennie, słońce takie inne. Takie jakby zmęczone nieco tym świeceniem przez całe lato. Dzień zdaje się być taki pomarańczowy z rana. Lekka mgiełka na polach. Wszyscy zakutani w kurtki, bluzy. A ja? Ja mam nareszcie okres egzystencji. Czas w którym moge delektować się kilometrem każdym, gdy nie mam ciśnienia, że klient już za oknem w szybkę puka bo mu dęteczka potrzebna. Wakacje Serwisanta rowerowego to okres jesienno-zimowy - Doceniam to w tym roku wyjątkowo!!!


Jeszcze nie ma przymrozków, ale słońce za oknem już nie zawsze pozwala na krótko ganiać. Podczas mycia rowerów na serwis, często już w bluzie muszę pracować. 



Powrót już po zmroku, 10 stopni i rura... do domu do żony...

Porannik, chłodna dupka - się jeń i inni;_)

Wtorek, 29 września 2015 · Komentarze(5)
Dzień jak codzień, powiedziałby filozof. Człowiek wstaje, je śniadanie. Może też śniadania nie jeść. Generalnie jednak je je. On je je, znaczy to śniadanie je. I jak już zje, to się ubiera, potem następuje proces dojazdowo-transportowy. Taki uon wsiada w środek transportu, i wiezie. Wieeeeezieeeee sieeeeee gdzie go wiozą, lub sam jest wiozącym i wiezionym. 

Codzienność? No pod warunkiem, że nia ma się nakaszanione we łbie jak ten-o-ło. Czyli jak ja. Bo kto o zdrowych tranzystorach w mózgu, wstaje, je je - znaczy śniadanie - i wiezie się rowerem gdy za oknem 5 stopni! Litości. Co zrobić, choroba nie wybiera. Cyklo zjebka nie od dziś u mnie i będę ją pielęgnował jako swe dziewko szczęśćia. 

Pojechałem sobie dziś rundeczkię przed pracą. Najpeirw z Agnieszką po pokarm luzu - zwany potocznie chlebem. Później, później to już samo poszło. Jechauo samo, skręcauo samo a ja tylko pedauowałem:)

W efekcie procesu, zaszła mi trasa w wysokości 35km - słownie czydziestu pińciu kilometrów. 

Jakem do firmy wkroczył, rozbroił skarbiec to myślałem, że padnę na potwarz. Jak mnie dziś szatan nosił, no to sobie nawet nie wyobrażacie! Cisnąłem, jakby mi mieli wykupić wszystkie karpie na promocji w lidlu. Do tego dobry Bicik w uszach... Mhmm miód malina...

Jeszcze tylko powrót do domu - o tym za wiele opowiadać się nie da. Ot wsiadłem. Lewa noga jest, sprawdzam też prawą. Na miejscu. No to jeszcze szybka czek-lista Ręce są, hamulce działają. No i pojechał ja. Dłużej w robocie zostałem, więc powrót mi obstał się po jej jegomościcy nocy. Teraz aby nocke wyrwać to już nie trzeba udawać ultrasa w obciskach. Wystarczy wyjść z pracy po 18ej i pojeździć chwilę. Sama do was przyjdzie... 

Dobrej zatem nocki wam zyczę ja!

Chłodem po pysku...Autorska prognoza Księgowego

Poniedziałek, 28 września 2015 · Komentarze(1)
Kategoria Do pracy!
Rano za oknem poniżej 5 stopni. Zgroza, jesień idzie coraz żwawiej. Nie przeszkadza jej nawet to, że jeszcze liście na drzewach, że ptaki jeszcze nie odleciały, nic jej nie przeszkadza. Zanim się obejrzymy, a będzie poniżej zera. Najpierw przyjdą poranne przymrozki. Niewinne, takie tam szczypnięcie w tyłeczek gdy jedziecie do pracy. Później pogoda ulegnie zmianie i zacznie się zimno, pochmurno, dżdżyście i generalnie cokolwiek do dupy... Wszystko ustatkuje się w grudniu, gdy temperatura wyrówna do 5 stopni i aż do stycznia będziemy mieć ciepłą zimę. Pierwsze śniegi? Sądzę, że spodziewać się należy po 10 stycznia. Po 20-tym, można już uznać, że zacznie padać regularniej.
Luty? Luty w tym roku zapowiada się równomierny. Tu popada, tam rozpuści - jednak trzymać będzie zima aż do Marca. Dopiero pod koniec marca zajrzy więcej słońca i spod śniegu wyłaniać się zacznie ziemia.

