Wichry i Wyrwigłowy!

Wtorek, 3 września 2013 · Komentarze(1)
Kategoria Pojeżdżawki
Zmusiłem się dziś do wyjścia na dwór i obiecywałem sobie, że od razu nie poddam się niechęci jaka mnie opanowała. Zapowiadali wiatr w plecy na Lublin. W planach gdzieś tam tłukła się Lubelska pojeżdżawka, ale w sumie wyszło inaczej.

Rano mimo zapowiadanych ładnych chmurek, nie było cudnie. Jak wstawałem to oczywiście świeciło słońce, ale jak zebraliśmy się do wyjścia z Agą to już z chmurek pozostały tylko te brzydsze i ciemniejsze. No ale powiedziałem sobie w duszy: "nie wrócisz do domu - jedź choćby cię w dupę szkło gryzło" no i pojechałem.

Na początku ulicą Modlińską. Zapomniałem, że to już szkoła się zaczęła i zaskoczył mnie widok mega korka koło ratusza Białołęka. No klękajcie narody - jak to mówił Grabowski. 3 pasy wszystkie zajęte, a do tego sznureczek jak po ciepłe bułki w kryzysie! No to przecisnąłem się jakoś i dalej już "*małą obwodnicą" pojechałem do Żerania.

* mała obwodnica ul Myśliborska na odinku M. Północny - Ec Żerań

Na Jagiellońskiej znośnie a do tego dobry asfalt toteż ciąłem tam ze 30 wzwyż. W korku znów utknąłem na skręcie do Wybrzeża Helskiego. Tam troszkę zamooliłem, bo korek a potem już za Świętokrzyskim wskoczyłem na duży blat i pognałem z wiatrem.

Tak jechałem sobie z wiatrem i jechać i słońca nie widać. Zrobiło się zimno, wiatr czasem zawiewał z boku a w okolicach Józefowa wzmożył się ruch. Zrobiło mi sie jakoś nijak, i perspektywa jazdy do Deblina mi się rozjechała. Skręciłem więc na Józefów ulicą Graniczną i postanowiłem sprawdzić swoje siły w zmaganiu z wiatrem.

O dziwo gdy już około 5-8km przejechałem w stronę do domu, wróciło słonce i wyszło na dłużej. No stary teraz świeci kiedy ja już 10km pod wiatr tyram do domu? Co za pierdzielona łajza! Nie miałem ochoty robić nawrotki i znów gnać z wiatrem. Bo to mnie by rozbiło. Zrobiłem sobie więc postój kolo pkp Falenica na banana i czekoladową słodką kuleczkę a`la ferrero roszer ( jakkolwiek się to piszę). Poslubne pokłady słodyczy systematycznie topnieją. Dzięki temu, że chcieliśmy słodyszy a nie wina, to teraz mamy co brać z Agnieszką na trasę.

Jazda pod wiatr o dziwo nie jest tragiczna. nie wiem na ile to zasługa szosówki na ile moich sił, ale utrzymuje prędkości rzędu 20-21. Czasem jak mocniej szarpnęło to spadam do 18 czy 19 km/h. Jednak zaskoczony jestem tak dużymi, mimo wszystko, prędkośćiami. I wcale nie kładę się w dolnym chwycie, czy coś w tym stylu! ot trzymam ręce na klamkomanetkach, bo miota trochę rowerem jak mnie auta mijają, lub gdy zawieje z boku - nic poza tym.

Nie zauważam kiedy i robi się 3 pasmówka, troszkę błądzę i na węźle B. Czecha decyduje się na jazdę ścieżkami aby w końcu znów wylądować na 3 pasmówce. Oczywiście jest kilku hejterów z za kierownicy co to sprawdzają czy w wersji ich auto ma obsługę klaksonu, ale tym się nie przejmuje. No nie przejmuje się do czasu aż facet w TAXI Wawa nieomal spycha mnie na barierki energochłonne trąbiąc przeraźliwie.


Cóż. O tym, że na świecie są frustraci, to ja już się zdążyłem przekonać. Jednych skrywa pyzata buzia, otoczka patriotyzmu i szukanie poklasku w internecie. Inni zaś to kolesie próbujący powiększyć swoje ego z za kierownicy. Jedni i drudzy są maluczcy wobec świata jaki ich otacza. Starają się ubarwić swoje nędzne życie, zaistnieć i zostać zauważonymi.


