Księgowy | strona 189 | Księgowy

Exodus || 147.00km

Niedziela, 12 lipca 2015 · Komcie(0)
Kategoria Wyprawa
Czas opuszczenia krainy nastał. Wstać czas i ruszać dalej. Zanim jednak dobrze pożegnamy się z Podlasiem, atakujemy je na północnym zachodzie i kierujemy się na Suchowolę przy okazji zwiedzając Krynki i Kruszyniany. Tego dnia znów spotkała nas cała masa szutrów i dawno wyczekiwane - ciepłe słoneczko. 


Wiatr tego dnia zdecydowanie nie ułatwiał nam sprawy, więc dobrą decyzją był start o ósmej.


Tam gdzie te drzewa to już prawie Białoruś. Na trasie przy granicy spotyka nas kontrola straży granicznej. Pan na motorze podjeżdża, pyta skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Krótka wymiana zdań i przypomnienie, że to strefa przygraniczna. Rozjeżdżamy się w pokojowej atmosferze.


Jak to już z nami bywa, trasa znów wiedzie po szutrach i piachach. Czasem kombinacja tych dwóch czynników uniemożliwia jazdę. Trzeba było pomaszerować z buta. Cóż za zaskoczenie, kiedy za jedną górką druga taka sama. I tak kilkanaście razy. Czasem kawałek się jechało, ale rowerem miotało jak na rodeo. Wąskie 32jki kopały się w piasku i chcąc nie chcąc "driftowaliśmy" tymi obładowanymi rowerami jak jakiś Prawilny Lokals w swoim BMW. 


Warto było jednak przejechać bocznymi drogami, bo główne nie dawałyby takich widoczków. Co kościółek to ładniejszy...

I tak snuły się dwa osobniki, telepiąc się po kopytnikach... Ciekawie nasze dialogi musiały wyglądać z boku:
- k k k k k u u u u r r d d d ee e e e e j a a k k i i ł ł a d d ny do do do m m ek k k k 
- n n n o o o o 
- o o o  pa pa pacz...
- no 
- bo bo so so so kół...
- n n n i e   to chy chy ba ba n n i e e e e so so kół
- n n nie ?
- n n no no ma my my my sz w ła ła pach
- a a a a acha widze
- no no no to to to mysz mysz my my szłów
- n n n o o o o  chy chy ba ba tak 

Czasem sami się śmialiśmy z tego jak ta nasza konwersacja wygladała. Rowerem telepało jak nie wiem, a zebranie zdania gramatycznie było cokolwiek skomplikowane. 



Droga w końcu zmieniła się na asfaltową. Jak zrobiło się twardziej, pognaliśmy w kierunku północnego zachodu. Plan był aby wcześniej w Dąbrowie Białostockiej poszukać noclegu, niestety wizyta w mieście, poza ulewą, nie przyniosła jakichś specjalnych osiągnięć. Szukanie skończyło się prawie pół godzinnym siedzeniem pod dachem w wiacie zamkniętego sklepu i dzwonieniu do noclegów. Ci nie mogą, bo maja pełno inni znów mogą, ale nie chcą na jedna noc... 

Ruszyliśmy dalej. Szukać szczęścia w Suchowoli. Po długim i nużącym dojeździe do miasta, wreszcie udało się dopaść kwaterę, za przyzwoite pieniądze, choć w piwnicy i tuz przy głównej drodze. Był to jednak luksus w pewnym sensie. Ciepła pościel, prysznic, czajnik do zagotowania wody. Noc zapowiadała się wilgotna jak jechaliśmy a na polach powychodziły mgły. Tym bardziej więc cieszyliśmy się z przedostatniego noclegu pod dachem. 






Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

szkliste deszczu krople... || 70.00km

Piątek, 10 lipca 2015 · Komcie(2)
Kategoria Wyprawa
Po raz kolejny na wyprawie ze snu wyrywa mnie deszcz. nie pada na mnie, ale wali w dach dość solidnie. Z obawą w niebo patrzę i pogodzony nieomal z pozostaniem cały dzień w pokoju, znów kładę się spać. Sen szybko mnie zabiera do krainy ciemności i znikam na kolejne kilka godzin. 

Śniadanie serwujemy sobie przepyszne, bo Agnieszka dzień wcześniej kupiła świeże bułeczki. Kanapka z szyneczką do tego serek gouda i pomidorek. Mimo obaw o pogodę, postanowiliśmy się z kwatery ewakuować, przecież w końcu mamy urlopy, to w domu nie będziemy siedzieć. 

Nie było całkiem fajnie za oknem, bo około 12-14 stopni i pochmurno. Czułem się nieomal jakby z lipca zrobił się późny październik. Nie ujechaliśmy tego dnia może z dziesięciu kilometrów, kiedy nad głowami zagościły ciemne chmury i zerwał się lodowaty wiatr w twarz. Pocieszeniem była przepiękna ścieżka rowerowa, jaką spotkaliśmy na swej drodze tego dnia. Ścieżka sama nie była w stanie zmienić pogody i chwilę później rzecz jasna zaczęło padać. 

Na początku lekko, a potem mocno. Ukryliśmy się więc pod jakimś przystankiem we wsi i czekaliśmy na poprawę. Nie było źle, po prostu tak tego dnia podróżowaliśmy. Słońce, wiatr deszcz, slońce wiatr deszcz tama...
Zaraz jaka tama? 
??

Koty Dwa - Czerwono niebieskie szaleństwo!



... no więc była tama...
i żadne biebrzańskie bobry jej nie budowały. Budował je serwisant rowerowy z warszawy z wykształceniem geologicznym. Ta tama musiała być więc solidna. Miała podbudowę z patyków, silny trzon z ziemi i uszczelnienie z kwiatów lipy. Nie ma przypadku w moich inwestycjach drogowych. 