Ja tam gotowy na jesienio-zimę. W tym roku zapowiada się ten okres sporo aktywniej niż rok temu. O ile nie będzie deszczowych całych tygodni, to myślę, że dojazdy do pracy będe uskuteczniał aż do samej wiosny. Wiadomo, jak dowali i będzie lało, to sobię odpuszcze, ale samo to, że kilka razy w tygodniu pojadę rowerem sprawi, że 90-100 km wpadnie w tygodniu. 

Nocna Pętla Warszawska

Sobota, 26 września 2015 · Komentarze(8)
Miała być część druga i taka się odbyła. Ile przygód miałem nie zliczę... dojechałem tam, gdzie nie miałem dojechać. Jak to zwykle w przypadku takich spontanów. 

Wyruszam z domu jak słońce chyli się ku zachodowi. Nauczony doświadczeniem poprzedniego wyjazdu, zabieram ze sobą ciepłe ciuchy i uzbrajam się na deszcz. Jednak tym razem już nie pada. Do Nowego Dworu jadę przy zachodzącym słońcu. W uszach gra książka, a ja miarowo pedałuje. Jest zaskakująco ciepło. Ubrany w Softshella czuje się świetnie. Do mostu w Nowym Dworze docieram bardzo prędko. Okolice Kazunia, witają mnie już ciemnościami.

Jednak o tej porze roku nie można cieszyć się zachodami nazbyt długo. Ciemność oznacza, samotność, oznacza izolację. Znikam więc we wnętrzu swojej świadomości i wsłuchuje się w książkę. 
Odcinek przez Kampinos do Leszna jest ciemny i mroczny. Szosa jest tam równiusieńka i koła niosą, że aż miło. Jadę więc na autopilocie, bo otaczają mnie ciemności nieprzeniknione. 

Leszno jest puste, z oddali widnieją światła miasta i światła uliczne. Mam zielone, więc atakuje w prawo. Wiatr już tak nie pomaga, więc prędkość spada. Ten odcinek jest jednak o wiele przyjemniejszy, bo co jakiś czas mijam oświetlone miejscowości. Dzieje się coś i nie tak łatwo popaść w letarg. 

Przed Sochaczewem łapie mnie kryzys. Czuje głód i coraz częściej zastanawiam się nad powrotem. Niespodziewanie trafia się MC donald i Kawa. Z sakwy wyjmuje tableta i popijając kawkę łapię również łyk informacji. Zastanawiam się, gdzie jechać dalej. Obliczam sobie, że do Żyrardowa powinno być spoko z wiatrem, tak też planuje jechać. 
Ciężko zmusić się do opuszczenia ciepłego Maca. W końcu udaje się wydostać ze szponów, zapachów i ruszam w trasę. Co najdziwniejsze na tym wyjeździe, nie mam GPS`a. Zdemontowałem ostatnio uchwyt i nie zabrałem go. Trasa miała być łatwa i tylko dookoła kampinosu, po co mi więc GPS? Wtedy by się przydał... knocę bowiem coś i wyjeżdżam z miasta jakoś źle. Jedzie się ok, więc postanawiam dać szanse "losowi". Ciemności za Sochaczewem, oznaczają nieznane. Znacie ten dreszczyk, gdy nurkujecie w ciemną szose w lesie w nieznanym wam rejonie? 

Mizerka...
Jadę dalej i pokazuje się informacja, że do Skierniewic mnie wiedzie droga. A co tam, noc ciepła (14 stopni) a do tego dalej są to okolice Warszawy. Pod nogą brakuje mi przełożeń. Nie widzę licznika, ale chyba lecę sporo ponad 30km/h. WIatr się wzmaga. Pedałuje z niską kadencją, ale rower umyka i prze naprzód. 

Skierniewice
Od tego miejsca, obiecuje sobie już wracać do "domu". Skręt w Lewo na Warszawę i zmiana wiatru. Nadal nie przeszkadza, ale jest już boczny. W sumie ciężko określić kierunek, bo droga wije się łukami, i ciągle zmienia się kierunek jazdy. Z utęsknieniem wypatruje znajomego (z nazwy) Mszczonowa. Niestety kilometry nie wpadają już tak lekko. Jest już grubo po północy. Zmieniam w mp3 katalog z książki na żywą muzykę. Nie pozwalam aby sen mną zawładnął. 