Gdy wreszcie udaje mi się uciec z tej autostrady, ląduje na szlaku wzdłuż Wisły. Niestety, wszystko rozkopane, bulwary, okolice metra. Masakra. Jechanie ścieżka na północ to jakaś masakra. Zmieniam więć stronę i wracam mostem Świętokrzyskim na praski brzeg, gdzie najpeirw Wybrzeżem Helskim, a potem Jagiellońską i Modlińską, mknę do domu.

Dziewczyny w pracy zażyczyły sobie frytki ostatnio z maca, a nie mają jak iść je kupić. Decyduje się przedłużyć wiec trasę do Legionowa i zawieźć im ciepłe jedzonko. Jadę sobie a na ścieżce szkła. Omijam normalnie i nagle pssssssss i staje.

No i po oponie... Jakiś pierdzielony łupin szklany rozciął mi shwalbe Lugano i dętkę. Ide z buta do MC donalda kupuje co trzeba i zanoszę dziewczynom a potem z buta do rowerowego po nową oponę. Dętka jeszcze do załatania, ale opona, hmm 5mm rozcięcie aż do dętki chyba ją dyskwalifikuje - no nie wiem. Zabrałem jako szrot, bo ja wiem? Może od spodu coś zakleję grubą gumą czy coś? Nie wiem pomysłu nie mam. Szkoda opony, ale Czarny CST też ładnie sie kręci...

I tak oto moi mili - dziś pierwszy raz robiłem zmianę dętki w szosie;)

poszukując motywacji

Poniedziałek, 2 września 2013 · Komentarze(3)
W poszukiwaniu motywacji. Chyba mnie jakaś depresja łapie od tego siedzenia w domu. Nie mogę ruszyć się za drzwi dalej gdzieś, nie mam pracy, szukam i efekt jest taki, że ciągle siedzę w domu... zgroza;/

Może jutro uda mi sie przebić ta niewidzialna barierę marazmu... nie wiem, zobaczymy. tak czy owak dzień w sumie zmarnowany - no dobra ugotowałem rosół ale za mało i zaraz został zjedzony! Ech - gdzie moja witalność i energetyczne pełne życia wpisy. Hmm? Płaska miekka międląca się plastelina - o tak sie czuje ostatnio...

Zmienić czas coś i wkręcić coś czas!

Smalec i ogórek!

Niedziela, 1 września 2013 · Komentarze(1)
Kategoria Pojeżdżawki
Dzień jak widzicie nie był rowerowo przygniatający do podłoża. Nie zmienia to faktu, że użyliśmy owego środka transportu dziś do poruszania się po mieście. Leniwa niedziela rozpoczęła się od rana, po wczorajszej pracy z szybkoobrotową szlifierką czułem dziś plecy. Naschylałem się i dziś byłem od rana jak kołek. A do tego nie wiem skąd zakwasy mięśni podudzi. Jej... ja naprawdę się sypie;)

Dzień jednak jak wspomniałem był rowerowy. Pierwszy kurs wybraliśmy do Legionowa. W każdą pierwszą niedzielę jest tam targ staroci i używanych rzeczy. Postanowiliśmy sie przejść zobaczyć co "ciekawego jest". Najwięcej jednak było stoisk z ubrankami dziecięcymi, i jakimiś ubraniami emerytek z "tamtej epoki". Oczywiście uoazję napędzała ciekawość ludzi toteż ludzie szli i paczyli. Jednak nie kupowali... Nas niestety nic nie zainteresowalo. Kolekcja resoraków, jakieś gry planszowe i tego typu rzeczy to nie nasza liga.

Choć łezka sie w oku kręci, bo takie resoraki z dobrej blachy dawniej były hitem na podwórku i każdy miał ich tylko kilka a każdy nowy był witany na placu zabaw jak "nabożny". Teraz dzieciaki nie wiedzą co to znaczy siedzieć w wakacje na piaskownicy do 19 i mówić "Mamo jeszcze trochę - przecież jest widno".

Pochodziliśmy więc sobie tak po targu i pooglądaliśmy. Niestety - a może i stety - nic nie nabyliśmy drogą kupna. Drogę wybraliśmy, ale do Jabłonny na "dni Jabłonny". Tam znów spacerkiem. Było kilkanaście straganów, jakieś odpustowe typowo miejscówki, z pistoletami, kapiszonami i balonami na hel, ale także stragany z watą cukrową i popcornem, czy prażynkami...

Obok kolejna aleja, tym razem taka bardziej dla dorosłych. Nadleśnictwo Jabłonna wystawiło swoje stoisko. Nie było wypchanych dzików a patrząc po tych zniszczeniach rodzinki świnek które co noc czynią pod blokiem, pewnie chętnych na stoiskowego pluszaka mają kilkunastu w lasach.

