Rowery i Tiry...

Poniedziałek, 4 maja 2015 · Komentarze(14)
Kategoria Do pracy!
Do pracy dziś jechałem w deszczu. Deszcz to może zbyt wiele powiedziane, natomiast coś ewidentnie padało z nieba. Jako, że poranek po weekendzie zawsze jest trudny, zajechałem jeszcze do MC`a na kawę. To była dobra decyzja, bo w sklepie kocioł. Majóweczka się skończyła i ludziom się rowery popsuły, mało tego one się rozj... waliły.

- proszę pana ja z reklamacją
- słucham co się stało?
- coś mi w tym rowerze nie gra...
- a co?
- coś mi tu tyka.
- mhmm - spoglądam patrze...
- i co?
- przerzutki są do wyregulowania.
- JAK TO? Ja ten rower w listopadzie kupiłam
- a przegląd regulacyjny po zakupie pani robiła?
- nie, no właśnie przyjechałam na niego. Wie pan co? Tylko ja zgubiłam kartę gwarancyjną
- mhmm. Czyli zrobimy normalny przegląd.
- I będę musiała za to płacić?
- no tak, regulacja przerzutek plus sprawdzenie całego roweru po zakupie, to coś naturalnego. Rower w pierwszych miesiącach się układa, dopasowuje. Zawsze trzeba zrobić przegląd po pierwszych miesiącach użytkowania.
- pan żartuje? Ja w zimie nie jeździłam na rowerze
- ale teraz pani wsiadła tak? I coś tam nie działa? Prawda?
- no tak
- no widzi pani, trzeba doregulować przerzutki. Linki się wyciągnęły, to normalny proces...
- dobrze to niech pan robi.
- spisze pani rower i umówimy się na odbiór.
- a to od ręki pan nie zrobi?
- na przyszły tydzień może być.
- Żarty jakieś? To co ja mam teraz tydzień bez roweru być?
- proszę pani środek sezonu jest... Tyle pracy, ale staramy się dotrzymywać terminów. Dlatego zapisujemy rowery "z głową".
- a syn zapowietrzył hamulce, jak zdejmował koło nacisnął klamkę, to jemu to od ręki zrobicie?
- odpowietrzenie może być na następny dzień... ale nic nie obiecuje.
- pfff dobra, to ja sobie chyba inny serwis znajdę, co mi to od ręki zrobi. Wydałam tu u was 3 tysiące na dwa rowery i teraz mam po półtora tygodnia czekać na odbiór roweru?
- życzę pani powodzenia, w poszukiwaniach, bo serwisy mają wszędzie teraz takie obłożenie
- A jak jutro przyjdę z rowerem?
- Nie wiem proszę pani, jutro może być termin odległy o kolejne kilka dni do przodu...
- Jak to?
- No po majówce już dziś przyjęliśmy pięć rowerów. Do końca dnia może ich spłynąć do serwisu kolejne pięć.
- Ale ja byłam u pana dziś. 
- To niech pani zostawi rower wpiszemy i ma pani "kolejkę" zaklepaną.
- kpiny jakieś... Matko wywaliłam 3 tysiące i teraz jeszcze tyle czekać. Myślałam, że jak kupuje u państwa rower to mogę go tu serwisować bez problemu...
- Musi pani zrozumieć, że taki jest okres, że na serwis się tyle czeka.
- Wszędzie kolejki, do lekarza kolejki, w urzędach kolejki.. nawet jak człowiek na rower chce iść musi w tych kolejkach stać.



I takie oto rozmowy o życiu dziś prowadziłem. Na serwis wpadło kolejne pięć rowerów, a dopiero co siedem umyłem przed serwisami. Rany... Jeden pan swój rower pod podwoziem naczepy tira woził jak do Niemiec jeździł. 
- Ja go tam wrzucam i jadę. Zostawiam tira na rozładunek na dwa dni i sobię jeżdżę tu i tam...
Nie muszę wam chyba mówić w jakim stanie rower dotarł.
- 350zł wyjdzie cały serwis.
- Jak to przecież tu wszystko działa...?
- Jeszcze działa, ale jak tak dalej pan pojeździ to będzie 500 i pół roweru do wymiany.
- Ale 350zł? Za rower? Ja tyle na przeglądzie w aucie zostawiam.
- A jak często pan auto serwisuje?
- no co roku! Tak jak każe ustawa
- no widzi pan, gdyby rower był co roku na serwisie to by pan 40zł na łańcuch tylko zostawiał. A kiedy ostatnio rower widział serwis?
- Ja wiem? Chyba od nowości nie robiłem go, ale to super rower on się nie psuje!
- TIA...


Do domu wracam lekko dookoła. Daje także upust swojej nagromadzonej sile. Kilka szybszych podjazdów pod góreczki lokalne na twardym biegu... Już jutro pierwszy z serii wyjazd na "podjazdy" w okolicy. Zobaczymy jak wyjdzie;)

Wiosenne mazowsze...