Remonty...
Od miejscowości Zawady trafiam najpierw na Ekspresówkę, a potem na rozkopaną budowę. Do Mszczonowa jedzie się tragicznie. KOSZMARNIE. Remonty, poprzemieniane oznakowania, płyty betonowe, różne warstwy asfaltu, raz po lewej jadę, raz po prawej... Dokoła jakieś tam nasypy sie piętrzą. Myślę sobie, kuźwa gdzie ja się wpakowałem. Zaraz okaże się, że to budowa jakiejś autostrady i dopiero będzie. Znak pokazywał na Warszawę, więc chyba ok jadę. Tracę orientację... tracę chęci... Tracę czas. Nawet już nie patrzę na zegarek. Plusem tej sytuacji jest to, że najzwyczajniej na drodze jest pusto. 


Kierunek Nadarzyn. Centrum mody, stolica, kozaczki tiule... noc jest stabilna, choć termometr wskazuje już 10 stopni, a nie 14,5  jak gdy startowałem. Senność narazie jest na drugim planie. O dziwo kryzysy jakie miewam tego dnia na trasie wiążą się z samym chceniem, niż z sennością. Jadąc do Nadarzyna rozmyślam sobie o tym, że jesień już, że niebawem będzie zima. I luźno snuje plany na nowy sezon. Czyżby znów mi się chciało? Czyżbym znów odnajdywał w sobie chęć do nocnego tułania się po świecie? 


Wjazd do Warszawy jest długi, majestatyczny. Spokojny i ma w sobie znamiona z patriotyzmu. Ja samotny żołnierz po nocnych walkach wracam na tarczy do miasta. Aut niewiele. niektóre światła powyłączane. Miasto śpi. Jest tak wcześnie, że nawet komunikacja nie jeździ. Niebo jest błękitne. Pogoda na ten dzień zapowiada się sporo lepsza niż poprzednio. 

Metro...
Na metro centrum wpadam z radością. O tej porze, nikogo tam nie ma. Jest chyba 5 rano... Do domu... 
Śpię w metrze i budzi mnie dopiero rower, który mi się wywraca.  Sen regeneruje mnie więc odcinek przez Most Północny jadę z nową energią. Jest mi jednak potwornie zimno. Znad Wisły mgły się unoszą, a na chodnikach pojawiają się pańcie i panowie z pieskami. 

DOM...

W domu jestem tak szczęśliwy. Niby długie dystanse to dla mnie już nie pierwszyzna, ale nie sądziłem, że zmuszę się tej nocy do takiej eskapady. Parzę mocną kawę z 4 łyżek. Kąpiel tak mnie relaksuje, że  zasypiam w wannie. Budze się zdezorientowany, że mi zimno. Wychodzę z wanny i jem śniadanie. Jest przed ósmą, dopijam resztkę kawy i nieomal całkiem obudzony piszę ten wpis. 
Zaraz trzeba będzie po żonę na szkolenie jechać, więc nie rozwodzę się zbytnio. 

Trasa na mapie nie zawiera dojazdu od metra do Modlińskiej i Kawałka Modlińskiej

Podsumowanie:
204 kilometry
23 km/h średnia
Zjadłem 5 bananów,
Wypiłem 4 kawy.
Wypiłem Jedną gożką herbatę z butelki zaparzoną w domu.
Zjadłem 4x 3-bit, Dwa twixy i kinder Bueno...
Umierałem w kryzysie w sumie tylko dwa razy. 

Jestem cały w domu i nawet jeszcze pamiętam jak się nazywam! No i moi mili. W sumie wsadziłem ponad 300 w 24h:) Bo pierwsza 110 tka wypadła wcześniej:) DUMNYM jak nie wiem... spontan, deszcz, wiatr i noc... 

Nie mam pytań:D


Niespodziewany start...

Sobota, 26 września 2015 · Komentarze(5)
Budzik zadzwonił rano. Nie bardzo miałem ochotę wstać, ale usłyszałem, że Agnieszka hula po kuchni, więc wietrzyłem nosem, że śniadanie się szykuje. Ku swemu zasmuceniu odkryłem, że za oknem pada. No to klops. Do pracy jadąc zmoknę. Tak bardzo chciało mi się na rundkę przed robotą, że postanowiłem, jednak nie zwracać uwagi na deszcz i mimo wszystko pojechać na rundkę.