Nieopodal znów kolejne i jakieś regionalne przysmaki. Dopadliśmy pyszną pajdę ze smalcem, cebulką pomidorem i ogórkiem małosolnym. Jejku jakie to było pyszne!

Spotykam także wujka. Jako prezes związku pszczelarskiego wystawił stragan i miodek ze swojej pasieki. Pogadaliśmy chwilę i przywitałem się z jego córką. Kawał czasu jej nie widziałem, bo za granicą siedziała sporo czasu. Niestety ze sceny wali tak głośna muzyka, że wymiana zdań koło straganów jest trudna do osiągnięcia.
Żegnamy się i uciekamy. Zahaczamy jeszcze o OBI i Kaufland bo kilka drobinek mi trzeba do obiadu. Oczywiście najlepszy czas na zakupy wybrała też cała Polska. W kolejce do kasy stoimy z 15 minut jak nie lepiej. Jednak tak to właśnie wygląda "ja idę" ty idziesz oni idą itd. Aż się zastanawiam czy nie powinno być uczone w szkole i odmieniane przez przypadki.

No, ale co ja marudzę, przecież sam nie jestem lepszy bo - "ja poszedłem", "ja stałem" kogo czego, nie ma? "wolnej kasy".

Do domu wrócilismy na obiadek - pieczone ziemniaki + pieczoną pierś z kurczaka i mizerię.

Lato mija... wrzesień od jutra białe bluzeczki do szkół pójdą.

Dziś jednak po cichu i jakby niezauważona przemija pewna smutna rocznica. 1 wrześnie rozpoczęła się walka na ziemiach Polskich... W dobie dzisiejszych podziałów politycznych niesnasek nienawiści - zastanawiam się, czy wtedy gdy wspólnie walczyliśmy z jednym wrogiem nie byliśmy bardziej zjednoczeni niż teraz.
Ludziom chyba potrzeba wojen co jakiś czas, to ich jednoczy spaja i utrzymuje pewna stabilność terytorialną na ziemi. To brutalna prawda, ale niestety to czysta biologia. Jeśli na jednym "terytorium" dany gatunek zbyt ekspansywnie się rozwija zaczyna konflikt z innymi gatunkami. W końcu któryś z nich wygrywa walkę i przez jakiś czas jest stabilny spokój do czasu aż kolejny gatunek nie pojawi sie w pobliżu i niw wykształci systemów obronnych silniejszych niż te osobnika zajmującego terytorium.

Czy więc czeka nas wojna? Oby nie, bo to nic fajnego... czy to jednak możliwe aby pokój trwał wiecznie?

Za-filozofowałem trochę ale to nic. W taką rocznice można troszkę po dywagować.

Zbudujmy sobie łóżko!

Sobota, 31 sierpnia 2013 · Komentarze(5)
Kategoria Na Zaborze
Wycieczka rowerowa z Agnieszką z sakwami na północne Mazowsze. Jechaliśmy na Zaborze aby przygotować łóżko z palet, które budujemy.

Zanim jednak pochwale się wam, że udało nam się je zbudować, opowiem cos niecos o trasie.

Wstaliśmy rano, przed 8:00. Na trasie byliśmy coś 8:15. Ranek to nie jest dobra pora dla mnie. Ostatnio jakoś rano nie egzystuje. Zaskakujące bo niedawno coś mi po glówce tłukło się,aby jechać na jakiś Bike to the hell. Niestety jednak słabo mi się jechało. Przez Nowy Dwór Mazowiecki i wioski i wioseczki dojechaliśmy na miejsce.

Budowa łóżka zakładała przerobienie i oszlifowanie 8 palet 120x80. Dwie trzeba było naciąć, bo planujemy obok łóżka stolik nocny. Palety dodatkowo po oszlifowaniu pomalowaliśmy przeźroczystym sadolinem. Dla konserwacji.

Coś w ten deseń robimy, tylko, że z jedną "szafką nocną" i na dwórz poziomach palet.
Całość wygląda nieźle, może niebawem pokażę wam efekt in situ, czyli z łóżkiem i materacem na wierzchu.

Po Agnieszke do pracy

Piątek, 30 sierpnia 2013 · Komentarze(0)
Po Agnieszke do pracy. Na jutrzejszy wyjazd Venita dostala bagażnik;) Jeździ sie z sakwą tak samo, tylko lżej:) Generalnie w użyciu nie będzie bagażnik na codzień, ale jutro będzie potrzebny to założyłem.