Niedziela, 3 maja 2015 · Komentarze(1)
Kategoria Na Zaborze
Od dawna, nie odwiedzałem północnego Mazowsza i rodzinki. Udało się w końcu zebrać na wyjazd. Wstawało się ciężko, ale w końcu po 9:20 opuszczamy posiadłość i ruszamy na trasę. Na niebie piękne słońce - wycieczka zapowiada się super. 
Wiatr niby miał być niewielki i nieodczuwalny, ale niestety zrobił nas w balona i "wydymał". Najpierw było pod wiatr, a później? Później jak wracaliśmy też pod wiatr. Pfff.


Na miejscu witają mnie psiaczki i dosłownie ledwo przechodzę przez bramę. Skaczą piszczą, liżą wchodzą pod nogi. Kolejne kroczki stawiam bardzo ostrożnie, aby żadnego nie rozjechać.

U rodzinki jem pyszny obiad, buduje legowisko dla Kulki pod schodami i opalam się na słońcu. Wspaniały dzień spędzony w gronie rodziny i zwierzaczków. Full lampa z nieba i regeneracja...

W drodze powrotnej znów pod wiatr. Jedzie się ciężko, choć jednak te 25 km/h jakoś utrzymujemy i kilometrów ubywa. Na Dębę natrafiamy na korek. Myśleliśmy, że to wypadek jakiś go spowodował, ale to tylko powroty z majówki. Oczywiście my sprawnie sznureczek omijamy. Taki jest plus  posiadania roweru w takie dni jak ten. 

W domu, szybka kąpiel i zasiadam na nowym Fotelu prezesa. Wczoraj wpisu nie było, bo do pracy pojechałem z "K" autem, a po pracy na zakupy do IKEI. Komplecik mebli trafił do naszego salonu. 


Jak mi dobrze mhm...

Do pracy w pierwszego!

Piątek, 1 maja 2015 · Komentarze(4)
Kategoria Do pracy!
Dziś byłem w pracy. "K" chciał abyśmy sklep otworzyli, bo to majówka, może coś tam uciułamy. Zresztą serwisów było troszkę do nadrobienia i... otworzyliśmy. Miało padać, więc rowerków nie wystawiamy za wielu. Ja ogarniam zatowarowanie opon, "K" robi serwis.

Jeden taki pan wydzwaniał do nas ostatnio:
<wtorek>
- Rower mój już zrobiliście?
- eee dzień dobry - przerywam mu w pół zdania lekko zaskoczony takim startem z jego strony...
- No?!
- A jaki to rower? - dopytuje lekko poirytowany.
- Jak to?
- W sprawie jakiego roweru pan do nas dzwoni...
- co za serwis... nie wiecie jaki rower robicie?
- Chciałbym panu przypomnieć, że nie tylko pana rower był naprawiany w ostatnim czasie.
- Tak wiem ale pan zapewne ma to napisane na tej karteczce.
- Dobrze sprawdzę... - wkurzony przewalam karteczki. Znajduje  - Trek?
- No brawo...
- Nie jeszcze nie gotowy. Miał być gotowy na czwartek...
- Czyli jeszcze go nawet nie zaczęliście robić?
- Jak powiedziałem rower jest wpisany na czwartek...
- Aha dobra. <klik>

< środa >
- dzwonie w sprawie roweru.
- Witam.
- Zrobiliście go już może?
- Pan od tego treka? - pytam zaskoczony...
- No tak. A co zrobiony?
- Nie, przecież rozmawialiśmy wczoraj i powiedziałem panu, że jest zapisany na czwartek.
- To dziś go też nie zrobicie?
- Jak starczy nam czasu to może zrobimy, ale to wtedy zadzwonimy do pana
- A dużo macie pracy?
- Dużo...
- Czyli nie zrobicie?
- Nie wiem proszę pana. Jak mówię, jak uda nam się zrobić to damy znać, że jest do odbioru.
- A o której będzie pan wiedział czy zrobicie czy nie?
- Jak go zrobimy! - Tracę cierpliwość... - Im dłużej będziemy taki dialog prowadzić, tym mniejsza szansa, że rower nie będzie gotowy na czas!
- Czemu! Przecież jest zapisany!

- Jak nie pozwoli nam pan pracować i będzie do nas wydzwaniał to sam się rower nie naprawi... Ma pan jeszcze jakies pytania czy mogę wracać do pracy?
- To ja jeszcze przedzwonie wieczorem...
- tia...