Czasem nie padało, wtedy dla ułatwienia wybieraliśmy sobie tereny boczne i szutrówki. W loklanej nnomenklaturze ta tarka nazywana jest "KOPYTNIKI", strasznie takie określenie nam się spodobało i z jeszcze większym masochizmem jechaliśmy po najbardziej wyboistych "kopytkach" tego dnia. Mój rower pewnie mi za to podziękuje jeszcze. ku memu zdziwieniu, nie poszła żadna szprycha, nie mieliśmy żadnego kapcia. NIC. 

Skąd Ci ludzie w serwisie tyle tych gum łapią? Naprawdę zastanawiające. My z Agnieszką waliliśmy po krzunach, szutrach, polnych drogach wysypanych cegłami i nic! Jak na złość nie chciało się nic przebić. Opony sprawdziły się więc perfekcyjnie. Z tego miejsca polecam wszystkim do wypraw rozmiar 32c. Jest w sam raz, ani za cienki ani za gruby. No i z daleka dodaje wizualnej lekkości maszynie. Na starty w ultrasach takie "pro" zakładał będę 23c, ale na codzienne jazdy zdecydowanie 32 jest moim idolem:)

Pętlę tego dnia kończymy dośc szybko i wracamy do kwatery - rzecz jasna w deszczu. Zlani i zmoczeni, z radością witamy domek z kominkiem...




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Koty, sauna,kopytniki i cerkwie || 94.00km

Piątek, 10 lipca 2015 · Komcie(4)
Kategoria Wyprawa
Nocleg, królewski, miejsce bajeczne. Cały domek dla nas, mieszkamy w saunie, obok bania z wodą podgrzewaną (taka a`la sauna na zimę) no mówię, wam luxus przez duże IKS!,

Po naradach, wcale nie burzliwych, decydujemy się zostać na dłużej w tym rejonie i pozwiedzać okolice. Suwalszczyzna poczeka na inne czasy. Na decyzję postoju, złożyło sie wiele czynników, między innymi pogoda, która od tego dnia, miała się popsuć i przeplatać z deszczem. Drugą sprawą było - no dobra - LENISTWO.

Takie miejsce, taka okolica! 

Pani właścicielka, która była bardzo miła i nas ugościła i co to w sumie była tylko żoną właściciela, który z niewiadomych przyczyn jak sie okazało  był w klasztorze... eee no więc jej właśnie rano nie zastaliśmy. Udało nam się ogarnąć numer telefonu do jej męża, którego na oczy nie widzieliśmy. Pan zgodził się abyśmy zostali dłużej. Nie było żywej duszy w okolicy, więc po prostu po uzyskaniu akceptacji na dalsze nocowanie, pojechaliśmy zwiedzać...

No i tak się grzebaliśmy, że chyba była godzina dziesiąta, zanim nasze czteroliterowe wyrazy zasiadły na siodełkach. Trzeba przyznać, że tego dnia pogoda była wielce różna od tej znanej z ostatnich dni, a nawet tygodni. Nie dość, że pochmurno, to jeszcze zimno! Wieje, podwiewa! Gdzie moja wanna z ciepłą wodą, gdzie moje ciepła paszki bródki i ciepło całkowite oraz ciepło właściwe? Gdzie do licha podziało się lato? No pytam!

5 km od noclegu - moje myśli skierowały się na cierpienie. Może ten klasztor to i dla mnie dobry? Może i ja cierpiąc na siodełku jestem jako ten mnich? Może mnisi też pod tymi wielkimi podomkami marzną? Nie wiem - za to wiedziałem na pewno! Tak mi było zimno, że na myśl o ciepłym łóżku, czułem się jakby mi ktoś w dzieciństwie ulubionego pluszaczka zabrał!

Twardy jestem jadę! Przecież nie będę się wracał po dodatkową bluzę. Ratuje mnie (nas) sytuacja, że "dla odmiany" jedziemy lasami i po szutrach. Tu mniej wieje, a terenowość pod kołami, tak bardzo mnie nie dołuje, wszak 15 km/h w lesie to jak 20 na asfalcie. Agnieszka nic nie stęka, ona ma oczy jak pieć złotych, każdy domek atakuje aparatem, każdy las, każdą chmurkę, każdą... jagodę? Poziomkę? Tak lasy dawniej pełne jagód, już się wyjagodziły i mimo dokładnych poszukiwań nie znaleźliśmy ich za wiele. Udało sie jednak upolować leśne poziomeczki. tych sobie podskubujemy bezkarnie co jakiś czas. 




Co wioseczka to ładniejsza... co domeczek to fajniejszy. 



Troszkę czułem się czasem jak w krainie Oz.






W jednej z wsi, po wyjeździe z lasu,uciekając przed chmura deszczu wpadamy na sklep. Sklep we wsi? Co ja pacze? To nie byle jaki sklep, to pani w obwoźnym sklepie. Babuszki w chustach w kolejce, jedne z wnuczkami, inne same, czasem jakiś dziaduszek... wszystkie zaciągają i mówią łamanym Polsko-Ukraińsko-Rosyjskim. Pani sklepowa młoda, sympatyczna, ceny ma normalne, nie drogie. Bułeczki świeżę, pomidorek czerwony, kiełbaska pachnąca. 


