Porannik - GWARANCJAAAAAA

Środa, 23 września 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Do pracy!
Poranki rześkie, ale przyjemnie się pedałuje. Ja chyba nawet lubie tak. Wole bardziej od upałów. Wiadomo fajnie, jak sobie czasem słonko poświeci itp, ale z radością przyjmuje i wykręcam kilometry w nieco chłodniejszym klimacie. 

Dziś rano, załatwiałem sprawy internetowe w spółdzielni, a potem prosto na rundkę po okolicy i do pracy.

Panu spadł łańcuch. W sumie to nie tyle panu, co jego synowi. ów syn, młody niejako, w przedziale lat nastu około. Rower byli państwo zakupili w naszym sklepie jakieś 2 miesiące temu. Klientela jest to zacna i jak każdy szanujący się klient, walczą o swoje konsumenckie prawa. I odkąd rower nabyli kłopotów z nimi co niemiara. 

Najpierw dzieciak, notorycznie łapie kapcia w tylnym kole. Zmieniamy raz, a za dwa dni wpada ojciec z kołem drugi raz. 
- ja z reklamacją
- a co się stało?
- dętka co wymieniliście była dziurawa.
- nie ma takiej możliwości. 
- jest proszę pana syn znów złapał gumę w tylnym kole. 
Sprawdzam koło, wyjmuje kolec z opony
- proszę... oto przyczyna
- pan sobie ze mnie kpi?
- nie rozumiem?
- pan myśli, że ja uwierze, że taki kolec przebił tą grubą oponę?
- no pan wybaczy, ale sama się dętka nie przebiła. Widocznie syn najechał znów na kolec.
- Kolec nie może przebić opony.
- No wie pan, zależy jaki kolec, ten jest od akacji i jak widać może.
- To niech mi pan opony wymieni na gwarancji na jakieś lepsze.
- Na gwarancji nie moge panu opon wymienić.
- Takie gówno przebija oponę i pan mówi, że nie może wymienić opon?
- Opony są w porządku. To rower kupiony 2 tyg temu!

Pan nie pokazywał się u nas wiele miesięcy, ale jak każdy klient poinformowany został o tym, że rower po zakupie przejść musi przegląd gwarancyjny, regulacyjny, związany z układaniem się podzespołów i docieraniem sprzętu. Wcześniej jednak ów syn, uszkodził napęd, bo mu łańcuch spadł i zaklinował się.

- rozebrałem zębatki, wyjąłem łańcuch sprawdziłem ustawienie przerzutek. Wszystko było po stokroć poprawne. Zakresowe śruby idealnie pilnowały aby łańcuch nie spadał ani przed ani, za zębatki. 
- dobrze, niech mi pan powie, w takim razie dlaczego tak się stało?
- trudno mi powiedzieć. Może jakiś wstrząs. Może podczas podjeżdżania pod górkę z powodu wibracji łańcuch się zsunął? Nie wiem proszę pana. Przerzutka jest naprawiona rower przeszedł dokładną regulację. Nie powinno się nic niepokojącego dziać.
- Jaką mi pan daje gwarancję?
- Nie rozumiem?
- Daje mi pan gwarancje, że to się już nie wydarzy? - klient roszczeniowo żąda.
- No mogę panu obiecać, że dołożyłem wszelkich starań, aby to się nie powtórzyło, choć dokładnej przyczyny owej awarii nie znam. Żadne symptomy w napędzie na nią nie wskazywały.
- Czyli nie zagwarantuje mi pan, że to się nie powtórzy
- Nie
- No to jak to?
- No normalnie. Tak samo nie zagwarantuje panu, że syn nie przebije dętki, tak nie powiem panu czy w wyniku losowych wypadków czy ingerencji syna, łańcuch i przerzutka będą działały tak, że awaria się nie powtórzy. Nie powinna ale 100% pewności nigdy się nie ma. 
- To po co pan robi przegląd, skoro gwarancji pan nie daje...
- Jeśli, w wyniku przeglądu, ma pan zastrzeżenia do pracy podzespołów, pracy przerzutek, hamulców. To podejmuje się regulacji i zlikwidowania niedociągnięć, o ile takie wystąpią, ale nie mogę panu zagwarantować, że w bliżej nieokreślonym czasie taka awaria nie będzie miała miejsca - ot po prostu nie wiem. 
- To niech mi pan powie co dokładnie przegląd zawierał, ten gwarancyjny, że mam za niego zapłacić, bo uważam że to naciągactwo z waszej strony!
- Przegląd, zawierał usunięcie awarii, prostowanie haka, regulacje przerzutek, centrowanie kół, sprawdzenie dokręcenia suportu. 
- I pan to wszystko zrobił tak?
- Tak...