<wieczór> Pan dzwonił 3 razy, mieliśmy klientów nie mogliśmy odebrać. W końcu odbieram telefon
- I jak udało się?
- Nie.
- Czemu?!
- Nie wyrobiliśmy się. Spokojnie jutro będzie zrobiony, tak jak pan ma w terminie.
- Ale pan powiedział, że może dziś uda się go zrobić.
- No i się nie udało.
- Czemu? To coś powazniejszego?
- Nie wiem, nie zaczęliśmy jeszcze go robić.
- JAK TO? Przecież pan powiedział...
- Prosze pana, czy ja za przeproszeniem rozmawiam do pana po japońsku? Na kartce masz pan napisane, jak wół że rower jest do odbioru w CZWARTEK!!! Dziś jest środa, rower będzie gotowy na czas. Ile razy jeszcze będzie pan wydzwaniał i dopytywał. Czy naprawdę tak trudno jest poczekać jeszcze jeden dzień.
- No wie pan, majówka...
- I super! Rower będzie gotowy na majówkę! 
- No to dziękuje panu - do widzenia.
Pan nieco spauzował po moim monologu, ale z tonacji głosu nie był urażony. Po prostu sprowadzony do szeregu.

<czwartek> 10:30
- dzień...
- nie jest gotowy...
- aha dobrze. To do widzenia.

Zrobiliśmy rower, dzwonimu do klienta. Jest godzina 14;30. 

- witam sklep rowerowy z tej strony dzwonie, że rowerek jest już do odbioru. 
- Wie pan co, a jutro pracujecie?
- Tak,
- To ja bym jutro po niego przyszedł.
- Eeeee jutro?
- No, bo dziś nie dam rady...

<jutro>
- Dzień dobry.
- Sklep rowerowy w czym mogę pomóc?
- Wie pan co, ja ten rower odbiorę po weekendzie majowym. teraz jestem na działce to nie mam jak go zabrać...




Nie mam pytań...



W drodze powrotnej z pracy złapała mnie burza... zmokłem jak kura. Parłem na przód w takiej ulewie, że aż szaro było.

Przed weekendem

Czwartek, 30 kwietnia 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Do pracy!
Kolejne dwa dni dojazdów zbieram w jeden wpis. Mam nadzieje, że mi nikt głowy nie urwie;) Tak już jest jak się pracuje i odpoczywa na rowerze - jednocześnie. 


Nie wiem co to za dzień tygodnia. Chyba środa... budzę się strasznie obolały. Lewy bark wychodzi z siebie. Nie wiem na ile to pozostałość maratonu, na ile przedźwiganie w pracy, ale ewidentnie ręka ma dość. Zwlekam się z łóżka i szukam żony - żona już coś w kuchni dzierga. Dzień zapowiada się trudny. Wyjątkowo nie podpasowało mi spanie na lewym boku i czuje sie jak pokraka. 

Kanapeczki, herbatka i w drogę. Oczywiście jak żonka poszła do pracy zasiedziałem się i wcyhodzę dopiero 9.05. Nie ujechałem jednak daleko, gdy czuje pod nogami tłuczenie. Staje i co? Kapeć... FUCK. Trzeba zmienić dętkę. Decyduje się jednak na szybki bieg do domu z rowerem i zmianę roweru. W końcu mamy ich kilka w stajni:) Wskakuje na przełaja Agi i dzida! Od startu do mety walczę z czynnikami niesprzyjającymi. Nie dość, że wiatr w twarz, to jeszcze zimno mi! Jak zmieniałem rowery musiałem zapomnieć rękawiczek z domu. I tak jestem w du** z czasem, wiec rezygnuje z kolejnego powrotu. Jadę w tym co mam.
Słońce oszukiwało, bo było piekne niebo, lekkie obłoczki, a zimno i lodówa taka, że szok!

W pracy - cóż, jak to w pracy. Ostatnio mniej wyjątkowych sytuacji. Coraz to więcej serwisów i ciśniemy je jeden po drugim. Rekordzista z serwisem i częściami w rower za 1000zł wsadził 650 zł. Prawdę mówiąc, czasem zastanawiam się, jak oni te rowery trzymają. Niektóre aby przyprowadzić do serwisu trzeba się postarać. Zdarza się, że ktoś wlecze za sobą trupa <rower> i ledwo wnosi go do sklepu. Potem zdziwiony jak mu mówimy 300-400 zł za serwis. 
- Panie, ale ten rower 400 zł warty.
- Niestety jego stan pozwala nam na dwa wyjścia - albo wyrzuca pan i kupuje nowy, albo robimy serwis!
- ile nowy tak jak ten góral?
- 1500 zł myślę, że znajdziemy coś.
- Ło matko - to robimy tego. 1500 zł za rower to nie dam! Panie teraz 3000 zł to auto kosztuje!
- Nazwisko... Nr tel...

Rower spisujemy skrupulatnie co i za ile wymiana itp. Czasem taki serwis to skaranie boskie. A czasem totalna budowa. Wycina się linki, wycina pancerze, przerzutki nowe, łańcuch, wolnobieg... Rower staje na koła jak nowy!