Po mieście

Piątek, 30 sierpnia 2013 · Komentarze(3)
Kursy po mieście i po podmiejskich asfaltach. Byłem na piaskach, a potem wróciłem do domu i wtedy zorientowałem się, że zostawiłem bluzę w piwnicy u rodziców. No więc wypakowałem co miałem do wypakowania i znów na piaski. Skleroza nie boli, ale się trzeba nachodzić a w tym przypadku najeździć. Jazda sama w sobie też nijaka, bo tylko podmiejska i po dziurach - ścieżkach itp, jednak zawsze to kolejne kilometry przyzwyczajania się do roweru.

Co by nie mówić - jeździ się dynamicznie i szybko a i mniej już zwracam uwagę na trzęsałkę na dziurach. Nie znaczy to, że nie odczuwam wstrząsów, jednak pierwsze dni bardziej mi to przeszkadzało.

Szukam pracy i już mi po głowie chodzi z desperacji kurs spawacza lub wózków widłowych:P Ech;/ lipa z robotą;/

Po Agnieszke do pracy + zakupy

Czwartek, 29 sierpnia 2013 · Komentarze(0)
Wieczorne (tak prawie mogę juz pisać) po Agę do pracy.

Odwiedzamy Obi Łan Kenobi i kupujemy zestaw do robienia łóżka z palet, czyli pedzel papier ścierny i jakiś siuwax do drewna.

dobrej nocy!

Szosowe pólnocne Mazowsze

Czwartek, 29 sierpnia 2013 · Komentarze(3)
Kategoria Na Zaborze
Wyjazd na północ do Rodzinki w sprawach przyziemnych. Zawiozłem film z wesela i przy okazji znów dosiadłem szoski. Na północ jechało mi się średnio. Jakoś tak nie miałem siły, wczorajsze 120km i nocne dojechanie chyba nadal było odczuwalne. Jechało się więc mozolnie, choć "po sosowemu" czyli nie 18km/h a 21-23. Czułem że jadę pod wiatr więc swoja niemoc zrzuciłem na karby tego żywiołu.

Na miejscu zjadłem pyszny obiad i pogadałem chwile z rodzinką. Zabrałem się do domu najedzony a było już dobrze po piętnastej.

W druga stronę wyraźnie lepiej. Niby znów odcinki pod wiatr, ale jazda po obiedzie szła sporo lepiej. Jechałem już 25-26km/h no i jakby wiatr mniej przeszkadzał.

I tyle w temacie - dalsze dogrywanie się w duecie z Venita trwa:D

nocny rower

Środa, 28 sierpnia 2013 · Komentarze(0)
Wycieczka do rodziców i pokazywanie zdjęć z Islandii. W końcu można była pogadać o wyprawie i zjeść obiadek. Wracaliśmy już po ciemku - czy ja już mówiłem, że idzie jesień?:P

Mała Pętla Warszawska

Środa, 28 sierpnia 2013 · Komentarze(0)
Kategoria Na uczelnie
Dziś odbyła się można powiedzieć próba generalna Venity. Pojechaliśmy trochę pobrykać tu i tam. Najpierw rano kurs był do urzędu Pracy. Standardowo po podpis. Zaproponowano mi nawet pracę. I to jaką! Jako pierwszy dostałem nową ofertę. Zapisałem zszedłem na dół i dzwonie a kobieta w słuchawce mówi mi, że nie aktualne...Dziś zatrudniła pracownika na okres próbny.

Ja to mam kuźwa szczęście do promocji;/ A oferta miała być wyjątkowa i świeża jak te bułeczki z piecyka! I co? Zakalec. Jak oni maja w tym U.P takie świeże oferty to nie dziwne, że bezrobocie takie.

Lekko zwiedzony, że mnie szansa życia ominęła, pojechałem do Warszawy po odbiór pieniędzy z wczorajszych wierceń w Radzyniu Podlaskim. Najpierw do Jabłonny - tu troszkę ścieżkami a troszke ulicą, a później już tranzytem na stolice.

Wrażenia z jazdy pierwsze - Jedzie się szybko. Rano najedzony wypoczęty nie zniżałem się poniżej 26km/h. Trzeba pilnie obserwować dziury na jezdni i nierówności. Nie chce sprawdzać wytrzymałości kół ani już teraz uczyć się zmiany dętki w szosie. Na nierównościach czuć każdy pypeć, jednak generalnie jedzie się fajnie.