Klient był dziwny. Dyskutował i nie mógł się pogodzić, że nie ma wpływu na to co się stało. Wyraźnie też dawał do zrozumienia, że "co pan tam może wiedzieć". Jemu gwarancję trzeba dać i już. Żeby innym raze za rok, za miesiąc, mógł znów się wykłócać, że ja mu obiecałem i zagwarantowałem i mam mu już wymieniać. Wiem, że jest to roszczeniowy facet, dlatego jak ognia pilnowałem się słów że mu coś "zagwarantuje". Uczepiłby sie tego jak rzep i przy każej nadażającej się okazji kategorycznie wymagał egzekwowania obietnicy. 

Goniąc wrzesień

Poniedziałek, 21 września 2015 · Komentarze(3)
Kategoria Do pracy!
Tak zdecydowanie mamy już wrzesień. Czuć to było zwłaszcza dziś rano, gdy termometr wskazywał 6,5 stopnia a z ust leciala para wodna. Słowem - dymiło sie ze mnie jak z ekopapierosa! Agnieszka pojechała do rodzinki, a ja zbudzony dość wcześnie, wybrałem się na wycieczkę. Audiobook w uszko i ruszam w świat gonić Wrzesień. 

Nadal nie wiem kto zabił Taja w Książce, ale dowiem się! Obiecuje!

W kierunku Zegrza spotykam na chodniku rozbite auto. Maska otwarta, szyby jednej nie ma, obo żywej duszy. Dzwonie na 112. Chcąc poinformować, że coś takiego mialo miejsce. W sumie najbardziej raziło mnie to iż auto po wypadku stoi centralnie na chodniku. 
- Chcę zgłosić, że na chodniku w Zegrzu jest rozbite auto.
- Gdzie to jest?
- Auto stoi i tarasuje cały chodnik w kierunku jadąc od Serocka do Zegrza, zaraz obok jednostki wojskowej...
- A jaki to powiat?
- Eeee no Chyba Legionowski.
- A gdzie to jest? gdzie stoi to auto?
- Jak jedzie pani od Serocka w kierunku do Ronda w Zegrzu, zaraz obok jednostki...
- Chwileczkę...

W rezultacie prawie 8 minutowej rozmowy, udało mi się dowiedzieć, że policja wie, że to auto to sprawa po-kolizyjna i że generalnie nic-się-nie-stało. Dziwi mnie tylko, bo auto nie nadawało się do jazdy, było z uszkodzonymi kołami (rozwaliło koła o wysoki krawężnik), czy Policja, nie ma obowiązku uprzątnąć miejsca kolizji i go zabezpieczyć do czasu usunięcia aut? Czy taki rozbity samochód ot tak samotnie może sobie stać obok drogi? nie chodzi o to, że go ktoś ukradnie, ale o samą zasadę. Nawet, jak w kolizji brał udział tylko jeden pojazd, wpadł w poślizg, wypadł na chodnik i tam utknął, policja wie, to czy nie powinna wezwać kogoś do usunięcia auta? Ot tak sobie luźno myślę. 

Pojechałem dalej, po zgłoszeniu, bo co miałem bidulka pilnować, sam nie odjedzie;D

Zachód słońca, w drodze powrotnej po pracy. Ciemno ciemniej... bryza!

Częprędzej się wybierajcie...

Niedziela, 20 września 2015 · Komentarze(3)
Poranek, jak to łatwo powiedzieć. 
Wstałem dziś z pewnymi oporami. Tak to w sumie dość dobre określenie. Szło mi bowiem nad wyraz trudno, gdy zmierzałem w kierunku WC. Na domiar złego, poranne opłukanie twarzy wodą źródlaną z Warszawy i Mazowsza, nie pomogło nic a nic. O zgrozo, dopatrzyłem się również tego poranka bólu głowy. Sprawdziłem dokładnie, metodycznie i organoleptycznie swoją czaszkę. Była cała, nic nie wskazywało, jako bym miał wczoraj w nocy nieświadomie udawać się w jakieś lunatykowanie. Mieszkanie też wydawało się nie naruszone. No przynajmniej nie na tyle naruszone, na ile wskazywał ból w skroniach. 
Co jeszcze mogło być nie tak?