Po pracy tego dnia jakoś tak miałem dość. Dzień był dla mnie jakiś kryzysowy. Pod koniec marzyłem tylko aby iść do domu i spać. W końcu czas powrotu. Zapomniałem, że z Agnieszką umówiłem się do OBI. Jadę do domu dosłownie dzwoniąc zębami. Wieczór idzie na mróz. Rany, ale mnie wy-telepało! Wizyta w OBI i powrót dopełniają mojego złego samopoczucia. W wannie leżę w kąpieli chyba 45 minut. Tak mnie nie chce chłód puścić. 

Padam na twarz i nie wiem kiedy usypiam.



Dzień to przepiękny dzień to wspaniały. Wstałem nawet chyba dość wcześnie bo 6:45 już piłem herbatkę. Nie wiem skąd tyle Energi we mnie. Kanapki pyszne, wszystko smaczne! Jest moc! Najpierw kurs do piwnicy i zmiana dętki. W sumie dziura wyglądała jak od "snake`a", nie wiem skąd, nie wiem jak. Po zmianie gumy, atakuje mięsny. Weekend się zbliża i przez sklep przewija się tłum. Czekam w kolejce, a ludzie kupują mięsko jak na wojne. No cóż. Odstałem swoje i kierunek dom. Na mieście jakieś zamieszanie, chyba ze dwa razy mnie atakują auta. Nie wiem gdzie ci kierowcy mają oczy. Dobrze, że refleks mam lepszy niż oni cela...


W ciągu dnia kociołek. Dętka - opona - dętka - jarzmo - lampeczki - dętka opona - pompeczka... 






Po-maratonie i po-po-maratonie...

Wtorek, 28 kwietnia 2015 · Komentarze(4)
Kategoria Do pracy!
Pierwszy dzień po maratonie upłynął pod znakiem "czy mnie jeszcze boli d...?". O dziwo nie bolała, jednak mój stan porównać można do dobrze skacowanego młodego imprezowicza. Niby trzeźwy, a taki jakiiś wątły... Ręce na kierownicy, nadal bolą. Choć już zdecydowanie mniej. Rozmasowuje je sobie i wymakam wieczorami w ciepłej wodzie. Uzupełniłem zasoby magnezu i elektrolitów. A w pracy?

Dzień mnie rozpieszczał. Na serwis trzeba było pomyć rowery, więc myłem je, opalając się w słońcu. Jakie piekne słoneczko byłow poniedziałek! Rany - jak mi to pomogło. No lek na długodystansowego kaca! Mogłem kontemplować i rozmyślać co poszło nie tak, a jednocześnie pucowałem jednoślady. 

"K" skwitował mój wyjazd:
- taki tam zmarnowany weekend. Porwałeś się na górki, podjazdów nie jeździsz, totalnie bez głowy.

Tu pojawia się pytanie - czy wyjazd był zmarnowany? Faktycznie, dystans mnie przerósł, faktycznie górki szły mega opornie, no i faktycznie styrałem sie jak osioł. Nie rozpatruje tego jednak w aspektach klęski. "K" ma podejście do jazdy o wiele bardziej "kwalifikowane". Sam kiedyś stwierdził, że nie umie jeździć "ot tak sobie". On musi trenować i mieć cel. Ja z trenowaniem mam niewiele wspólnego, a robienie agrykoli po 10 razy - mnie przerasta. Nie traktuje wyjazdów takie jak tamten w kwestii zawodów. To raczej spotkanie towarzyskie, a jeśli przy okazji uda sie połączyć wyjazd "piwny" z wyjazdem na długi dystans - to czemu nie?

Poniedziałek to był również czas pewnych zmian. 
Przede wszystkim, przesunąłem kasetę na górską. Zabrałem małą zebatkę i dołożyłem jedną większą. Jest wszystko lżej.
Po drugie, zakupiłem oświetlenie do roweru. Dość mam już swojej lampki. Chcę wreszcie coś widzieć w nocy!
No i po trzecie - zamierzam - mimo wszystko - zabrać się za jeżdżenie. Mam czas teraz na dobre przygotowanie się. Jak tylko organizm się "zaadoptuje" po takim treningu Kaszubskim i zregeneruje, dołożę kilka cegiełek do dystansu, aby jednak odpowiednią kondycję mieć.

Kaszubska przeprawa z wiatrem...

Niedziela, 26 kwietnia 2015 · Komentarze(6)
Nikt nie uczy nas, jak jeździć takie trasy. To co wnosimy do takich imprez to nasze własne zbudowane doświadczenia, obserwacje i wnioski. Nie da się skopiować tego jak jadą inni, bo im bardziej chcecie pójść w schematy, tym szybciej trasa uświadomi wam, że to na nic. O tym czego się dowiedziałem o sobie, co nowego poznałem i jakie wnioski wyciągnąłem dowiecie się z tego wpisu.


Dzień zaczął się spokojnie. Po wizycie w pracy w piątek udało się zdążyć na SKM i razem z Agnieszką udaliśmy się do Warszawy. Tam czekał już na nas Tomek. Spakowaliśmy się do samochodu i udaliśmy w podróż. 