Na nasz widok, babuszki wpuszczają nas kolejkę
- prioszi prioszi, num si nie spieszi. Niech kupujo podróżniki
Tłumek wpuszcza nas w kolejkę. Na zakupy ci ludzie, mają tylko ten moment, gdy sklep wjedzie, a oni nie przepychają się, nie pytają kto za kim stał. Oni moment podjazdu sklepu traktują jako spotkanie na fejsie we wsi. Pani sklepowa, zagai ich dobrym słowem, zapyta co u nich słychać, pozdrowi i zawsze z uśmiechem. Tam nie słychac politykowania, narzekania że biedno... ludzie żyją skromnie ale szczęśliwie. 









Tego dnia deszcz przeplata się ze słońcem. Po kilkunastu kilometrach, udaje mi się wypracować względny kompromis cieplny i jadę już "spokojnie" bez dzwonienia zębami. Czasem jednak wiatr przywiewa front i z nieba puszcza się gromka ulewa. Uciekamy pod drzewa lub przystanek i przeczekujemy opady. Efekt? Chwilę później niebo znów przeplata słońce.



Pętlę zamykamy przez Wieś Puchły, gdzie podziwiamy kolejną kolorową cerkiewkę. 

W domu jesteśmy dość wcześnie. Ku naszemu zaskoczeniu w domku ktoś jest. On jest tak samo zaskoczony co my. Okazało się, że komunikacja nie zadziałała i pani mąż, co to w klasztorze po coś tam przebywał, nie poinformował pani, żeby poinformowała pana, że my jednak zostajemy dwa dni dłużej. 

Sprawa szybko się wyjaśnia i możemy dalej delektować się relaksem w domku. Jest chłodno, więc rozpalamy w kominku i suszymy przemoczone ciuchy. Na kolację serwuje płaskie frytki - zwane w potocznym nazewnictwie talarkami. Leżąc z nogami sporo powyżej pępka grzeję się przy kominku i chłonę relaks...Znów mi ciepło, przyjemnie. Agnieszka dokłada w kominku i ma przy tym radość jak nie wiem. 

Zasypiam na fotelu... a potem przenoszę się na piętro gdzie kontynuuje do rana. 







Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Piaskiem po kołach || 147.00km

Czwartek, 9 lipca 2015 · Komcie(2)
Kategoria Wyprawa
Jak jeździłem na wyprawy jeszcze ze dwa lata temu - nie mając szoso-trekingo-przełajo-wyprawówki - prędkości były niższe, dystanse mniejsze a i nie wiedzieć czemu szutrów było mniej. Ostatnio jednak wszystko się zmieniło. Najpierw w zeszłym roku na mazurach w okolicach Mrągowa waliliśmy szosami po szutrach, a dziś kontynuując tradycję, waliliśmy... eeee no waliliśmy dalej tylko po innych szutrach:)

Sierpień 2014 mazury - okolice Mrągowa


Tak ten dzień zdecydowanie szutrowym trzeba nazwać. Bo nieomal od rana, takie drogi nas spotykały. To w sumie tez niemała zasługa Agnieszki, jej planowania i nieświadomości, że
- Przecież tam były zaznaczone białe drogi na mapie
- no ale przecież to Podlasie!
- aahhaaaa....

Pogoda nadal utrzynmywała się w formie. Od rana upał i ponad 27 stopni. W sumie słowo upał jest tu zdecydowanie źle dobrane. Bo było po prostu ciepło. Tak przyjemnie ciepło, jakbyście się w wielkiej wannie z pianą zanurzyli po sam czubek głowy. Jedziesz i ciepło dookoła, pod nóżką, pod paszką pod bródką! Miodzio!

Im bardziej na północ tym więcej miejscowości spotykamy dwudzielnych. 
Im bardziej na północ tym mniej sklepów w wioskach...
Oj tak to było niemałe zaskoczenie. Jedna wioska - nie ma sklepu - jest szuter. Potem kolejna, znów nic... jeszcze jedna i co? SKLEP? Nieeee to upadły sklep. Jakiś wypłowiały banner coca-coli, zardzewiała tabliczka z godzinami otwarcie i odbarwiona tablica w oknie z lodami jakie oferował kiedyś ten przybytek. Ech zjadło by się loda... w końcu wakacje...


W kwesti białych dróg, trzebaby tu dodać kilka słów sprostowania. W tej kwestia mieliśmy też spory wybór. Bo poza, rzecz jasna, szutrami, spotykaliśmy jeszcze:
* piaszczyste
* brukowe
* ojapierdolejaktrzęscie
Naszymi faworytami były te dwie ostatnie pozycje. Bruk, to każdy zna, nie ma się co rozwodzić. Po prostu kamienie w środku wsi. Jedne bruki łagodne, takie z drobnych otoczaków inne takie wielkie, jakby ktoś jaja strusie pozakopywał i na kolorowo pomalował. Różnica taka, że na drobnych dało się gadać, a na grubych trzeba było pilnować aby języka nie przygryźć. 
Jednak największym hitem była ostatnia pozycja. Te odcinki to było połączenie szutru, luźnego piasku i tarki szutrowej. Jechać się dało, ale męka była ogromna. Koła wpadały w rowki i rezonans był taki, jakby ktoś całym rowerem do góry i na dół trząsł. Do tego jeszcze kopny piasek, więc jazda była około 12-15km/h. Całości dopełniały niemałe czasem pagórki na bocznych drogach. Tak oto zwiedzaliśmy Podlasie na "hard-tailach i hard-forkach".

Oczyścicie, to nie tak, że my pojechaliśmy tam szukac autostrad, równych asfaltów i luksusów. Fajnie było na tych lokalnych drogach. Ludzie żyją z tym w zgodzie, nie ma kanalizacji, rowów, pasów, krawężników... a auta bez kłopotu 60km/h po tych drogach jeżdżą. Więc po co się przejmować?