Śniadanie i jego przygotowywanie przypadło tego poranka w zaszczycie mnie. Co może na śniadanie zrobić dla swojej żony rasowy facet? Czym mógłby połechtać jej podniebienie, gdy zorza wstaje, a za oknem świat budzi się w delikatnych kroplach rosy? Otóż to.
Na śniadanie była... Jajecznica!
Księgowy z biegłością, fachowego i nieznanego jeszcze ludowi Master Szefa wrąbał sześć jajków do zbiornika. Bełtał je hyżo w patelni i jął je dosalać i doprawiać. I w procesie termicznym jął je obrabiać i przewracać. W wyniku owego procesu zaszła przemiana jajeczna w wyniku, której doszło do powstania związku żywieniowego zwanego jajecznicą. 
Do jajecznicy, dodałem również pomidorki i posmarowany ręcznie chleb. 
Żona przygotowała kawę i nastąpił proces konsumpcji. 

Mimo przepysznego śniadania, nie poprawiła się moja sytuacja bólowa. Leżenie na lewym boku po śniadaniu, nie pomagało również. Przeprowadziłem więc wnikliwie obserwacje, jakoby leżenie na boku prawym, miało coś wnieść do sprawy. Bez skutku. Już w rozpaczy miałem rwać włosy z głowy, gdy przyszedł mi na dzielnice szarych zwojów, pomysł szatański. A może na rower?
- nie no co ty, przecież Cię głowa boli...
- boli, ale może przestanie
- na rower? Kask, okulary, ucisk, wysiłek, pot, łzy... - R.U krejzi?
- no ale to może z głodu było?
- giń szatanie!
Moje ego i wnętrze, kłóciło się ze sobą, jak politycy w sprawie imigrantów. Co mogłem robić... za oknem świeciło słońce, głowa bolała a ja testowałem coraz to nowe pozycje, relaksujące ciała. Gdy Aga zastała mnie z nogami na ścianie a głową zwieszona w dół z sofy, uśmiechnęła się tylko i powiedziała.
- Ty idź się przewietrz co, bo chyba siedzenie w domu ci nie służy. 

Namawiać mnie wielokroć nie trzeba. Począłem się wybierać i w końcu opuściłem dom wraz ze swą wierną Shannon. Pojechaliśmy w towarzystwie. W uszach zawitała znana wam już - poniekąd - książka "Zimny wiatr". O wiatr to ja się zdecydowanie tego dnia nie musiałem martwić. Dmuchało zaiste sumiennie na trasie. Chciałem przed startem dopompować sobie koła w rowerze, jednak gdy już byłem w piwnicy, zorientowałem się, że pompka nadal w aucie była. bidulka czekała tam od naszego przyjazdu z Augustowa. Osamotniona niczym... niczym... samotna eeee pompka w bezkresie bagażnika auta. No w każym razie - jakoś tak.

Książki audio, mają to do siebie, że trzeba je sluchać regularnie, bo jak sobie zrobicie przerwę w połowie, to potem trzeba od nowa przypominać sobie kto był kim, z kim kto rozmawiał i tego typu dewiacje. I chwilkę zajęło, zanim odnalazłem się w owej rzeczywistości i wróciłem na znane mi tory rozumowania pisarza. W kierunku przeciwnym, do tego, którym się poruszałem. Gnała Babka. Takie lokalne, znane u nas spędowisko, starszych i młodszych kolarzy.
No wiecie, siedzenie po kole, zmiany, latanie z blatu, puszczanie korby i inne teges śmeges. Przerabiałem system w zeszłym roku, sprawdzałem nawet calkiem niedawno jakby to było być jak oni, ale tego dnia nie chciałem. Jednak jak zawsze wyszło inaczej.

Po zawróceniu, w okolicach Błękitnego mostu, minęła mnie grupka kolarzy i szybko zaczęła znikać mi z oczu. Nie przejmowałem się tym, bo jeszcze jak mijałem ich z naprzeciwka to widziałem, że peletoników kilak już się uzbierało. Pogoda ładna, toteż liczebność na Babce - wysoka. 