Na miejsce docieramy około 18:00. W bazie jest już Olo, Faja pająk i Turysta. Troszkę gadamy, troszkę się rozpakowujemy. z czasem przyjeżdża ekipa z poznania i wóz "techniczny". Ekipa się integruje, jest piwko, chipsy i oglądanie finału ligi w siatkę. Olo trwoni czipsy na meczu, bo większość ich wyjadam mu ja;) Kiedy zapada zmrok pada pomysł, aby zrobić ognisko. Tak jakoś wyszło, że my z Agnieszką nie poszliśmy. Zmordowany dojazdem, postanowiłem położyć się wcześniej spać i odespać nieco przed głównym starciem kolejnego dnia. 


Sobota. - Ale Urwał

Pobudka jest łatwa. Nie mam problemu ze wstaniem, jeszcze zanim zadzwoni budzik. Po prostu otwieram oczy i już. Śniadanie, jakieś tam szybkie pakowanie i zbieram powoli się z Agnieszką z bazy. Wystawiamy rowery z domku i nanoszę ostatnie poprawki do swojej pozycji na siodełku. Jaki jest efekt? Urywam gwint w zacisku pod-siodłowym a sztyca wpada mi na sam dół. 
- No pięknie - myślę sobie - to sobie pojechałem na wyprawkę. Szybka reakcja i właściciel moteliku ofiarowuje mi długą śrubę i nakrętkę nr 10 jako kontrę. Udaje się zbudować fuszerkę, która jedzie ze mną przez całą trasę. 

W końcu, ruszamy. Początek jest po wątpliwej jakości drodze z Izbicy. Grupa jedzie równo, ale od razu daje się odczuć, że za ciepło się poubieraliśmy. Lecimy w pełnym peletonie do Główczyc. Tam wszyscy się rozbierają z nadmiaru ubrań. Przydadzą się one jeszcze nocką, ale w takim słońcu już o 8:20 rano jest prawie dwadzieścia stopni. Nikt się nie spodziewał tego po chłodnym wieczorze nad jeziorem. 

Tu grupki się rozrywają. Ja i Agnieszka zostajemy ostatni. Spoko - myślę sobie. Nie ma co gnać. Sporo przed nami trasy, a wiatr wcale nie pomaga. od wyjazdu na wschód w kierunku Wicka, wieje to w twarz, to znów w bok i prędkości nie są oszałamiające. Niemniej jednak, jakoś się toczymy. W Wicku - szybkie zakupy słodkich bułek i dalej w trasę. Za skrętem na Sarbsk, zaczyna się prawdziwy maraton. Są górki. Naprawdę strome, krótkie interwałowe podjazdy po 10-11%. Jedzie się ciężko. Mazowieckie przygotowanie do tej trasy ma się nijak do tych warunków. Spodziewałem się pagóreczków, ale w połączeniu z silnym wiatrem troszkę więcej one nas kosztują sił.

Agnieszka wyraźnie zostaje z tyłu. Czekam na nią. W Przebendowie decydujemy się rozłączyć. Aga wraca do bazy, a ja jadę dalej. (W efekcie tego rozstania, Agnieszka zamiast prosto do bazy, pojechała jeszcze nad morze i na rybkę do Łeby).
Jazda samotna, pozwala mi nieco przyspieszyć. Pedałuje więc żwawo w nadziei, że odrobię sporą już stratę do peletonu. Niestety, albo może, na szczęście. Zagapiam się i zjeżdżam ze śladu w złym miejscu. Kierunek maratonu biegnie w lewo, a ja nie patrząc na GPS, jadę prosto. O pomyłce dowiaduje się jakieś 10 km od trasy.

- czy ten ślad to nie był czasem na fioletowo zaznaczony Księgowy?
- eee, no chyba tak. A co to ten jest na jaki kolor Adam?
- pomarańczowy.
- hmm no faktycznie... oooo ten fioletowy jest tu obok. FUCK - jakieś 10 km w lewo.

Jedzie mi się spoko, więc klikam i klikam w urządzeniu podczas jazdy. Niestety, słońce nie pomaga, bo strasznie się odbija od ekraniku i w końcu dobre 3 km dalej,decyduje się zatrzymać aby DOKŁADNIE przyjrzeć się śladowi, i zbudować wariant powrotu na niego. Decyzja pada na skrót, w nadziei, że złapię grupę i reszty trasy nie będę jechał sam.

Po dokładnej analizie trasy, teraz widzę, że błąd wkradł się w miejscowości Gardkowice. 

Jadę więc żwawo w kierunku Wejherowa licząc, że uda się chwycić w jakąś grupkę. Na tym odcinku prędkość jest o wiele szybsza niż poprzednio cisnę 27-30km/h mimo, że wiatr spowalnia. Tracę sporo Energi na podjazdach, ale nadzieja na "koło" czyjeś za Wejherowem bardzo mnie motywuje. 