Oto przykład dbania o stare domy. Ktoś naprawia dach w chałupce. Pewnie dom zyska jeszcze nowe obicie i ocieplenie zewnętrzne i plastikowe okna. Będzie cudna chałupka do mieszkania na kolejne lata!







Kolejne kilometry w temacie "tu była biała droga".


Tak, takimi drogami dziś podążaliśmy. Nikt nie zarzuci nam, że Podlasia nie spenetrowaliśmy dokładnie!


Te rejony to także kolorowe Cerkwie. Super to wygląda, bo nasze katolickie kościoly sa takie smutne nudne. A te takie kolorowe i wesołe. Z daleka je widać, jak cukierki. 


Agnieszka na trasie do Białowieży. 


Tory w lesie, nieużywane? Gdzie tam, po okolicach krążą drezyny, najróżniejsze modele. Można wynająć sobie drezynke, albo polecieć na wycieczkę Siecento albo Chinqehento po szynach:)






Z Białowieży jedziemy do Siemianówki. Droga wiedzie lasami, i tym razem asfaltem. Jaka jest nasza radość, środek lasu i asfalt. Za długo i głośno radujemy się chyba, bo asfalt zmienia się w szuter;)  W Siemianówce szukamy jakiejś agroturystyki, zaraz obok składu celnego znajdujemy na drzewie papierową, pisaną ręcznie, karke w koszulce z segregatora. Jest napis Agroturystyka i telefon.


Po rozmowie, okazuje się, że "nocleg" jest niecałe 300 m od owej "informacji". W bramie wita nas szarszy pan. Oczka mu się szklą a mowa nieco plącze. Jest dobrze po kielichu, przeprasza nas, że jest wczorajszy, pokazuje nam nocleg i mówi, że dopiero co mu goście pojechali. Na werandzie nadal stoją talerzyki, pomidorki wódeczka... w pokoju grzeją ( w sumie to już przypalają ) się flaczki. Pan pokazuje nam ośrodek. Wszystko takie stare, zatęchłe a toaleta, pfff pamięta jeszcze czasy poprzedniego systemu... 

Dyskretnie spławiamy pana i odjeżdżamy. Chwilę później, spotykamy agroturystykę Żubr. Tam skręcamy i nocujemy z radością przez kolejne dwa dni.


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Gdy słońce pieści me policzki || 135.00km

Środa, 8 lipca 2015 · Komcie(3)
Kategoria Wyprawa
W majakach snu, słyszę szum. Ni to hałas, ni to krzyk. Takie jakby dudnienie... nie wiem cóż zacz. Otwieram oko - dookoła znany mi z dzieciństwa pokoik działkowy. Tuż obok mnie okno. Nadal szumi coś. Otwieram drugie oko, i co? Nic! Nagle? Dociera do mnie, że to szumi deszcz. No w zasadzie on dudni w dach! Wali tabunami, tłucze, tarabani, łomocze. A do tego grzmot! Potem błysk - burza? Jaka burza, zapowiadali jakieś burze?

Tak burza i to zdecydowanie nie byle jaka. Nie ma co się przejmować. Sądząc za ilością światła za oknem jest godzina około czwartej lub piątej rano. Kładę się na poduszkę i z trzaskiem zamykam powieki. Sen wraca a szum burzy znika w ciemnościach...



Śniadanie tego dnia jemy na werandzie. Obok nas zapakowane po brzegi dwa rowery. Pyszna kawka, pyszna kanapeczka i jeszcze pyszniejsze jajeczko. Po deszczu nie ma śladu, tylko zapach - ten przepiekny zapach. Sucha ziemia paruje, łąka paruje, drzewa nieomal tańczą z radości na krople deszczu jakie im zesłano dziś rano. Wszystko dookoła szkli się od wody, a na niebie chmury białe przeganiają się z błękitem. 

Ruszamy dopiero o dziesiątej, długo nie mogliśmy się zebrać z rana. To pakowanie, to jeszcze kawka, to znów jakieś zdjęcia pięknych kwiatków u mamy w ogrodzie. Wszystko szło jakoś tak, za wolno...

Trasa od samego rana prowadzi nas z wiatrem. Ruszamy ruchliwym odcinkiem do Łochowa, bo mam wysłać paczkę. Na poczcie o dziwo nie ma tłumów. Stóje grzecznie i czekam przy okienku a tu nagle wchodzi dziadek. Obwieszony medalami, w czapce jakiejś takiej - partyzanckiej. Wchodzi przede mnie, gdy już nadaje paczkę - i bełkocze coś od rzeczy.
Zdecydowanie coś się kombatantowi poprzestawiało, ale co poradzić, ciężkie czasy, dla patriotów. Niemniej jednak troszkę mi przeszkadza bo gdera dość głośno, aby mieć gremium do odsłuchu swoich w kółko powtarzanych prawd życiowych. 

Od wielu lat mam działkę w okolicach Łochowa, ale nie miałem nigdy okazji jeździć terenami na północny zachód od tego miasta. Piękne asfalty, ciche wioski i drogi. Naprawdę miód malina! Szkoda, że przelecieliśmy tranzytem, bo chętnie bym jeszcze w te boczne dróżki powjeżdżał. 

Jadąc z sakwami ma się wiele czasu na przemyślenia. Droga ucieka spod kół i mozna kontamplując przyrodę myśleć, dumać i dywagować. Ja rozmyślam sobie o tym sezonie, o tym jaki był, jaki jest i być może jaki jeszcze będzie. Wyprawa to taki jakby "hit" tego lata dla mnie. Relaks i odpoczynek... środek lata a ja czuje, jakby miało zaraz się skończyć. Dziwne mnie myśli nachodzą. Starość? Zmęczenie? 