Przed światłami w NDM stała się rzecz dziwna. Chyba jeszcze nic tak hańbiącego nie miało miejsca!  Ja! Księgowy, nieświadomy zagrożenia, chciałem się zatrzymać na czerwonym! A tu nagle? Noga utknęła w nosku i z oszałamiającą prędkością 3km/h, runąłem jak długi na pobocze. Co najstraszniejsze - świadkami tego byli kolarze i kilka(naście) osób w autach czekających do zmiany sygnalizacji. No Matko - Jedyno. Jak ja to zrobiłem? Otóż, tego dnia, miałem inne buty. Drugie są w praniu i jeszcze nie wyschły. Nowe <stare> buty, potrzebowały innej szerokości noska. Poprawiłem sobie, więc paski przed wyjazdem i nieświadomy iż zrobiłem to zbyt niedokładnie jechałem bez problemów aż do owego lądowania.

W drodze od NDM, przede mną tłok. Kraksa była w peletonie. Wiadomo, jak się ma rowery za 5-8 tysięcy, karbonowe szosówki, wypasione buciki, lansiarskie owijki i jest się super pro - trzeba też super pro rypać w siebie w peletonie. Szczęśliwie, nic nikomu - chyba - się nie stało. Jak dojechałem, to się cho-pa-ki zbierali z ziemi. Ot klasyk, jeden przyhamował, drugi liznął kolo < kolejne kolarskie określenie> i tak się domino posypało. Nie miejcie mi tu za złe tej szyderczości. Ot taki tam mały żarcik z ekip pro. Czemu? No bo czasem mam wrażenie, że to banda bufonów. 
Zatrzymałem się na chwilkę koło nich. Bylo to związane przede wszystkim z tym, że zatarasowali całe pobocze. Po drugie zaś, naprawdę zmartwiłem się czy nic nikomu się nie stało. Po trzecie... po trzecie w sumie z ciekawości. No i pytam grzecznie, czy wszystko ok. Na co nie słyszę odpowiedzi i tylko jakieś tam wyrzuty sobie robią między sobą chłopaki. Jeden obwinia drugiego, że tamten przyhamował. Ponawiam pytanie, czy potrzebują jakiejś pomocy na co odpryskuje mi jakiś nabuzowany chłopaczek:
- dobra koleś jedź stąd już...
Odjechałem...

Troszkę, jak pies z podkulonym ogonem. Tak mi się dziwnie zrobiło. Byłem z sakwą i nie pro, testosteron buzował, więć pogonili mnie. Spoko niech się bawią sami. Odjechałem. Za jakiś czas, dobre 5 minut puźniej. Jechałem dalej poboczem, gdy za sobą usłyszałem okrzyk: "LEWA WOLNA". Nie bardzo miałem gdzie zjechać, bo ja już byłem na poboczu. W sumie moje 25km/h też nei było prędkością powalającą. W momencie wyprzedzania usłyszałem tylko:
- zjechałbyś nam trochę człowieku.
Nie było sensu, odpowiadać. Polecieli w kilku za uciekającymi <gdzieś w oddali> kolegami. 

Czy to tylko stereotyp? Pewnie się chłopaki, troszkę zedenerwowali po kraksie. Spoko. Szkoda, tylko tego "zgrzytu". 

Sobotnie dopracowanie

Niedziela, 20 września 2015 · Komentarze(2)
W sobotę dziś wyjątkowo nic się nie dizało. Udalo mi się nadrobić braki w lekturze czasopism rowerowych, troszkę posprzątałem i pożartowałem z Jerzym Kryszakiem. Wpadł do nas pogadać i naprawić rower swojego syna. Spoko koleś. Fryz ma identyczny jak w TV, ale naprawdę pozytywny facet. Taki normalny, nie bufon. 

Po pracy powrót z towarzystwem wiatru w twarz. Nie duło mocno, lecz wystarczająco aby mi utrudniać pedałowanie. Nie dałem się. Cisnąłem ile sił, choć uzyskanie prędkości wyższej niż przeciętna, nie leżało w moich założeniach. Jesień... ech jesień rowerowa. Morale spada, nie chce już się cisnąć jak ten Świeżak wiosenny. KA EM Y nie są tak pożądane jak w marcu czy kwietniu. Z drugiej strony, miło jak tam coś szumi i się człowiek jednak w tym liczniku przesuwa w gorę. 