Udaje mi się dojechać i z informacji telefonicznych wiem, że czołówka powinna być u mnie za nie tak długo. Ruszam więc, już spokojniej, z miasta i wspinam się na podjazd w kierunku Nowego dworu Wejherowskiego. Jako, że zarówno górka, jak i wiatr, a do tego słońce, są przeciw mnie. Staje na poboczu i robię postój na bułę. Jem sobie, jem... u chcę zrobić jakiś vlog, a tu "No Memory on Memory card..." CO???!!! Fuck zapomniałem pousuwać filmików poprzednich i bóg jeden wie ile się nagrało z poprzednich "wejść na antenę". Co tu zrobić. Wrzucam kartę z GP do Telefonu i usuwam nadmiar filmików, ale niestety nie do końca widzę w telefonie, jakie filmiki i fotki usuwam. Podczas zabawy ze sprzętem dostrzegam dwóch kolarzy. Pomarańczowe obręcze poznaje z daleka - TURYSTA. Zaraz za nim jedzie CRL. Macham do nich i szybko zbieram się na trasę. 

Mimo, że ja wypoczęty, to nie jestem w stanie ich dojśc na tym podjeździe. Doganiam ich dopiero długo potem przy sklepie, gdy robią zapasy. Po drodze do sklepu spotyka mnie jeszcze Tomek. Od tego miejsca jedziemy we czwórkę. Zaopatrzeni w jedzenie, dolewkę w bidonach można atakować dalej. 

Wiatr wciąż nie pomaga, szarpie na podjazdach i wyrywa z siodełka na zjazdach. Jazda w grupie, zdecydowanie lepiej idzie. Nie chodzi o klasyczne "dawanie zmian". Po prostu jest raźniej, a zmiany, jakoś tak same wychodzą. No gdyby to tylko wiatr, to może bym utrzymał się w grupce, ale kilka szybkich "hopek", kilka porywistych podmuchów i zostaje 10... 20... 30...metrów za grupą. Jeszcze jakiś czas walczę, aby odrobić straty, ale oni jadą sklejeni w małą grupkę, a ja nie mam szans ich dojść. Rezygnuje wreszcie i znów zaczynam samotną jazdę.

Nie jest źle - w sumie - myślę sobie. Troszkę z nimi ujechałem, teraz też jakoś idzie. Później pewnie znów ktoś się pojawi. Najważniejsze, że dogoniłem grupę. Napewno znajdzie się ekipa do dołączenia. W końcu jednak troszkę ludzi jedzie na tym evencie. 
Mp3 w uszach gra, kolejny raz popełniam błąd logistyczny. Słabo przygotowana playlista z 8 utworów nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Dobrze, że przynajmniej są to utwory w miarę "nowe dla ucha" to słuchanie ich kilka razy nie jest takie złe. 

Gdybym był góralem, to bym tylko na wiatr mógł sobie ponarzekać, tu jednak z każdym kilometrem, w nogach zostaje kolejna miażdżąca suma podjazdów. Jadę z trudem, a forma górek jest ta najgorsza. Szybkie interwałowe hop`y po 7-12% i szybkie krótkie zjazdy. Przez silne podmuchy, na zjazdach rower rozpędza się do "bagatela" 23km/h. No ja rozumiem podjazd, kręcić, ale żeby na zjazdach jeszcze dokręcać aby te 30 lecieć? PLISS...

Znienacka pojawia się Michał z aparatem w samochodzie. Niespodzianka nie z tej ziemi. Łapię się na kilka fot, choć mega fotogenicznie to nie wyglądam. Dobrze, że te jasne skarpety mam to choć stylówa jest! Przydatna jest jednak informacja od Michała, że jakiś nieduży odstęp za mną jedzie grupa "OLA i KETO". No tom uratowany - myślę! Kolejna grupka, kolejna szansa na sukces. Planuje nie zatrzymywać się, tylko jechać swoje i poczekać w ruchu, aż mnie wchłoną. Odcinek jest jakiś karkołomny. Co chwila podjazd i zjazd, zakręt i znów zjazd, potem znów ścianka 10%. Nie mogę się doczekać spotkania, a tu jak na złość nikogo nie widać na horyzoncie. No nic, jadę dalej... walczę i są! Wreszcie są!

Łączymy się w grupkę i znów docieramy wspólnie tylko do postoju na sklep. Nie wiem ile kilometrów jedziemy razem. Po wspólnych zakupach ruszamy, ale niepewny czy wziąłem portfel, staje dosłownie na 10 sekund. To wystarcza, wiatr, podjazdy i spadający zapas sił, powodują, że mimo iż widze ich jakieś 50m przed sobą, nie mogę dojść grupy. 
Jeden podjazd - staje na pedały jadę, sapię! Cisnę! MATKOOO czekajcieeeee...
Zjazd - dokręcam, w porywach wiatru targany, mknę w dół i nic! 
Kilka takich prób podejmuje, ale w końcu odpadam całkiem. Płuca wypluwam, kolana odmawiają posłuszeństwa i grupka sobie odjeżdża. Znów zostaje sam. 