Odganiam ręką muchę, która uparcie siadała mi na kierownicy. Wybija mnie to z rozmyślań. Czas na przerwę. Kanapeczka jakieś "krzeczki" i możemy ruszać. Czuje, że teraz już nic nas nie powstrzyma. Północ i Podlasie czekają. Jedziemy z wiatrem w pięknym słońcu. WIększość tego dnia, spędzimy grzejąc się w promieniach z nieba. Gdy tylko spogladamy za siebie w oddali widać ciemny, deszczowy front. Cały dzień będzie nam na "plecach" wisiał


Drogi jakimi jedziemy są spokojne, pozbawione aut, a dookoła pełno lasów i zieleni. 


Agnieszka nawiguje. Swoją droga to niezła burżuazja. Bo jak zaczynałem jeździć, to był tylko kawałek mapy i nawigacja ze słońca. Czasy się zmieniają... czy na lepsze? Bo ja wiem? Chyba na lepsze. Wygodniej się jedzie, więcej można zobaczyć, nie trzeba coi chwila stawać i dumać, gdzie tu pojechać, na bieżąco można sobię podejrzeć ile jeszcze kilometrów do celu.


Taaaka droga - i jak tu nie jechać? No jechać!


Rzeka Bug widziana z mostu w okolicach Ciechanowca.


Jak nie wiesz kto jest winien - to Winna Stara;)


Nasz nocleg tego dnia.
Tu kilka słów muszę wspomnieć na temat okolic północno-wschodnich. Zauważalne jest tam dbanie o stare domy. Remontuje się je, obija świeżymi deskami, odnawia. Jak już ewidentnie dom opuszczony to widać, ale nowo powstałych budynków z cegły nie ma. W odróżnieniu od Lubelszczyzny tu wioski nadal mają swój charakter. 


Zasypiamy przy akompaniamencie bocianiego trele... tuż obok okna mamy gniazdo. Wilgoć i zapach starych chałup dopełnia klimatu tego miejsca. Sen spływa na nas niespodziewanie... Oby do jutra!













Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Inwokacja || 50.00km

Wtorek, 7 lipca 2015 · Komcie(1)
Kategoria Do pracy!, Wyprawa
W sumie to nie wiem jak zacząć. Wyprawa była to dość krótka, sporo inna od naszych poprzednich wypraw. Spaliśmy po kwaterach, a namiot wieźliśmy chyba tylko dla lansu. Niemniej jednak, zwiedziliśmy piękne Podlasie, zrobiliśmy 768 kilometrów w sześć dni i strasznie było fajnie. O tym jak było i co widziałem dowiecie się już niedługo w opisie. 

Inwokacja (łac.invocatio - wezwanie) – rozbudowana apostrofa otwierająca utwór literacki, zazwyczaj poemat epicki, w której zwykle autor zwraca się do muzy, bóstwa lubduchowego

Wtorek  spędzam jeszcze w pracy. Muszę przekazać "K" sprawy jakie nagromadziły się z tygodnia jego nieobecności i sam po dokończać mam pewne drobne sprawy. Od rana jest u nas Agnieszka i zamiast lenić się to ta się wzięła za sprzątanie. Pozamiatała, poukładała, a na koniec umyła wycieraczki Karherem. W końcu i ona musiała do domu jechać, bo trzeba było się pakować.
Ja dotarłem do mieszkania o "normalnej" porze czyli o dwudziestej i dopiero wtedy przygotowałem sobie stosik do zabrania na wyprawę. 

O dwudziestej drugiej z minutami mieliśmy pociąg do Tłuszcza. Mały szynobusik podjechał o czasie. W wagonie jechaliśmy w sumie chyba tylkoo my i jeden pan. Piękna ciepła noc pachniała latem, po upałach jakie przetaczały się nad krajem w ostatnie dni, jazda nocą na działkę prawie dwadzieścia kilometrów była czymś na co zdecydowanie miałem ochotę. 

Na stacji szybko wydostaliśmy się poza perony i ubrani w kamizelki i lampki, ruszyliśmy na trasę. Ach jaka piękną noc, naprawdę piękna noc! Pola pachniały rozgrzanymi kłosami, w rowach grały świerszcze, a niebo świeciło gwiazdami. Nic tylko jechać i jechać! Przygoda zaczęła się w iście królewskim stylu!

Na działkę docieramy około północy. Wchodzimy do domku, szybkie rozstawienie bagaży i czas spać. Nie wiem nawet kiedy padłem. Wszystko działo się tak szybko!




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Codzienności łyczek, mały łyk || 30.00km

Poniedziałek, 6 lipca 2015 · Komcie(1)
Kategoria Do pracy!
Ostatni dzień samotności, dzień w którym całe królestwo oddaje szefowi. "K" wrócił z zagranicy i teraz czas na mnie. Tzn, ja nie wybieram się zagranicę, ale mam zamiar cokolwiek popedałować przez najbliższe dni. Dawno już nie miałem wyprawy z prawdziwego zdarzenia, więc i ta <planowana siedmiodniowa> po Podlasiu, jara mnie jak kurę ziarno:D
Fajnie będzie znów pobyć przez tydzień sakwiarzem. Targać toboły, mieć na wszystko sjebkę-wyjebkę...