Dzień zakończony leniwym, lenistwem w łóżku i oglądaniem "Kryminalnych". Dopiero pierwszy sezon, ale spokooojnie;) Zima długa;)

Wyprzedzając miesiąc

Sobota, 19 września 2015 · Komentarze(0)
Do pracy w piątek. Jak to jest, że człowiek na wyjeździe miał chłodniej niz jak wrócił do domu? Hańba - przez duże Eń!

Dojazd do pracy za dnia a powrót "prawie-w-nocy". Szybciuśko już ten zmroczek zapada...

Niebawem, czyli niedługo, będzie trzeba z lampkami po pracy wracać na full. 

Nocnik podwarszawski

Piątek, 18 września 2015 · Komentarze(2)
Po pracy, szybki kurs na Warszawę, aby znajomemu oddać pożyczone sakwy. Co za ciepła noc. Jechałem a termometr wskazywał 24 stopnie. Niesamowita noc. Przed wyjazdem szybko zmieniam suport w Shannon, bo poprzedni < znów?> się zużył. Za rok wracam do korby na kwadrat bo mam wrażenie, że tamte suporty dużo dłużej wytrzymywały, bez większych luzów. Te na HT 2 są faktycznie sztywniejsze, ale w tym sezonie to już mój drugi suport. Oba odeszły w stanie agonalnym. 

Z rana laptop narazie się nie resetuje, jednak nie wiem czy zaczynać relację kolejnego dnia, bo nie wiem ile potrwa ta jego "dobroduszność". 

Po zmianie suportu jazda stała się lżejsza:) 

Południowy Wschód Augustowa

Wtorek, 15 września 2015 · Komentarze(0)
Ostatni dzień naszej tułaczki wokoło Augustowskiej. Na swój dzisiejszy cel wybieramy tereny na południowy wschód od miasta. Sporo lasów. Odwiedzamy Szlak Papieski i po raz kolejny większość trasy spędzamy na szutrówkach. 







Podczas tego wyjazdu największą przyjemność czerpałem z samej jazdy. Jazda lasem, gdzie jesteśmy tylko my i piaseczek, jakieś ptaszki... Nigdzie nam się nie spieszyło, wszystko snuło się z wolna, a my jak tylko nadarzała się okazja zatrzymywaliśmy się na jakieś fotki czy choćby po to by powdychać zapach wilgotnego lasu. 
Oj tak, pachniało tam inaczej niż u nas. Tamte Augustowskie wysokie świerki jesienią roztaczają taki fajny aromat. Jak jakieś sanatoriom, dla styranych rowerzystów.

Mimo, że nie wrąbałem wielkich tras po 150km, mimo, że nie spłodzę tu hucznego opisu z wieloma przygodami, mimo to wszystko uważam ten wyjazd za naprawdę udany. To było tak piękne i magiczne miejsce, że polecam je każdemu. Oczywiście polecam je po sezonie, gdy już w miasteczkach życie spowalnia, ludzie nie pędzą, a po okolicznych jeziorach nie gnają motorówki. Gdzieniegdzie tylko spotkać można pana na łódce z wędką. 


Jeszcze tam wrócimy... nie wiem przy jakiej okazji, ale czuje, że to nie koniec;)

Wigry Wigry Wigry

Poniedziałek, 14 września 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Wyprawa
Wstałem lekko zmęczony. Poprzedni dzień i walka z wiatrem kosztowało mnie sporo sił. W pokoju mieliśmy aneks kuchenny, więc śniadanie było królewskie. Do tego pyszna kawa i doza porannych wiadomości z sieci TV:] Żyć nie umierać. Swoją drogą - chyba staje się burżujem. Kiedyś namioty, na dziko, kuchenki turystyczne i gotowanie po przystankach autobusowych, a teraz?

Ruszamy wreszcie dobrze przygotowani do jazdy i atakujemy Wigry. Mazurskie drogi poza głównymi, dają wiele do życzenia. Dobrze, że mamy rowery, które się nadają i na szosę i na asfalt i w teren. Oponki 32c to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o jazdę wielozadaniową. Sprawdza się zarówno a terenie, piasku i szutrze. Nie chciałbym tu opowiadać bajek, więc sprostuje, że jazda w terenie i piasku jest wymagająca i nie po każdym odinku piaszczystym da się przejechać, ale w "całości" ten rozmiar wydaje się być najbardziej optymalny. 