Kawa z mlekiem i kromka chleba. Tyle mi weszło z rana do ust. Nie mogłem jeść. Raz po raz spoglądałem za okno na padający deszcz i z nadzieją powtarzałem sobie - spokojnie od jedenastej ma być już ładnie. Już nie będzie padać. Niestety, na talerzu było coraz mniej a krople deszczu trąbiły w blaszany daszek prefidnie przypominając mi o swojej obecności.

Na schodach przypominam sobie, że dziś sobota. Jak ja mogłem u licha zapomnieć o tym. Podbudowany myślą, że dzień pracy będzie krótszy, jeszcze żwawiej zbiegałem w dół. W piwnicy wierna shannon, czekała - nieświadoma tego co dziś ją czeka.

Byłem na przejeździe kolejowym Kozłówka, gdy zadzwonił telefon. "K" pytał czy już do pracy wyjechałem. Stwierdził, że dziś leje i że pewnie żywej duszy nie będzie, więc jak chce to mogę wpaść na kawę, ale do pracy przyjeżdżać nie muszę. No mamma mia! Miód na me uszy. Robię w tył zwrot i ruszam z wiatrem. Wieje na południe, więc swoje koła kieruje w kierunku stolicy. 

W Jabłonnie korek. Patrzę na zegarek i ku memu zaskoczeniu jest po 9. Skąd więc te auta, skąd taki sznur... niestety dowiaduje się szybko, co jest przyczyną korka. Na środku drogi leży rower... a za nim rozbita limuzyna,na chodniku siedzi dziewczyna. Słania się podpierana przez dwie kobiety. Mężczyźni spychają auto. Na szybie pajączki, poduszki wystrzeliły a przód (chyba Volvo) rozbity. 
- spokojnie karetka już jedzie - jedna z kobiet okrywa dziewczynę kurtką. Ta dygocze. Nie wiadomo na ile to nerwy, na ile zimno, a na ile uraz głowy. Krwi nie widać, ale dziewczyna szlocha i kołysze się na boki z błędnym wzrokiem.
Szybko pytam czy nie trzeba pomóc, ale są świadkowie, jest już wezwana karetka, policja. Kierowca nie uciekł, wszystko wydaje się być pod kontrolą.  
Ech... biedna. Nie wiem jak ją uderzyło auto, ale wyglądała słabo. Odjeżdżam pogrążony w myślach. Deszczowa i pochmurna pogoda nastraja mnie depresyjnie. Do tego ten wypadek. Na obwodnicy już słyszę sygnał karetki. Jest blisko. Jadę skupiony na audiobooku by odegnać od siebie złe myśli o wypadku. Swoja drogą jakie to ironiczne, audiobook jest o morderstwie a lekarz sądowy w książce właśnie opisuje jak zginęła ofiara. O zgroza, co za dzień ta, pogoda, ten audiobook i ta dziewczyna... kołysze się na deszczu dygocąc.

Jadę z wiatrem. modlińska jest pusta. Chlapiąc z pod kół pokonuje kolejne kilometry. Akcja w książce wolno sie rozwija. Słuchanie audiobooka w centrum stolicy, to nie jest łatwa sprawa. Szumią auta, szumi wszystko, wiatr, deszcz... kurcze muszę skupiać sie jak nad wypracowaniem, aby nie zgubić wątku. Początek i budowanie backgroundu w kryminale jest najtrudniejsze. Potem, bowiem opierać się będzie akcja, o wcześniej postawione fundamenty. 

Nie wiedzieć kiedy dojeżdżam na nowe bulwary Wiślane. Pustki i rzecz jasna... deszcz. nowe kamienne podłoże owych bulwarów to jakaś zgroza dla rowerów. Już tego dnia było ślisko, wyobrażam sobie jednak, jak ślisko będzie tam jak złapie mrozek i poprószy śnieg. Szkoda, że nie mogę podziwiać nowych bulwarów w słońcu. 
Ku memu zaskoczeniu dość sprawnie przebijam się przez stolicę. Od mostu Siekierkowskiego ściezka rowerowa już nie tak fajna jak poprzednio. Zaczyna się lawirowanie po chodnikach, płytkach. Na ulicy, auta, kałuże i jakoś tak nie bardzo mi się chce jechać trzy-pasmówką. 