Najgorsze są ścieżki. Mostem Północnym jeszcze ok, potem do Gwiaździstej ścieżką jeszcze też w sumie dobrze, ale potem do Powązkowskiej jechałem już ulica, bo te przeplatanie ścieżki, to na lewo, to na prawo i jej wielokrotne "wplecenie" w istniejące wcześniej na osiedlu drogi z betonowych sześciokątnych kostek, mnie troszkę wytrzęsło. Do Banacha jechałem już jednak prawie całość ścieżką, bo ulicą wśród aut nie miałem jakoś veny. No dobra - kawałek ulica mknąłem - hipek byłby ze mnie dumny, bo tunelem pod torami na prymasa pojechałem ulicą.

Na uczelni załatwiłem, co miałem do załatwienia i postanowiłem, że wrócę dookoła troszkę. Nie bardzo wiedziałem jak bardzo dookoła chce wracać i w sumie do ostatnich chwil się wahałem z wyborem trasy. Padło na Błonie i dwójkę na Poznań oraz Małą pętle Warszawską.

Na pięknym asfalcie z wiatrem w plecy do Błoni, jechałem ze średnią ponad 27km/h. W sumie 30 jakoś tak samo siedziało na liczniku. Przed Błoniami jednak poczułem pierwsze oznaki zmęczenia. Plecy mnie bolały. Złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim miałem plecak. W początkowej (dziurawej i ścieżkowo-warszawskiej) fazie, w plecaku była gruba zapinka z łańcucha i muszynianka z sokiem zapłoniona w 75%. Ciężar więc dał mi popalić.
Do tego nowy rower, lekko inna pozycja i pokłosie wczorajszych wierceń, gdzie walczyliśmy z dziewięcioma ręcznymi wierceniami do 3 metrów. Niby nie wiele, ale plecy pewnie nie zregenerowały sie od poprzedniego wysiłku.

To wszystko nałożyło sie na siebie a w efekcie i nałożyło sie na mnie. Za Błoniami tuż przed Lesznem robię postój i przekładam zapinkę do sakiewki która montuje na kierownicy. Wziąłem ja asekuracyjnie, bo nie wiedziałem czy właśnie w takiej sytuacji się nie przyda. I co? Przydała się. Zdjęcie kilku kg z pleców bardzo pomogło, choć pokłosie przeciążenia lędźwi plecakiem, będzie jeszcze mnie cisnąć na tej trasie.

W Lesznie przerwa na zakupy picia i lody gałkowe. Odpoczywam w cieniu jem lody i staram się rozciągnąć lekko przysztywnione plecy. Na jakiś czas pomaga. Jak ruszam na trasę spowrotem jedzie się dobrze. Wiatr jest w twarz ale 23 - 25km/h to w sumie prędkość optymalna jaka utrzymuje bez jakiegoś strasznego spinania się. Plecy znów atakują mnie w Sowiej Woli. Zaciskam zeby i jadę swoje postój dopiero robię przed samym mostem Błękitnym w Nowym Dworze Mazowieckim.

Ten ostatni odcinek, znów pod wiatr, jest tragicznie ciężki. Plecy nie tyle bolą, one sa takie odrętwiałe. To takie uczucie jak budzisz się rano i masz potrzebe rozciągnięcia się. Ja mam tak samo, ale nie moge się rozciągnać i to uczucie - dziwne - sie tak utrzymuje.

Górki w Rajszewie biorę ładnie. Tam już Kryzys nieco mija, ale jeszcze nie jest do końca zażegnany. W Jabłonnie skręcam w Lewo i odwiedzam Agę w pracy. Odbieram paczkę od niej i kurs do domu robię.


na mapie nie zaznaczałem już kursu do Agi, nie zaznaczyłem go z czystego lenistwa.

Obserwacje Szosowe.
- rower naprawdę ładnie leci jak mu się pociśnie.
- prędkość jest sporo wyższa niż na Francy.
- trzeba się pilnować z dziurami,
- trzeba nauczyć się hamować i wzmocnić ręce do chwytu górnego hamowania. Miałem dziś wrażenie czasem, że nie miałem siły docisnąć klamek od góry. Nie wiem na ile modulacja słaba związana jest z wciąż nie do końca dotartymi klockami a na ile z moją siłą, ale jako obserwacje notuje skrzętnie.
- Pozycja wydaje się spoko, ale muszę opracować opcję nie wożenia zapinki w plecaku na plecach i zdecydowanie zabierać bidon zamiast butelki wkładać do plecaka.
- średnia ze 124km w tym z jazdy po mieście 23. Pewnie sama jazda poza-miejska dała by około 25/26 km/h. Cóż w sumie nigdy nie jeździłem dla średniej, jednak wiem jakie wartości widniały na moim liczniku we francy i dlatego o tym wspominam.