Wróćmy do samej wycieczki. Przez Ateny jedziemy sobie do Bryzgiel`a i robimy pętlę w Lewo zgodnie ze wskazówkami zegara. 









Cała pętla przebiegała w tak emeryckim tempie, że nawet wstyd sie przyznawać. W sumie doszedłem do wniosku, że to właśnie mnie odróżnia od szoszonów. Ja jadę i delektuje się jazdą, obserwuje okolicę, tu przystanę tu się obejrzę. Tu zjadę na szuterek "bo fajny", tam znów dopadnę jakiś szlak pieszy. I znów na asfalt i znów jakimś singielkiem. I tak ani ze mnie MTB-owiec, ani szoszon. Turysta długodystansowy.  OT CO!

Dzień drugi - Stańczyki

Niedziela, 13 września 2015 · Komentarze(8)
Kategoria Wyprawa
Dzień "główny". To chyba dobre określenie. Na tym kilkudniowym wypadzie czekałem właśnie na tą trasę. Może niekoniecznie tak wietrzna pogoda mi sie marzyła, ale zdecydowanie najbardziej ciekawy byłem właśnie okolic Suwałk i odwiedzenia mostów w Stańczykach. 

Nie było lekko, tego dnia do pokonania było prawie 140 km. Wstaliśmy więc rano i ruszyliśmy na trasę. Szczęśliwie pierwsze 70 kilometrów było głownie z wiatrem. Im dalej od Augustowa, tym więcej pagórków. Suwalszczyzna miło mnie zaskoczyła. Faliście, czasem dość stromo, ale bez tragedii. Pewnie inaczej potrzegałbym tą krainę, gdybym miał ze sobą pełny bagaż, jednak tego dnia było naprawdę spoko.

W Suwałkach trafiamy na jakiś regionalny festyn. Zatrzymujemy się na posiłek. Kartacze sa ogromne. W sumie trzeba powiedzieć "kartacz". Wielka okrągła kluska ziemniaczana, rozmiarów dorodnej pomarańczy, lub greifruta,  a w środku mięsko z ziołami. Wszystko polane wywarem z mięsa i skwareczkami. Jeden taki pampuch i byłem syty. Agnieszka nie zjadła całego i jeszcze po niej musiałem dojeść. 


Mosty w stańczykach są pozostałością po przeprawie kolejowej w tamtym regionie. Robią mega wrażenie, bo są OGROMNE!!! Im bliżej się jest, tym wydaja się wyższe.

Zarówno z góry jak i z dołu powalają swoim majestatem. 

Droga powrotna to wielka walka z wiatrem. Przez bite 70 kilometrów, dmuchało nam w dziub. Do tego suwalskie fale asfaltowego dunaju i mamy ostrą jazdę aż do zmroku. 


Jesienna wyprawa - Dojazd

Sobota, 12 września 2015 · Komentarze(5)
Budzik dzwoni, gdy jeszcze za oknami jest ciemno. Nie bardzo chce mi się wstawać, ale chwile później Agnieszka już krząta się po domu. Wypijam kawę i idę pakować rowery. To pierwszy wyjazd, gdzie głównym transportem naszego sprzętu będzie nowy samochód. Nie jest to jednak kombi i wsadzenie dwóch rowerów, nie jest takie proste - lub jak kto woli, wymaga większego doświadczenia. idzie mi to więc cokolwiek topornie, ale zanim się ogarniam z rowerami, Agnieszka też w domu już przygotowana. Wsiadamy i jedziemy. Na miejscu - czyli w Augustowie jesteśmy już około 10 z hakiem. Niestety, poprzedni lokatorzy jeszcze się ciułają z pokoi, i musimy czekać. W sumie to nieco psuje nam plany, bo już pierwszego dnia miała być traska większa.

Wreszcie około 11 godziny, udaje się zakwaterować do pokoju. Jemy coś naprędce i ogarniamy sobie trasę. Z poprzednich planów niewiele zostało, bo była już prawie dwunasta. Decydujemy się na małą pętelkę na północny zachód od Augustowa. 
Trafiamy w dziesiątkę. Najpierw wiatr w plecy, a później przepiękne tereny doliny Rospudy.