Do MC Donalda w Wilanowie docieram w nadziei na kawę, ciasteczko i ciepły pit stop. Niestety tłum jaki panuje wewnątrz, jasno daje mi do zrozumienia że dziś Sobota, urodziny kota i czas na szybkiego fuda... Nie mam pytań, nie mam gdzie usiąść... nie mam wyjścia. To znaczy wyjście mam... jedno. Na deszcz:)

Wolno snując się przez mostek miłości, docieram do Świątyni opatrzności bożej. Jakkolwiek finansowana, jednak niedokończona. Jeszcze się Rydzykowa armia nie postarała. Za to osiedla wokół budują się jak grzyby po deszczu. Bloczki, koło bloczków. Jedno wielkie bloczkowe miasteczko. A jeszcze niedawno była tam łąka i trawa. 
Bloki, miasto, ale wieś wsią zostanie. 

Jadąc brukową ulicą uciekłem na boczek, bo telepało mną jak w ubijaczce. Pani szła z pieskiem. Pani strojna, dostojna w spódniczce dżins, butach i rajstopkach. Z koczkiem, torebką Di`zią i smartfonem. Posiadaczka, jak sądzę jednego z tych pieknych willi które mijam. Piesek, cokolwiek nie maly. Jakiś taki mocniejszy kundel, ale sięgający pani do pół udka. Ów piesiunio, bezpardonowo sra na środku chodnika. Pani skupiona na smartfonie odrywa wzrok słysząc jak jadę -  pani patrzy na mnie i mówi:
- niech pan uważa na psa.
- no jak sra na środku chodnika, to muszę uważać nie tylko na niego. 
Pies, cokolwiek już wykupciany, jurny się zrobił i startuje do mnie w te pedy z gębą. No ja, jako milośnik zwierząt, zwłaszcza srajacych na środku drogi, najpierw krzyczę buda, a potem sprzedaje mu sążnistego kopa w pysk, bo skubany pcha mi się do kostek.
- ty buraku jebany, cwelu pierd... ku-wa mać. *ju zostaw mojego psa... - startuje kobieta jak rakieta do mnie.
Reszty wiązanki nie słysze, bo odjeżdżam.

Przez Kabaty, przeprawiam się do Dawidów. Nie wiem, jak i kiedy ląduje w Raszynie a potem Piastowie. Deszcz bezustannie pada, a ja już mokry jestem. Ciepło mi, ale kurde, mokry jestem... Opłotkami, kiwam się do centrum. Stamtąd Krakowskim przedmieściem udaje się na mlociny. Nowe ścieżki rowerowe tam, to bajka. Lecę sobie, rzecz jasna moknąc, po owych śćieżkach a ludzie ładuja nimi jak gdyby nigdy nic. DObrze, że w deszcz mniej ludzi łazi. 

Od Mostu północnego jadę terenem. Na wale Wiślanym etapami układają kostkę. Będzie ciąg pieszy. Niby fajnie..., ale przejezdność tego ciągu będzie pewnie w sezonie super low...
Do Jabłonny docieram już wałem. Rower upierniczony jak nieboskie stworzenie, ja tak samo. Generalnie? Generalnie będzie cz2... wieczorem, jak wyschnę

Do pracy - szybko pod wiatr

Piątek, 25 września 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Do pracy!
Do pracy pod wiatr i w niedoczasie. Udało się dziś ogarnąć i pozałatwiać sprawy. To wszystko dzięki żonie, która mnie zmotywowała abym podniósł się z łózka. Wniosek o dowód złożyłem i fotki sobie nowe strzeliłem. 
- Ty wyglądasz jak jakiś gangster na tych zdjęciach. - Tak mnie zona podsumowała. 

Do pracy przyjechałem z tętnem grubo powyżej normy, bo się spóźniłem. Gnałem ile sił, a wiatr skutecznie mi to utrudniał.
Tego dnia pracowałem niewiele. Odreagowywałem poprzednio-dniowy wyjazd na targi do Kielc. Wróciliśmy po północy i zarówno wstawanie poranne, jak i egzystowanie tego dnia było utrudnione. 







"Proszę pana, ma pan krzywą zebatkę"
"R.U - serious??"


Nowe całkiem fajne ramy accenta apexa.


I dziwić się potem, że rowery różnych producentów, poza kolorystyka wyglądają "jakoś tak podobnie".


Pokraczne te rowery, ale robią mega wrażenie - seriously!!!


Ciekawe, że policja wsiądzie na rowery - ha ha. Wspomaganie elektro musi być:D


Już nawet elektro trajki robią... - te baterie są dwie... Ludzie, jakie to ma odejśćie!!!