Z cyklu: Polacy na wakacjach: 
Młodzi, nie wiem czy zdolni, na pewno głośni i energiczni omawiają swój urlop, który nastąpi za dwa tygodnie.
Ona: No to co będziemy robić?
On: No jak to co? W dzień plażowanie, w nocy chlanie i dymanie. Ona: A zwiedzanie? Miasto będziemy zwiedzać?
On: Pojebało Cię?
My nie do końca wpisujemy się w typowo polski klimat spędzania urlopów, nie lubimy plażingu, nie często korzystamy z zatłoczonych pól namiotowych, a najlepiej zwiedza nam się drogi przez las, puste asfalty i lokalne szutry. Ech przybywaj wyprawo Hejże!

W pracy czas mijał spokojnie, było duszno, parno i byle jak. Dzień umilali klienci...


- dobry
- bry
- rowery na serwis przywiozłem
- mhm dobrze - niech je pan tu postawi. - staje koło rowerów i czekam. Pan stawia je i patrzy na mnie.
- eeeee, a koła przednie ma pan w aucie? - dopytuje bo rowery oba są oparte na widelcach, a pan stoi i patrzy na mnie w oczekiwaniu.
- Nie no nie ma... rowery przywiozłem tylko, bo tu tylko przerzutki trzeba zrobić i te hamulce tarczowe by pan spojrzał ustawił i taki ogólnie pełny przegląd.
- No ale jak mam zrobić serwis bez kół?
- A to koła potrzebne do regulacji przerzutek?
- No, a jak pan oddaje samochód na przegląd to też bez kół?
- Ale tu tylko przednich brakuje
- No, a jak je po regulacji sprawdzę?
- No dobrze to te koła dowiozę skoro już pan tak nalega. - pan nieomal wzdycha oburzony, że mu każe koła przywieźć

W ciągu dnia, odcina mi prąd. Dosłownie. Umiera wiatrak. Nie dość, że ciemno w pracy, to duszno, że oddychać się nie da. Już mam wzywać pomoc, gdy energia powraca! Powraca z siła błyskawicy. A wraz z energią z nieba lunął deszcz. Kółko różańcowe by to jako cud okrzyknęło, ja po prostu oddycham z ulgą. 

Z pracy wracam pod wiatr. Jest to już chłodny wiatr! Miły chlodny wiatr, a za okiem (nie nie za oknem) za okiem temperatura już 26 stopni. Puffff;) She is back! good temperature is back!



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Nowe szaty króla... || 43.00km

Niedziela, 5 lipca 2015 · Komcie(12)
Kiedy słońce zdawało się już nieco zachodzić za widnokrąg, wybraliśmy się z Agnieszką na zakupy do Decathlonu. Potrzebowałem bowiem jakichś butów dobrze wentylowanych na zbliżający się tygodniowy wyjazd. Dopóki w domu siedzieliśmy, szło jeszcze jakoś wytrzymać, ale tuż po opuszczeniu lokalu - dowaliło gorącem. 

DOjechaliśmy do decathlonu i kupiłem sobie buciki i bluzę. Później wraz z Agnieszką udaliśmy się na rowero-randkę do KFC. Miły wiczór i gdy wracaliśmy już po zmroku, to dopiero zaczęło być znośnie (26stopni).

Do wyprawy coraz bliżej, a tu zapowiadają wielkie burze... no tego to bym nie chciał na trasie spotkać. 


PS> gratki dla wszystkich znajomych uczestniczących w Pierścieniu Tysiąca Jezior... SZACUN za trasę i wytrwałość w tej pogodzie!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Smażalnia Warszawskich dupć... - mrugając okiem || 30.00km

Niedziela, 5 lipca 2015 · Komcie(8)
Kategoria Do pracy!
W sobotę praca nabiera innego charakteru. Nie ma zasad, nie ma reguł jest jedynie - szał ciał i dętek.
Nie ma chwili wytchnienia, nie ma cienia... tylko ja, łyżki do opon i wiatrak na czwórce szemrzący nad uchem. 
Wiatrak nieomal historyczny pamiętający czasy secesji... eee no secesji może nie, ale no w każdym razie stary.

Przez drzwi słychać szmer, za oknem żar, a dźwięk dochodzący z oddali zwiastuje klienta. Nagle są! Jest ich dwie, są młode, świeże na plaże jadące. Obie potrzebują pomocy. Spłoszonym wzrokiem omiatają sklep. Nie wiedzą, czy na "pan", na "ty", czy na "książę serwisu" do mnie mówić. Wybierają w końcu wersję numer dwa. Rzeczą do mnie, czy bym im nie pomógł, i czy im nie dmuchnę... no ba że im dmuchnę!
Potrzebują jeszcze siodełko wyżej
Proszę! Jest wyżej...

Wdzięczność wylewa im się z oczu, uradowane w podzięce płacą, kupują dętkę i pompeczkę. Oddalają się z wolna w kierunku smażalni. Kto wie kiedy znów spotkam je na swej drodze. Być może to tylko przelotna znajomość, może nasze losy więcej się nie skrzyżują, a być może będą wpadały tu codziennie jadąc na plażę przez następne dwa miesiące.

Ratowanie świata to fajne uczucie, takie wrażenie, że coś zrobiło się dla kogoś i że ten ktoś dzięki temu może lepiej żyć, lub przynajmniej się lepiej opalać.

Znów słychać kroki, tym razem dosadne, męskie. Niczym żubr z żubrem idący na dyskę po bruku w Białymstoku. Wyłania się osobnik męski, z rowerem. Już widzę, że jest w tarapatach, już nieomal z oddali oczy robi ze szreka i kaja się od wejścia. 
- Ja tylko jechałem i się popsuło!
- Dętka?
- Nie wiem chyba opona do wymiany
- Dętka...
- Skąd pan wie? Może opona
- Niech pan mi zaufa...