Kryzys - Wszystkie kary na mnie idą!

Tu się zaczyna kryzys. Kryzys gigant, kryzys, gdzie moje kolana i nerwy śródręcza, zaczynają mi płatać figle! Kolana odzywają się nagle. Zdziwiony jestem, bo mnie generalnie ból kolan nie doskwierał chyba na żadnej z moich dotychczasowych tras długich. Jadę więc początkowo "swoje" ale na którymś z podjazdów tak mnie coś zabolało, że aż stanąłem na poboczu. 
"O panie Księgowy - czas na sportowy rachunek sumienia". Nie ma co kolan forsować. Stoję sobie 15 minut robię skłony, kucam, rozciągam mięśnie. Wreszcie ruszam. Pedałuje już zachowawczo. Każdą górkę na młynku, bez spinki. Przynosi to efekt, kolana milkną i tylko kilka razy później na pojedynczych podjazdach dadzą znać o sobie. 

Drugim - NOVUM - są ręce, a mianowicie ich nerwy. Pierwszy raz poczułem przeszywający ból w dłoniach jak goniłem grupę Turysty, pomyślałem, że to jakiś tam pojedynczy epizod. Po pogoni za Ol`em stan się pogarszał z każdym kilometrem.  Zdarzało mi się tak złapać kierownice na podjazdach, lub na prostym dziurawym odcinku, że ucisk padał na jakiś nerw. Powodowało to taki ból, jakby mi ktoś rozpalonym prętem z żelaza przebijał ręce. Dawno się tak nie umordowałem.
- Tak mniej boli, ale nie mogę trzymać dobrze kierownicy, tak znów boli, ale nie mogę hamować. W tej znów pozycji, prawie nie boli...ale jak już zaboli to aż mi w łokciach ból promieniuje. 
Jadę jak jakiś paralityk, kierownica parzy, kolana oszczędzam, a do tego ten cholerny wiatr! No litości!!! Zjazd, opieram się na przedramionach aby nadgarstki odciążyć, pusta droga - prędkość zjazdowa 25 km/h. No liczyłem choć na 30!!! Niestety, wiatr utrudniał nawet zjazdy. 

Sierakowice. Jadę albo nie jadę!

Tu jest apogeum... jestem głodny, ręce cierpną nawet poza kierownicą. Kolana czasem się odzywają. Trudna decyzja. Siadam koło punktu informacji turystycznej i przeprowadzam rozmowę z "centralą" - żoną. Wspólnie decydujemy, że muszę wycofać się do bazy jeszcze wcześniej niż planowałem. Cholercia a chciałem ten makaron Cinka zjeść. Nie wiem, czy choć 300 będzie, nie wiem ile jeszcze. Wiem jedno - Jak zajadę sobie organizm teraz do przez dwa miesiące mogę nie naprawić pewnych urazów. 
Postój więc trwa chyba pół godziny. Jem krówki i "eklersy" z sakwy. Zjadam jeszcze jakieś slodycze i dopijam resztkę powerade`a. Gdy ruszam, na niebie jest już pochmurno. Coś sie szykuje... nie wiem co. Pewnie deszcz. No i mam czkawkę! Czkawkę ma też moja jazda. Bo zanim dobrze ruszę to staje. Wynajduje sobie milion powodów, aby stawać.

To załączę lampkę - bo ciemno idzie.
To założę kamizelkę - bo ciemno idzie...
To znów założę bluzę - bo noc idzie...
To znów zmienię baterię w mp3 - bo nie działa już, a przecież noc idzie!!!
Rany ile ja na tym odcinku zaraz po rezygnacji - stawałem! SZOK.

W końcu - jadę! Nieeeeee zapomniałem! Siku przecież! Bo noc idzie!

Kiedy już wydawało mi się, że jadę, i zrobiłem dobre 10 kilometrów znów postój. 
To zjem coś konkretnego, a nie te batony - bo noc idzie.

Kupuje dwie kajzerki i kiełbasę. SIadam na schodach sklepu i jem. Mam zwiechę. Jem i jem, a co jakiś czas oddaje kawałek kiełbaski pieskowi co siedzi obok mnie i tak się patrzy na mnie. Na spółkę z "pikusiem" wrąbałem 25 cm podwędzanej i dwie kajzerki. Pikuś zdecydowanie preferował kiełbasę, kajzerek nawet nie wąchał. Nie wiem czemu!:D


Uwaga na nisko latające sarny

Dobry Audiobook, wreszcie lekarstwo na kryzys. Jadę sam, wyłączam głowę i słucham kryminału. Zabili świętego mikołaja  w Reykaviku. No ale czemu? 
Wieczór szybko staje się chłodny. Nogi kręcą, a odcinek do Lęborka jadę krajówką. Dziura na dziurze, auta i ja... Nie zwracam uwagi na auta, jadę i jakoś to wszystko nawet gra. W Główczycach nagle orientuje się - ku memu zaskoczeniu - że do mety jakieś 8 km. No to jazda! Pedałuje szybko, a moja lampka wariuje. Drgania powodują zmianę pomiedzy trybami. FUCK - kolejne ZUO od poprzedniego MP, nie wpadłem na pomysł aby zweryfikować czy lampka się nie naprawiła. Na trasach co jeździłem sam asfalt był spoko, tu telepało rowerem jak na Lubelszczyźnie i znów to samo się dzieje. Wnioski? Oświetlenie mam tylko na równe asfalty - no spoko. Szarówka przed kołami, wąska droga, jakieś torfowiska po bokach a ja jadę i co sekundę lampka się przełącza z mrugania na ciągły i odwrotnie. 
Na domiar złego o mało nie ginę pod kopytami sarny! Zwierzyna wyskakuje znikąd i robi susa przed moim kołem. DOSŁOWNIE - przeskakuje tak blisko, że czuje zapach jej mokrej sierści. Musiała zrobić susa tuż nad oponą! Adrenalina skacze mi w górę. Zatrzymuje się przestraszony tym zdarzeniem. Ręce mi się trzęsą po częśći z głodu, po części z nadmiaru tego środka który mi mózg wstrzyknął w krwioobieg. Uspokajam się i ruszam. Tym razem jadę już wolniej i nasłuchuje czy po rowach jeszcze jakieś latające sarny się nie kryją. 

Wreszcie meta - żona ogląda małych gigantów, czeka na mnie ciepły posiłek prysznic i sen... To był trudny wyjazd, mimo małego dystansu naprawdę umordowany przyjechałem do bazy. 


Zalatany - zaniedbany

Wtorek, 21 kwietnia 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Ostatnio troszkę zaniedbuje się we wpisach blogowych. Niestety, naprawdę nie mogę uszczknąć choć troszkę czasu na coś większego - więcej treści. Wpadam do domu, zaraz jakiś wyskok na zakupy. Czasem wracam do domu przez Warszawę dookoła i jak wracam to juz jest relatywnie późno. 

W pracy dziś urzędowałem sam. Obsługiwałem serwis, sklep i jeszcze robiłem za doradcę. Ogólnie spoko, chleb powszedni, ale faktycznie jak się kociołek zrobił to mi rąk brakowało. 

Dialogów słynnych nie było, za to dużo pierdół. Dętek wymieniania, serwisy piast na szybko i tego typu rzeczy. 

Wydaje mi się, że nie wiele zrobiłem, a dzień mi tak spierd..., że szok. 

Po-wrotka, wiotka... wietrzna pieszczotka...

Poniedziałek, 20 kwietnia 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Dzień słoneczny, dzień wiosenny, gdyby nie wiatr, który stawiał mnie dęba. Do pracy jechałem jak na rowerku stacjonarnym. Jadę albo nie jadę. No umachałem się jak dziki. Nie sadziłem, że będzie aż tak ciężko... po prostu mnie zwiewało z drogi. 

W pracy sporo serwisów i troszkę sprzedawania. Dzień bez aspektów ciekawych dialogów. Dziś nieomal monotonnie. 

Po pracy uderzyłem z wiatrem do Płochocińskiej i powrót przez Jabłonnę i las. Z wiatrem oczywiście przyjemnie i bez zmęczenia, natomiast od Płochocińskiej już z wiatrem w dziubek...

Nie piszę wiele, bo zalatany jestem. Maraton blisko, pracy sporo i tyle do ogarnięcia, że ło-je-zu...


zimność

Niedziela, 19 kwietnia 2015 · Komentarze(10)
Kategoria Do pracy!
Sobota upłynęła pod znakiem chłodu i zimnego wiatru. Dziś równiez postanowiłem nagrać swój pierwszy w 100% pełny Cyclo-Vlog. Jak komputer nie oszaleje od ogromu materiału do opanowania, to jeszcze dziś film powstanie. Obecznie procesor warczy na 100% obrotów, go pro studio sie nie tnie, więc nie zapeszajmy.

Sobota, dzień wyczuł chyba, że będzie weekend i pogoda się popsuła. Samego handlu jednak malo nie było. Sprzedalismy kilka rowerów, mimo naprawdę kapryśnej pogody.
Po pracy przyjechała po mnie Agnieszka. Jej szosa dogorywa, a zwłaszcza napęd w niej. Niebawem może uda się sprzedać jakiś z rowerów które mamy w domu. Bo zarówno miejsce, jak i kasa by sie przydały.

____________________________________________________________
Drugim etapem dzisiejszego dnia był nocny rower do Warszawy, tu również powstał filmik. Zanim jednak wrzucę filmiki musicie nacieszyć się samym wpisem. Komp - mieli i mieli te video jak szalony już godzinę prawie;)

[edit] - film obecnie musi poczekac na publikacje bo YT nie lubi mojego filmu :)