Zwinne ręce uwalniają koło, czem prędzej dętkę zmieniają i ponownie umieszczają koło w widełkach roweru. Klient z wrażenia, nie wie co powiedzieć, chce padać mi do nóg, całować pierścień, ale tylko dziękuje i z uśmiechem oddala się radośnie. Na zewnątrz czeka już na niego córa <chyba, że to taka nówka żona, młódka sztuka>  Oni również oddalają się w kierunku getta i spalarni. Oczami wyobraźni, widzę, jak kładą się na rozpalonym piasku chłonąc promieniowanie i przeobrażając swój pigment w czerń.

Wiatrak wirując wybija miarowy rytm. Powietrze dookoła stara się przeobrazić w nicość. Upał wślizguje się do sklepu, każdym najmniejszym  otworem. Duma mnie rozpiera i podziw, widząc tych ludzi, jadących na cały dzień na plażę. Przed firma już korek się tworzy. Jest dopiero jedenasta, a auta miarowo posuwają się do przodu. Prędkość przepisowa coś około 4-5km/h. Tuż obok aut, mkną rowerzyści.
Jeden, drugi, trzeci.... piąty.
A gdzie czwarty?
Czwarty jechał na skuterze.



Godzina za godziną mija i wreszcie po około godzinnym przestoju - decydujemy się zamknąć sklep. Wszyscy już umarli... wszyscy płoną na skwarce. Nie ma co się kisić, klientów nie będzie. Do domu czas...
Zamykamy sklep i ruszam do domu. 

Korek do plaży ciągnie się już ładne 5 kilometrów. Od strony Białobrzegów stoi około setka aut, od Marek podobnie, a na Kazimierza Wielkiego w Nieporęcie sznurek sięga nieomal do Marketu Mila. Najs:)
Po drodze mijam dwie BMW (be em dabilju), co w tym dziwnego? No pewnie nic, każdy dres, jak ten pies sikać, jeździć BWM i opalać się musi. Tyle tylko, że jedno BE EM i drugie jadą obok siebie. Jadą w sumie to dość optymistycznie powiedziane. W sumie one obok siebie stoją. W środku dresik i dresióffka zwana też dziewoją lub potocznie niunią. Tuż obok kolega ze swoją blond pomarańczką też się wiezie. 
Przejeżdżam, ale wyminąć nie da się, bo z przeciwka auta, korek stoi a po chodniku idzie pani z wózkiem. W końcu znajduje miejsce i wyprzedzam parkę beemwic. 
- przepraszam pana? Państwo zawsze parami jeździcie z koleszką?
- tak, a co k-wa coś ci nie pasuje?
- nie no spoko, tak z ciekawości pytam, bo książkę o idiotach pisze i badania zbieram.
- ssij...
- miłego stania w korku - pozdrawiam i odjeżdżam

Ech Tak na oko, to jeszcze dobra godzina czasu im w upale została zanim do ronda przy MC donaldzie dojadą. Kolejne pół godziny na szukanie miejsca do zaparkowania, potem dobre 20 minut na znalezienie wolnego miejsca na piasku. Życie musi być piękne. Na szeroki wydech miał kaskę, ale klima mu chyba nie trybi, bo oba autka z otwartymi wszystkimi czterema szybami. Pojazdy ma sie rozumieć w kolorze właściwym - czarny i ciemny granat. 

Ja przemykam się dalej, w korku dużo ciekawych rzeczy można zaobserwować. Jedni mający klimę siedzą w szczelnie zamkniętym aucie, inni - jak ci z BWM - pootwierane okna mają. Jeszcze inni... nogi przez okna wystawione. Straż miejska na "bobmach" stoi w cieniu i udają, że im zależy aby ludzie przestrzegali prawa. Tuż koło radiowozu jedzie już podwójny sznurek aut. Jedni stojacy w korku klasycznie, inni jadący obok nich poboczem wyjeżdżający z parkingu. 

W Wieliszewie pustka, upał sięga 40 stopni. Na liczebniku mam 43(stopnie), ale podejrzewam, że na słońcu jest coś pod 45. 
W domu jestem po około czterdziestu minutach. Tak mi gorąco, że nie wiedzieć kiedy kładę się i usypiam. Budzi mnie żona, około dwudziestej drugiej. Jakaś kanapka na kolację i spac...

Tak oto minał dzień. A jutro mam być jeszcze cieplej. 




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

hej tam gdzieś hejtują srodze:) || 35.00km

Piątek, 3 lipca 2015 · Komcie(7)
Kategoria Do pracy!
Ostatnio sporo się o sobie dowiaduje. To w sumie miłe, bo człowiek całe życie się uczy i zbiera doświadczenia. Ja "jestę lanserę", "Gówniarstwem" i "Wysokie mniemanie o sobie mam".

Drżyjcie ludzie dookoła
bo Księgowy ma dwa koła.
Matki, wózki dziś rozjedzie!
Przed obiadem, po obiedzie!
Ludzi powygania z miasta.
Jego własność! Jego własna!
Ma on koła i pedały
Antyludzki jest on cały.
Wszystkich w koło wciąż olewa
A opinie ludzi "zlewa".
Gardzi dziećmi na rowerkach
Bo to jest zaraza wielka.
Prycha na rodziny całe
Bo dziś jadą zbyt ospale.
Wszystkich w koło chce pouczać
Szybciej! jazda!RUSZAĆ RUSZAĆ!
Nie ma względów dla staruszków
On powsadza ich do wózków
Ignorancją z dala tryska
Piana mu już leci z pyska.
Pan Księgowy pan nad pany!
Drżyjcie koszyczkowe damy!

Lecz z oddali widać łunę.
To hejterzy ponad tłumem.
Rozpalili swe ogniska
I z pochodni żar ich tryska
Widły sierpy młoty baty
Idą już prostować światy.
I prostują jakże wiernie!
Przed laptopem siedzą dzielnie.
Wygłaszają przemówienia
Czasem, żarcik - od niechcenia.
Oni wiedzą jak trza żyć
Jak nie umiesz masz się zmyć...

Dziś w pracy znów cała masa klasyków wakacyjnych. Do tego jedna zmiana amortyzatora, kilka regulacji przerzutek. Wszystko okraszone, cieknącym po plecach potem. Czułem się dziś fatalnie. Duszno, gorąco, a odejście od wiatraka na zbyt dużą odległość powodowało, że coś się we mnie gotowało. 

Dzisiejszą nagrodę Darwina wygrał pewien dziadek.
- dzień dobry.
- witam w czym moge pomóc?
- pompkę mi pan jakąś pokaże - siwy pan, minę ma srogą. W pewnej chwili myślałem, że może zły jest na to, że mu powietrze schodzi i sam chce zmienić dętkę a nie umie. 
- Proszę tu mam taką pompeczkę fajn...
- co mi pan za gówno tu pokazuje - dziadek pogardliwie rzuca pompką na blat - pan nie wie jak pompka wygląda? Ja chcę prawdziwą pomkę a nie takie jakieś składane badziewie.
- Czyli chce pan pompkę stacjonarną, aby pompować rowery przed trasą tak?
- Pompkę chcę , nie wie pan jak wygląda pompka?
- Wiem, chciałem tylko dopytać w jakich warunkach jej będzie pan używał bo są różne rodzaje.
- Jeszcze pan w gacie robił, jak ja rowery pompowałem. Ja wiem jak pompka wygląda. Pokaż mi pan pompkę - dziadek wciąż zdenerwowany i powoli zaczyna mnie irytować. Wdech i wydech. W myślach widzę jak się staruszek poci przy pompowaniu i klnie na żone, że ma gówniane "wentle". Pomaga. Relaksuje zwoje przegrzanej upałem głowy i próbuje podejście numer dwa.
- Proszę, taką pompkę mogę panu jeszcze zaproponować - podaje dziadkowi klasyczną pompkę około 50 cm. Dziadek łapię pompkę zatyka otwór pompuje "W palec". 
- Co to ma być? Ona cała wpada!  Dochodzi do końca, matko czy nie macie normalnej pompki. 
- Co z ta jest nie tak bo nie do końca pana rozumiem. 
- Ło Ło! - dziadek macha mi ta pompką przed nosem, nieomal mnie nią uderzając, a potem z pogarda rzuca ją na blat - zobacz pan jakie to ma gówniane uszczelnienie. 
- Mógłby pan troszkę delikatniej się obchodzić z tą pompką, jak panu nie odpowiada to rozumiem, ale nie musi mi pan machać nią przed nosem - zirytowany sprowadzam staruszka do pionu. Żarty się skończyły.
- Pokaż mi pan jeszcze jakąś pompkę, boś chyba pan prawdziwej pompki nie widział.
- Proszę, może jeszcze taka - pokazuje mu podobna pompkę z możliwością "blokowania" wentyla przy pompowaniu.
- Miałem taką - dziadek nawet nie bierze do ręki - ten zawias to się wyrabia.
- Przykro mi, to ja już nie wiem jakiej pan pompki poszukuje. Ta nie dobra, tamta nie dobra. Może stawia pan przed nimi zbyt wielkie wymagania.
- Ja mam w domu pompkę, ale na działce tu mam rower i nie mam czym napompować. Zapomniałem cholera zabrać z Warszawy pompki. Tam w domu mam taką prawdziwą pompkę, a nie te chińskie gówna, jakie mi pan tu chce wcisnąć. Nie mam powietrza w kole, muszę czymś napompować. Dobra daj pan tą.
- Poproszę piętnaście złotych.
- Za takie gówno piętnaście złotych?
- Jeśli panu nie odpowiada produkt, czy jego jakość oraz cena nie jest pan zobligowany kupować go.  - mam dosyć faceta.
- A czym będę pompował koło? Nosem? Co pan myśli, że ja się z choinki urwałem? Wy myślicie, że rozumy pozjadaliście. Jak jeszcze twojego ojca na świecie nie było to ja rowerem jeździłem. 
- Płaci pan czy mam odłożyć pompkę? - kwituje zirytowany.
- Płacę, płacę - dziadek płaci mi, wydaje mu resztę i daje paragon.
- Weź sobie pan ten paragon mi nie potrzebny!
- To dowód zakupu, że nabył pan u nas pompkę.
- Nic mi nie musisz pan udowadniać. Do widzenia.

Nie ukrywam, że dawno mnie nie zdenerwował tak starszy pan. Od wejścia na wk-wie leciał. Od wejścia na mnie wsiadł, i od wejścia rzucał pompkami. Miałem ochotę mu pokazać drzwi z bardzo bliska. Cham i prostak... To jeden z tych którzy stracili władzę. Kiedyś młodzi, ważni, pewnie na stanowisku kierowniczym, pewnie jakiś partyjny. W pas mu się kłaniali, a teraz? Zwykły emeryt... musi czuć się bardzo źle, że nagle wyrównał do ogółu. Może ten upał mu nie ułatwia... sam czuje się fatalnie, czemu jednak był od wejścia zajeżony?

Na koniec fotka z serwisu i kolejne pojęcie rowerowo-serwisowe.

UWAGA DRASTYCZNE ZDJĘCIA - (+18)


















* rzygający amortyzator, w stanie rozkładu...

Dla osób o słabych nerwach, zalecana jest dawka melisy:D





Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew